Patent na nieśmiertelność

Środa, 27 maja 2015 · Komentarze(4)
Zimno - wyjeżdżając w okolicach 7:30 musiałem opatulić się w dwie warstwy stroju. Wietrznie - wyjeżdżając w okolicach 7:30 musiałem nisko pochylać kask, żeby utrzymać kierunek jazdy. Znów północno-zachodnio - wyjeżdżając w okolicach 7:30 rano zdecydowałem się jednak olać jazdę w tym kierunku. Bo wyjeżdżałem o 7:30 rano. A wczorajsze doświadczenie z przebijaniem się przez miasto o tej porze podpowiedziały mi, że gdybym miał do pracy na 23:00 a nie na 11:00 to może bym się wyrobił :)

Zmodyfikowałem więc trasę na zachodnią - zrobiłem "ciężarną glizdę" (ach, jakby się przydały ś.p. linki do Endomondo) przez Skórzewo, Zakrzewo, trasą na Buk do Drwęsy, potem Fiałkowo, Dopiewo i powrót przez Gołuski oraz Plewiska. Wiatr poszaleć nie dał, ale biorąc pod uwagę, że miałem go albo jako przeciwnika albo "zboczeńca" to ze średniej jestem zadowolony.

Spostrzeżenie socjologiczne. A może bardziej psychiatryczne. W sumie mało odkrywcze. Wczoraj jechałem z zamontowaną na kierownicy kamerką i mimo przejazdu przez cały Poznań nie zdarzyło mi się, żeby ktoś wyjechał mi przed pyskiem z podporządkowanej (a jeśli miał zamiar to mój znaczący wzrok na mostek, gdzie sterczało GoPro, działał lepiej niż cała komenda Policji i jakieś niedobitki Straży Miejskiej w pakiecie). Dziś, gdy rejestrator został w domu - hulaj dusza, piekła nie ma. Wniosek - ludzie, kupcie sobie cokolwiek, nawet atrapę - dopiero wtedy będziecie traktowani na drogach jak pełnoprawni uczestnicy ruchu.

Halt, halt, halt!

Wtorek, 26 maja 2015 · Komentarze(9)
No to okazało się, że Nowy Wspaniały Świat trwał tylko jeden dzień. Dziś rano przywitał mnie zamknięty szlaban na pierwszym kilometrze oraz mega korki w całym Poznaniu, bo o niedziałającej sygnalizacji przed Golęcinem i kierowcach jadących na pałę bez patrzenia na boki chyba nie ma nawet co wspominać. A że do Rokietnicy nie da się dojechać inaczej niż  przez calutkie miasto, to boli mnie tyłek. Od stania w miejscu, nie od jazdy :) Niestety do pracy dziś wcześniej, więc sam sobie zafundowałem hardkora w godzinach szczytu.

Błogosławieństwo jazdy na wolnym terenie odczułem dopiero na wysokości Strzeszynka, I to był mój najfajniejszy kawałek trasy - jak zwykle zielony i uroczy.

Za to w Kiekrzu... hm. O tym, że jest tam wahadło wiemy od dawna. Głupio tak mieć tylko jedno, prawda? Więc powstało też drugie, oczywiście nieskomunikowane z dotychczasowym. Ale to też przyjąłem ze stoickim spokojem. Straciłem go tylko na chwilę, gdy wyjechał mi przed nosem dostawczak z toi-toi-em, zdecydowanie pełnym, co mój nos mógł stwierdzić organoleptycznie.

Miałem jechać do Mrowina, ale z powodu utraconego czasu potelepałem się skrótem do Napachania, stamtąd już prosto do Poznania. Proszę nie regulować odbiorników - zdjęcie jest wklejone prawidłowo - uwielbiam takie ronda :)

Na koniec chciałem sobie zafundować szybki przejazd przez DDR-kę przy Bułgarskiej, ale nie było mi dane. Najpierw zatrzymał mnie jakiś kierowca z prośbą o pomoc z dotarciem do celu (pomogłem o tyle o ile), a potem, zaraz przed stadionem nagłe hamowanie, bo minąłem się z kumplem i trzeba się było przywitać. Kolega należy do tych rowerowo ekstremalnych, raz na jakiś czas robi sobie wycieczkę krajoznawczą, a to na Ukrainę, innym razem do Gruzji czy Kazachstanu. Tym razem na spokojnie, statecznym krokiem podążał swoim crossowym czołgiem do pracy. Spotkanie krótkie, aczkolwiek miłe.



