Info
Suma podjazdów to 785004 metrów.
Więcej o mnie.
Moje rowery
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2026, Maj11 - 16
- 2026, Kwiecień30 - 50
- 2026, Marzec31 - 65
- 2026, Luty28 - 51
- 2026, Styczeń31 - 72
- 2025, Grudzień31 - 80
- 2025, Listopad30 - 70
- 2025, Październik31 - 96
- 2025, Wrzesień30 - 125
- 2025, Sierpień31 - 144
- 2025, Lipiec31 - 188
- 2025, Czerwiec30 - 147
- 2025, Maj31 - 187
- 2025, Kwiecień30 - 156
- 2025, Marzec31 - 204
- 2025, Luty28 - 178
- 2025, Styczeń31 - 168
- 2024, Grudzień31 - 239
- 2024, Listopad30 - 201
- 2024, Październik31 - 208
- 2024, Wrzesień30 - 212
- 2024, Sierpień32 - 210
- 2024, Lipiec31 - 179
- 2024, Czerwiec30 - 197
- 2024, Maj31 - 268
- 2024, Kwiecień30 - 251
- 2024, Marzec31 - 232
- 2024, Luty29 - 222
- 2024, Styczeń31 - 254
- 2023, Grudzień31 - 297
- 2023, Listopad30 - 285
- 2023, Październik31 - 214
- 2023, Wrzesień30 - 267
- 2023, Sierpień31 - 251
- 2023, Lipiec32 - 229
- 2023, Czerwiec31 - 156
- 2023, Maj31 - 240
- 2023, Kwiecień30 - 289
- 2023, Marzec31 - 260
- 2023, Luty28 - 240
- 2023, Styczeń31 - 254
- 2022, Grudzień31 - 311
- 2022, Listopad30 - 265
- 2022, Październik31 - 233
- 2022, Wrzesień30 - 159
- 2022, Sierpień31 - 271
- 2022, Lipiec31 - 346
- 2022, Czerwiec30 - 326
- 2022, Maj31 - 321
- 2022, Kwiecień30 - 343
- 2022, Marzec31 - 375
- 2022, Luty28 - 350
- 2022, Styczeń31 - 387
- 2021, Grudzień31 - 391
- 2021, Listopad29 - 266
- 2021, Październik31 - 296
- 2021, Wrzesień30 - 274
- 2021, Sierpień31 - 368
- 2021, Lipiec30 - 349
- 2021, Czerwiec30 - 359
- 2021, Maj31 - 406
- 2021, Kwiecień30 - 457
- 2021, Marzec31 - 440
- 2021, Luty28 - 329
- 2021, Styczeń31 - 413
- 2020, Grudzień31 - 379
- 2020, Listopad30 - 439
- 2020, Październik31 - 442
- 2020, Wrzesień30 - 352
- 2020, Sierpień31 - 355
- 2020, Lipiec31 - 369
- 2020, Czerwiec31 - 473
- 2020, Maj32 - 459
- 2020, Kwiecień31 - 728
- 2020, Marzec32 - 515
- 2020, Luty29 - 303
- 2020, Styczeń31 - 392
- 2019, Grudzień32 - 391
- 2019, Listopad30 - 388
- 2019, Październik32 - 424
- 2019, Wrzesień30 - 324
- 2019, Sierpień31 - 348
- 2019, Lipiec31 - 383
- 2019, Czerwiec30 - 301
- 2019, Maj31 - 375
- 2019, Kwiecień30 - 411
- 2019, Marzec31 - 327
- 2019, Luty28 - 249
- 2019, Styczeń28 - 355
- 2018, Grudzień30 - 541
- 2018, Listopad30 - 452
- 2018, Październik31 - 498
- 2018, Wrzesień30 - 399
- 2018, Sierpień31 - 543
- 2018, Lipiec30 - 402
- 2018, Czerwiec30 - 291
- 2018, Maj31 - 309
- 2018, Kwiecień31 - 284
- 2018, Marzec30 - 277
- 2018, Luty28 - 238
- 2018, Styczeń31 - 257
- 2017, Grudzień27 - 185
- 2017, Listopad29 - 278
- 2017, Październik29 - 247
- 2017, Wrzesień30 - 356
- 2017, Sierpień31 - 299
- 2017, Lipiec31 - 408
- 2017, Czerwiec30 - 390
