Buk celem, droga koszmarem. Czyli na sto :)
Zaczęło się jednak sympatycznie. Lekko po dziesiątej rano nie było jeszcze upału, więc spokojnie dotarłem przez Luboń i Komorniki do Stęszewa, który jak zwykle pokonałem "centralnie", żeby ominąć DDR-kę udupiającą rowerzystów na jego obwodnicy. O ja naiwny :) Gdy skręciłem na Zieloną Górę najpierw zdziwiłem się, że zamiast nomen omen zielonej, zalesionej alei, którą pamiętam sprzed kilku lat, przed sobą miałem pustynię. Tym razem jednak to nie Lex Szyszko, a plac budowy pod kolejny odcinek eski. Już miałem nadzieję, że oznacza to również dewastację tego, czego podświadomie się obawiałem, ale niestety. Zaczęło się.

Lubimy to, no nie? :) Jednak jak się okazało ten kawałek, czyli jakieś trzy kilometry do Strykowa, posiadał jeszcze całkiem przejezdną, w miarę dobrze położoną kostkę. Wciąż niezrażony kręciłem dalej, ciesząc się z każdej okazji zjazdu na asfalt. Pojawił się on o dziwo również gdzieś na ścieżce w okolicach Granowa, ale za to był tak zasyfiony i oszklony, że skupiałem się głównie na niewjechaniu w kawałek butelki w stanie mikro. Gdzieś w tej okolicy przyuważyłem też chyba jedyny skuteczny patent na rodaków, dla których odcinek prostej drogi oznacza... zresztą chyba nie muszę rozwijać tematu.

Chwilę potem doznałem traumy, która w moim mózgu na pewno zostawi skutki na wiele lat. Kilkanaście kilometrów pomiędzy Kotowem a Grodziskiem Wielkopolskim w skrócie:




Jeśli kogoś poruszyły dwie ostatnie fotki, ukazujące zapobiegliwość konstruktora, dzięki czemu już żaden TIR nie zginie pod kołami rozpędzonego rowerzysty, to jeszcze nic :) Oto mój konik, który powtórzył się dwukrotnie:

Prawie się zgubiłem w tym labiryncie :) Ale żeby było jeszcze lepiej, scenka rodzajowa, gdzieś z samiuteńkiego środeczka tej "przygody". Nagle bowiem śmieszka zamieniła się w to:


W tym momencie słyszeli mnie chyba nie tylko w Zielonej, ale i w Berlinie :) Zdezorientowany, gdy tylko zobaczyłem jadącą z naprzeciwka postać na rowerze, zagadałem w sposób najbardziej kulturalny, na jaki mogłem się w tym momencie zdobyć:
- Sorry, taka sraczka to się długo ciągnie?
- Ні, до кінця, інша сторона буде нормально прокладає шлях до Grodzisk - usłyszałem w odpowiedzi. No tak, czemu mnie to nie zdziwiło? :) Aha, żeby nie było - nie znam ukraińskiego, jeszcze czego - zdanie zostało wydukane po polsku i oznaczało, że dalej czeka mnie "jedynie" kostka :)
W końcu osiągnąłem półmetek. Ufff.

Ja tam już wiem jak serdecznie witacie, szczególnie szosowców :) W tle skocznia K-2, natomiast mnie rozbawił taki oto żarcik:

Dojechałem do centrum miasteczka, gdzie w pierwszym momencie pomyślałem, iż przygotowano specjalną fetę w dowód uznania, że wytrzymałem:

No ale nie :) Okazało się, że to półmaraton, o czym przekonałem się, gdy jakiś biegacz poprosił mnie o zrobienie fotki. Zrobiłem, pogratulowałem, przeszedłem się po uliczkach i znalazłem azymut na dalszą część jazdy, co łatwe nie było, bo na czym jak na czym, ale na kierunkowskazy tam za dużo z budżetu nie idzie.
Wyjazdówka poprowadzona została, no a jak, kostką. Która nagle się skończyła, ale jak zauważyłem kładą kolejną. Grodzisk - gratuluję intensywnej rywalizacji z krajami trzeciego świata. A tymczasem, jakby ktoś zaczarował, po minięciu granicy powiatu nowotomyskiego, stał się cud, mający dobre kilka kilosów. Można? Można!

Pojawiłem się w Opalenicy, pierwszy raz w życiu. Chciałem się znaleźć na rynku, żeby zrobić fotkę legendarnemu "Lechowi", czyli pierwszemu polskiemu motocyklowi, produkowanemu właśnie tu. I cóż, jaki rynek, taki pomnik :) Prawie bym nie zauważył, jak minąłem jedno i drugie, choć przyznać trzeba, że miasteczko robi sympatyczne wrażenie.

Nawet mimo kolejnych smaczków :)

Tu zresztą też zagadałem rowerzystę, ale wyjątkowo narodowości polskiej :)
- Przepraszam, ta ścieżka to jeszcze długo?
- Nie no, kawałek, do ronda, potem już można normalnie jechać. A czemu?
- No bo jest, a chcę, żeby nie było.
- Rozumiem :)
Ostatnim celem dnia dzisiejszego był Buk. I tu następuje pozytyw wyjazdu. Z trasy bowiem zadzwoniłem do Jurka, nie spodziewając się, że w ogóle odbierze, a tu niespodzianka - nie tylko dostałem instrukcje co do dalszej jazdy, ale i nastąpiła pełna mobilizacja. Tym samym po kilku minutach oczekiwania (jak widać lekko się nudziłem)... :)

...ściskałem prawicę wspomnianego, i to na rowerze :) Szacun, Jurek, jak na Zawiszy! Tym samym miałem okazję pokręcić i poznać zakamarki Buku, na które bym nie zwrócił uwagi, bowiem zrobiliśmy kilka rund honorowych koło rynku i okolic, przy okazji pozdrawiając znajomych, do których należy chyba 2/3 miasteczka :) Ciekawostką była bożnica, całkiem imponująca i z ciekawą historią...

...oraz kościół św. Stanisława, o dość kreatywnej konstrukcji. Tu narodził się dylemat - czy na fotce ująć Jurka, czy może krzyż na samej górze. Wybór był prosty :)

Zaprawdę, nie spodziewałem się, że będzie tak ciekawie :) Przewodnik odprowadził mnie aż do trasy na Poznań, chwilę jeszcze pogadaliśmy i czekał mnie powrót, który z założenia miał być z wiatrem. Ale oczywiście nie był - Buk mi świadkiem :)
Wymęczyło mnie za wszystkie czasy, bo gorąc i większość jazdy z wmordewindem to ostatnie, czego bym sobie życzył. Jakoś jednak dotarłem przez Zakrzewo i Plewiska do domu, ciesząc się z tej stówy, zaledwie drugiej w tym roku. Pomiędzy tą a pierwszą było ponad trzydzieści stopni różnicy :)
Podsumowując: droga na Grodzisk - koszmar. Omijać, przynajmniej szosą. Opalenica w końcu zaliczona. A i kawałek historii wciągnięty w Buku ma swoją wartość. Czyli - pozytyw :) Jurek, raz jeszcze dzięki za mobilizację!