Drezy-dent :)

Poniedziałek, 25 maja 2015 · Komentarze(2)
Jak wszyscy wiemy po wczorajszych wyborach zaraz po sierpniowej oficjalnej nominacji będziemy mieli cofnięty wiek emerytalny, urodzą się JOW-y, kredyty we Frankach same się spłacą, a każdy dzięki kompetencjom prezydenta zarabiał będzie krocie bez wyzysku (nie na śmieciówkach, broń Boże). Co tu dużo pisać - od dziś żyjemy w drodze do raju. W związku z tym nie bałem się rano spojrzeć za okno - zgodnie z przewidywaniami nasz Elekt spowodował, że świeciło słoneczko. Pewnie jako gratis dodał od siebie nie za silny wiatr z południa. Jak to w raju.

Duch Elekta spowodował również, że nie zatrzymywały mnie dziś żadne szlabany. Nikt nawet na mnie nie zatrąbił gdy jak zwykle miałem problemy ze wzrokiem podczas mijania niektórych ścieżek rowerowych. Co za moc! Postanowiłem więc poświęcić dzisiejszy trening na zaliczenie kilku podpoznańskich "górek" - najpierw w Starym Puszczykowie, potem na Osowej Górze, mając uzasadnione nadzieje, że od dziś nie będę musiał pedałować podczas podjazdów. Nic z tego jednak - ZAWIODŁEM SIĘ, PANIE PRZYSZŁY PREZYDENCIE! :)

Zjeżdżając z Pożegowskiej zauważyłem wielce cieszący moje oczy widok - drezyny szykujące się do kursu na Osową, otoczone jakąś zorganizowaną młodą grupą. Poświęciłem więc potencjalny rekord prędkości, zahamowałem i pozdrowiłem panią Marię, czyli szefową owej inicjatywy. Co prawda początkowo w stroju kolarskim chyba mnie nie poznała, ale jak powiedziałem gdzie pracuję i gdzie załatwiała kilka spraw to dostałem zaproszenie na kurs - niestety czas gonił. Poza tym jako człowiek wrażliwy nie mogłem patrzeć jak młodzież męczy się z mocowaniem drezyn na szyny. Odjechałem :D

Potem kurs do Rogalina, meta za Świątnikami, nawrót swoimi śladami, choć już bez podjazdów.

Nawet Strava pokazała dziś idealny wynik - zgodny z licznikiem!

W związku z czym chciałem pogratulować naszemu zwycięzcy fotką - żeby ją wykonać przedarłem się nawet przez krzaki. Oczywiście na to, jak została wklejona nie mam żadnego wpływu, a jeśli coś z nią jest nie tak (eh te arkana informatyki) to zapewne zdjęcie jest sfałszowane :) Niestety nie trafiłem na trasie na gębę kontrkandydata, tak samo przeze mnie wielbionego, którego chciałem uhonorować dokładnie w ten sam sposób - przypadek? A może ten nasz post-wąsaty miłośnik przyrody szwendał się już po okolicznych lasach, mając znów dzięki przegranej okazję pozarzynać jakieś sarenki czy jelonki. Kto wie? :)

Spotkać Krajana...

Niedziela, 24 maja 2015 · Komentarze(7)
Niedziela + wolne + piękna pogoda? Coś tu nie pasuje... A jednak - mimo, że takie połączenie jest praktycznie niespotykane to należy odnotować datę 24 maja jako ów Dzień Ewenementu. Trasę wybrałem dziś najprostszą z możliwych - na północny wschód, przez Kobylnicę i Biskupice do Promna-Stacji i nawrót swoimi śladami. Wszystko szło zgodnie z założeniami, czyli kilkanaście kilometrów męczarni przez Poznań (dziś na szczęście lekko odchudzony samochodowo) i potem pod wiatr, ale jakoś tak na wysokości 3/4 dystansu w jedną stronę zaczęło jechać mi się niepokojąco.... przyjemnie. Wniosek - wiatr się zmienił... Fajnie, że zaczął pomagać, ale wolałbym żeby jednak zrobił to sprawiedliwie, a nie wtedy kiedy zamierzam zawracać.

