Glucik z pętelką

Wtorek, 24 marca 2015 · Komentarze(7)
Co prawda kryterium glutowości zarezerwowane jest do dystansów <50 km, ale trasa na Żabno ma tak idealny kształt do tej nazwy, że stanowi wyjątek od reguły. Dziś wzbogaciłem jego konsystencję o kilka małych smarczków, ups, to znaczy smaczków, czyli odchyłów w bok (m.in. znów podjazd w Puszczykowie) oraz pętelkę przez Sowiniec i Baranowo.

Spotkał mnie też dziś glut mentalny. Kolejowy. W Mosinie rogatki zamknięte przez dobre 10 minut (Przewozy Regionalne i towarowy) w jedną i ciut mniej w drugą (IC). Za Łęczycą znów sznurek samochodów - ponownie IC-ek, przez którego postanowiłem jechać objazdem. Na Dębcu - szlaban zamknął mi się centralnie przed pyskiem. Pięć minut później raczył przejechać szynobus Kolei Wielkopolskich. Jak widać Grupa PKP postanowiła rzuć wszystkie możliwe siły, żeby mnie uwalić. Jako że jestem na finiszu odsłuchiwania "Uwikłania" Miłoszewskiego, w którym panuje wszechogarniający spisek, wydaje się to zastanawiające. Jak to ktoś kiedyś powiedział: "to, że jestem paranoikiem nie oznacza, że nie jestem śledzony" :)

Fajnie za to, że wiatr mi sprzyjał.

Taki żarcik.

A na koniec dowód na to, że w WLKP też są górki, tylko "ciut" mniejsze. Na zdjęciu po lewej ta dzisiejsza z Puszczykowa, po prawej kawałeczek ze względnie łagodnego wjazdu pod Szybowcówę w Jeżowie Sudeckim. Znajdź miliard różnic :)


Podjazdowy kurak

Poniedziałek, 23 marca 2015 · Komentarze(3)
Im ładniej na dworze tym bardziej brakuje mi górek. Swój limit wyjazdów w rodzinne strony na tę połowę roku już wykorzystałem i nagiąć tego nie ma za bardzo czasu, więc trzeba sobie radzić na miejscu. I dziś postanowiłem zrobić sobie "górski" (ekhm ekhm) trip po wielkopolskich Mount Everestach (ekhm ekhm ekhm ekhm).

Na początek rozgrzeweczka - w Puszczykowie odbicie w ulicę Studzienną i całkiem fajny podjazd ze zjazdem przez Czarnieckiego, gdzie mijałem się z uśmiechniętym kolarzem w twarzowym stroju o barwie dojrzałej cytrynki. Potem podjazd pod Osową Górę od strony Puszczykowa, zdecydowanie najfajniejszy z trzech (a podobno nawet czterech) możliwych - kręty, z ośmioprocentowymi nachyleniami. Szkoda tylko, że kończy się w lesie, a asfalt nagle zanika niczym internet mobilny w łapach gimbazjalisty. O dziwo gorzej się stamtąd zjeżdża niż wjeżdża - i nie, nie wypadłem z zakrętu uderzając się w łeb, że to piszę :)

Osową zaliczyłem jeszcze raz, tym razem już w wersji klasycznej, przez Pożegowską. Szkoda tylko, że zjazd miałem z wiatrem w pysk, więc nawet nie mogłem się specjalnie rozpędzić. O tym wietrze jak zwykle mógłbym dziś wiele napisać, bo oczywiście jego kierunek widoczny w teorii na łopoczących flagach a rzeczywistość to dwa zupełnie nienakładające się na siebie zakresy nazw, więc cała droga powrotna (Rogalin - nawrót - Wiórek - Czapury - Starołęcka) zamiast romansu z podmuchem była brutalnym gwałtem :) Urodziłem dziś na mapie kuraka - jest nawet skrzydełko w Puszczykowie, są nóżki, choć ta lewa wyszła mi jak u kurczaka przeżartego GMO.

