Info
Suma podjazdów to 791284 metrów.
Więcej o mnie.
Moje rowery
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2026, Czerwiec24 - 50
- 2026, Maj31 - 74
- 2026, Kwiecień30 - 50
- 2026, Marzec31 - 65
- 2026, Luty28 - 51
- 2026, Styczeń31 - 72
- 2025, Grudzień31 - 80
- 2025, Listopad30 - 70
- 2025, Październik31 - 96
- 2025, Wrzesień30 - 125
- 2025, Sierpień31 - 144
- 2025, Lipiec31 - 188
- 2025, Czerwiec30 - 147
- 2025, Maj31 - 187
- 2025, Kwiecień30 - 156
- 2025, Marzec31 - 204
- 2025, Luty28 - 178
- 2025, Styczeń31 - 168
- 2024, Grudzień31 - 239
- 2024, Listopad30 - 201
- 2024, Październik31 - 208
- 2024, Wrzesień30 - 212
- 2024, Sierpień32 - 210
- 2024, Lipiec31 - 179
- 2024, Czerwiec30 - 197
- 2024, Maj31 - 268
- 2024, Kwiecień30 - 251
- 2024, Marzec31 - 232
- 2024, Luty29 - 222
- 2024, Styczeń31 - 254
- 2023, Grudzień31 - 297
- 2023, Listopad30 - 285
- 2023, Październik31 - 214
- 2023, Wrzesień30 - 267
- 2023, Sierpień31 - 251
- 2023, Lipiec32 - 229
- 2023, Czerwiec31 - 156
- 2023, Maj31 - 240
- 2023, Kwiecień30 - 289
- 2023, Marzec31 - 260
- 2023, Luty28 - 240
- 2023, Styczeń31 - 254
- 2022, Grudzień31 - 311
- 2022, Listopad30 - 265
- 2022, Październik31 - 233
- 2022, Wrzesień30 - 159
- 2022, Sierpień31 - 271
- 2022, Lipiec31 - 346
- 2022, Czerwiec30 - 326
- 2022, Maj31 - 321
- 2022, Kwiecień30 - 343
- 2022, Marzec31 - 375
- 2022, Luty28 - 350
- 2022, Styczeń31 - 387
- 2021, Grudzień31 - 391
- 2021, Listopad29 - 266
- 2021, Październik31 - 296
- 2021, Wrzesień30 - 274
- 2021, Sierpień31 - 368
- 2021, Lipiec30 - 349
- 2021, Czerwiec30 - 359
- 2021, Maj31 - 406
- 2021, Kwiecień30 - 457
- 2021, Marzec31 - 440
- 2021, Luty28 - 329
- 2021, Styczeń31 - 413
- 2020, Grudzień31 - 379
- 2020, Listopad30 - 439
- 2020, Październik31 - 442
- 2020, Wrzesień30 - 352
- 2020, Sierpień31 - 355
- 2020, Lipiec31 - 369
- 2020, Czerwiec31 - 473
- 2020, Maj32 - 459
- 2020, Kwiecień31 - 728
- 2020, Marzec32 - 515
- 2020, Luty29 - 303
- 2020, Styczeń31 - 392
- 2019, Grudzień32 - 391
- 2019, Listopad30 - 388
- 2019, Październik32 - 424
- 2019, Wrzesień30 - 324
- 2019, Sierpień31 - 348
- 2019, Lipiec31 - 383
- 2019, Czerwiec30 - 301
- 2019, Maj31 - 375
- 2019, Kwiecień30 - 411
- 2019, Marzec31 - 327
- 2019, Luty28 - 249
- 2019, Styczeń28 - 355
- 2018, Grudzień30 - 541
- 2018, Listopad30 - 452
- 2018, Październik31 - 498
- 2018, Wrzesień30 - 399
- 2018, Sierpień31 - 543
- 2018, Lipiec30 - 402
- 2018, Czerwiec30 - 291
- 2018, Maj31 - 309
- 2018, Kwiecień31 - 284
- 2018, Marzec30 - 277
- 2018, Luty28 - 238
- 2018, Styczeń31 - 257
- 2017, Grudzień27 - 185
- 2017, Listopad29 - 278
- 2017, Październik29 - 247
- 2017, Wrzesień30 - 356
- 2017, Sierpień31 - 299
- 2017, Lipiec31 - 408
- 2017, Czerwiec30 - 390
- 2017, Maj30 - 242
- 2017, Kwiecień30 - 263
- 2017, Marzec31 - 393
- 2017, Luty26 - 363
- 2017, Styczeń27 - 351
- 2016, Grudzień29 - 266
- 2016, Listopad30 - 327
- 2016, Październik27 - 234
- 2016, Wrzesień30 - 297
- 2016, Sierpień30 - 300
- 2016, Lipiec32 - 271
- 2016, Czerwiec29 - 406
- 2016, Maj32 - 236
- 2016, Kwiecień29 - 292
- 2016, Marzec29 - 299
- 2016, Luty25 - 167
- 2016, Styczeń19 - 184
- 2015, Grudzień27 - 170
- 2015, Listopad20 - 136
- 2015, Październik29 - 157
- 2015, Wrzesień30 - 197
- 2015, Sierpień31 - 94
- 2015, Lipiec31 - 196
- 2015, Czerwiec30 - 158
- 2015, Maj31 - 169