No nic, dotarłem do celu, lekko opróżniłem bidon i ruszyłem z powrotem. Kręciłem sobie rekreacyjnie pod wiatr te 32-33 km/h, a tu nagle widzę, że ktoś mnie wyprzedza, za chwilę się obracając i zachęcając do wspólnej jazdy. No to tyle było z emeryckiej jazdy :) Kolega na szosowej Meridzie okazał się całkiem rozmowny, a w trakcie gadu-gadu okazało się, że:

- Ile dziś?
- No, tak 50 kilosów, bo do rodziny trzeba wracać.
- Łoo, to jak u mnie.

Chwilę później, po dyskusji na temat ulubionych terenów do jazdy, a że zeszło na górki, to:

- A w sumie to generalnie pochodzę z Jeleniej Góry.
- Naprawdę??? A ja ze Lwówka Śląskiego (30 km od JG).
- Łooo! Ziom :) A od kiedy w Wielkopolsce?
- No jakoś tak ponad 10 lat.
- Łooo. To jak ja :)

No i proszę - krajana można spotkać nawet na Obczyźnie-Swojszczyźnie. I to na rowerze. Miło :)

Z kolegą pokręciliśmy do Kobylnicy, bo skręcał do siebie, czyli Gruszczyna, a żegnając się życzyłem mu powodzenia na zawodach triathlonowych, do których się przygotowywał, trenując zupełnie nienaturalne dla człowieka czynności, takie jak pływanie i bieganie :)

Przede mną jeszcze rozwijał się caaaaaaalutki Poznań, który skutecznie rozwalił mi średnią. I tyle by było z dzisiejszego szaleństwa. Gorąco - za gorąco - się powoli dla mnie robi.

Trasa rybka + Ży... :)

Sobota, 23 maja 2015 · Komentarze(4)
Kolejny dzień z cyklu "oszukać wiatr". Oczywiście tytuł wskazuje na oczywistą porażkę, bo jedyną dopuszczalną opcją byłoby być "oszukanym przez wiatr". Ale nie wiało za mocno, więc wykonałem na spokojnie swoją trasę "rybka" przez Wiry, Komorniki, Szreniawę, Trzcielin, Dopiewo i Skórzewo. Bez przygód, choć gdy uświadomiłem sobie w połowie trasy, że nie zabrałem ani dowodu, ani karty, ani pieniędzy to tylko czekałem na moment, gdy najadę na dywan z gwoździ i będę wracał pieszo. Ale - o dziwo - nic takiego się nie wydarzyło :)

Za to skończyłem słuchać audiobooka Igora Ostachowicza "Noc żywych Żydów". Kilka dni z tą książką, nominowaną zresztą do Nike, na uszach i jestem pozamiatany. Fabuła w skrócie: warszawski hispter-glazurnik w swoim mieszkaniu położonym na terenie byłego getta odkrywa przypadkowo, że w piwnicy gnieżdżą się zabici Żydzi z czasów Powstania, którzy nie potrafią się uśmiechać, w związku z czym nie mogą iść do nieba. Po uwolnieniu zaczynają opanowywać stolicę, a jako że zostali zamordowani w dość młodym wieku to oczywiście głównym miejscem ich przebywania są galerie handlowe - i o dziwo wśród snujących się po nich Polaków wydają się od nich bardziej żywi, a część zaczyna organizować nielegalne zakłady na prawdziwe pieniądze w Wyścigach Kasjerek w Carrefourze - która pierwsza wyda paragon. Na Żydów-zombie poluje tak samo nieżywy Niemiec Fritzl, zwołując bojówki złożone ze współczesnych skinheadów, którzy jednak nie dają się namówić na kultową nazistowską rozrywkę, czyli gwałcenie polskich gospodyń domowych w rozmiarach XXL. Istnieją podejrzenia, że na pomoc mają przybyć niemieckie grubokościste emerytki z trwałą ondulacją. A w kanałach żydowski lekarz poluje na antysemitów, dokonując na nich obrzezania, a następnie każąc jeść zupę z ich... No dobra, dość. Dochodzę do siebie. A książkę - tym odporniejszym mentalnie - polecam :)