W Rogalinku nadrobiłem poważne niedociągnięcie - przejeżdżając tysiące razy tą trasą nie byłem świadomy, że kawałek dalej, nad samą Wartą, położony jest drewniany kościół z przełomu XVII i XVIII wieku. Dowiedziałem się o tym dzięki wpisowi Kamila, za co w tym momencie składam podziękowania. A czemu sam bym w życiu nie wpadł żeby go odkryć? Bo prowadzi doń trasa z kostki - a gdzie kostka tam mnie nie ma :) Budynek - jak praktycznie wszystkie drewniane - z klimacikiem. Niestety miałem mało czasu, więc tylko na szybko cyknąłem zdjęcie telefonem, a do środka postaram się dostać którejś niedzieli, bo dziś oczywiście drzwi zaryglowane.


 

Huhu ha, huhu ha...

Niedziela, 22 marca 2015 · Komentarze(4)
Jest zima, musi być... A nie, kurde, to nie to.

W każdym razie piękny styczeń mi zafundowano dziś na trasie. Musiałem wyruszyć wcześnie, delikatnie po ósmej, żeby wyrobić się do pracy. W nocy podobno prószyło, a pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy (a w sumie pod koła) były rozległe placki lodu zalegające na pozamarzanych ulicach, które delikatnie mówiąc nie tworzyły komfortowych warunków do poruszania się szosą. Jechałem więc z premedytacją ostrożnie, a znów bardzo silny wiatr powodował, że czułem się jak odkrywca Bieguna Północnego (no i w sumie jakby nie patrzeć w tym właśnie kierunku zmierzałem). Minąłem cały Poznań, dojechałem do Biskupic, zawróciłem i tyle.

Podczas drogi powrotnej było "ciut" przyjemniej, przynajmniej fragmentami, ale zaległości z pierwszej połowy nie nadrobiłem. Minąłem za to kilku rowerzystów jadących w przeciwnym kierunku i patrząc na ich ukryte gdzieś na wysokości samozapinaczy przy kołach głowy i wolno walczące z wiatrzyskiem kończyny z satysfakcją myślałem o tym, że ten element mam już za sobą. A najlepiej jechało mi się wzdłuż Hlonda. Tak, tak, asfalt jest tam genialny jeśli sprytnie nie zauważa się Najbardziej Zaniedbanego Kartofliska III RP, czyli tamtejszej DDR-ki :)

A tymczasem na mieście stan wojenny - Legia przyjeżdża. Ciekawe są te jeden-dwa dni w roku, gdy Poznaniacy odzyskują w końcu swój cel w życiu :)


3cielin - brawo! :)

Sobota, 21 marca 2015 · Komentarze(9)
Ostatnio w moich wpisach zaczęły pojawiać się jakieś dziwne, religijne wątki, więc lecę dalej wedle schematu i dzisiejszy kształt trasy przemianowuję z "samochodzika" na "rybkę". Gorzej mi :) W sumie nawet gdybym chciał się powstrzymać od wątków metafizyczno-eschatologicznych to mijany przeze mnie w Konarzewie szyld zakładu pogrzebowego o głębokiej nazwie "Lamento" sprawiłby, że musiałbym je poruszyć...

Było w miarę ciepło, nie padało, ruch samochodów nie powalał intensywnością - można się było rozwinąć. Tak by napisał teoretyk kolarstwa, poprawiając spodnie od dresu, spod których ucieka intensywnie hodowany mięsień piwny, a opuszki palców ledwie mieszczą się na szerokość klawiszy. Bo doszedł jak zwykle ukochany przez wszystkich czynnik, czyli wiaterek - i wcale nie silny, raczej na granicy umiarkowanego, za to z uśmiechem na niewidocznym, wrednym ryju, ponownie udowadniający mą tezę, że powiew w plecy umarł dawno temu śmiercią tragiczną. Gdziekolwiek skręciłem - miałem w pysk.

