Wczoraj Dzień Bez Migacza, dziś z kolei Dzień Dziadka Na Rowerze Z Lusterkiem, Które Służy Mu Chyba Jedynie Do Poprawiania Sztucznej Szczęki. W skrócie DDNRZLKSMCJDPSS. Dwóch takich delikwentów napotkałem na swojej trasie - jednego na ścieżce w Łęczycy, gdy zajechał mi drogę dokładnie w momencie mojego manewru wyprzedzania, choć do tej pory jechał w miarę prosto, drugiego kawałek za Mosiną, gdy wtelepał się na pałę na przejście dla pieszych bez żadnego sygnału i ostrzeżenia, że zamierza zmienić pas ruchu. Obaj na swoich kozach zamontowane mieli lustra niemal wielkości tych stawianych przy ulicach podporządkowanych. Po co, skoro używać ich nie zamierzają - dobre pytanie. Może jakaś nowa moda wśród emerytohipsterów? W każdym razie znów uratowało mnie rowerowe doświadczenie i obyło się bez tragedii.
Powtórzyłem dziś trasę z wczoraj, ale odwrotnie - najpierw Luboń i Mosina, potem Dymaczewo i Stęszew, skąd prosto na Poznań. No, może nie do końca prosto, bo postanowiłem skorygować trasę w celu uniknięcia korków w Komornikach i pojechałem objazdem przez Rosnowo. Chwilę później stałem w korkach. Ale już innych. Nie do końca o to mi chodziło, ale niech będzie, że oszukałem system.
Analizując dzisiejsze zachowania kierowców byłem pewny, że taki dzień jak w tytule został na dziś zaplanowany. Jeden traktor, trzy osobówki i TIR jadące przede mną nie raczyły poinformować reszty świata, że zamierzają skręcić - do wyboru: w lewo lub w prawo. Nauczony życiowym doświadczeniem trzymałem jednak przez całą drogę łapy na klamkach, udało się więc uniknąć w konsekwencji celebrowania dzisiejszego prawdziwego święta. Czyli Dnia Przytulania :)
Trasa bez kombinowania: klasyczny "kondomik" od strony Komornik, potem Stęszew, Dymaczewo, Mosina, Puszczykowo (tam moja ulubiona hopka) i Poznań. Średnia - wybitnie średnia. Ale wiało bardzo nieprzyjemnie i momentami kropiło, więc nie ma dramatu.
Rano (6:30) - deszcz. Rano (8:00) - deszcz. Rano (9:00) - deszcz. Rano (czyli chwilę później, bo ile można spać?) - coś się zaczyna przejaśniać. Hmmm. Wizja chomika zaczyna się oddalać. Do pracy na 13-tą, więc niczym wytrawny myśliwy lub już-niedługo-były-prezydent zajmuję punkt obserwacyjny przy ambonie. Czyli oknie. Ok, chmury jakby jaśniejsze, chodniki lekko schną - ruszam!
Cross już wiernie czekał w gotowości, bo szosą nie miałem zamiaru robić nawet gluta (a tylko na niego miałem czas) w takich warunkach. Kurs "glutowo klasyczny" - do Mosiny przez Puszczykowo i z powrotem. W Luboniu na przejeździe kolejowym jak zwykle popisał się dróżnik, który zamknął go - sądząc po kilometrowym korku - na jakieś pół godziny. Żeby dostać się bliżej zdecydowałem się na heroizm w postaci pokręcenia kawałka ciągiem pieszo-rowerowym, co jak zwykle było decyzją błędną, bo rogatki chwilę później się otworzyły, a ja próbowałem dostać się z powrotem na asfalt (i nie było to moje widzimisię, tylko konieczność, bo trwa tam remont). Zgadnijcie ilu z kochanych kierowców pomyślało sobie: "o, widzę że rowerzysta próbuje się włączyć do ruchu. Może zatrzymam się i go przepuszczę, bo widzę, że się męczy"? Zgadliście - dokładne, okrągłe, pełne zero. Po dwóch czy trzech minutach musiałem wymusić co moje - po raz kolejny przekonując się, że żyję w uroczym kraju. Aha, chyba nie muszę dodawać, że podczas powrotu przejazd znów był zamknięty :)
Na trasie trochę mnie zmoczyło, ale nie jakoś specjalnie mocno. Dość fajnie wjeżdżało mi się i zjeżdżało na hopce w Starym Puszczykowie, gdzie udało się nawet rozpędzić crossem do pięciu dych, i to nawet mimo tego, że w pewnym momencie spadł mi łańcuch podczas zmiany przełożeń. Jak widzę górki problemy techniczne nie istnieją. Takie moje zboczenie.