Poznań boczkiem

Piątek, 22 maja 2015 · Komentarze(8)
Wiatr wciąż nie chce zmienić kierunku (choć trzeba przyznać, że się uspokoił), deszcz spaść nie zamierzał, jazda mniej konfliktowym dla mojego mózgu crossem więc odpada, bo wstyd. Skutek - znów dziś na szosie. Problemem pozostawało co zrobić z przejazdem przez Poznań, żeby wyjść z niego bez większych strat na psychice. Wybrałem opcję dostania się na północny zachód przez ulicę Bułgarską, a potem na Rokietnicę przez trasę do Tarnowa Podgórnego.

Sama jazda w miarę nową DDR-ką od stadionu Lecha do Dąbrowskiego jest w miarę przyzwoita, choć jak zwykle połączenie rowerzysta + samochód wyjeżdżający z podporządkowanej polega na tym, że tylko ten pierwszy musi myśleć jeśli chce jeszcze trochę poegzystować na tym łez padole. Trochę stania na czerwonym, trochę wymijania cyklistów z okresu "maj-wrzesień" jadących środkiem pasa i udało się ogarnąć najgorszą część trasy. Jako że odkurzyłem kamerkę to utrwaliłem print-screenowo jak wygląda ta część Poznania - i chyba przyznacie, że prezentuje się na tym kawałku jak jakaś cywilizacja, a nie jedno z polskich miast :)


Gdy już wydostałem się z terenu zabudowanego to zrobiło się sielsko i anielsko, bo kawałek do Kiekrza jest zielony, malowniczy i w ogóle och i ach. A to wciąż teren Poznania!


Potem obowiązkowe wahadło, wjazd do Rokietnicy, zakręt na Mrowino i już prosto przez Chyby do Przeźmierowa. I znów nikt na mnie nie zatrąbił przy omijaniu tamtejszych "prorowerowych" Fal Dunaju, co zdarzyło się niedawno Dariuszowi - sorry, jeśli powstanie kiedyś ta mapa obtrąbień to nie będę mógł tego miejsca wpisać do swojej statystyki. Ale to pewnie kwestia czasu :)

Za to w samym Przeźmierowie coś mnie podkusiło, żeby zaliczyć ostatni kawałek tamtejszego DDR-a. No doba, nie będę ściemniał, tym "cosiem" był jadący z naprzeciwka radiowóz :) Wskutek tego zamiast przejechać 500 metrów w dwie sekundy zajęło mi to jakieś 4 minuty. Czemu? Światła i dwa TIR-y stojące na moim pasie podczas przejazdu przez ulicę. Zresztą - przed Państwem quiz: Kto w poniższej sytuacji za chwilę będzie czekał na dostanie się na drogę najdłużej: a) TIR, b) autobus, c) osobówka, d) ja, mimo że miałem pierwszeństwo jadąc po ścieżce. Nagród nie przewidziano :)

PS. Endo się całkowicie zbuntowało po "modernizacji", więc nie będzie mapki. Mimo że i tak jest ostatnio nie było. Czas się powoli chyba żegnać z tą aplikacją.

Wmordewind - 100% satysfakcji

Czwartek, 21 maja 2015 · Komentarze(3)
Wczoraj nie mogłem się nachwalić komfortem, zarówno psychicznym, jak i tym dla czterech liter, który zapewnia jazda crossem, dziś z powodu pogody - bo nie padało - nie mogłem sobie pozwolić na powtórkę. Jeszcze bym został potraktowany jak człowiek bez honoru, tchórzliwy szczur albo polski hipster wobec konieczności przeżycia dwudziestu minut bez ajfona. No po prostu nie mogłem. Problem był tylko jeden - północno-zachodni wiatr (w teorii, o czym później), co oznaczało (znów w teorii) jazdę przez miasto, co na szosie powoduje u mnie na samą myśl drgawki, wczesną laktację, a być może i przekwitanie. Postanowiłem więc zmienić profil i trasy i pojechać na zachód, Poznań olewając ciepłym..., nooo, po prostu olewając :)

