Info
Suma podjazdów to 791499 metrów.
Więcej o mnie.
Moje rowery
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2026, Czerwiec28 - 56
- 2026, Maj31 - 74
- 2026, Kwiecień30 - 50
- 2026, Marzec31 - 65
- 2026, Luty28 - 51
- 2026, Styczeń31 - 72
- 2025, Grudzień31 - 80
- 2025, Listopad30 - 70
- 2025, Październik31 - 96
- 2025, Wrzesień30 - 125
- 2025, Sierpień31 - 144
- 2025, Lipiec31 - 188
- 2025, Czerwiec30 - 147
- 2025, Maj31 - 187
- 2025, Kwiecień30 - 156
- 2025, Marzec31 - 204
- 2025, Luty28 - 178
- 2025, Styczeń31 - 168
- 2024, Grudzień31 - 239
- 2024, Listopad30 - 201
- 2024, Październik31 - 208
- 2024, Wrzesień30 - 212
- 2024, Sierpień32 - 210
- 2024, Lipiec31 - 179
- 2024, Czerwiec30 - 197
- 2024, Maj31 - 268
- 2024, Kwiecień30 - 251
- 2024, Marzec31 - 232
- 2024, Luty29 - 222
- 2024, Styczeń31 - 254
- 2023, Grudzień31 - 297
- 2023, Listopad30 - 285
- 2023, Październik31 - 214
- 2023, Wrzesień30 - 267
- 2023, Sierpień31 - 251
- 2023, Lipiec32 - 229
- 2023, Czerwiec31 - 156
- 2023, Maj31 - 240
- 2023, Kwiecień30 - 289
- 2023, Marzec31 - 260
- 2023, Luty28 - 240
- 2023, Styczeń31 - 254
- 2022, Grudzień31 - 311
- 2022, Listopad30 - 265
- 2022, Październik31 - 233
- 2022, Wrzesień30 - 159
- 2022, Sierpień31 - 271
- 2022, Lipiec31 - 346
- 2022, Czerwiec30 - 326
- 2022, Maj31 - 321
- 2022, Kwiecień30 - 343
- 2022, Marzec31 - 375
- 2022, Luty28 - 350
- 2022, Styczeń31 - 387
- 2021, Grudzień31 - 391
- 2021, Listopad29 - 266
- 2021, Październik31 - 296
- 2021, Wrzesień30 - 274
- 2021, Sierpień31 - 368
- 2021, Lipiec30 - 349
- 2021, Czerwiec30 - 359
- 2021, Maj31 - 406
- 2021, Kwiecień30 - 457
- 2021, Marzec31 - 440
- 2021, Luty28 - 329
- 2021, Styczeń31 - 413
- 2020, Grudzień31 - 379
- 2020, Listopad30 - 439
- 2020, Październik31 - 442
- 2020, Wrzesień30 - 352
- 2020, Sierpień31 - 355
- 2020, Lipiec31 - 369
- 2020, Czerwiec31 - 473
- 2020, Maj32 - 459
- 2020, Kwiecień31 - 728
- 2020, Marzec32 - 515
- 2020, Luty29 - 303
- 2020, Styczeń31 - 392
- 2019, Grudzień32 - 391
- 2019, Listopad30 - 388
- 2019, Październik32 - 424
- 2019, Wrzesień30 - 324
- 2019, Sierpień31 - 348
- 2019, Lipiec31 - 383
- 2019, Czerwiec30 - 301
- 2019, Maj31 - 375
- 2019, Kwiecień30 - 411
- 2019, Marzec31 - 327
- 2019, Luty28 - 249
- 2019, Styczeń28 - 355
- 2018, Grudzień30 - 541
- 2018, Listopad30 - 452
- 2018, Październik31 - 498
- 2018, Wrzesień30 - 399
- 2018, Sierpień31 - 543
- 2018, Lipiec30 - 402
- 2018, Czerwiec30 - 291
- 2018, Maj31 - 309
- 2018, Kwiecień31 - 284
- 2018, Marzec30 - 277
- 2018, Luty28 - 238
- 2018, Styczeń31 - 257
- 2017, Grudzień27 - 185
- 2017, Listopad29 - 278