No nic, wpływ na to mam z grubsza taki jak na możliwość podwyżki w pracy, więc pozostało mi zacisnąć zębiszcza i kręcić swoje. A w Trzcielinie dałem po hamulcach, bo znów mnie pozytywnie zaskoczył jeden skwerek (ten sam z ostatniego wpisu z działu "Dożynki") - tym razem świątecznie. Brawo dla kreatorów sztuki w tej małej ojczyźnie! Aha, i uprzedzam pytanie - ten z przodu w czerwonym wdzianku to nie ja :)


Przed zaćmieniem

Piątek, 20 marca 2015 · Komentarze(6)
Nasi rdzenni przodkowie wierzyli, że gdy słońce pożerane jest przez ciemność to zbliża się koniec świata. Oczywiście ani razu się to póki co nie sprawdziło, ale w międzyczasie obsługę klientów w Polsce przejęła pewna instytucja, która w zamian zaproponowała na przykład wiarę w to, że nie pochodzimy od małpy, ale od jednej pary męsko-żeńśkiej, która miała dwóch synów, a z nich rozrósł się ród ludzki. Proszę się nie doszukiwać logiki w tym, że ta sama instytucja potępia kazirodztwo. Za to proponuje wiarę w człowieka, który jest jednocześnie również Bogiem i Duchem Świętym, a w wolnych chwilach kursuje sobie boso po jeziorach, zamieniając wodę w wino (co akurat do mnie przemawia). A koniec ludzkości będzie wtedy, kiedy usłyszymy dźwięk siedmiu trąb i przyleci sobie Antychryst. Do głębokiego przemyślenia zostawiam co miało więcej sensu :)

Koniec z bajkami. Zaćmienie słońca zafundowano nam dziś na "po dziesiątej", a że chciałem przeżyć finisz istnienia cywilizacji jednak przy potreningowej kawce, a nie między Mosiną a Łęczycą (bo była by to lekka potwarz), a poza tym musiałem być wcześniej w pracy, to zwlokłem się na dwór już po ósmej. Było zimno. Nawet bardzo. Tak, że cały czas miałem na sobie długopalczaste rękawiczki. Co do samej trasy to była zwykłym, przedłużonym do Sulejewa glutem w te i wewte, z małą korektą podczas powrotu, bo mając do wyboru czekanie po raz trzeci tego dnia na przejeździe kolejowym wybrałem objazd przez wioskę... sorrryyyy, wciąż nie mogę się przyzwyczaić, MIASTO Luboń, co kosztowało mnie trochę ze średniej.

Na chwilę zatrzymałem się w lesie, gdzie powstał o mnie krótki, jednostronnicowy i grafomański komiks, zupełnie bez jakiejkolwiek puenty :) A kolejny koniec świata w sumie mogę uznać za udany.



Wiatrzysko - nieposzukiwany / nieposzukiwana

Czwartek, 19 marca 2015 · Komentarze(4)
Wiatr się uspokoił! Jezu, jakie to błogosławieństwo... Miałem już po ostatnich kilku dniach lekki kryzys i zacząłem się zastanawiać czy nie rzucić całego tego pedałowania w cholerę i zmienić branżę, zakładając jakiegoś kontrowersyjnego blogaska na temat alternatywnych sposobów uprawy rzepaku albo wpływu spodni-rurek na zanikanie męskości u hipsterów (choć w sumie jak można pisać o czymś, co nie istnieje?). Dzisiejszy dzionek przywrócił mi jednak wiarę.

Jechało się rewelacyjnie. Wiało co prawda wciąż ze wschodu, ale już spokojnie, nic mi nie groziło urwaniem kawałków ciała, więc mogłem sobie zafundować najpierw jazdę na delikatny zachód, przez Puszczykowo, żeby dopiero tam skręcić na wschód przez Rogalin do Mieczewa. Co prawda w moim umyśle tliła się podejrzliwość, że jak to tak, że jadę do przodu i nie muszę się przebijać przez niewidoczną ścianę, ale stwierdziłem, że widocznie po prostu tak jest, a na teorie spiskowe przyjdzie czas gdy będę już dziadkiem i wszędzie będę widział Żydów, masonów i cyklistów. Choć tych ostatnich widuję już teraz :)