Plewiska, Skórzewo, Dopiewo pokonałem z podmuchem w pysk. Spoko, spoko, zaraz nawrót, odbiorę sobie, pomyślałem. W Fiałkowie spojrzałem jednak na słynną flagę przy słynnej tablicy "Poznań Główny", położoną przy jeszcze bardziej znanej stacji kontroli pojazdów, a tam... jej łopotanie wskazywało, że wiatr się zmienił. Grr!! Miałem wybór - jechać dalej na zachód, okrążyć ziemię i wyjechać w Poznaniu za trzy lata od strony Chin i Kazachstanu, albo nawrócić przez Sierosław oraz Wysogotowo i zdążyć do pracy. Wybrałem bramkę numer dwa, dzięki czemu mogę sobie pogratulować rzadko spotykanego (nawet u mnie) trofeum "Wmordewind, maj 2015 - 100% gwarancji". W sumie lepsze takie niż żadne :)

Crossowy chillout z frustratem gratis :)

Środa, 20 maja 2015 · Komentarze(6)
Miało padać. I padało. Bardzo sympatycznie zresztą, bo najpierw kropiło, a jak wracałem to mżyło. Czyli bez tragedii, choć zapobiegliwie dziś zaprzęgłem crossa, a nie szosę, mając w głowie, że jakby się chmury rozszalały to zawrócę wcześniej, a gluta jest mniej wstyd zaliczyć właśnie takim sprzętem :) No a poza tym - bardziej prozaicznie - po wczorajszej stówie bolał mnie tyłek od szosowego siodła.

Zamiast gluta wyszło pełnoprawne 50+, a że z dużo niższą średnią prędkością to trudno. Miałem dziś generalnie wyrąbane na spinki, napinki i zapinki - po prostu jechałem przed siebie, ciesząc się pokonywaniem kilometrów, a nie ruszało mnie nawet to, ze prawie trzy dychy musiałem pokręcić po mieście. Pewnie to kwestia wyboru roweru, bo jednak pokonanie Poznania szosą bez choćby jednego bluzgu jest niemożliwe. A tak? Spokojnie - są światła tylko w kolorze red? No bywa. Jest koszmarna nawierzchnia? Przejadę. Jest ścieżka po mojej stronie - jakoś dam radę na tych grubych kołach. Kompletny chillout. I tak sobie dojechałem do Suchego Lasu, potem prosto do Chludowa, tam nawrót i z powrotem do domu, żeby zdążyć do pracy.

Coś nie pasuje w tym wpisie, prawda? Coś za różowo? :)

No oczywiście. Bo nie może być, że ot tak sobie przejechałem. Na ulicy Przybyszewskiego, na odcinku między Szamarzewskiego a Bukowską, gdy jechałem sobie spokojnie asfaltem usłyszałem - no co mogłem usłyszeć? - klakson. Zerkam na lewo, a tam uwieszony na kierownicy Skody Octavia koleś o aparycji człowieka-kartofla coś mi macha łapami wskazując właśnie na lewo. Po chwili skojarzyłem o co mu chyba chodzi i centralnie wybuchnąłem śmiechem, poklepałem się znacząco po kasku i zgodnie z moją dzisiejszą Taktyką Chilloutu olałem gościa. Wyjaśnienie - prawdopodobnie na życzenie szanownego kierowcy miałem zjechać na jedną z najbardziej absurdalnych DDR-ek w Polsce, położonej nie tylko po dwu stronach ulicy, ale nawet po jej środku, ciągnącą się wężykiem przez ponad kilometr - o, dokładnie na tą: ŚCIEŻKA ABSURD. Może i bym w ramach nowego doznania się na to zdecydował, ale szczerze mówiąc nawet nie wiem jak się do niej dostać, bo akurat ta część znajdowała się po drugiej stronie torowiska.

