Poznań - Wrocław w wersji makro
Udało się. Choć mało co bym nie wylądował pod kołami pewnego rannego ptaszka w Luboniu, pewnie z taką samą zawartością mózgu, co jego przyrodniczy odpowiednik. Ale przyznam, że o tej porze jest bardzo ładnie, choć niewyraźnie :)

Obgadanie szczegółów i w drogę. Upału nie było :) Ale przynajmniej się pojawiło słońce, które lekko ogrzewało plecki. Odcinek od Komornik do Śmigla już przerabiałem, a że był wyjątkowo prosty to można nawet było się zdrzemnąć nad kierą, ale jakoś nikt nie reflektował :) Za to ja nigdy nie mogę odmówić sobie zdjęcia tego oto wiatraka:

Więcej wiatraków było w Śmiglu, ale tym razem nie na nich się skupiłem, ale na smutnym widoku wygaszonej linii wąskotorowej ze Starego Bojanowa do Czacza, którą jakieś dziesięć lat temu podczas pracy w pewnym kolejowym stowarzyszeniu staraliśmy się uratować. Niestety na PKP nie ma mocnych i pozostał jedynie skansen Śmigielskiej Kolei Wąskotorowej :/


Mimo to do Śmigla mam sentyment, bo to całkiem sympatyczne miasteczko.

Po powrocie na główną drogę trafiamy do Leszna.

W nim ułan zamierzał zlikwidować przechodnia.

Tam też zęby zazgrzytały nie raz, nie dwa, a w sumie przez całą długość miasta. Byłem tu rowerem pierwszy raz i do tej pory kojarzyło mi się całkiem pozytywnie (w przeciwieństwie choćby do Kalisza), ale po takich smaczkach jak ten...:

...zaczynam się powoli zastanawiać, czy wciąż trzymać kciuki za Unię w rewanżowym meczu o mistrzostwo Polski na żużlu. Który grają nomen omen ze Spartą... Wrocław :)
Z ulgą opuściliśmy DDR-kowy koszmarek, mijając granicę województw...

...i dojechaliśmy do miejscowości Góra, która miała Biedronkę. A my nieopatrznie postanowiliśmy zrobić w niej zakupy. Był to setny kilometr, więc czas wydawał się odpowiedni. Tylko, że... w tym samym czasie to samo zaplanowało sobie całe miasteczko... Najpierw Dariusz, następnie ja, spędziliśmy po piętnaście minut w kolejkach. Cztery kasy były otwarte, kasjerki działające na pełnej parze, a i tak finał mojego sznureczka wyglądał tak:

Stracone pół godziny mocno pokrzyżowały moje wstępne wyliczenia co do pojawienia się we Wrocku. Eh :/
Gdy podczas wyjazdu z Góry zgubiliśmy ślad na Stravie, gorliwie podbiegł do nas jakiś tubylec, chcąc pomóc, bo "sam jeździ i w ogóle tylko szybko leci do urzędu coś załatwić i pędzi pojeździć, póki jest pogoda". Miło :) Ostrzegł tylko, że nasz szlak jest mało godny polecenia, bo dziury... Jakie dziury? :)


Choć trzeba uczciwie przyznać, że tam, gdzie nie było dziur, był całkiem godny asfalt, łączący jedne kawałki o wyglądzie szczęki zapitego żula, z innymi :)


Jedna miejscowość przykuła moją uwagę specyficznym hasłem (to chyba miał być rym):

Kto na ochotnika powie o co kaman? :)
No dobra, rąk w górze brak, już tłumaczę. Okazało się, że tu (czyli w Konarach) powstała pierwsza na świecie cukrownia przerabiająca buraki, a ów Achard to pomysłodawca. Proste? Proste :) Mnie zaskoczyła też psia kupa, w którą prawie wdepnąłem, jak również smakujące ją stado much :)
Wołów... Hm. Znana mi już wcześniej rowerowo miejscowość, co oznaczało, że wiem, że trzeba ją szybko opuścić.

Teraz trasą, którą pokonywałem za dzieciaka, docieramy do Obornik Śląskich. Punkt dla mnie bardzo istotny.