- 2017, Październik29 - 247
- 2017, Wrzesień30 - 356
- 2017, Sierpień31 - 299
- 2017, Lipiec31 - 408
- 2017, Czerwiec30 - 390
- 2017, Maj30 - 242
- 2017, Kwiecień30 - 263
- 2017, Marzec31 - 393
- 2017, Luty26 - 363
- 2017, Styczeń27 - 351
- 2016, Grudzień29 - 266
- 2016, Listopad30 - 327
- 2016, Październik27 - 234
- 2016, Wrzesień30 - 297
- 2016, Sierpień30 - 300
- 2016, Lipiec32 - 271
- 2016, Czerwiec29 - 406
- 2016, Maj32 - 236
- 2016, Kwiecień29 - 292
- 2016, Marzec29 - 299
- 2016, Luty25 - 167
- 2016, Styczeń19 - 184
- 2015, Grudzień27 - 170
- 2015, Listopad20 - 136
- 2015, Październik29 - 157
- 2015, Wrzesień30 - 197
- 2015, Sierpień31 - 94
- 2015, Lipiec31 - 196
- 2015, Czerwiec30 - 158
- 2015, Maj31 - 169
- 2015, Kwiecień27 - 222
- 2015, Marzec28 - 210
- 2015, Luty25 - 248
- 2015, Styczeń27 - 187
- 2014, Grudzień25 - 139
- 2014, Listopad26 - 123
- 2014, Październik26 - 75
- 2014, Wrzesień29 - 63
- 2014, Sierpień28 - 64
- 2014, Lipiec27 - 54
- 2014, Czerwiec29 - 82
- 2014, Maj28 - 76
- 2014, Kwiecień22 - 61
- 2014, Marzec21 - 25
- 2014, Luty20 - 40
- 2014, Styczeń15 - 37
- 2013, Grudzień21 - 28
- 2013, Listopad10 - 10
- DST 35.28km
- Czas 01:13
- VAVG 29.00km/h
- VMAX 44.20km/h
- Temperatura 8.0°C
- Podjazdy 104m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
"Wolna" środa: Misja II (serwis)
Środa, 27 stycznia 2016 · dodano: 27.01.2016 | Komentarze 14
Jakieś pół godziny po misji pierwszej rozpocząłem misję drugą. Tym razem polegała ona na zmotywowaniu się i wymianie napędu w szosie. Temat ugadałem jeszcze pod koniec ubiegłego roku z chłopakami z rowerowego w Mosinie, przyjechały części, tylko pogoda się skisiła. Wybierałem się wiec jak sójka za morze i dotrzeć nie mogłem. Do dziś - bowiem w drugiej połowie dnia aura się wyklarowała i można było zaryzykować jeszcze jeden kurs.
Po raz pierwszy w 2016 zaprzęgłem więc szosę, z lekką obawą czy pamiętam jak się nią jeździ. To pamiętałem, ale zapomniałem w jakim jest stanie. Kilka przeskoków łańcucha i już mi pamięć wróciła :) Tym bardziej poczułem się zmotywowany i wolno około czternastej dotarłem do sklepu. Tam ruszyła maszyna - do wymiany były blaty, kaseta, łańcuch, kółka od przerzutek, jedna z linek. Roboty od cholery. No i chłopaki na cztery ręce wyrobili się w półtorej godziny, mając kilka przerw na szanownych klientów, którym w związku z nagłym ociepleniem przypomniało się co to są dwa kółka. Tym samym stałem się świadkiem tego, z czym muszą borykać się sprzedawcy/serwisanci w rowerowym i niniejszym jestem w stanie potwierdzić każde ze słów pisanych tak często w tym temacie przez Księgowego.