Pan Frustrat chyba jeszcze bardziej się zirytował moją godną pożałowania postawą, przez którą nie mógł dalej się powyżywać, bo na najbliższym skrzyżowaniu specjalnie zjechał maksymalnie na prawo, żebym nie mógł go wyprzedzić - ciekawe czy wiedział, że to zgodne z prawem? No cóż, tym razem się zatrzymałem i... zacząłem mu klaskać. A po chwili wyjąłem komórkę, uwieczniając zarówno jego manewr (spójrzcie na układ prawego przedniego koła), jak i tył jego wozu. Drodzy Poznaniacy - jeśli kiedyś zobaczycie taką oto Skodę z naklejką motocykla po lewej, a chrześcijańską rybką (a jak!) po prawej to pozdrówcie kierowcę ode mnie. Gorąco :) Ja to zrobiłem kawałek później, gdy mijałem go stojącego w korku. Niech ma - może w sumie dobrze się stało, może dzięki temu, że się wyżył jego żona lub konkubina (jeśli w ogóle takowe posiada) nie będzie miała dziś nowego lima pod okiem? A zupa nie będzie za słona?

PS. Drobna edycja - na wszelki wypadek ocenzurowałem delikatnie tablicę rejestracyjną. Sąd kapturowy mi teraz już nie grozi :)


Pamiętaj, by...

Wtorek, 19 maja 2015 · Komentarze(6)
...dzień święty święcić. Czy coś tam gdzieś "pisało". No, jak trzeba to trzeba. A że dla mnie każdy dzionek bez upojnie spędzonego czasu w pracy to właśnie święto, to trzeba było coś z nim zrobić - rowerowo oczywiście. Na jakieś super długie eskapady nie było szans, bo po południu miało padać, trzeba było jednak coś wymyślić, żeby autor przykazania, kimkolwiek jest, się nie wkurzył.

Oczywiście padło na stówkę. Rano po analizie prognozy pogody i przy pomocy Pana Gógla z grubsza wybrałem sobie kształt trasy, czego zazwyczaj nie robię. I już wiem dlaczego, bo dziś okazało się, że jest to zupełnie bezsensowne – planować sobie można, ale z drogowcami się nie wygra. O czym później.

Na początek jednak według ustaleń – dobrze znaną krajową „piątką” na południe. Pod wiatr. Pod bardzo męczący i upierdliwy wiatr. Jak zwykle obiecałem sobie: pojadę bez zatrzymywania i bez zwiedzania, będzie szybciej, może trafi się jakaś przyzwoita średnia. No i... pierwsza pauza z aparatem w łapie zdarzyła się już w Głuchowie :) W końcu postanowiłem przyjrzeć się bliżej ruinom tamtejszego pałacu, położonego przy samej głównej drodze. Niestety za wiele nie zobaczyłem, bo przywitał mnie uroczy napis „teren prywatny, wstęp wzbroniony”, połączony z „szanuj zieleń”-em, więc cyknąłem tylko szybko fotkę i się wycofałem. Za to całkiem zachęcająco prezentuje się żarłodajnia położona na tym terenie, ale walorów kulinarnych nie ocenię, bo pora na wieczerzanie odpowiednia nie była.

Drugi raz przegrałem ze swoim postanowieniem "niezwiedzanie przez niezatrzymywanie" już kilka kilometrów dalej, w Kawczynie, gdzie obowiązkowo musiałem ogrzać się przy monumentalnym blasku drewnianego wiatraka, a tym razem nawet na niego wlazłem. Co znalazłem na górze? No co? Oczywiście piersióweczkę :)

Cel, czyli Kościan osiągnąłem warcząc non stop pod nosem, próbując odpędzić wiatrzysko. Oczywiście bez skutku. Specjalnie nadłożyłem lekko drogi, nie skręcając przed pierwszym zwodniczym kierunkowskazem, bo moje wcześniejsze przejazdy przez tę miejscowość nauczyły mnie, że prowadzi on na kostkowaną DDR-kę. Naiwny, zadowolony, że pokonałem system dokręciłem do Kiełczewa i tam dopiero skręciłem. Co prawda na rozsypujących się chodnikach ustawione były jakieś niebieskie znaki z rowerami, ale drzewa zasłoniły i nie widziałem. Ani jednego. Z ręką na sercu :)

Skoro już byłem tam, gdzie byłem to skierowałem się na starówkę, o dziwo nie tak koszmarną, jak się spodziewałem. Najpierw zatrzymałem się przy kościele pod wezwaniem Pana Jezusa, z przepiękną datą powstania – 1666 :) Na ładnym placyku przed nim prawdziwy miszmasz – tablice ku czci Żołnierzy Wyklętych mieszały się z tymi ku czci poległych w obozach koncentracyjnych, a pośrodku zakwitł sobie jeszcze obowiązkowo pomnik Jot Pe Dwa, w konwencji „black or white?”, z dwoma gołąbkami. Mój rower nie czuł się skrępowany, a być może i pasował do wystroju.