Wróciłem swoimi śladami, za motywatora mając ostatnie sceny audiobooka Simona Becketta "Chemia śmierci" (polecam!) i piękną pogodę. Wyszło całkiem przyzwoicie. Mijałem się z kilkoma rowerzystami, ale w pamięć zapadł mi głównie jeden, z okolic Rogalinka - był tak skupiony na pędzie i byciu PRO, że na moje pozdrowienie łaskawie raczył (jeśli dobrze uchwyciłem ten szlachetny gest) poruszyć delikatnie lewą rzęsą. A może nawet i nie tym? Z poletka zgoła innego - już na Dębcu po klaksonie dał (gorrrrąco potem przeze mnie powitany) troglopuszkarz, zapewne z powodu tego, że nie jechałem przy samej krawędzi drogi, nie chcąc zaginąć w nieogarniętych przestrzeniach dziur w asfalcie. Sam 500 metrów dalej skręcając w prawo nie włączył migacza... Polska, białooooo-czerwooniii! :)

Call me Jesus

Środa, 18 marca 2015 · Komentarze(3)
Dziś zostało mi przypomniane, że z powodu długich kłaków miałem na studiach ksywę "Jezus". Owo przypomnienie zafundowało mi niezawodne Endomondo, które tak mi uciachało kawałek trasy, że na mapie mogę się pochwalić przejechaniem Jeziora Maltańskiego suchą stopą. Jak widać moje niebiańskie moce rosną z dnia na dzień :)

A jeśli chodzi o samą dzisiejszą jazdę to najchętniej bym wkleił swój wczorajszy wpis. Nie zmieniło się NIC w temacie huraganów, sprytnie zakamuflowanych za maską radośnie świecącego słoneczka. Postanowiłem ponownie oszukać przeznaczenie i pojechać odwrotnie niż poprzedniego dnia - najpierw DK92, tym razem do Kostrzyna, a wrócić przez Gowarzewo i Tulce, mając nadzieję na dar losu w postaci podmuchu w plecy. Gdzie tam! Było klasycznie - jak nie w pysk, to z boku. Po analizie ostatnich kilku dni stwierdzam, że wiatr w plecy przestał oficjalnie istnieć.

Amen.

Klamra Mordoru

Wtorek, 17 marca 2015 · Komentarze(6)
Podobno wino im starsze tym lepsze, a człowiek z każdym dniem staje się mądrzejszy. Co do pierwszego to ciężko mi zweryfikować, bo dobre wino potrafi u mnie leżakować jakieś dwa, trzy... dni. Maks :) A drugie? Jestem idealnym zaprzeczeniem tej teorii.

Wczoraj byłem dumny z mojego pomysłu anulowania podmuchów przez jazdę w terenie zalesionym. Dziś nie chciało mi się dublować trasy i na pałę wybrałem kierunek na wschód od Poznania. Po fakcie zorientowałem się, że kategoria "drzewko" jest w tych rejonach równie często spotykana jak wspólna wieczerza zorganizowana przez Tyranozaura Rexa i Kasię Cichopek. A co za tym idzie na odsłoniętych polach i wsiach byłem pomiatany jak podatnik w urzędzie skarbowym odpowiednim dla swojego miejsca zameldowania. Czyli tak, że pozostało mi jedynie pozdrawiać wyprzedzające mnie na prostej ślimaki winniczki. Po tym jak dotarłem przez Tulce do Siekierek postanowiłem być sprytniejszy niż ustawa przewiduje i wykorzystać podmuchy do nadrobienia średniej i wrócić naokoło, wzdłuż DK92 i Zalasewo. Szkopuł z tym, że wiatr raczył się zmienić z północno-wschodniego na południowo-wschodni, więc jedyny zysk z tego był taki, że jechałem już równo ze wspomnianymi winniczkami. Każda próba ucieczki była skazana na porażkę :)

A na koniec czekała mnie przeprawa przez Poznań, czego opisywać nie muszę. Tym samym zgrabnie została zamknięta Klamra Mordoru, rozpoczęta rano na Starołęckiej. Oficjalnie spuszczam zasłonę milczenia na dzisiejszy trening, na to, jak się jechało, no i oczywiście na średnią. Masakra.

! ...rtaiW

Poniedziałek, 16 marca 2015 · Komentarze(12)
No i nie padało. W końcu obiecałem, prawda? :)

Za wiatrzysko odpowiedzialności nie brałem i dobrze, bo bym musiał sam sobie zafundować karnego jeżyka. Wiało i pomiatało mną momentami tak, że aż mi literki w tytule poprzestawiało.