Tu bowiem chciałem odwiedzić grób Babci, której kiedyś obiecałem, że przyjadę do Niej rowerem. Nie zdążyłem. Więc choć w ten sposób, zapalając znicz, częściowo spełniłem swoją obietnicę.
Kolejnym odcinkiem był kawałek do Trzebnicy. Wzgórza Trzebnickie są mega fajnymi hopkami, ale na stu siedemdziesiątym kilometrze człowiek chce, żeby ich nie było :) Do tego doszedł remont przed samym miastem, przez który pamiętana przeze mnie droga została zaorana, a powstały jakieś dziwne objazdy, dzięki którym najpierw zjechaliśmy prawie na sam dół, żeby wrócić gdzieś na wysokość punktu, z którego startowaliśmy.


Lekkie zagubienie się tutaj i znów leciały założone przeze mnie wstępnie minuty. Co najlepsze - okazało się, że nasze niedogadanie tyczyło się właśnie owej Trzebnicy, w której byłem i nie chciałem koniecznie znów być, Dariusz też, a jednak byliśmy. Tak to jest jak się robi coś na ostatnią chwilę :) W każdym razie udało się znaleźć wylotówkę na Wrocław, rozoraną na maksa, tak samo jak sam dojazd to stolicy Dolnego Śląska, który charakteryzował się m.in. tym, że drogowcy ustawiali znak drogi rowerowej, zapominając wylać na niej asfalt... No ale zjeżdżało się godnie :)



Sam Wrocław... Hm. Nigdy nie lubiłem tego miasta. Urodzono mnie tu, przez pierwsze dwadzieścia lat życia często w nim bywałem, ale zawsze kojarzyło mi się z bliżej nieokreślonym czymś, co budziło niechęć. A jednym z elementów była wszechobecna kostka brukowa. Przyznam - jest dużo lepiej. Przynajmniej na naszym odcinku zakwitł kawał porządnej asfaltowej ścieżki, szerokiej i bezpiecznej.

Niestety, im dalej w las, tym gorzej. Niejasne oznakowania, drogi rowerowe słusznie wytyczone w jednym kierunku, ale tak pogmatwane, że ktoś, kto kręci tu pierwszy raz się nie odnajdzie, szczególnie przy korkach, które są masakryczne. Raz nawet zostałem wykrzyczany przez jakiegoś lokalsa, że jedziemy nie tą stroną... Tylko że innej (chyba) nie było :) A już ścisłe centrum to najpierw taki standard:

A potem czyste Indie. Klaksony, samochody na pasach rowerowych, jakieś dzikie, legalne wjazdy przez torowiska... Na moje koszmar. Choć znów przyznam - jest lepiej niż było. O co nietrudno :)
W końcu finisz - dworzec Wrocław Główny, tu zdjęcie robione z poziomu sklepu oferującego izotoniki na drogę :)

Według moich obliczeń powinniśmy być na miejscu około piętnastej, może kwadrans później. Niestety się nie udało, z kilku względów. Przez to we Wrocławiu nie zjedliśmy posiłku, co biorę na klatę. Jednak udało się w całości wrócić do Poznania sprawdzonymi i zawsze przystosowanymi do jazdy z rowerem (nawet jeśli nie są przygotowane, to można upchnąć) Przewozami Regionalnymi. No i wysiąść na Dębcu, z którego Dariusz miał dwa rzuty beretem do domu, a ja może jego ćwierć :)
Wiatr - wiał w plecy! Choć były fragmenty, gdy robił to z boku, a na odcinku Oborniki - Trzebnica wręcz delikatnie gnoił. No cudów nie ma i nie będzie :) Ale takie były założenia, w tym jedno główne - nie zapie... nie jechać szybko :)
Dariusz - dzięki za wyjazd i opracowanie innej trasy niż ja bym to zrobił, dzięki czemu poznałem nowe dolnośląskie światy. I wstępnie obiecuję, że w końcu kiedyś uda się przed odjazdem coś ciepłego zeżreć :)
Trasa w wersji Relive - TU.
PS. Apel do cerberów SOK-owych z Piły i Kalisza. Da się wejść na dworzec PKP z rowerami? No da się. No to się uczcie od mądrzejszych kolegów z większych miast :)

PS 2. Gminy. Hmm. Jak w liceum - poczekam i ściągnę od tych lepszych z tego przedmiotu :)