- 2015, Kwiecień27 - 222
- 2015, Marzec28 - 210
- 2015, Luty25 - 248
- 2015, Styczeń27 - 187
- 2014, Grudzień25 - 139
- 2014, Listopad26 - 123
- 2014, Październik26 - 75
- 2014, Wrzesień29 - 63
- 2014, Sierpień28 - 64
- 2014, Lipiec27 - 54
- 2014, Czerwiec29 - 82
- 2014, Maj28 - 76
- 2014, Kwiecień22 - 61
- 2014, Marzec21 - 25
- 2014, Luty20 - 40
- 2014, Styczeń15 - 37
- 2013, Grudzień21 - 28
- 2013, Listopad10 - 10
- DST 54.00km
- Czas 02:07
- VAVG 25.51km/h
- VMAX 42.50km/h
- Temperatura 1.0°C
- Podjazdy 230m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Niekreatywnie
Sobota, 20 stycznia 2018 · dodano: 20.01.2018 | Komentarze 0
Dziś bez wielkich opisów, bo po pierwsze mam wolne, a jak się ma wolne to kreatywność odchodzi na drugi plan (w sumie nie wiem, jaki jest ten pierwszy, ale skoro nie ma miejsca na kreatywność, to się nie będę wysilał), a po drugie nic specjalnego się nie wydarzyło, prócz może tego, że znów o dziwo udało się pokręcić, i to w pełnym wymiarze, ale powolutku, bo crossem, no i jeszcze w dość mało przyjaznych warunkach - chlapie, błocku i brei, okraszonych upierdliwym wiaterkiem, choć już nie za mocnym. Uff, jak na niekreatywne zdanie to to pierwsze wyszło mi dość solidnie podrzędnie złożone :)
Trasa to klasyczne "kondominium": Poznań - Luboń - Puszczykowo - Mosina - Dymaczewo - Łódź - Stęszew - Komorniki - Poznań. Miała ona - prócz Lubonia, który nigdy nie zaskakuje - w sobie pewną zagadkę, której rozwiązanie co prawda znałem z góry, ale zostawiałem sobie jakieś 0,00000000001% nutki niepewności. Chodzi oczywiście o stan śmieszki w Łęczycy, tej okraszonej zakazem jazdy rowerem wzdłuż równoległego asfaltu. No nie było zaskoczenia. Również w tym, że zdjęcie jest jedynie testowe, a ja kręciłem po moich ulubionych, zwykłych drogach, a nie po tym usyfionym getcie.
Po południu zaczęło znów sypać, a jutro ma być poniżej zera, więc może być ciężko z rowerowaniem.
- DST 32.55km
- Czas 01:18
- VAVG 25.04km/h
- VMAX 42.00km/h
- Temperatura 1.0°C
- Podjazdy 100m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Glut pantarhejski
Piątek, 19 stycznia 2018 · dodano: 19.01.2018 | Komentarze 2
Dzisiaj krócej, ale nawet ten glut jest czymś więcej, niż na dziś zakładałem, obserwując wczorajszy kolejny atak zimy zimą (skandal!).
Udało się jednak rano wyczekać przed pracą do około wpół do dziesiątej, a gdy lekki mrozik zaczął odpuszczać, ruszyć przez ten zalegający wszędzie syf. Musiałem jedynie tak sobie zaplanować trasę, żeby zminimalizować ryzyko występowania na niej DDR-ek, bo to nie Kopenhaga, gdzie ich oczyszczanie jest priorytetem, a polskie zadupie. Udało się o tyle o ile, a gdzie się nie udało, to się nie jeździło. Część była co prawda nawet fragmentami odśnieżona, ale niedokładnie, więc wolałem nie ryzykować. I tylko jeden troglo uwiesił się w związku z tym na klaksonie, co jest pewnym dowodem powolnego cywilizowania się społeczeństwa. A w sumie to jestem za tym, żeby śnieg leżał na polskich ścieżkach również podczas sierpniowych upałów, bo wtedy by mi nie utrudniały jazdy zwykłymi drogami, a rowerowi chodnikowcy i tak z lubością by po nich kręcili, tak jak to robią teraz, gdy mając do wyboru całkiem przejezdny asfalt kontra śliską breję na elemencie infrastruktury przeznaczonym dla pieszych, wybierają to drugie, tłumacząc, że się boją jeździć po drogach (sic!).