- 2017, Maj30 - 242
- 2017, Kwiecień30 - 263
- 2017, Marzec31 - 393
- 2017, Luty26 - 363
- 2017, Styczeń27 - 351
- 2016, Grudzień29 - 266
- 2016, Listopad30 - 327
- 2016, Październik27 - 234
- 2016, Wrzesień30 - 297
- 2016, Sierpień30 - 300
- 2016, Lipiec32 - 271
- 2016, Czerwiec29 - 406
- 2016, Maj32 - 236
- 2016, Kwiecień29 - 292
- 2016, Marzec29 - 299
- 2016, Luty25 - 167
- 2016, Styczeń19 - 184
- 2015, Grudzień27 - 170
- 2015, Listopad20 - 136
- 2015, Październik29 - 157
- 2015, Wrzesień30 - 197
- 2015, Sierpień31 - 94
- 2015, Lipiec31 - 196
- 2015, Czerwiec30 - 158
- 2015, Maj31 - 169
- 2015, Kwiecień27 - 222
- 2015, Marzec28 - 210
- 2015, Luty25 - 248
- 2015, Styczeń27 - 187
- 2014, Grudzień25 - 139
- 2014, Listopad26 - 123
- 2014, Październik26 - 75
- 2014, Wrzesień29 - 63
- 2014, Sierpień28 - 64
- 2014, Lipiec27 - 54
- 2014, Czerwiec29 - 82
- 2014, Maj28 - 76
- 2014, Kwiecień22 - 61
- 2014, Marzec21 - 25
- 2014, Luty20 - 40
- 2014, Styczeń15 - 37
- 2013, Grudzień21 - 28
- 2013, Listopad10 - 10
- DST 32.10km
- Czas 01:10
- VAVG 27.51km/h
- VMAX 42.00km/h
- Temperatura -1.0°C
- Podjazdy 90m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Glut zamiast jazdy jak z nut
Wtorek, 24 listopada 2015 · dodano: 24.11.2015 | Komentarze 4
Miało dziś być regularne pięć dyszek szosą. I by było. Ale nie było :)
Wszystko przez naszą kochaną służbę zdrowia. Gdy chwilę po bohaterskim zwleczeniu się z ciepłego łóżka w okolicach godziny ósmej obierałem kurs na kuchenkę gazową, w celu wykonaniu akcji "poranna kawa" zadzwonił mi telefon z informacją, że jest na dziś wolne miejsce u lekarza specjalisty. Super, to jak gwiazdka z nieba, ale jak usłyszałem jedyną możliwą godzinę wizyty, czyli 10:30, mina mi lekko zrzedła. Chwila zastanowienia - jak to zrobić, żeby był wilk syty i.. wilk syty - i chwilę później już wdzierałem się w zimowe kolarskie ciuchy, złapałem pod pachę pierwszy możliwy rower, czyli crossa (szosę by trzeba dopompować, a na to czasu nie miałem) i postanowiłem zrobić choć gluta. Wszystko zajęło mi jakieś pięć minut - od tego momentu proszę wysyłać mi strażaków na szkolenie w temacie szybkiej ewakuacji :)
Sama jazda czołgiem była standardowo ciężka, a trasa po prostu w tę i z powrotem - przez Luboń, Wiry, Puszyczykowo do Mosiny. I nazad. Nawet nie miałem czasu zmarznąć, mimo temperatury lekko poniżej zera. Średnia wyszła taka sobie, ale mimo wszystko się wyrobiłem - dzięki prysznicowi wykonanym w tempie ekspresowym oraz śniadaniu zjedzonemu na schodach klatki schodowej. I tym samym równiutko o umówionej godzinie pukałem do gabinetu.
Szkoda tych zagubionych dwóch dyszek, ale zdrowie ważniejsze. Coś mi wybitnie pod górkę w tym miesiącu jest z rowerem.