Nie miałem dziś nastroju na jakieś szybkie kręcenie. Smutne info, które otrzymałem wczoraj od kumpla "po kole" (trzymaj się, Chłopie!) spowodowało, że bliżej mi było do tytułowej jazdy w zadumie niż typowego dla mnie bezsensownego szarpania się z tematem.
Pojechałem najpierw na Luboń, co okazało się strasznym błędem, bo zakwitł tam jakiś remont, wraz z obowiązkowym objazdem. Oczywiście drogą szutrową, pełną dziur - bowiem w Luboniu asfalt cały czas pozostaje luksusem i towarem high level, na który można sobie pozwolić tylko w przypadku najbardziej istotnych ulic. Nigdy więcej - przejechanie dwóch kilometrach jak w Rajdzie Dakkar szosą mnie przerosło. Jak już się wydostałem na wolność to poszło lepiej - Wiry, zjazd do Łęczycy i Puszczykowa. Tam zostałem pozdrowiony radosnym machaniem przez jakieś dziewczyny czekające na przystanku - miło. Potem klasycznie wjazd na górkę w Starym Puszczykowie, a w Mosinie zaliczenie Osowej Góry - bo postanowiłem się dziś trochę bardziej zmęczyć. Podczas zjazdu wyszła mi prędkość max powyżej sześciu dych, mimo wiatru uderzającego w pysk.
Z Mosiny skierowałem się na Rogalinek i Rogalin, w którym zawróciłem i zafundowałem sobie powrót przez Wiórek i Czapury. Patrząc na żałosną średnią na liczniku i czując, że wiatr zgodnie ze świecką tradycją wieje mi z boku zamiast w plecy, bez większych nadziei na jakiś dobry wynik dotarłem do Starołęckiej, gdzie zostałem już całkowicie przyblokowany. Ale - tak jak pisałem - dziś wykręcenie przyzwoitych osiągów nie było istotne.
Przez wjazdy, zjazdy i objazdy urodziłem dziś UFO:
Od rana niebo było zachmurzone, bure i jakieś takie niespokojne. Czas na poranne wypicie kawy nie pozwolił jednak na wyjaśnienie sprawy podstawowej: będzie czy nie będzie padać? Odczekałem jeszcze kilka minut i jako człowiek pogodowo doświadczony przez życie postanowiłem wziąć sprawę na klatę. Bo istnieje jedna niepisana zasada: jeśli deszcz nie może się zdecydować na to czy lunąć czy nie to zrobi to na 99% chwilę potem jak wyruszę na rower.
Nastawiony mentalnie jak Macierewicz do ruskich kontrolerów lotu ruszyłem, co chwilę zerkając na przelatujące mi nad głową chmury. Kilometry leciały, a tu nic. Ciekawostka. Minąłem Skórzewo, minąłem Dąbrowę, dotarłem do Drwęsy i do Kalw, gdzie miałem zamiar zawrócić. Dalej nic. Chwilę po nawrocie, gdy wiatr zaczął mi pomagać (oczywiście w teorii, bo realnie dawał boczne kuksańce) poczułem krople deszczu na nosie. Ha! Mówiłem! Spisek międzynarodowy! Putin!!! Konglomerat radziecko-faszystowski!!! I takie tam.