Trasa to swoista pętelka od szubienicy: Poznań Dębiec - Górczyn - Plewiska - Gołuski - Głuchowo - Komorniki - Plewiska - Poznań. Gdzieś tak w połowie zaczęły się roztopy i nagle ujawniły się zamrożone wcześniej oceany, wszystko płynęło (w tym i ja), a do tego wiatr wciąż trzymał częściowo poziom wczorajszego pseudohuraganu, więc olałem dobijanie do pięciu dych, bo w tym roku postanowiłem wyluzować i odpuszczać, gdy jazda staje się mordęgą, a nie przyjemnością (choć granica jest niezwykle cienka). Co chyba oznacza, iż wraca mi normalność w okolice zwojów mózgowych :)
- DST 52.10km
- Czas 02:02
- VAVG 25.62km/h
- VMAX 43.00km/h
- Temperatura 1.0°C
- Podjazdy 174m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Chwilowa rezurekcja
Czwartek, 18 stycznia 2018 · dodano: 18.01.2018 | Komentarze 8
Dwa ostatnie dni były pod względem aury beznadziejne niczym polska parlamentarna opozycja (ta od prawa do prawa) oraz polska partia miłościwie nam panująca zebrane razem. Czyli generalnie syf łamane na mogiła, przy czym kiłę dodano gratis. Ale żeby czasu nie marnować, to dwukrotnie przeszedłem się na piechotę do pracy, raz przez Lasek Dębiński i blisko Warty, w której prawie się utopiłem, niechcący włażąc na cienki lód ukryty pod gałęziami. A, no i "pojeździłem" sobie na chomiku (34 i 33 km), co ma jeden jedyny plus - udało mi się obejrzeć na HBO trzyodcinkowy serial "Spisek prochowy", traktujący o próbie wysadzenia w powietrze króla Jakuba VI, a ja z grubsza miałem chrapkę to samo wykonać z pogodą :)
Wczoraj wracając z roboty i widząc po raz kolejny sypiący śnieg byłem pewny, że dziś czeka mnie powtórka z rozrywki. A tu rano miła niespodzianka - wystarczyło odczekać do dziewiątej i można było ruszać, pod warunkiem, że było się gotowym na ubabranie w błocie i lekko już topiącym się gów... białym puszku. Byłem! Pozostało jedynie znaleźć kierunek, gdzie drogi będą najbardziej rozjeżdżone, co w sumie trudne nie było, gdy pod nosem ma się Luboń, w którym na głowę mieszkańca przypada pewnie z piętnaście samochodów, biorąc pod uwagę natężenie tamtejszych korków.
Pierwotnie chciałem wykonać jedynie gluta i tak się stało, na odcinku: Dębiec - Luboń - Wiry - Komorniki - Szreniawa - Rosnówko - Komorniki - Plewiska - Dębiec. Ale że głodek był, a w robocie miałem być dopiero na trzynastą, to jeszcze zrobiłem mini kółko znów do Lubonia, potem Wiry i skręt na Komorniki, stamtąd do Lubonia i do domu.
Tak to wygląda na Relive.
Wyszło upragnione pięć dych, po nawet w większości przejezdnych drogach, niestety być może ostatnie w tym tygodniu, bo po południu w Poznaniu znów nastąpił śnieżny Armageddon i najłatwiej jest poruszać się po nim jakimś czołgiem przechwyconym z frontu radzieckiego.
W każdym razie na jeden dzionek mam wewnętrzny spokój - no i dobrze. Miło było znów wyjechać zgodnie z niemal codziennym życiowym cyklem, mając za towarzysza radio i muzykę. A dzisiaj fajnie się zgrało tematycznie, bo w TOK FM słuchałem sobie sympatycznego wywiadu z nowym czeskim ambasadorem w Polsce, podczas gdy wcześniej katowałem nową płytę Jaromira Nohavicy. No i łezka w oku mi się zakręciła, bo przypomniałem sobie, iż od dziecka chciałem zostać Czechem i nie zostało mi to dane, w zamian żyję w jakimś kraju absurdów. Chlip :)
- DST 54.50km
- Czas 02:01
- VAVG 27.02km/h
- VMAX 51.50km/h
- Temperatura -5.0°C
- Podjazdy 284m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
M jak mobilizacja
Poniedziałek, 15 stycznia 2018 · dodano: 15.01.2018 | Komentarze 8
Zawsze gdy zimą patrzę za okno i widzę - tak jak dziś - temperaturę w okolicach minus pięciu stopni, moja motywacja do jazdy nagle dziwnie spada. Zupełnie nie wiem czemu. Jakieś podpowiedzi? :)
No ale cóż - rower sam nie pojedzie. więc trzeba się było zmobilizować. Pomogła mocna kawa oraz świadomość, że wczesnym popołudniem muszę być w pracy, jak również wewnętrzny gnojek o ksywie "mus". I nie chodzi o to coś z owoców.