- DST 53.30km
- Czas 01:54
- VAVG 28.05km/h
- VMAX 42.00km/h
- Temperatura -1.0°C
- Podjazdy 125m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Back from Hel(l)
Poniedziałek, 23 listopada 2015 · dodano: 23.11.2015 | Komentarze 8
Tytułowa zabawa w skojarzenia na poziomie mniej ogarniętej abiturientki technikum hotelarskiego o specjalizacji konserwacja powierzchni płaskich wbrew pozorom ma sens. Już tłumaczę.
Najpierw mój powrót z piekła metaforycznego. Bo z tym kojarzy mi się niemal dwutygodniowy okres, gdy z powodu kontuzji stopy siedziałem w domu, kuśtykałem z zaciśniętymi zębami tam, gdzie nie mogłem się przemieścić inaczej niż na nogach oraz nieśmiało kręciłem na chomiku. Mentalna masakra. Jednak udało się w końcu kończynę wypielęgnować - chodzę jeszcze ostrożnie, bo nie chcę przesadzić, ale najważniejsze jest to, że jazda rowerem jest już możliwa - oczywiście bez przesady. Tak jak dziś.
Tak mnie cieszyła opcja pokręcenia, że nie zniechęciła mnie nawet temperatura poniżej zera (w momencie wyjazdu minus jeden, potem okolice dwóch nad kreską) ani zamrożona nawierzchnia, która zmusiła mnie do wyboru crossa zamiast szosy, za którą - nie będę ukrywał - już się nieźle stęskniłem. Ale gleb mam na ten rok już powyżej dziurek w dętce, więc ryzykować nie miałem zamiaru. I wybrałem dobrze, bo momentami było ślisko (choć przy powolnej jeździe bezpiecznie) nawet dla mojego czołgu, więc nie chcę myśleć jaką bym miał zabawę na wąskich gumach. Zrobiłem kółeczko przez Luboń (ale naokoło, omijając słynną już w moim przypadku ulicę Armii Poznań z trzema ukośnymi przejazdami kolejowymi), Wiry, Puszczykowo, Mosinę, Dymaczewo, Stęszew, Szreniawę i Komorniki. Oj, gęba mi się cieszyła - choć starałem się robić to dyskretnie, bo jak pysk za bardzo uśmiechnięty to wpada za dużo zimnego powietrza :) Swoje zrobiłem i na dzień dzisiejszy jestem sehr zufrieden.
A teraz o Helu przyziemnym. Ostatni weekend spędziliśmy z Żoną właśnie w tej miejscowości i jestem zachwycony samym półwyspem, na którym byłem po raz pierwszy w życiu, oraz klimatem polskiego morza w wydaniu późnojesiennym. Apartamenty można wynająć za grosze, sam Hel wygląda jak klimatyczne zadupie, bydła jest tyle ile wynosi błąd statystyczny, pojedyncze otwarte knajpki serwują całkiem dobre żarło, jest luz, jod i och, i ach. Odwiedziliśmy fokarium, w którym było kilkanaście osób i zero wycieczek z bachorami, plaże były puste, dopisała nawet pogoda, tworząc genialne mozaiki na morzu i na niebie. Polecam każdemu. Nawet ja jestem na tak, przy całej mojej nienawiści do nadmorskich miejscowości znanych z sezonu letniego.
- DST 52.15km
- Czas 01:58
- VAVG 26.52km/h
- VMAX 52.00km/h
- Temperatura 10.0°C
- Podjazdy 62m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Jedynak
Czwartek, 19 listopada 2015 · dodano: 19.11.2015 | Komentarze 2
Udało się! Jeden jedyny dzień w tym tygodniu na rowerze - to jest wynik :) Cud, że w ogóle moje stopy poczuły dziś komfort dotknięcia pedałów, bo do momentu wyjazdu, czyli dziewiątej rano miałem podejrzenia, że za chwilę lunie i nawet z tego solowego kręciołka będą nici... Ruszyłem crossem z postanowieniem szybkiego powrotu "jakby co", ale na szczęście stopniowo chmury zaczęły się rozstępować i zmoczony nie zostałem.