Położony niedaleko Ratusz prezentuje się całkiem okazale, ale znów stwierdziłem, że w tym miasteczku ktoś ma chyba hopla w temacie męczeństwa, bo na jego ścianie kwitnie kolejny napis „Cześć Męczennikom”. Ok, nic mi do tego, szacunek tragicznie zmarłym się należy, ale dla mnie było już lekko za dużo w tym temacie.

Postanowiłem jeszcze odwiedzić kościół Świętego Ducha, akurat otwarty. Zaparkowałem rower, wleciałem szybko, coby mi żaden katolik go nie świsnął w imię chrześcijańskiej chęci dzielenia się mieniem, dopadłem do nawy głównej, wyciągam aparat, wciskam co trzeba i... Nic. Zero reakcji, a do tego aparat jakiś lekki się zrobił. Okazało się, że zjeżdżając z rynkowych krawężników pogubiłem akumulatorki... Sierota – oto moje drugie imię. Szybki nawrót do drzwi (rower stał!) i na poszukiwania. O dziwo skuteczne – jeden leżał na środku drogi, drugi pod kołem samochodu. Ale już zawracać mi się nie chciało, więc poszukałem azymutu na dalszy kierunek, którym miał być... no właśnie, o tym za chwilę.

Najpierw o tym, że po przejeździe przez Kościan sam zostałem męczennikiem. Rowerowym. To, co dzieje się na obszarze tej miejscowości przekracza moje nerwy. Centrum jeszcze da się przejechać po asfalcie, ale już każda chęć skrętu w bok kończy się widokiem rozłożystego znaku w patriotycznej bieli i czerwieni, w środku którego znajduje się znaczek roweru. Po ludzku – zakaz jazdy tym środkiem transportu. A ty człowieku kombinuj, miej oczy na lewo, prawo, z przodu i z tyłu – gdzie jest ten „pro-rowerowy” wynalazek urzędasów z prowincji? Zaliczyłem kostkę, zaliczyłem chodnik, zaliczyłem też asfalt. Sorry, „asfalt” przy wyjeździe na Stary Lubosz. Bo tam się kierowałem. Oczywiście położony po drugiej stronie niż mój kierunek jazdy (i dobrze, że karnie nim jechałem, bo minął mnie radiowóz). Ale przepraszam, zwracam honor - w samym Luboszu sytuacja się zmieniła, bo po tej stronie DDR-ka się skończyła, a zaczęła po „mojej” stronie, ponownie z kostki, ale teraz urozmaiconej Falami Dunaju. Odpuściłem. Stwierdziłem, że mandat jest mniej szkodliwy dla mojego zdrowia psychicznego niż to coś. Na szczęście obyło się bez.

Śmieszka w końcu umarła (ufff), można było kręcić w spokoju. Ostre hamowanie nastąpiło w Starym Gołębinie, gdzie ukazał mi się drewniany kościół pod wezwaniem Wniebowzięcia NMP. Nic specjalnego, ale będzie do kolekcji. Ciekawostka – podczas II Wojny Światowej znajdował się w nim magazyn broni.

Kolejny tego typu obiekt, zupełnie niezamierzenie, odkryłem w Błociszewie, wsi z ciekawą przeszłością, a także pałacem Kęszyckich, którego jednak obfotografować nie miałem jak, bo znów ukazał się zakaz wstępu, do tego monitoring i pewnie ukryte w podziemiach Gestapo :/ Przy wjeździe do tej miejscowości przywitał mnie... kondukt żałobny. Kogoś tam wieźli na cmentarz z całą obstawą, na czele z księdzem o aparycji księżyca w pełni, który – jak wywnioskowałem po uśmiechu na twarzy – bardziej był zajęty liczeniem w głowie zysków z pogrzebu niż celebracją :) Ale był jeden plus – dzięki tej funeralnej imprezie udało mi się załapać na zdjęcie wnętrza kościoła Świętego Michała Archanioła, za pozwoleniem kościelnego, który ogarniał teren.