Nooo... lekko nie było. Ale paradoksalnie lepiej niż wczoraj czy przedwczoraj, gdy było ciut cieplej. A to dzięki podmuchom, których moc lekko (powtarzam: lekko) spadła, choć i tak wiatr z południowego wschodu zrobił ze mnie małą miazgę. I to mimo, że trasę starałem się wybrać jak najbardziej "udrzewioną": Dębiec - Starołęka - Czapury - Wiórek - Rogalinek - Rogalin - Świątniki - Radzewice, nawrotka - Świątniki - Rogalin - Rogalinek - Mosina - Puszczykowo - Luuuuuuuuuboń (ilość "u" jest wprost proporcjonalna do zawartości czerwonego światła oraz korków) - Poznań. Dziś bez zdjęć. bo wyjęcie łapy z rękawiczek groziło tym, że do odzyskania czucia w palcach musiałbym użyć jakiegoś palnika, a wyjątkowo żadnego nie wiozłem ze sobą :)
Od jutra podobno śnieg i inne takie wracają. Zapowiada się przerwa w kręceniu :/
- DST 52.10km
- Czas 01:59
- VAVG 26.27km/h
- VMAX 50.50km/h
- Temperatura -3.0°C
- Podjazdy 163m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Pełna lodówka
Niedziela, 14 stycznia 2018 · dodano: 14.01.2018 | Komentarze 5
Wbrew pozorom w tytule nie chodzi mi o jakiś kolejny slogan reklamowy dla polityków, a o doznania związane z pewną podstawową wielkością fizyczną w termodynamice :)
Na początek powalczę z teorią, iż jestem przede wszystkim defetystą i przyznam, że dziś wiało ciut słabiej. Co prawda i tak na pustych wielkopolskich przestrzeniach urywało łeb, ale żeby nie było... :) Mrozik jednak był całkiem wyraźny (minus trzy), więc odczucie było jeszcze bardziej hardkorowe niż wczoraj. a co za tym idzie wynik z grubsza podobny, a i styl larwalny się powoli udoskonala :)
Wciąż gnoi ze wschodu, więc dzisiejsza trasa to najpierw spory kawałek przez miasto: z Dębca do AWF-u, potem koło Malty na Antoninek i prościutko wzdłuż DK92, do Swarzędza i Paczkowa, tam skręt na Siekierki, gdzie wyjątkowo zatrzymałem się przy drewnianym kościele św. Jadwigi, nie żeby posłuchać mszy (co to, to nie), ale chwilę odsapnąć po walce z mroźnymi podmuchami.
Powrót zleciał trochę sympatyczniej (bo przynajmniej gnoiło z boku, a nie z przodu) przez Gowarzewo, Tulce, Żerniki, Krzesiny, Starołękę i do domu. Tym samym udało mi się przed południem zawitać do roboty. To, że przez nią musiałem wyjechać o jakiejś kosmicznej godzinie, zmarznąć i dostać solidnie w kość, świadczy tylko o tym, że praca szkodzi i powinna być ustawowo zakazana :)
Aha, po powrocie wszedłem do wspomnianej lodówki, żeby się ogrzać :)
- DST 63.35km
- Czas 02:25
- VAVG 26.21km/h
- VMAX 52.10km/h
- Temperatura -1.0°C
- Podjazdy 281m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Larwalnie
Sobota, 13 stycznia 2018 · dodano: 13.01.2018 | Komentarze 7
Dzisiaj wpis króciutki, bo mimo soboty czasu brak, poza tym tak przemarzłem na trasie, że starałem się nie rejestrować zbyt wielu bodźców zewnętrznych, skupiając się na jeździe w pozycji larwalnej, jeśli oczywiście takowa istnieje. Jeśli nie - to już istnieje :)
W sumie pogoda była całkiem ładna, przynajmniej wizualnie, pod warunkiem, że analizowało ją się w ciepłym domu, zerkając za okno. W praktyce bezchmurne niebo przypłacone zostało lekkim mrozkiem, czyli pierdółką, ale co najgorsze - powiązaną z przejmującym arktycznym wiatrem. Tu dodam, że jeśli ktoś mi jeszcze coś napisze o bezwietrznej Wielkopolsce, to wezmę go na bezpłatny staż w celu poruszania się przede mną przez całe wyjazdy, wtedy pogadamy :) Dość powiedzieć, że w połowie dystansu miałem na liczniku średnią na poziomie nieco ponad 22 km/h (sic!), a ten marny wynik, który pojawił się finalnie, to pokłosie mojej naprawdę ostrej walki ze wszechobecnym wmordewindem. Musiałem nawet wyłączyć audiobooka, bo tak mi duło w uszach, że traciłem co chwilę wątek :)