Zaraz, zaraz, czy ja napisałem "ruszyłem" na początku poprzedniego zdania? Korekta. "Starałem się ruszyć" - tak to powinno brzmieć. Pierwszy powiew mnie cofnął, a potem już było tylko ciężej :) Nogę starałem się jeszcze oszczędzać, więc średnie przez połowę dystansu oscylowały w okolicach tych najlepszych. Jeśli weźmiemy pod uwagę niepełnosprawnych przedszkolaków. Na szczęście powrót już był bardziej sympatyczny. No i nie można tak było od razu? :)
Trasę zrobiłem jedną z klasycznych, przez Luboń, Wiry, Komorniki, Szreniawę, Trzcielin, Dopiewo, Palędzie, Gołuski i Plewiska. Wolniutko, bez spinki, ciesząc się jazdą. Oczywiście głównie wtedy, gdy nie zajmowałem się utrzymaniem równowagi podczas walki z wichurą. Wtedy cieszyłem się mniej.
W Plewiskach na oświetlonym skrzyżowaniu zjechał mi lekko na lewo, ustępując miejsca, sam z siebie (!) kierowca z rejestracją PZ (!). Po początkowym szoku spojrzałem na okolice zderzaka, a tam proszę: naklejka jak byk "I love MTB". Wszystko się wyjaśniło :) A chwilę później gdy w szoku wjechałem podczas wyprzedzania w błoto i prawie się wywaliłem, otrzymałem pełen zrozumienia uśmiech. Świat potrafi zadziwić.
Teraz przerwa co najmniej do poniedziałku z powodu wyjazdu. Odpocznę sobie od odpoczywania od roweru odpoczywając od roweru.
Niejazdy + Chomiczówka
Środa, 18 listopada 2015 · dodano: 18.11.2015 | Komentarze 6
Krótki raport z frontu:
kontuzja na szczęście i odpukać jest już na wykończeniu. Chodzę
prawie normalnie, mimo wszystko smaruję jeszcze mazidłami, ale
wychodzi na to, że pokonałem mendę. Hura.
Mniejsze „hura”, a
bardziej „buu” to fakt, że za oknem pogodę mamy jaką mamy i
nawet gdybym chciał to nie miałbym jak i kiedy przestać się
leczyć. Ciągle leje, od dziś wieje i w ogóle jest masakra w
temacie. Dziś nawet przyszło mi do głowy, żeby wykorzystać
półgodzinną lukę między opadami i jednak pokręcić choćby
jakiegoś gluta, ale na szczęście coś mnie powstrzymało. Temu
„cosiowi” chciałbym niniejszym podziękować, bo w innym
przypadku w połowie drogi zacząłbym się oglądać za jakimś
przydrożnym sklepem dla nurków. Nie mówiąc już o tym, że
jednocześnie bym zakupił w nim butlę na plecy w celu zwiększenia
balastu, bo inaczej miałbym darmowe lekcje fruwania.
Pozostał mi chomik, przez
pierwsze dwa dni (niedziela, poniedziałek) robiony na mniejszym
obciążeniu, coby nogi nie masakrować, wczoraj i dziś już
konkretniej. Tak to wyglądało (wklejam pro forma, bo do statystyk
nie zamierzam włączać):
- niedziela 15 listopada:
30 km ze średnią 29,8 km/h (małe obciążenie);
- poniedziałek 16
listopada: 32 km ze średnią 31,3 km/h (małe obciążenie);
- wtorek 17 listopada: 31
km ze średnią 30,7 km/h (średnie obciążenie);
- środa 18 listopada: 33
km ze średnią 32,2 km/h (średnie obciążenie).
Do tego mogę pozwolić
już sobie na śmielsze spacerki, więc wczoraj i dziś doczłapałem
się do roboty na piechotę (po pięć kilometrów).