I tak: wparowała nagle paniusia z synkiem, on na pełnych dwudziestu calach, ona na jakiejś "dumie marketu" w kolorze czarny róż. "Panowie, ratujcie, coś mi słabo działa tylny hamulec...". Łaskawie pozwoliłem połowie obsady zająć się tą tragedią, pani ruszyła do Tesco, a tymczasem spojrzeliśmy na stan sprzętu. Linka - pęknięta. Koła - scentrowane. Klocki - po wyjęciu można się było nimi golić. Ładne mi "słabo działa" :) Potem rozdzwonił się telefon, jakiś klient pytał o konkretne parametry jakiegoś roweru, model i takie tam. Słuchałem jednym uchem, ale kwintesencja była taka, że zaraz przyjdzie. Kilkanaście minut później pojawił się - kolejny z dzieckiem - tatuś napakowany teorią. Bo to dla synka sprawdzane były te wszystkie parametry. Szczegół, że ten ledwo wsiadał na siodełko, ale musiał mieć amora najwyższej klasy. Pan obejrzał, pomarudził, krytycznie stwierdził, że "jak tu była ostatnio żona to mówiła, że ten rower jest zielony, a ja tu widzę, że przeważa czerń" i pożegnał się informując, że oni to muszą jeszcze przemyśleć. Oczywiście przez całą wizytę latorośl, przyszły ujeżdżacz, nie miał nic do powiedzenia w temacie :) Trzecia - i ostatnia - wizyta to była już prawdziwa pielgrzymka, oczywiście znów po sprzęt dla kolejnego kurdupla. Dziadek, babcia, ojciec, mama, syn (choć dowodów nie sprawdzałem, więc mogę się mylić). Babcia nadawała: "A jakie panowie tu mają błotniki?". "No różne, zależy od modelu". "Aha". "Ale za ile?". "No od takiej do takiej". "Aha". "A światełka, oświetlenie jakieś?". "No mamy - tu jest cała półka, jak państwo wybiorą już rower to coś dobierzemy". "Aha". Dziadek w międzyczasie penetrował kawałek sklepu z karbonem zadając miliard pytań, mamusia ogarniała kolory rękawiczek. Kolejny synek milczał. W końcu wyszli, oczywiście niczego nie kupując.
Całość mojego krótkiego pobytu najlepiej podsumował kurdupel (ten pierwszy, od pani z hamulcami): "mamo, śtlaśne łatwe jeśt śpsiedawanie jowejów - dajesz jowej i dostajesz pieniążki". Taaaaaa... :)
Finalnie - serwis w wersji ekspres poszedł sprawnie, za naprawdę niewielkie pieniądze, tym bardziej biorąc pod uwagę stan mojej szosy. Dzięki chłopaki - jak zwykle profeska! Wracałem już na sprawnym sprzęcie, co prawda nie nadrobiłem czasowo średniej z dojazdu, ale jakże przyjemne było kręcenie bez sprzętowego stresu!
Tym samym pyknęło mi dziś 87 kilometrów. Kusiło dobić do stówy, ale już nie było kiedy, bo zaczynało robić się szaro. Jutro niby ma znów padać, się zobaczy.
- DST 52.00km
- Czas 01:54
- VAVG 27.37km/h
- VMAX 54.40km/h
- Temperatura 7.0°C
- Podjazdy 249m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
"Wolna" środa: Misja I (lapek)
Środa, 27 stycznia 2016 · dodano: 27.01.2016 | Komentarze 6
Moje wolne dni wyglądają ostatnio w ten sposób, że spędzam poza domem więcej czasu niż gdybym siedział te osiem godzin w robocie. Zawsze jest coś do zrobienia, załatwienia, naprawienia, zapłacenia, kupienia i jeszcze innych "-nia". Czasem się zastanawiam czy nie dałoby się podzielić sekund na jeszcze mniejsze cząsteczki.
Pierwotnie dzień dzisiejszy miał być luźny i leniwy, a przynajmniej na taki zapowiadał się kilka dni temu. Niestety - w weekend wydarzył się mały wypadek i Żonie udało się zalać swojego laptopa. O dziwo póki co działa, ale kilka klawiszy odmówiło posłuszeństwa, stąd pomysł na wymianę klawiatury. Klikanie na Alledrogo pozwoliło mi wyszukać sklep z Poznania, który ma odbiór osobisty, więc ominąłem w/w portal i bezpośrednio przez telefon ugadałem, że odbiorę zamiennik właśnie w środę. Wszystko fajnie, ale był tylko jeden szkopuł - sklep znajduje się na Starołęckiej, Tak, tej mojej "ukochanej" Starołęckiej. Tej, właśnie tej :) Żeby było jeszcze fajniej to w punkcie będącym na wysokości 2/3 jej długości, zaraz przed A-2. No cóż, przeanalizowałem sobie wszelkie "za" oraz "przeciw" i podjąłem wyzwanie.
