Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi Trollking z miasteczka Poznań. Mam przejechane 240161.20 kilometrów w tym 4.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 27.49 km/h i się wcale nie chwalę.
Suma podjazdów to 785004 metrów.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl


Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Trollking.bikestats.pl

Archiwum bloga

  • DST 53.10km
  • Czas 01:57
  • VAVG 27.23km/h
  • VMAX 41.20km/h
  • Temperatura 0.0°C
  • Podjazdy 224m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

No!!!!! :)

Sobota, 16 stycznia 2016 · dodano: 16.01.2016 | Komentarze 6

Myślałem już, że się nie doczekam. Ale jednak. W końcu nastał dzień, w którym warunki do jazdy rowerem nie wymagały zabierania ze sobą łopaty. Ani piasku do posypywania sobie radośnie przed przednim kołem. Jednym słowem (a w sumie dwoma) - było całkiem, całkiem. Oczywiście w mojej klasyfikacji, bo miłośnicy dwóch kołek spod znaku "maj - wrzesień" uznaliby je za przerażająco przerażające, tym bardziej, że przez znaczą część drogi towarzyszył mi puszek z nieba :)

Fakt, do komfortu dużo brakowało, bo po dziesiątej rano asfalt jeszcze lśnił niepokojąco, a pokonywanie zakrętów, nawet crossem (którym oczywiście dziś się wybrałem, bo póki co szosy nie biorę pod uwagę) wymagało wewnętrznej motywacji o treści: tylko spokojnie, nie przyspieszaj. Jakoś się udało. Wybrałem dziś ze względu na wiatr kierunek dawno nie odwiedzany, bo ostatnio jakieś dwa czy trzy miesiące temu, czyli Rokietnicę, do której dostałem się przez cały Poznań (jak zwykle uroczo), Strzeszyn i Kiekrz, a powrót to prawie powtórka z rozrywki z lekką modyfikacją w postaci Starzyn.

Jak wspomniałem dawno mnie w tych okolicach nie było. Nie miałem więc jeszcze okazji podziwiać tego, co zakwitło na remontowanym chyba przez rok kawałku trasy w Kiekrzu. A jest co oglądać. Przede wszystkim ciąg pieszo-rowerowy, który zakwitł tam z imponującym rozmachem, oferując miłośnikom sportów ekstremalnych z górskimi akcentami gratkę nie do opisania. No ale spróbuję :) Przede wszystkim KOSTKA. Zacna polska kosteczka, ułożona na fragmentami węższym, fragmentami szerszym (ale i tak nie spełniającym norm) chodniku z niebieskim znakiem przekreślającym kreską logo pieszego i rowerzysty. Czego jeszcze nie może zabraknąć na DDR-ce oddanej w Polsce do użytku w roku 2015? Oczywiście podjazdów do posesji. I jeszcze czego? Brawo. Nagłych obniżeń poziomów, gdy przerywana jest ona ulicą. Jest też fascynujący moment, gdy "normalny" asfalt prowadzi w jednym poziomie, a ścieżka leci najpierw w dół, ukazuje kilka zaskakujących zakrętów, by znów oferować podjazd. Cud techniki, prawda? A dla mnie poproszę o dodatkowy bonus za to, że się nie przeziębiłem jadąc z rozdziawioną gębą. I przede wszystkim za spostrzegawczość - zauważyć tyle elementów z pozycji drogi nie było łatwo. Bo wjechanie na nią oczywiście nie przyszło mi do głowy :)

W temacie ścieżek jeszcze jeden wątek. Podczas powrotu ulicą Chojnicką usłyszałem pewien tak lubiany przez rowerzystów, sympatyczny dźwięk, o którego brzmieniu już o dziwo zapomniałem. Klakson. A co. Spojrzałem na oblodzony i niebezpieczny dla życia, może z 500 metrowy kawałek DDR-ki po swojej prawej, potem na pojazd, z którego wydobył się ów Pisk Frustrata po lewej, i zauważając napis PZ na rejestracji postanowiłem obudzić w sobie Buddę i nie wyciągnąłem nawet środkowego palca w międzynarodowym pozdrowieniu. Rok 2016 ustanawiam rokiem opanowania i zagryzania zębów. Szanownego kierowcę niniejszym pozdrawiam, życzę miłych zakupów w galerii handlowej, a jak już wróci w swoje rejony to urodzaju w gospodarstwie. Niech się trzoda chlewna owocnie rozmnaża, a zapasy obornika pozwolą na dorodne plony :)

Sporo zimowych rowerzystów spotkałem na trasie. Pięknie. Wszyscy pozdrawiali. Jeszcze piękniej. Szanujmy kulturę i cieszmy się z tego. Maj już niedługo.