Tak więc wracam powoli do
żywych, ale i tak od piątku do niedzieli na jakiekolwiek kręcenie
nie ma szans, bo wyjeżdżamy. Jutro ma padać. I po co tu zdrowieć? :)
- DST 34.30km
- Czas 01:19
- VAVG 26.05km/h
- VMAX 51.10km/h
- Temperatura 8.0°C
- Podjazdy 48m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Glut testowy #3
Sobota, 14 listopada 2015 · dodano: 14.11.2015 | Komentarze 2
Długo rozważałem czy dziś wsiąść na rower. W decyzji pomogła mi świadomość, że jutro na dwa kółka będę mógł sobie popatrzeć co najwyżej na stronie www jakiegoś sklepu rowerowego, bo od rana czeka mnie gnicie w robocie, a także prognoza na najbliższe (xxx) dni. Jednym zdaniem - deszczowy gnój. A że noga po wczoraj nie dawała sygnałów spod znaku ZŁA podczas jazdy, a miałem dzień wolny to postanowiłem zaszaleć i udać się crossem na skromne 30+. Czyli znów glut.
Ok, łatwo się powiedziało "postanowiłem", ale jeszcze trzeba było to wykonać. Problem był tylko jeden - zaraz po wyjściu na dwór wiatr prawie wyłamał mi jeden z rogów na kierownicy, a zębatki w kasecie zaczęły walkę o wolne miejsce po ostatnim ataku UFO na nią, byle skryć się przed podmuchami. Jakoś udało mi się wsiąść i ruszyć, ale w związku z tym, że oszczędzałem nogę to mój maks oscylował w okolicach 23-23 km/h. I tak przez większość drogi, bo jak to ja zafundowałem sobie większość trasy z wiaterkiem w pysk (przez Plewiska do Skórzewa, potem Palędzie oraz powrót przez Gołuski i znów Plewiska). A nie, raz miałem z boku przez jakiś kilometr, i powiem szczerze, że z ulgą przyjąłem zmianę na powiew centralny, bo dużo potu kosztowało mnie utrzymanie się w pionie i uniknięcie kolejnego spotkania trzeciego stopnia z podłożem. Tego mam jak na razie dosyć :)
W Skórzewie skończono w końcu remont głównej ulicy. Zrobiono nową, piękną drogę pieszo-rowerową. Z asfaltu.
Oczywiście żartowałem.
W Skórzewie skończono w końcu remont głównej ulicy. Zrobiono nową, POLSKĄ drogę pieszo-rowerową. Na jakieś 500 metrów falowanych podjazdów do posesji jest chyba z dziesięć, a wszystko wykonane z..., z...., z... (te emocje), no z czego? A jakże - kostki. Fotkę sobie darowałem, bo zatrzymanie się skutkowałoby sporymi problemami z ponownym ruszeniem, ale obiecuję nadrobić przy najbliższej okazji.
To tyle. Wracając miałem już łatwiej, ale i tak wyszło średnio. Choć biorąc pod uwagę planowaną abstynencję rowerową w ciągu najbliższego okresu - nie marudzę! :)
- DST 33.50km
- Czas 01:13
- VAVG 27.53km/h
- VMAX 41.20km/h
- Temperatura 8.0°C
- Podjazdy 198m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Glut testowy #2
Piątek, 13 listopada 2015 · dodano: 13.11.2015 | Komentarze 4
Wczoraj odpuściłem mimo ładnej pogody, asekuracyjnie stawiając zdrowie ponad kręcenie. Zupełnie jak nie ja. Kończę się? :)
No ale wszystko ma swoje granice. Dziś rano została jedna z nich osiągnięta i już musiałem wyjść choć na chwilę na rower. A głupoty gadają, że Keine Grenzen. Opuchlizna już w znacznym stopniu mi zeszła, fiolecik (jak ja nienawidzę tego koloru, z różnych względów) robi się coraz bledszy. Okłady jeszcze na porządku dziennym, ale idzie ku lepszemu. Co odczułem dziś również podczas wykręcania gluta, który wyniósł niewiele ponad trzydzieści kilometrów. Ale został wykonany, co cieszy mnie najbardziej.
Zrobiłem krótką rundkę przed pracą, w kierunku południowym, przez Luboń (grrrr), Wiry, skąd zjechałem do Łęczycy, potem objechałem dokoła Puszczykowo zahaczając o Mosinę i znów Luboń (grrr). Jednak w obydwie strony omijałem słynną już dla mnie osobiście ulicę Armii Poznań, bo z czego jak z czego, ale z urazu do trzech ukośnych torowisk na odcinku dwóch kilometrów się jeszcze nie wyleczyłem. Zły dotyk boli całe życie.