Było to o tyle łatwiejsze, że od rana jeszcze padało i mżyło, więc kurs szosą znów odpadał. Crossem jakoś łatwiej pokonuje się polskie abstrakcje, więc jak już się wyspałem to właśnie nim ruszyłem, tak planując trasę, żeby wracając mieć odpowiedni azymut. Realnie wyszła z tego droga w tę i we wte - Starołęka (dziś do standrdowych korków doszły jeszcze korki związane z wymianą asfaltu), Czapury, Wiórek, Rogalinek, Mosina (która będzie jeszcze dziś wspomniana, ale później, przy Misji II), gdzie wtoczyłem się po raz pierwszy w tym roku ślimaczym tempem na Osową Górę i wróciłem. Odnalazłem sklep, co super intuicyjne nie było, i w miłej atmosferze odziany jak jakieś dziwadło w kask i strój rowerowy odebrałem klawiaturę. Samo miejsce polecam, zdecydowanie, sprawnie wszystko poszło, co do serwisu to nie mam czego ocenić, bo próbę przywrócenia lapka do pełni używalności podejmie jutro kumpel.
Mokro, wietrznie, ale ciepło. Fajnie było. Tak oto skompletowałem jedną z misji. Druga była przeze mną. Opiszę ją trochę później.
- DST 52.25km
- Czas 01:54
- VAVG 27.50km/h
- VMAX 51.70km/h
- Temperatura 7.0°C
- Podjazdy 141m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Frühling - noch einmal :)
Wtorek, 26 stycznia 2016 · dodano: 26.01.2016 | Komentarze 5
Siedem stopni! Taki komunikat wyświetlił mi się na mijanej dziś tablicy pokazującej temperaturę. Nie pamiętam kiedy ostatnio widziałem taką wartość. Albo inaczej - pamiętam kiedy widziałem, tyle że na minusie :) Żeby jednak nie było za fajnie to prócz wszechobecnej mokrości na drogach (ale na szczęście już bez deszczu w wersji active) dostaliśmy w pakiecie znów silny wiatr. Miodzio. A że przy okazji takich zmian aury można nie tylko ześwirować, ale również się rozchorować to już inna sprawa (coś mnie faktycznie boli gardło).
Cieszy mnie, ze znów po dwóch dniach chomikowania (niedziela - 33 km, średnia 32,5 km/h; poniedziałek - 33 km, średnia 32,7 km/h) udało mi się łyknąć troszkę świeżego powietrza. Nawet więcej niż troszkę, bo wiatrzysko przez połowę jazdy nieźle mnie wymęczyło. Kręciłem dzielnie crossem, który powoli staje się moim rowerem podstawowym, bo na szosie jeszcze nie siedziałem w tym roku ani razu.
Historii żadnej dziś nie będzie, nie będzie też żadnego nawiązania do polityki, Ot, taki nietypowy wpis :)
- DST 52.20km
- Czas 01:56
- VAVG 27.00km/h
- VMAX 44.10km/h
- Temperatura -6.0°C
- Podjazdy 206m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
"Rz" jak rześko
Sobota, 23 stycznia 2016 · dodano: 23.01.2016 | Komentarze 8
Miło, że ci nasi kochani meteorolodzy się "czasem" mylą. Albo inaczej - że czasem trafią z prognozą. Z dzisiejszą nie trafili, dzięki czemu rano zamiast zasp za oknem zastałem śliski, ale jednak widoczny gołym okiem asfalt. Jupi!
Czasu przed pracą miałem niewiele, więc wyjechać mogłem maksymalnie w okolicach dziewiątej rano. Nie spodziewałem się tropików, ale chłodek po wyściubieniu nosa za drzwi zdecydowanie nie należał do tych, które specjalnie zachęciłyby mnie do polubienia pory roku zwanej zimą. Na termometrze było minus sześć. Odczuwalnie - minus biliard. Ale wybrało się taki gatunek sportu to trzeba cierpieć. Nasunąłem więc kominiarkę jeszcze bardziej na poliki i próbowałem się rozgrzać. Szło opornie. Na szczęście cross to takie bydle, że już samo ruszenie nim wymaga sporego wysiłku, więc po jakimś czasie czułem, że już nie jestem na Biegunie Południowym, a zaledwie na Syberii :)
Odwiedziłem po raz pierwszy w tym roku Rogalinek, a nawet położone kawałek za nim Świątniki, trasą przez Luboń, Wiry, Puszczykowo, Mosinę. I z powrotem. Lubię tamtędy jeździć, bo i górki, i widoczki, i las, i rzeka, i w ogóle. Szkoda tylko, że zawsze musi się trafić na drodze jakiś kretyn - dziś przykładowo jeden blaszany pustak stwierdził, że to, że jadę z naprzeciwka nie powinno mu przeszkadzać w wyprzedzeniu innego samochodu pełną parą na wąskim odcinku. Minął mnie o centymetry i mam nadzieję, że dotarła do niego wygłoszona w tym momencie przeze mnie Litania Do Bezmózga. Nie nadająca się do zaśpiewania w żadnym kościele :)
Jutro już coś czuję nie mogę liczyć na kolejną pomyłkę - wszędzie trąbią, że będzie śnieg. Eh.