Jednym wyjściem żeby wrócić w całości było zafundowanie sobie kursu przez możliwie jak najbardziej zalesiony teren, co jako mieszkaniec południa Poznania (i w tym momencie znów ukażę wyższość tej lokalizacji) mam praktycznie gwarantowane. Puszczykowo, potem Rogalin, zahaczenie o Kórnik i nawrót przez Borówiec i Koninko - oto moja dzisiejsza trasa. Wyszedł mi muminek w zaawansowanej ciąży. Do Buki trochę zabrakło - muszę nad tym popracować.

Wydarzeniem dnia, tak dla mnie jak i dla mojego nieszczęsnego roweru, było pokonanie kilometra trasy pomiędzy Skrzynkami a Borówcem. Jeżdżę tamtędy na tyle rzadko, że sam się łudzę, iż nie jest tam tak źle.

I nie jest. Jest jeszcze gorzej. To, jak nachodzą na siebie betonowe płyty i jak wiele dziur można zmieścić na metrze kwadratowym przekracza nawet możliwości konstruktorów polskich ścieżek rowerowych. I jednocześnie jest to chyba jedyne miejsce na świecie gdzie życzyłbym sobie, żeby DDR - nawet rodzimy - istniał. Co w moich ustach (palcach) mówi samo za siebie. Koszmar.

Na deser, podczas mijania 31. Bazy Lotnictwa Taktycznego, moje uszy poruszył dawno niesłyszany dźwięk dopiero co startującego F-16. Aktualnie moje bębenki można wystawiać w muzeum ofiar wojskowości.

Jestę Zubilewiczę :)

Niedziela, 15 marca 2015 · Komentarze(11)
Podobno zostałem pogodowym medium i jak napiszę komuś w komentarzu, że będzie lać to będzie lać. No i potem muszę przyjmować na klatę wiadro pomyj, ale w sumie to fajnie wiedzieć, że mam taką moc. Kiedyś postaram się ją z siebie wykrzesać bez analizy ośmiu serwisów pogodowych na raz :)

Wczoraj oczywiście padało, bo tak napisałem, postanowiłem więc na razie się wstrzymać z takimi szarżami. No i proszę - dziś po porannych zachmurzeniach zaczęło się wypogadzać. Po jedenastej można już było ruszać, co zrobiłem głodny rowerowych wrażeń po AŻ jednym dzionku przerwy. Chwilę potem jak wyściubiłem nos za drzwi i został on nagłym porywem przetransportowany gdzieś w okolice lewego łokcia stwierdziłem, że moja moc przy mocy kolesia od wiatru pozwoli mi maks na sprzątanie jego garnuszka po miksturze ze skóry z węża i wątroby noworodka. Oj, ciężka to była jazda, tym bardziej, że w kierunku wschodnim i południowo-wschodnim, gdzie przy moim położeniu geograficznym trasę wybrać niełatwo. Postawiłem na Starołękę (o dziwo dziś przejezdną, bo światła nie działały), Głuszynę, Koninko, Robakowo, potem Śródkę, zakręt w Krzyżownikach na Tulce i powrót przez Krzesiny. Kilka razy nieopatrznie puściłem jedną ręką kierownicę, co boczne wiatrzysko traktowało jak zachętę do zapoznania mojego pyska z asfaltem. Na szczęście udało mi się uciec od tego namiętnego romansu.

Rowerzystów początkowo widziałem tylu co nic (poza Starołęcką, gdzie radiowóz coś robił - spisywał? pouczał? - kilku kolarzom stojącym na tym "czymś z kostki" na wysokości Stomilu). Im później tym się zagęszczało, a kumulacja nastąpiła w okolicach przejazdu nad S-11 w okolicach Żernik, gdzie mijałem się z jakąś kilkuosobową rozciągniętą ustawką walczącą z wiatrem.

Jutro nie będzie padać. Z kolesiem od podmuchów nie mam kontaktu, ale chyba wiem czego się po nim mogę spodziewać, bo ewidentnie jest nie w sosie :)