Trasa dziś minimalnie dłuższa, bo tak :) Czyli: Poznań Dębiec - Lasek Dębiński - Starołęka - Krzesiny - Żerniki - Tulce - Krzyżowniki - Dziećmierowo - Kórnik - Mieczewo - Rogalin - Mosina - Puszczykowo - Luboń (tu jak zwykle to, co zwykle) - Poznań. Bez przygód, choć lekko się zawiodłem, bo w Dziećmierowicach ujrzałem na horyzoncie szoszona i zacząłęm go gonić, a gdy już siedziałem mu na plecach w okolicach zjazdu na S11 w Kórniku, ten skręcił w inną stronę, nawet mnie nie widząc. I z lansu nici :)
Aha, napęd jeszcze nowiutki. no i czyściutki. Choć to i tak tylko makijaż, bo w środku suportu wciąż rynsztok, więc zdjęcie nieprzypadkowe :) Ale przyznać trzeba, że działa całkiem płynnie po remoncie na bazie substytutów (z musu), martwi mnie tylko jak długo.
Cholera, miało być krótko, a wyszło jak zwykle :)
- DST 58.80km
- Czas 02:21
- VAVG 25.02km/h
- VMAX 53.00km/h
- Temperatura 0.0°C
- Podjazdy 228m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Wyjazd szosoposzukiwawczy
Piątek, 12 stycznia 2018 · dodano: 12.01.2018 | Komentarze 28
Najpierw o samej trasie, bo to najbardziej neutralny temat z dnia dzisiejszego. Objechałem sobie bowiem crossem "muminka" antyddr-kowego, w opcji z Dębca przez Las Dębiński, Starołękę, Krzesiny, Koninko, Głuszynę, Babki, Czapury, Wiórek, Rogalinek, Mosinę, Luboń i do domu. Zimno - zero stopni, ponuro, no i oczywiście wiało złem ze wschodu. Tyle.
A teraz o mniej przyjemnych rzeczach. Tak jak pisałem już wcześniej, moja szosa poszła do serwisu z dość banalną sprawą, czyli wymianą napędu. W teorii nic nowego, kilka razy już tak robiłem, ostatnio ze dwa lata temu. Jak się jednak okazało, w branży rowerowej to coś na kształt wieczności, szczególnie, gdy ma się kupiony rower pięć lat wstecz. Dostanie blatów do posiadanej korby bezpośrednio u Shimano graniczy już z cudem, chyba że ma się czas na szukanie na Alledrogo i czekanie na przesyłkę. Stwierdziliśmy więc z chłopakami, że nie ma się co bawić, tylko czas zmienić całą korbę, z tym, że chciałem trójrzędową, co wiązało się z wymianą suportu - trudno, raz się inwestuje i jest spokój. Dzień później przyszły wszystkie zamówione części, rower został rozebrany i.. .zonk. Suport, który trzymał mi od momentu zakupu i nie był zmieniany (no bo po co, skoro działał?), tak się zapiekł, że podczas próby wykręcenia go pękł młotek, który służył do jednej możliwej, czyli siłowej, interwencji. Oczywiście ani rusz. Został zalany wszelkimi dostępnymi specyfikami i zostawiony na noc, a mi pozostała nadzieja, że istnieje na górze jakaś moc, która pomaga nawet agnostykom. No nie istnieje. Dziś podczas jazdy odebrałem telefon z informacją, że na tym moim suporcie poszło tym razem... imadło. I że jak już to może pomóc jedynie warsztat samochodowy, jeśli w ogóle.
Lekka załamka mnie trafiła, ale w końcu zaproponowano patent, że żeby rower w ogóle jeździł, to zamontujemy inną korbę na tym samym, z dwoma zębami na największym blacie mniej, kasetę, kółka i łańcuch, jakoś to pociągnie póki support całkowicie nie padnie, a i tak zasugerowali rozglądać się za nową szosą, co i tak miałem w planach, ale za rok... Bo marzyło mi się mtb lub cross. Finalnie odebrałem dziś rower, na razie pojechałem jedynie do pracy (kręci się i póki co płynnie działa), chłopakom z Mróz Rowery na Półwiejskiej dodałem jeszcze przy rozliczeniu czteropaka za zaangażowanie i za to, że musieli się babrać w tym syfie, który myjka może z góry czyściła, ale w środku była masakra. Co będzie dalej - zobaczymy.