- DST 55.50km
- Czas 02:01
- VAVG 27.52km/h
- VMAX 43.50km/h
- Temperatura -2.0°C
- Podjazdy 100m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Ja, czołgista
Piątek, 22 stycznia 2016 · dodano: 22.01.2016 | Komentarze 6
Podobno na weekend zapowiadają powrót opadów śniegu i wciąż mrozik (choć jak wiadomo meteorolodzy są równie wiarygodni jak politycy i cholera wie jak będzie), więc chcąc podkręcić swój skromniutki kilometrowo wynik w tym roku nie zamierzałem dziś odpuszczać. O dziwo dzionek przywitał mnie słońcem i dość przyjemną pogodą - oczywiście do momentu, gdy otworzyłem okno, żeby ocenić rześkość powietrza. Zdecydowanie Eskimosi byliby zadowoleni. Ja nie do końca :)
Ciężko było stwierdzić jaka jest jakość dróg, ale postanowiłem wybrać opcję bezpieczną, czyli znów ruszyłem crossem. Na trasie okazało się, że jadąc bardzo ostrożnie można było pokusić się o zainicjowanie po raz pierwszy w tym roku szosy (zresztą mijałem dwóch odważnych na wąskich gumach), ale nie narzekałem - jednak pewność siebie to dość istotny element całej tej zabawy. Zrobiłem pięć dyszek z małym plusikiem, kręcąc klasyka przez Luboń, Wiry, Komorniki, Stęszew, Dymaczewo, Mosinę i Puszczykowo. W Mosinie zatrzymałem się na kilka minut na dwukołowe ploty w rowerowym i zzieleniałem z zazdrości oraz podziwu nad nowym nabytkiem znajomego, czyli świeżutkiej karbonowej szosie. Zzielenienie zapewne było naturalną reakcją, gdyż ten akurat sprzęt marki Fuji miał sporo elementów właśnie o barwie green :)
W Łęczycy ścieżka rowerowa była pięknie oblodzona, więc z radością olałem zakaz jazdy i pokręciłem asfaltem. O dziwo nikt nie zatrąbił, więc musiałem po powrocie sprawdzić za pomocą gps-a czy wciąż znajduję się na terenie Rzeczpospolitej Polskiej. Pokazało, że tak. No proszę :)
Cyknąłem fotkę mojego crossa, bo w sumie używam go tak rzadko, że pewnie mało kto go widział. Proszę Państwa, oto czołg! Żałuję jedynie, że nie mogę przekazać dźwięku przez BS, bo usłyszeć jak trzeszczy w nim połowa części jest rzeczą bezcenną :)
- DST 53.10km
- Czas 02:00
- VAVG 26.55km/h
- VMAX 42.20km/h
- Temperatura -1.0°C
- Podjazdy 175m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Żółta kartka dla Tarnowa Podgórnego!
Czwartek, 21 stycznia 2016 · dodano: 21.01.2016 | Komentarze 12
Stycznia ciąg dalszy. Lekko na minusie, drogi generalnie przejezdne mimo nocnych i porannych lekkich opadów, solidny wiaterek. Podsumowując - nie jest źle, tylko korzystać.
Więc skorzystałem. Trzy warstwy stroju na sobie, pod sobą cross, na łbie kominiarka oraz kask. Więcej nie potrzebowałem do pełni szczęścia. W sumie - lubię to! Tolerancja na drogach jakby większa, rowerzystów mniej, zimno da się zredukować szybszym tempem. Jestem na tak. Dopiero w lecie będę na NIE :)
Pokręciłem na północny zachód, najpierw przez Górczyn, potem koło Inea Stadionu ścieżką, przez którą straciłem dobre dziesięć minut zaliczając wszystkie możliwe światła, następnie korpodrogą z widokiem na Amazon do Tarnowa Podgórnego. Z niego wymyśliłem sobie powrót inną drogą, która zaczęła się nazwanym malowniczo na Stravie segmentem "Płyty z gównolitu (2,5 km po betonowych płytach)" (co idealnie oddaje to, co przeżyły moje zęby), stamtąd już klasycznie - Lusowo, Zakrzewo, Skórzewo, Plewiska i Poznań. Łatwo nie było, ale ryj mi się cieszył.