Oczywiście jechałem crossem, który dzień przed wypadkiem został w magiczny sposób pozbawiony jednej z zębatek, więc zmienianie przełożeń, których nie ma jest ciekawą zabawą. Ważne jest jednak to, że udało się trochę przyspieszyć z tempem, było ono wciąż ślimacze, ale już nie aż tak zawstydzające. Powoli wracam do pionu. Co oznacza deszcze przez co najmniej kolejny tydzień.
- DST 33.20km
- Czas 01:16
- VAVG 26.21km/h
- VMAX 44.10km/h
- Temperatura 13.0°C
- Podjazdy 30m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Glut testowy
Środa, 11 listopada 2015 · dodano: 11.11.2015 | Komentarze 7
Ostatnie trzy-cztery dni to całkowite oszczędzanie nogi. Jedynie tam, gdzie inaczej się nie dało to dokuśtykałem, w pracy się nie przemęczałem, a jedyne na co sobie pozwalałem to łagodne kręcenie na chomiku przy minimalnym obciążeniu, żeby zwoje mózgowe nie zapomniały o co w tym wszystkim chodzi. Żona troskliwie, niczym wytrawna sanitariuszka na wojnie, serwowała mi przeróżne okłady z Altacetu, kapusty i innych świństw. No i... z dnia na dzień było coraz lepiej. Chodzenie jeszcze jest dalekie od komfortu, ale za to wczoraj wracając z roboty postanowiłem podjąć wyzwanie i spróbować podjąć ekstremalną próbę przejechania około kilometra rowerem miejskim. Z pełnym sukcesem - nie bolało, nic mi nie odpadło, a bliżej ku temu było jak to już miejskiemu sprzętowi :)
Rozochocony, ale też nie chcąc szaleć, na dziś postanowiłem sobie zostawić znak zapytania. Jeśli bym się czuł ok, a pogoda pozwoliła to dawałem sobie szansę na jakąś mini wycieczkę. Od rana padało, ale w końcu przestało. No to... Wyżebrałem zgodę od Lepszej Połowy, ale jedynie na krótki wypad. Czyli tak jak planowałem. Jednocześnie postanowiłem, że "jakby co" to od razu zawracam, bo ze zdrowiem nie ma żartów. Na szczęście nie musiałem. Oczywiście pojechałem sprzętem, na którym ostatnio wywinąłem swój słynny drift po torowisku, czyli crossem. Był w tym ukryty cel - sprawdzenie czy nie przeoczyłem jakichś elementów, które mogły odpaść. Nic nowego nie wyhaczyłem.
Jechałem ostrożnie jak nigdy. Każdy zakręt dopieszczałem, niemal licząc kąty wejścia. Podjazdy pod krawężniki przy ddr-ach mało brakowało a pokonywałbym za pomocą lin i haków. Nie mówiąc już o tempie, które sobie zapodałem, przez które z niepokojem oglądałem się za siebie w poszukiwaniu dublujących mnie emerytek. No a wiatr nie pomagał. Ale jednak kręciłem i to było najważniejsze :) Jedną nogą, bo druga służyła jedynie do podtrzymywania prawego pedała (co przy dzisiejszym święcie nie do końca musiało się podobać narodowcom z Marszu Niepodległości, więc się z tym kryłem), ale jednak!
Dojechałem przez Plewiska i Gołuski do Palędzia, tam zawróciłem, już z wiaterkiem w plecy i mega szczęśliwy wróciłem do domu. Oj, człowiek docenia takie codziennie pierdółki dopiero jak je straci - po raz kolejny się o tym przekonałem. Mimo wyniku, który w innych koniecznościach bym u siebie wyśmiał, patrzyłem na tego gluta jak na najfajniejszą rowerową przygodę.
W nagrodę skonsumowałem obowiązkowego świętomarcińskiego rogala. Psychika mi wzrosła. I nawet jeśli pewnie jutro tego nie powtórzę, bo praca i pada i w ogóle to... ryj mi się cieszył :)
- DST 32.10km
- Czas 01:11
- VAVG 27.13km/h
- VMAX 41.40km/h
- Temperatura 10.0°C
- Podjazdy 96m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
No to kontuzja :/
Sobota, 7 listopada 2015 · dodano: 07.11.2015 | Komentarze 26
Szkoda gadać...