A co do nowej - potencjalnej na razie - szosy, to już bardziej skomplikowana sytuacja. Jeśli (a tego jeszcze nie wiem) mogę przeznaczyć na to środki, to są to maks (maks!) trzy koła na dwa koła :) Choć oczywiście wolałbym mniej. Akurat w miejscu serwisowania nie było nic pode mnie (z ciekawości zerkałem już wcześniej), więc będąc w Mosinie zajrzałem do sklepu znajomego. Ceny niestety wszędzie poszły w górę, a ja nie chcę się cofać z osprzętem, więc to Fuji na Tourney odrzuciłem od razu, choć mógłbym mieć od ręki za dwójkę:
Mega podoba mi się malowanie, a i Fuji jako markę cenię, bo ma dobre opinie, ale te ceny... Kolega może dać mi i tak sporą zniżkę, więc wstępnie myślę o modelu Sportif 2.1 z tego roku, który jest na zamówienie, już na nowej Sorze, z tym że rabat z 3900 na 3200 i tak przekracza mój budżet. Choć nie ukrywam, że jego niebieskość poraża :)
Wracając wstąpiłem jeszcze od rowerowego w Luboniu i wypatrzyłem tam take cuś, na Clarisie z tyłu i przodu. Po rabacie byłby za niecałe 2100. Tyle że to model z 2015 i jakby nie patrzeć osprzęt z grubsza podobny do tej mojej starej Sory, więc sorry. Sam nie wiem.
No nic, biję się z myślami, pozostaje mi jeszcze przekonać Żonę. Wstępnie plan jest taki, że ta moja dogorywająca szosa ląduje w piwnicy w Jeleniej Górze, jeśli w ogóle dożyje tego czasu. Miejsce w kuchni się zwolni, więc jakiś argument to jest :)
Jakby ktoś miał info o w miarę tanim rowerze, który mogę kupić na terenie Poznania lub w najbliższej okolicy - będę wdzięczny. W sumie nie wiem czy kupię, ale rozglądać się już można.
PS. Aha, w crossie też już kaseta powoli umiera. Aż się boję co będzie, jak ktoś się za niego zabierze.
- DST 53.40km
- Czas 02:08
- VAVG 25.03km/h
- VMAX 41.50km/h
- Temperatura 0.5°C
- Podjazdy 173m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Wpis auto-de/mo/bilny
Czwartek, 11 stycznia 2018 · dodano: 11.01.2018 | Komentarze 9
Miałem dziś swój wpis ograniczyć do niezbędnego minimum, bo wczoraj rozpisałem się co niemiara w remacie podsumowania roku 2017, ale jak zwykle mi się nie uda :)
Dobrze, że miałem do pracy na trzynastą, bo wczesnym rankiem z powodu opadów i lekkich przymrozków na drogach było, hmmm, interesująco. Ja ruszyłem w okolicach wpół do dziesiątej, gdy asfaltami dało się już jeździć normalnie, gorzej z DDR-kami, na których zalegała warstwa lodu. No ale kto nimi jeździ? Trzeba się szanować. O, taki mądry jestem, jak wiem, że raczej się przed mandatem wybronię :)
Trasę wykonałem w tę i z powrotem - Dębiec, Starołęka, Krzesiny, Żerniki, Tulce, Garby, Zalasewo i Swarzędz, powrót swoimi śladami. Na wszelki wypadek powolutku i ostrożnie.
A teraz wyjaśnienie skąd tytuł - miłośnikiem motoryzacji jestem takim, jak mięsożercą. Zerowym :) Ale bardzo podobają mi się auta klasyczne, szczególnie tu unieruchomione na stałe. Taki właśnie egzemplarz wypatrzyłem na terenie jakiejś firmy położnej na granicy Poznania i Jaryszek i aż się zatrzymałem, żeby sfocić koło siebie dwa graty.
Niestety nie mam zielonego pojęcia, co to za sprzęt (czekam na sugestie, bo jestem wyjątkowo ciekawy). Miałem jakąś szansę się dowiedzieć, bo chwilę po tym, jak się zatrzymałem, w drzwiach przedsiębiorstwa pojawił się kobiecy cerber, którego uspokoiłem, że nie mam zamiaru kraść nadwozia, a tylko je udokumentować, ale mój dialog wyglądał tak:
- A wie pani może co to za model?