Zaskoczyło mnie - negatywnie - Tarnowo Podgórne. Nie wiem co się stało (Dobra Zmiana?) z miasteczkiem słynącym i chwalonym dotąd nawet przeze mnie za niemal idealną DDR-kę, bo chcąc naiwnie nią jechać natrafiłem na całkowicie nieodśnieżony syf. Oj, oj, oj... Nieładnie. Oczywiście ją olałem i kręciłem asfaltem, podobnie jak kilka kilometrów dalej w Lusowie, ale tym razem modliłem się, żeby to kostkowane szkaradztwo było w stanie nieprzejezdnym. Było. Uff :)
Kolejne pięć dyszek mówi mi, że jestem zwycięzcą.
- DST 53.20km
- Czas 01:59
- VAVG 26.82km/h
- VMAX 41.80km/h
- Temperatura -2.0°C
- Podjazdy 141m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Zmartwychwstanie - wersja light
Środa, 20 stycznia 2016 · dodano: 20.01.2016 | Komentarze 17
Dwa ostatnie dni to kompletna masakra - fizyczna, jak i mentalna. W poniedziałek, w związku z L4 części załogi, a także wdrażaniu świeżaków, spędziłem w robocie... 13,5 godziny. Banał. Zdążyłem tylko wcześnie rano pokręcić trochę na chomiku (33 km, średnia 32,5 km/h), a potem umrzeć. Jak już zmartwychwstałem następnego ranka to znów tylko zaliczyłem podobny pseudorowerowy incydent (33 km, średnia 32,8 km/h) i do pracy. Udało mi się z niej wypełznąć koło osiemnastej, by trafić na SOR w szpitalu HCP, żeby zmienić Żonę na polu walki o zdiagnozowanie choroby u Teściowej i finalnie dopilnować przyjęcia na oddział. Udało to się po... zaledwie dziewięciu godzinach od przywiezieniu jej przez karetkę, o godzinie trzynastej. Powiedzenie: "trzeba mieć końskie zdrowie, żeby chorować" mogłem wczoraj naocznie potwierdzić. Na szczęście sytuacja została opanowana i jest pod kontrolą.
Dziś za to w nagrodę miałem dzień wolny. A co może mnie czekać w dzień wolny? A jak! Śnieg od rana. I do południa. I po południu. Z przerwą. Którą oczywiście postanowiłem spożytkować na haniebne wykorzystanie crossa i ruszenie w trasę. Oczywiście po dwóch dniach głodek był wcale niemały, więc nawet mimo faktu, że w połowie drogi zrobiło się nie tylko ślisko, ale i znów śnieżnie, jechałem z uśmiechem na pysku. Pierwotnie sądziłem, że skończy się na trzydychowym glucie, ale udawanie przed samym sobą, że nie pada szło mi na tyle dobrze, że udało się ustrzelić jedyny słuszny pakiecik (Poznań - Plewiska - Skórzewo - Dopiewo - Trzcielin - Komorniki - Luboń - Poznań) :) Były nawet fragmenty z całkowicie przejezdną szosą, bez tego białego szajsu, co niniejszym udokumentowałem dla potomnych. Czyichś.
Zdarzyło mi się też zimowe wydarzenie dekady. Mam taki głupi zwyczaj, że gdy widzę jadący z naprzeciwka samochód z niezapalonymi światłami to powiadamiam kierowców lampką (jeśli ją mam) lub gestami o tym fakcie. Nie jestem na bieżąco z taryfikatorem, ale pewnie przez dobrych kilka lat pozwoliłem zaoszczędzić łącznie grubą kasę należną państwu, nie doczekując się podziękowania. Aż do dziś. W Dopiewcu, dzięki migaczom od pana ze srebrnego auta marki już zapomnianej uwierzyłem w sens swej bezsensownej misji. W końcu :)
- DST 52.20km
- Czas 01:51
- VAVG 28.22km/h
- VMAX 44.90km/h
- Temperatura 0.0°C
- Podjazdy 141m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Słońce, czyli śnieg
Niedziela, 17 stycznia 2016 · dodano: 17.01.2016 | Komentarze 9
Wczoraj lekko przesadziłem w afekcie z opisem, dziś będzie krótko. A przynajmniej się postaram, żeby tak było :)
Dzień wolny, więc przede wszystkim się wyspałem, potem najadłem, by w końcu lekko przed południem zwlec się na dwór. Miałem lekki dylemat w wyborze roweru, który jednak trwał około 0,54 sekundy. Myśl o szosie pożegnałem szybciej niż przyszła. Jak się okazało - słusznie. Ucieszył mnie kierunek wiatru (zachodni), bo oznaczał on, że nie będę pchał się dziś przez całe miasto. Po wczoraj moja psychika dzięki takiemu kursowi wygląda bowiem jak Artur Szpilka po ostatniej walce :)
Zrobiłem jeden z klasyków przez Plewiska, Gołuski, Palędzie, Dopiewo, Więckowice, Wysogotowo, znów Plewiska i do Poznania. Pogoda kompletnie ześwirowała. Wyjeżdżałem w towarzystwie pięknego słoneczka (na co dowodu nie mam, pozostaje uwierzyć mi na słowo pisane). Mam za to dowód robiony z rąsi jak wyglądała sytuacja nieco ponad godzinę później:
A co pojawiło się na niebie po kwadransie? No oczywiście sielski obrazek niebieskich chmurek, ponownie na tle słoneczka. I nieśmiało śpiewające ptaszki. Zwariować można.