Od rana padało, ale w końcu przestało. Pojawiła się szansa na godzinne pokręcenie przed pracą. A trzeba było zostać w domu... :/
Robiło się już w miarę sucho, mimo to wybrałem crossa, co w tym wszystkim złym z dnia dzisiejszego jest jedynym pozytywem. Wjechałem do Lubonia (jak ja tej wiochy nienawidzę!) i ostrożnie zacząłem pokonywać kolejne przeszkody. Niestety. Mimo mojej pełnej ostrożności, całkowitego skupienia i w ogóle, zostałem pokonany przez nieużywane torowisko, które jest tam nie wiadomo po co, na całej szerokości, tej ścieżkoworowerowej oraz drogowej. O takie jak tu, dzięki uprzejmości Gógla:
W sumie sam sobie niedawno wykrakałem, że czeka mnie gleba na czymś takim. Jak widać kąty są ku temu idealne, swoje oczywiście zrobiło też to, że takie miejsca są śliskie z natury, a po deszczu już wybitnie. Efekt upadku? Proszę bardzo: rower - wykrzywiony lekko hamulec i obdarcia; strój - podarta bluza; ja - i tu będzie gnój. Gdy się wywaliłem zatrzymał się jakiś biegacz (dziękuję), ale powiedziałem, że jest ok. Miło się zrobiło, ale jak wsiadłem poczułem lekki ból w stopie, choć nic wielkiego. Dokręciłem do Mosiny, tam zawróciłem i póki nie naciskałem na pedały na światłach wydawało się wszystko ok. Gorzej było gdy zsiadłem z roweru pod domem. Wejście po schodach było małym Mount Everestem.
Postanowiłem pojechać na pobliski SOR, gdzie jak za komuny będąc odsyłanym od drzwi do drzwi (winda nie działała, ale po co komuś winda w szpitalu, prawda?) w końcu udało mi się zrobić zdjęcie stopy. Plus jest taki, że nie ma złamania, za to stwierdzono skręcenie stawu skokowego, zapisano diagnozę i martw się człowieku sam. Super.
Aktualnie stopę mam jak mały balonik. Chodzę jak Herr Flick. Muszę obserwować nogę, zapodać sobie kapustę, altacet, lód, okłady, a przede wszystkim browara. Bez tego nie ujadę. O treningach w najbliższych dniach mogę prawdopodobnie zapomnieć, ewentualnie w ramach zabicia wyrzutów sumienia pokręcę na chomiku na poziomie minus 10... Ehhhh.... :(
Władzom Lubonia dziękuję, że od tylu lat nie robi nic z takimi niebezpiecznymi przejazdami. Serdecznie dziękuję. A najchętniej wsadziłbym wam całe to torowisko w... (cenzura).
- DST 52.27km
- Czas 01:52
- VAVG 28.00km/h
- VMAX 43.00km/h
- Temperatura 6.0°C
- Podjazdy 157m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Mglista Tajemnica Zaginionej Zębatki
Piątek, 6 listopada 2015 · dodano: 06.11.2015 | Komentarze 14
Rano nalewając mleko do kawy widziałem z grubsza to samo w kartoniku, co za oknem. Różnica była taka, że zapasy w lodówce są całkiem smaczne, a mgła szczelnie otaczająca świat zdecydowanie w smak mi nie była. Co prawda widoczność jakaś tam występowała, ale postanowiłem nie ryzykować jazdy szosą, z co prawda dość mocnymi, ale jednak tylko LED-ami. No i wybrałem crossa, na którym mam zamontowane solidne przednie światło, które co prawda by się dało zainstalować na szosie, ale pierwszy patrol by mnie zatrzymał za samowolę budowlaną polegającą na montażu latarni na kierownicy z barankiem.