  • DST 32.20km
  • Czas 01:14
  • VAVG 26.11km/h
  • VMAX 40.00km/h
  • Temperatura -2.0°C
  • Podjazdy 49m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Śliskoglut

Piątek, 15 stycznia 2016 · dodano: 15.01.2016 | Komentarze 0

Ło Jezu, jak ja się stęskniłem za "żywym" kręceniem. Cztery dni przerwy od poprzedniego, ledwo trzydziestokilometrowego gluta odcisnęło już piętno na mojej psychice, tym bardziej, że gdy we wtorek było wolne to od rana przywitał mnie deszcz ze śniegiem, a w kolejne dni (tak jak dziś) musiałem być na jedenastą w pracy. Życie mi było miłe i nawet krótki wypad w klimacie gołoledzi nie wchodził w grę. Pozostawał chomik. Niniejszym kawałek nudnej statystyki dla mojego użytku wewnętrznego o zaległym katowaniu się:

- czwartek 7 stycznia: 33 km, średnia 32,3 km/h;
- piątek 8 stycznia: 32 km, średnia 31,6;
- sobota 9 stycznia: 33 km, średnia 32,2;
- poniedziałek 11 stycznia: 32 km, średnia 31,6;
- wtorek 12 stycznia: 33 km, średnia 32,4;
- środa 13 stycznia: 33 km, średnia 32,4;
- czwartek 14 stycznia: 33 km, średnia 32,2.

Uff, przebrnęliśmy i dotarliśmy do dzisiejszego dzionka. O dziwo rano NIE PADAŁO! Byłem w takim szoku, że podczas wybierania garderoby przesadziłem i zamiast na realne -2 ubrałem się jak na co najmniej -3 :) Warunki były dalekie od idealnych, bo drogi wyglądały na czarne, ale jednocześnie pokryte delikatną lodową mgiełką, więc do każdego zakrętu oraz ronda podchodziłem ostrożnie jak pies do jeża. A było ich trochę (zakrętów, nie psów ani jeży), bo wschodnia trasa, którą wybrałem okazała się kręta jak nigdzie w Poznaniu - przez Starołękę i Krzesiny do Szczepankowa, w którym zawróciłem na wysokości Lidla. Krok po kroczku, jadąc crossem wolno i ostrożnie dotarłem do domu, z konieczności w obie strony zaliczając najbardziej niebezpieczny fragment, czyli ddr-kę nad Wartą. Miało to jednak jak się okazało jednak plus dodatni, bo podczas nawrotu zakleszczyła mi się linka w manetce od przedniej przerzutki i za nic nie mogłem jej odblokować. A tu proszę, kilkaset metrów po polskiej ścieżce i awaria się sama wytrzęsła :)

Zadowolony, że choć te trzy dyszki zrobione pognałem do pracy. Oj, było mi to potrzebne dla estetyki umysłowej.

Aha, śryż trzyma się mocno i nie zamierza odpuścić.




  • DST 31.50km
  • Czas 01:11
  • VAVG 26.62km/h
  • VMAX 40.50km/h
  • Temperatura -2.0°C
  • Podjazdy 128m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Glutanol

Niedziela, 10 stycznia 2016 · dodano: 10.01.2016 | Komentarze 15

Jako dobry, przykładny niekatolik, a zarazem "miłośnik" partii słusznie nam panującej, wielbiący ponad niebiosa aktualnego ministra, co to mu mentalnością i aparycją bliżej do wąsatego i brzuchatego bohatera targowicy niż człowieka na miarę XXI wieku, nie mogłem dziś sobie odmówić wykonania aktywności łączonej, skomplikowanej i wielowątkowej niczym zdanie, które właśnie czytacie :) A mianowicie: nie zeżreć dziś mięsa (to mi poszło najłatwiej, bo nie robię tego od kilkunastu dobrych lat), dać parę groszy na WOŚP (nic skomplikowanego) oraz wsiąść na rower i symbolicznie przejechać choć kawałkiem ścieżki rowerowej (dwa najtrudniejsze punkty).