Zadowolony jestem ze średniej, bo jak na zimę i crossa nie mam kompleksów. Cieszy mnie też, że znów udało się zrobić jedyny słuszny dystans, tym bardziej, że czeka mnie w związku z ponowną koniecznością zapychania dziur kadrowych znów przerwa w kręceniu. Co najmniej dwudniowa. Jednak za dziś daję sam sobie łapkę w górę :)
- DST 53.10km
- Czas 01:57
- VAVG 27.23km/h
- VMAX 41.20km/h
- Temperatura 0.0°C
- Podjazdy 224m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
No!!!!! :)
Sobota, 16 stycznia 2016 · dodano: 16.01.2016 | Komentarze 6
Myślałem już, że się nie doczekam. Ale jednak. W końcu nastał dzień, w którym warunki do jazdy rowerem nie wymagały zabierania ze sobą łopaty. Ani piasku do posypywania sobie radośnie przed przednim kołem. Jednym słowem (a w sumie dwoma) - było całkiem, całkiem. Oczywiście w mojej klasyfikacji, bo miłośnicy dwóch kołek spod znaku "maj - wrzesień" uznaliby je za przerażająco przerażające, tym bardziej, że przez znaczą część drogi towarzyszył mi puszek z nieba :)
Fakt, do komfortu dużo brakowało, bo po dziesiątej rano asfalt jeszcze lśnił niepokojąco, a pokonywanie zakrętów, nawet crossem (którym oczywiście dziś się wybrałem, bo póki co szosy nie biorę pod uwagę) wymagało wewnętrznej motywacji o treści: tylko spokojnie, nie przyspieszaj. Jakoś się udało. Wybrałem dziś ze względu na wiatr kierunek dawno nie odwiedzany, bo ostatnio jakieś dwa czy trzy miesiące temu, czyli Rokietnicę, do której dostałem się przez cały Poznań (jak zwykle uroczo), Strzeszyn i Kiekrz, a powrót to prawie powtórka z rozrywki z lekką modyfikacją w postaci Starzyn.