Dumny, że WIEM już miałem w głowie pierwsze słowa listu do "Naszego Dziennika" i artykułu do "Gazety Polskiej", gdy... padać przestało. W sumie to nawet nie był opad, a jedynie jakieś pojedyncze kropelki. Cholera, znów życie mi się skomplikowało :/
Kręciłem z powrotem z nadzieją na może coś, jednak, jeszcze... No ale nie. Wróciłem swoimi śladami, tym razem jednak omijając elementy DDR-ki, dzięki której pozbyłem się wczoraj dętki. Przy okazji - czy to naprawdę był PRZYPADEK? :)
Codziennie przejeżdżając przez remonty na Dębcu, które trwać będą co najmniej do końca roku, pokonuję dziesiątki metrów rozwalonych asfaltowych płyt i uskoków, do tego mam na trasie dwa kompletnie zdezelowane przejazdy kolejowe. Zagadka pierwsza: czy zdarzyło mi się na nich złapać gumę? Zagadka druga: czy zdarzyło mi się dziś złapać gumę na ścieżce rowerowej?
Wiem, zbyt łatwe. Jakbym organizował "Milionerów" to byłbym już bankrutem. Ale pro forma powiem, że odpowiedź na pytanie pierwsze brzmi: NIE, a na drugie: oczywiście, że TAK. Na szczęście pana zakwitła na dwa kilometry przed domem, więc jakoś dotelepałem się na miejsce z półkapciem. A wszystko zdarzyło się na ulicy Ostatniej, na której co prawda jest ddr-ka z asfaltu, całkiem przejezdna, ale za to z momentami ukrawężnikowania. I to właśnie tam dętka odeszła do krainy wiecznych łowów - sprawdziłem, dziura od wewnątrz, ewidentnie spowodowana uderzeniem o felgę.
Ale w sumie jechało mi się dziś całkiem przyzwoicie. Pokręciłem na zachód, przez Plewiska i Dąbrówkę do Dopiewa, potem Fiałkowo i w Więckowicach skręt na Poznań i powrót "drogą krzyżową" nr 307, czyli poletkiem dla bezmózgów w puszkach, koniecznie chcących zakończyć swój żywot na którymś z drzew podczas wyprzedzania na trzeciego. Mi też udało się dziś zaliczyć mijankę - za Sierosławem dogoniłem dwóch szosowców, których pozdrowiłem i tyle się widzieliśmy. Miałem nadzieję na jakąś emocjonującą gonitwę, ale chęci widocznie nie było. W ten sposób zostałem Kwiatko-Majko-Armstrongiem, Przynajmniej w swoich oczach :)
Aaa, i najdziwniejsze - w ogóle nie padało! A byłem psychicznie przygotowany, żeby nie było :)
Dziś rano, hmm, nie padało bardziej niż nie padało wczoraj :) Czarne chmury i jakieś pojedyncze krople co prawda nie nastrajały zbyt dobrze do potencjalnej jazdy, ale jednak podjąłem męską decyzję o wyjeździe szosą, co generalnie błędem się nie okazało, bo wróciłem do domu suchy. Za to przewiany z każdego możliwego kierunku, bo duło mocno, niby z zachodu, a realnie zewsząd.