O dziwo kręciło się fajnie, choć z duszą na ramieniu. Skierowałem się na południe, przez Puszczykowo do Mosiny, gdzie skręciłem na wschód i przez Sowiniec dotarłem do Krajkowa, znajdując się tym samym na terenie Rogalińkiego Parku Krajobrazowego. A co za tym idzie nagle i nieodwołalnie skończył mi się asfalt. Tu odkryłem przewagę crossa i jednocześnie przypomniałem sobie jak wieki temu jeździłem tylko po terenach. Postanowiłem zagłębić się w las... Oj, jakie to było fajne... Aż żałowałem, że mam tak mało czasu, bo praca nagliła. Szuterek zamieniał się w piach, piach w drogi przejezdne i mniej przejezdne, a mgła wśród drzew jakby nie istniała. Cisza, spokój, przyjemność, usyfienie w piasku... :) Niestety, trzeba było wracać. Ale obiecuję nadrobić, bo teraz zrobiłem po lesie tylko kilka kilometrów, a jak się okazało byłem całkiem niedaleko tamtejszego rezerwatu przyrody.

Wracając swoimi śladami stało się nagłe "ała". Ale nie mi, tylko rowerowi. Na rondzie w Mosinie, gdy wlokłem się za jakąś zawalidrogą w puszce coś mi przeskoczyło w kasecie, a łańcuch zaczął się kręcić nie dając jakiegokolwiek oporu. Musiałem się zatrzymać, a że się spieszyłem to tylko zmieniłem przełożenie, zobaczyłem że jest ok i pojechałem dalej. Niepokoiło mnie tylko czemu nie wskakuje mi przedostatnia zębatka. Już w domu się przekonałem. Po prostu... jej nie było. Nie wiem czy pękła gdzieś podczas jazdy w terenie czy stał się jakiś inny cud, ale po prostu jest dziura pomiędzy "szóstką" a "ósemką", tak jak na zdjęciu (sorry za widok usyfionego roweru, ale fotkę robiłem na szybko po powrocie). Ktoś mi to wyjaśni? Tajemnicę Zaginionej Zębatki? Jak to możliwe?
Czuję się jak po amputacji kła z gęby. Ale i tak dzisiejsza jazda sprawiła mi dużo frajdy.
- DST 51.65km
- Czas 01:45
- VAVG 29.51km/h
- VMAX 50.60km/h
- Temperatura 2.0°C
- Podjazdy 208m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
By(d)le jechać
Czwartek, 5 listopada 2015 · dodano: 05.11.2015 | Komentarze 2
Chyba niestety kończy się etap jesieni spod znaku "da się żyć", a zaczyna się "byle przeżyć". Dziś średnio mnie motywowała niska temperatura (dwa stopnie), zimny, coraz silniejszy wiatr i wszechogarniająca mgła. A w sumie wręcz demotywowała. Z trasą nie kombinowałem i mimo podmuchu ze wschodu ruszyłem najpierw na południowy zachód, do Mosiny, skąd tradycyjnie skręciłem na "Rogalę" i Mieczewo, w którym zawróciłem swoimi śladami. Zziębnięty i nastawiony zupełnie niebojowo do tematu.
Nie mogło jednak zabraknąć naszych bohaterów szos w rolach głównych. Dziś sztuk dwie. Jeden kierowca czegoś pomiędzy zwykłą ciężarówką a tirem usilnie chciał mnie zamienić w placuszek podczas wyprzedzania innego samochodu z naprzeciwka. Ja rozumiem, że widoczność była "taka se", ale po pierwsze u mnie na rowerze są już święta i świecę ledami jak bożonarodzeniowa choinka, a po drugie podczas takiego manewru powinno się patrzeć co się robi. Chyba. Drugie indywiduum w dostawczaku nie rozumiało najwyraźniej co oznacza ręka wyciągnięta w lewą stronę przed manewrem wyprzedzania innego rowerzysty i zaczęło na mnie trąbić gdy samo chciało to zrobić, przy okazji mnie kasując. W zamian został mu przekazany ode mnie, tym razem już personalnie, inny znak, który zapewne musiał być zinterpretowany bezbłędnie :)
Kolejne dni zapowiadają się rowerowo cienko jak odnóża anorektyczki. Się zobaczy czy coś wyjdzie z kręcenia.