Jak wspomniałem dawno mnie w tych okolicach nie było. Nie miałem więc jeszcze okazji podziwiać tego, co zakwitło na remontowanym chyba przez rok kawałku trasy w Kiekrzu. A jest co oglądać. Przede wszystkim ciąg pieszo-rowerowy, który zakwitł tam z imponującym rozmachem, oferując miłośnikom sportów ekstremalnych z górskimi akcentami gratkę nie do opisania. No ale spróbuję :) Przede wszystkim KOSTKA. Zacna polska kosteczka, ułożona na fragmentami węższym, fragmentami szerszym (ale i tak nie spełniającym norm) chodniku z niebieskim znakiem przekreślającym kreską logo pieszego i rowerzysty. Czego jeszcze nie może zabraknąć na DDR-ce oddanej w Polsce do użytku w roku 2015? Oczywiście podjazdów do posesji. I jeszcze czego? Brawo. Nagłych obniżeń poziomów, gdy przerywana jest ona ulicą. Jest też fascynujący moment, gdy "normalny" asfalt prowadzi w jednym poziomie, a ścieżka leci najpierw w dół, ukazuje kilka zaskakujących zakrętów, by znów oferować podjazd. Cud techniki, prawda? A dla mnie poproszę o dodatkowy bonus za to, że się nie przeziębiłem jadąc z rozdziawioną gębą. I przede wszystkim za spostrzegawczość - zauważyć tyle elementów z pozycji drogi nie było łatwo. Bo wjechanie na nią oczywiście nie przyszło mi do głowy :)
W temacie ścieżek jeszcze jeden wątek. Podczas powrotu ulicą Chojnicką usłyszałem pewien tak lubiany przez rowerzystów, sympatyczny dźwięk, o którego brzmieniu już o dziwo zapomniałem. Klakson. A co. Spojrzałem na oblodzony i niebezpieczny dla życia, może z 500 metrowy kawałek DDR-ki po swojej prawej, potem na pojazd, z którego wydobył się ów Pisk Frustrata po lewej, i zauważając napis PZ na rejestracji postanowiłem obudzić w sobie Buddę i nie wyciągnąłem nawet środkowego palca w międzynarodowym pozdrowieniu. Rok 2016 ustanawiam rokiem opanowania i zagryzania zębów. Szanownego kierowcę niniejszym pozdrawiam, życzę miłych zakupów w galerii handlowej, a jak już wróci w swoje rejony to urodzaju w gospodarstwie. Niech się trzoda chlewna owocnie rozmnaża, a zapasy obornika pozwolą na dorodne plony :)
Sporo zimowych rowerzystów spotkałem na trasie. Pięknie. Wszyscy pozdrawiali. Jeszcze piękniej. Szanujmy kulturę i cieszmy się z tego. Maj już niedługo.
- DST 32.20km
- Czas 01:14
- VAVG 26.11km/h
- VMAX 40.00km/h
- Temperatura -2.0°C
- Podjazdy 49m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Śliskoglut
Piątek, 15 stycznia 2016 · dodano: 15.01.2016 | Komentarze 0
Ło Jezu, jak ja się stęskniłem za "żywym" kręceniem. Cztery dni przerwy od poprzedniego, ledwo trzydziestokilometrowego gluta odcisnęło już piętno na mojej psychice, tym bardziej, że gdy we wtorek było wolne to od rana przywitał mnie deszcz ze śniegiem, a w kolejne dni (tak jak dziś) musiałem być na jedenastą w pracy. Życie mi było miłe i nawet krótki wypad w klimacie gołoledzi nie wchodził w grę. Pozostawał chomik. Niniejszym kawałek nudnej statystyki dla mojego użytku wewnętrznego o zaległym katowaniu się:
- czwartek 7 stycznia: 33 km, średnia 32,3 km/h;
- piątek 8 stycznia: 32 km, średnia 31,6;
- sobota 9 stycznia: 33 km, średnia 32,2;
- poniedziałek 11 stycznia: 32 km, średnia 31,6;
- wtorek 12 stycznia: 33 km, średnia 32,4;
- środa 13 stycznia: 33 km, średnia 32,4;
- czwartek 14 stycznia: 33 km, średnia 32,2.
Uff, przebrnęliśmy i dotarliśmy do dzisiejszego dzionka. O dziwo rano NIE PADAŁO! Byłem w takim szoku, że podczas wybierania garderoby przesadziłem i zamiast na realne -2 ubrałem się jak na co najmniej -3 :) Warunki były dalekie od idealnych, bo drogi wyglądały na czarne, ale jednocześnie pokryte delikatną lodową mgiełką, więc do każdego zakrętu oraz ronda podchodziłem ostrożnie jak pies do jeża. A było ich trochę (zakrętów, nie psów ani jeży), bo wschodnia trasa, którą wybrałem okazała się kręta jak nigdzie w Poznaniu - przez Starołękę i Krzesiny do Szczepankowa, w którym zawróciłem na wysokości Lidla. Krok po kroczku, jadąc crossem wolno i ostrożnie dotarłem do domu, z konieczności w obie strony zaliczając najbardziej niebezpieczny fragment, czyli ddr-kę nad Wartą. Miało to jednak jak się okazało jednak plus dodatni, bo podczas nawrotu zakleszczyła mi się linka w manetce od przedniej przerzutki i za nic nie mogłem jej odblokować. A tu proszę, kilkaset metrów po polskiej ścieżce i awaria się sama wytrzęsła :)
Zadowolony, że choć te trzy dyszki zrobione pognałem do pracy. Oj, było mi to potrzebne dla estetyki umysłowej.
Aha, śryż trzyma się mocno i nie zamierza odpuścić.