Trasę wykonałem zgodnie z zaleceniami dyżurnego ichtiologa kraju, wykręcając "rybkę", czyli skromniejszą wersję ostatniego plezjozaura: Poznań - Luboń - Łęczyca - Wiry - Komorniki - Szreniawa - Trzcielin - Dopiewo - Palędzie - Skórzewo - Plewiska - Poznań (opis byłby krótszy gdyby działały mapki z Endo, ale to już chyba pieśń przeszłości. Dziękuję). A pogoda - jeśli odrzucić ryzyko opadów - baaaaardzo mi odpowiada. Takie lato - w to mi graj :)
A za chwilę idę na piechotę do pracy. Zaledwie pięć kilometrów. Czemu? Bo od soboty przez dwa tygodnie trwa remont pętli na Dębcu. Na ten czas MPK tak sprawnie skonstruowało komunikację zastępczą, że nie wiadomo czemu przejeżdża ona sobie przez przejazd kolejowy, zamykany 5-6 razy na godzinę. Przecież to logiczne rozwiązanie, skoro wcześniej tramwaj nawet nie miał jak do niego dojechać, bo pętla kończyła się wcześniej, prawda? Autobus zastępczy w związku z tym stoi sobie po kilka minut na wspomnianym przejeździe te 5-6 razy na godzinę. Trzy razy próbowałem zdążyć do pracy, wychodząc piętnaście minut wcześniej niż zazwyczaj. I trzy razy byłem piętnaście minut spóźniony. Od dwóch dni chodzę piechotą, wychodząc dokładnie w tym samym czasie i jestem pięć minut przed rozpoczęciem dyżuru w swoim obozie pracy. Proszę, nie pytajcie gdzie tu logika :)
O 6:30 rano, gdy się obudziłem (sorry, gdy mnie obudzono) za oknem padał deszcz. Żona wyruszyła do pracy, a ja wyruszyłem z powrotem do łóżka, będąc pewien jednego: wyśpię się. Dwie godziny później, po obudzeniu w wersji 2.0, ze zdziwieniem stwierdziłem, że już nie pada, jest co prawda mokro, ale kręcić dwoma kółkami się da. Długo się nie zastanawiałem, znalazłem w szafie najgorszy zestaw rowerowych ciuchów i zabrałem za odgrzewanie crossa. Bo właśnie nim postanowiłem się telepać, mając wreszcie pretekst do zapewnienia swoim czterem literom siodełkowego komfortu względem szosy.
Pierwotnie myślałem, że wyjadę dziś jedynie przeciętnego trzydziestokilometrowego gluta, ale w miarę pokonywania kolejnych odcinków coraz mniej wyglądało, że będzie lać. Dotarłem do Mosiny i lekki zonk, bo nie miałem przygotowanej planu na trasę 30+. Wpadłem na pomysł zrobienia eksperymentu na żywym organizmie i zobaczeniu na czym polega objazd tamtejszego remontowanego torowiska, który do tej pory zazwyczaj po prostu przeskakiwałem na nogach. Skręciłem więc na Krosno, przez kartoflową ddr-kę, którą na szczęście crossem da się jakoś pokonać bez utraty zębów. A finalnie okazało się, że objazd jest całkiem całkiem, z dobrym asfaltem i przez spokojne rejony. Do powtórzenia.
Potem wykombinowałem sobie trasę do Żabna, w którym wjechałem sobie na hopkę, która w wielkopolskich rejonach jest prawdziwym K-2, a w moich rodzinnych rejonach uznana zostałaby maks za mocniej wybrzuszony krawężnik, i zawróciłem, ale tym razem skierowałem się na Baranowo. I wylądowałem w pięknie, cudownie pachnącym jeszcze deszczem lesie - gdybym mógł to przesłałbym ten zapach na bloga i może nawet bym się za węchowe zasługi ZNALAZŁ NA GŁÓWNEJ STRONIE BS, bo to jak się okazuje jest ostatnio całkiem modne i stanowi cel sam w sobie (a kto nie wie o co chodzi tego zapraszam na bloga Księgowego - a konkretnie do komentarzy pod Maratonem Podróżnika) :)
Jechało się świetnie, a do tego w pewnym momencie usłyszałem nad sobą świst skrzydeł i przeleciało nade mną coś wielkiego - niestety nie zdążyłem zauważyć co - w każdym razie chwilę jechałem z rozdziawioną gębą jak gumowa lala ze sklepów o pewnym profilu :) Przez Sowiniec dotarłem znów do Mosiny, gdzie centralnie przed pyskiem zamknął mi się szlaban, a kilka sekund później spadł deszcz, na szczęście tylko lekki kapuśniaczek, który zanikał i pojawiał się już do samego końca.