I tu dochodzimy do początku mojego przydługawego wywodu – po fakcie okazało się, że to tu właśnie miałem skręcić, żeby zrobić okolice równej stówy. Ale że drogowcy pewnie pochodzili stąd, czyli wiedzieli gdzie, co i jak to nie uznali za stosowne umieścić odpowiednich znaków dla obcokrajowców. Więc... pokręciłem zupełnie nie tam, gdzie zamierzałem. Co prawda znalazłem kierunkowskaz na Śrem, licząc na to, że z trasy nań skręcę tam, gdzie planowałem, czyli na Brodnicę, ale gdzie tam! Co najlepsze – gdybym nie spostrzegł, że „Śrem – prosto” oznacza „Za 100 metrów patrz w lewo na mały znak, że trzeba skręcić, a prosto dojedziesz tam, gdzie nie wiemy co napisać” to teraz bym czekał na pociąg z Terespola, zapewne z kilkoma uchodźcami z Donbasu.

Jak się skończyło? W Śremie, bo tam dojechałem. Strava pokazała mi, że jechałem odcinkiem „petarda do Śremu”, cokolwiek to oznacza. Ja wiedziałem co – czeka mnie co najmniej osiem kilosów kręcenia pod wiatr, żeby wrócić, tam gdzie pierwotnie chciałem jechać... Boże, jak się namęczyłem z tym powiewem centralnie w pysk przez Psarskie i Manieczki! Ale jakoś się udało dotrzeć, potem skręt na Brodnicę, tam zakup Pepsi w puszcze, chwila na oddech i do domu, już znajomymi szlakami, przez Żabno i Mosinę.

Podsumowanie – kilkanaście kilometrów gratis od drogowców. Piana na twarzy nie dodawała uroku. Za to deszcz mnie nie dopadł, a i udało się nadrobić zaległości muzyczne. No i raz jeszcze napiszę – wietrze, ty mendo!!! :)

Wklejam dziś - wyjątkowo - mapkę z Endo, skoro inaczej nie można.

Aha - jutro podobno deszcz.

Aha 2 - dziś, ratując sytuację, na dwie godziny wylądowałem w pracy. Oj, kosztować będą kogoś te moje nadgodziny...


Rybka, czyli nihil novi

Poniedziałek, 18 maja 2015 · Komentarze(2)
Pierwotnie miałem mieć dziś dzień wolny i smaczek na ewentualny dłuższy dystans w doborowym towarzystwie, ale jak to bywa z planami - rozmyły się w codzienności i za chwilę idę do roboty. Życie chłoszcze.

W związku z tym musiałem obejść się smakiem i zafundować sobie "rybkę". Nie, nie zmieniłem preferencji kulinarnych, wciąż truchła, także tego pływającego, nie ruszam. Chodzi oczywiście o dobrze znaną trasę o takim kształcie, tym razem rozpoczętą od strony Lubonia, potem Komorniki, Trzcielin, Dopiewo i powrót przez Dąbrówkę. Dokładnie tak jak na mapce z Endo. Aaaaa, nie działa... :) Wiatr jak zwykle niezdecydowany i z fochem, ale za to trochę odpuścił na sile.

W Skórzewie niedawno skończył się gnój spowodowany powstawaniem ronda. Skończyły się w związku z tym również objazdy i wahadła. Całkiem niedawno zakwitł w zamian remont drogi, cholera wie czemu akurat w tym miejscu, bo źle tam nie było. Zaczęły się więc objazdy i wahadła. Moja osobista kolekcja blokad się dzięki temu ładnie zazębiła o kolejną miejscowość. A na przykład nikt nie myśli o remoncie dróg przed i za Konarzewem, które prezentują się tak, że nie byłbym zdziwiony gdyby łakomym okiem już zerkali w ich kierunku rodzimi taternicy i grotołazi... Może właśnie o to chodzi? Budujemy kolejną atrakcję? ;)