- Jakiś amerykański.
Aha :)
To nie koniec moich dzisiejszych przygód z motoryzacją. Już na samym początku, na Drodze Dębińskiej, pomogłem wydostać się z dziury położonej po drugiej stronie od kierunku jazdy (nawet nie chcę się zastanawiać, jak to się stało) samochodowi firmowemu pracowników Inei, którzy bardzo mi dziękowali i to był pozytyw. Jednak parę minut później, na rondzie na Minikowie z osłupieniem patrzyłem, jak uprzywilejowany rowerzysta na przełaju musi hamować na rondzie, bo z podporządkowanej wbija się na pełnej parze jakiś mistrz kierownicy. Gratuluję koledze refleksu, krzyknąłem do niego tylko, wskazując pył za odjeżdżającym wozem: "no debil!", na co odkrzyknął: "baba!" :)
A jeszcze chwilę wcześniej uwieczniłem takiego oto króla szos w stanie spoczynku:
Tak, to był wybitnie motoryzacyjny wyjazd... :)
Podsumowanko - 2017r.
Środa, 10 stycznia 2018 · dodano: 10.01.2018 | Komentarze 10
Dobra, czas się zabrać za to podsumowanie, bo jak nie teraz, to nigdy tego nie zrobię. Wyjątkowo postanowiłem poświęcić temu osobny wpis.
Rok 2017, który na szczęście już za nami, miał dla mnie jeden wielki, ale to wielki plus - ustanowiłem w nim swój osobisty rekord dystansu, przynajmniej od czasu, gdy prowadzę statystyki. Niewykluczone, że gdy jako bachor objeżdżałem całymi dniami sudeckie przewyższenia, było tego więcej, choć raczej bym to wykluczył.
Oficjalnie skończyło się na 18 536 kilometrach. Tyle wyszło z rejestrowanych przejazdów szosą, crossem i emerytowanym góralem. Ile doszło podczas pełzania do roboty i z powrotem "rowerem" miejskim - nie wiem i w sumie nie chcę wiedzieć. Jeszcze by się okazało, że zabrakło 0,01 km do czegoś i nie mógłbym spać :)
Tyle z plusów. Niestety wyciągnięcie tego dystansu nie przyszło łatwo, o czym świadczy średnia, z kolei najgorsza od czasów założenia BS - 27,8 km/h. Odpuszczenie jej było jednak moją świadomą decyzją - trochę lat już mam na karku, a kolana jedynie dwa. Dodam jeszcze, że rok poprzedni (a i ten tak się zaczął) był wybitnie wietrzny. Już widzę podśmiechujki, że dla mnie taki jest nawet oddech motyla, ale z ręką na sercu - aż takiego nie pamiętam. Na palcach rąk mogę policzyć dni z po prostu dogodnymi pod tym względem warunkami do jazdy. I nie są to ręce mutanta :)
Nie było to 365 dni obfite w dalekie dystanse - co chyba jednak daje plusa regularności. Zaledwie trzy razy przekroczyłem 100 km i raz 200. Aktywności w sumie było 351 (od glutów 30+ przez klasyczne pięć dych i wspomniane dłuższe). Ilość przewyższeń - 70 046 m. Szczegóły miesiąc po miesiącu znajdą się poniżej.
No i mniej rowerowe statsy: w tak zwanym międzyczasie od kręcenia udało mi się przeczytać zaledwie 12 książek, za to podczas jazdy wysłuchałem 18 audiobooków, co trochę ratuje sytuację i zamyka temat w okrągłej trzydziestce. Z muzyką było lepiej - przesłuchanych albumów było 224, czyli symboliczne 18,666 na miesiąc :)
Teraz po kolei.
Styczeń - rok rozpocząłem w Jeleniej Górze, a pierwszego dnia a.d. 2017 wdrapałem się do Karpacza, sam nie wiem jak :) Poza tym prawie cały miesiąc był mroźny, ale za to klimatyczny. Nawet znalazłem zimową pustynię jakieś 10 km od Poznania :)


Luty - to o dziwo jeden z bardziej intensywnych miesięcy. Po pierwsze był tłusty czwartek, który uwielbiam :) Po drugie - rozszalała się ptasia grypa, a ja wkręciłem się do jej ogniska. No i po trzecie - nawiedziłem Prusim z okazji 60. urodzin Jurka (bawiłem się zacnie!), a stówa przy minus pięciu robi swoje. Wracając przekroczyłem jeszcze granice województw, docierając do lubuskiego Zbąszynka.


Marzec - w sumie nic się nie działo sensownie rowerowego, zająłem się analizowaniem szyszkologii stosowanej. Oj, serce cierpiało...