Naprawdę lubię jazdę crossem - od czasu gdy mam szosę zapominam jak bardzo. Nie wiem, może mam w sobie jakieś geny Rudego 102, bo poruszanie się tym ciężkim bydlakiem mnie naprawdę cieszy. Nie tylko głowę, ale też inne elementy :) A średnia jak na ten rodzaj transportu też mnie ucieszyła.
Czy ja już kiedyś pisałem, że nienawidzę hipsterów, tego ludzkiego komercho-wynaturzenia? Nie pisałem? To w sumie dobrze, bo od dziś jest mi ich tylko szkoda :) A to za sprawą jednego z nich, którego mijałem na trasie, gdzieś na ulicy Wołczyńskiej gdy męczył się niezmiernie próbując pokonać resztki chodnika, na którym ostatki asfaltu mieszały się z piaskiem, trawą i kamieniami. No ok, jazdy po chodniku nie pochwalam, a wręcz tępię, ale skoro to nasze jeżdżące nieszczęście boi się asfaltu to niech kupi sobie jakiegoś pseudo górala w markecie, a nie super modne ostre koło z oponkami cienszymi niż te w mojej szosie... Tak sobie analizowałem ten cały jego imidż, te jego (zakładałem płeć męską, ale w tych czasach...) rurki, czapeczkę i wypasione słuchawki w połączeniu z całą abstrakcją jego zachowania i myślałem ze smutkiem w jakim kierunku zdąża umiejętność używania mózgu w tych czasach... Zresztą - jakiego mózgu? On przecież miał w zamian gadżety :)
A sama dzisiejsza trasa to klasyczne "oszukać przeznaczenie" w temacie wiatru. Znów wiał z północnego zachodu, a ja znów nie miałem zamiaru telepać się przez miasto, więc wybrałem opcję na zachód, przez Skórzewo, Zakrzewo, Więckowice, Fiałkowo, Dopiewo i powrót przez Gołuski oraz Plewiska. Wiało jak zwykle głównie upierdliwie, ale coś tam przyzwoitego udało się finalnie wyciągnąć. A jutro podobno ma padać. Się zobaczy.
Wczorajszy kurs przez calutkie miasto uszkodził mi kilkaset włókien nerwowych i zaszkodził zdecydowanie synapsom mózgowym. Gdy zobaczyłem dziś rano kierunek wiatru - znów północno-zachodni - uruchomiłem więc ostatnie zasoby działających jeszcze komórek w łepetynie i przed wyjazdem, uzbrojony w kubek kawy, spojrzałem na gógel-mapę i uknułem szatański plan - jak dojechać do Rokietnicy omijając stolec Wielkopolski :)
Nie było to łatwe, ale jednak wykonalne - trzeba było tylko zacząć od jazdy na... południe, przez Górczyn i Plewiska, z których wjechałem znów do Poznania, na Junikowo. Chwilę później opuściłem granice miasta, znajdując się najpierw w Wysogotowie, a potem w Przeźmierowie, gdzie wyhaczyłem sprytny skręt w prawo, który raz że pozwolił mi uniknąć unikania tamtejszej ddr-ki (he he), a dwa że wyprowadził do Baranowa, za którym... znalazłem się w Poznaniu. A konkretnie na wiadukcie nad DK-92. Potem już prościutko przez Słupską do Kiekrza i Rokietnicy. Prawda że nieskomplikowane? :) Ale czego się nie robi, żeby zachować spokój psychiczny.
Wróciłem swoimi śladami, jednak podczas nawrotu nie miałem już jakoś cierpliwości czekać na wahadle w Kiekrzu. Iiiiii... no nie miałem cierpliwości :) Do domu dotarłem bezpiecznie, a średnia wyszła o wiele bardziej przyzwoita niż w przypadku telepania się przez okolice centrum. A że żeby dostać się z południa na północ Poznania wyjeżdżałem i wjeżdżałem do niego trzy razy to już tylko zasługa mojego geniuszu taktycznego :)
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"