Kwiecień - też nic ciekawego, prócz aktywującej się wiosny i pierwszych bocianów. No i kolarzy poznawanych na trasie :)

Maj - rozkręcałem się. Zarówno ja, jak i miasto Poznań, które otworzyło nowy odcinek Wartostrady, a na Sródce powstał słynny już mural. Ponadto znów udał się wypad w Sudety, jak i zaczęło mnie ciągnąć do lasu. Nawet z szosą pod pachą :)




Czerwiec - rozpoczęło się typowe polskie lato, widoczne, na dwóch pierwszych fotach :) Ponadto wykonałem drugą stówę, do Grodziska Wielkopolskiego, która kosztowała mnie sporo nerwów dzięki polskim realiom.


Lipiec - w sumie fajny miesiąc jeśli chodzi o pogodę, bo było jesiennie, niestety potem przyszły upały. Ja zawitałem sobie do WPN-u, mimo tragicznego stanu crossa. A poza tym to praca, praca, praca...
Sierpień - znów wypad w góry. Zostałem tam miło zaskoczony, gdy zaproponowano mi gratis herbatę, gdy schroniłem się przed burzą w pewnym miejscu z widokiem na Chojnik - takie rzeczy się pamięta, więc kilka miesięcy później byłem tam z częścią rodziny na obiedzie. Aha, no i w Polsce było ciekawie z powodu pewnego krasnoludka i jego zabaw ciężkimi klocuszkami.


Wrzesień - zacząłem żyć :) Przede wszystkim dwa fajne wypady - Piła tango, czyli 100 km z Jurkiem, oraz 200 km do Wrocławia z Dariuszem, który ostatnio niestety ostro spasował z kręceniem. Wyszło z tego łącznie grubo ponad 1800 km. Chyba też rekordzik.




Październik - miesiąc hardkora. Dwa tygodnie rzeźni - pierwszy i ostatni tydzień (wichury i deszcze), jak i te wymarzone idealne warunki do jazdy, które zastały mnie w górach. W jednym miesiącu przekroczyłem północno-zachodnią granicę z Niemcami (Świnoujście) oraz południowo-zachodnią (Okraj). Oj, działo się.





Listopad - od tego momentu wiało non stop i nie przestało do końca roku, do tego zaczęła się "jazda" na usyfionej, ale jeszcze pięknej, ścieżce w Łęczycy. Poznałem za to nowego zioma :) No i w końcu udało mi się odnaleźć nazistowski obóz w Luboniu.



Grudzień - powolne doślizgiwanie do rekordu, Udało się! Choć raz musiałem wzywać wóz techniczny w postaci autobusu komunikacji (pod)miejskiej :)

Ponadto udało mi się nakręcić zaledwie trzy filmiki. Czas, gnojek jeden, na za wiele nie pozwolił.
*******************************************************************************************************************************************
Dziękuję wszystkim, z którymi kręciłem w 2017, jak i pozdrawiam tych, których mijałem na trasie, nawet o tym nie wiedząc (a są tacy). Plany na ten rok? Wyluzować :) Średnia nie jest warta zdrowia, czas też lekko zmodyfikować priorytety. Czy się uda - zobaczymy :) Wiem jedno - raczej już nie wykręcę więcej na odcinku styczeń - grudzień. Bo w sumie... po co?
- DST 54.20km
- Czas 02:09
- VAVG 25.21km/h
- VMAX 45.50km/h
- Temperatura 2.0°C
- Podjazdy 228m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
NieSzos
Środa, 10 stycznia 2018 · dodano: 10.01.2018 | Komentarze 3
Mimo wiatru pogoda była dziś całkiem przyzwoita, przynajmniej przed południem - co prawda słońca nie było widać nawet w najmniejszym procencie, ale za to suche drogi aż zachęcały do szosowego wypadu. Szkopuł był tylko jeden - nie miałem szosy, bo ta czeka sobie grzecznie w serwisie...
Jechałem sobie spokojniutko crossem, bez spiny i chęci na przyspieszanie, i tak właśnie wykonałem całkiem ładne kółeczko (chwalę się!) z Dębca przez Lasek Dębiński, Starołękę, Krzesiny, Koninko, Borówiec, Kórnik, Mieczewo, Rogalin, Rogalinek, Puszczykowo i Luboń do domu. O dziwo bez przygód, choć kilometrowy kawałek między Borówcem a Skrzynkami zawsze przypomina mi o odłożonej w czasie wizycie u dentysty... :)
Tyle. Rozpisywać się nie ma po co, a w sumie o czym :)