W pracy musiałem być dziś na jedenastą. czasu miałem więc niewiele. A i warunki za oknem, delikatnie mówiąc, idealne nie były. Wykonałem więc rano rundkę taktyczną krokiem marszowym pod pretekstem wyrzucenia śmieci i oceniłem stan nawierzchni. Organoleptyczny wniosek był jeden: da się jechać crossem, ale na wstecznym. Co niniejszym wykonałem skrupulatnie, jak widać po średniej :) W planach była jedynie godzinka z małym okładem, bo czas z gumy nie jest. W sumie nawet nie mam pojęcia z czego jest.

Jak już ruszyłem to pozostał najbardziej fizycznie i mentalnie niebezpieczny element, czyli zaliczenie ścieżki rowerowej. Zrobiłem to symbolicznie, jadąc nad Wartą i niemal przypłacając to życiem, bo ścieżki o dziwo zostały odśnieżone, ale na lodowisko na nich nie ma mocnych. Swoje wykonałem, potem moje koło nie zaliczyło już ani kawałka DDR-ki, nawet na długaśnej Starołęckiej. Aha, nawet gdybym spadł z tej ścieżynki to byłaby szansa, że bym wyszedł z tego z suchymi szprychami, bo rzeka zawalona została imponującym - uwaga uwaga - ŚRYŻEM. Jestem taki mądry, bo wczoraj się przypadkowo dowiedziałem jak toto się nazywa :)

Co do trasy to pokręciłem pod wiatr na wschód, przez Głuszynę docierając do Sypniewa, gdzie przy granicy Poznania zatrzymała mnie już śliczna ślizgawka, więc lekko zawróciłem, wjechałem inną drogą w lipową aleję, z której też musiałem się ewakuować, choć już na siłę dałoby się jeszcze kawałek pokręcić. Nie ma łatwo.

W ten sposób, po prawie tygodniu rowerowego celibatu zażyłem dziś lekarstwo na całe zło - tytułowy GLUTANOL. Jak fajnie jest kręcić, nawet jeśli zaledwie gluta... Szkoda, że prognozy dają mi szansę na kolejne tego typu eskapady mniej więcej na poziomie 0,00000000016%...




Wpis bezrowerowy + podsumowanie 2015

Środa, 6 stycznia 2016 · dodano: 06.01.2016 | Komentarze 7

Tak jak się rok przyzwoicie zaczął, tak aktualnie zapanowała szeroko rozumiana Kicha. Najpierw mróz, w którym może by się dało jeździć, ale przez konieczność łatania dziur w robocie i tak nie miałbym kiedy, a jak już się zdarzył wolny dzień to śniegu napadało tyle, że Poznań może śmiało wspierać któryś z biegunów w uzupełnianiu białego puchu. Oczywiście - jakbym się bardzo uparł to bym wykręcił na siłę coś na kształt gluta, ale już igranie z własnym zdrowiem mi się lekko znudziło, a poza tym Żonie też należy się czasem spokój psychiczny za to, że ma tolerancję na moje wybryki przez 9/10 roku. Więc odpuściłem. I odpuszczę też pewnie najbliższe dni, bo... (patrz wyżej).

Jako substytut traktuję około godzinne kręcenie na chomiku. Jako że z zasady nie wpisuję tego do statystyk to choć umieszczam wyniki tutaj:
- poniedziałek 4 stycznia - 32 km, średnia 31,2;
- wtorek 5 stycznia - 31 km, średnia 30,6, bo ciężko się jednocześnie kręci i gra w Fifę :);
- środa 6 stycznia (czyli dziś) - 33 km, średnia 32,2.

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Rok 2015 był zdecydowanie najbardziej aktywnym z moich dotychczasowych, przynajmniej od kiedy prowadzę jakiekolwiek statystyki. Przejechałem na swoich trzech "legalnych" dwukołowcach dokładnie 17 867 km, ze średnią 29,5 km/h. Po płaskim, po górach, w upale, mrozie, deszczu, a także i w śniegu. Formalnie powinienem dodać do tego jeszcze nigdzie nie rejestrowane kursy do roboty "rowerem" miejskim, które w połączeniu z "chomikami" dają mi pewność, że granicę 18 tysięcy przekroczyłem na pewno. Ale cóż, jakichś zasad trzymać się trzeba, więc niech będzie oficjalnie mniej.

A do tego:
- zużyłem około dwudziestu dętek i i półtora kompletu opon;
- zarżnąłem napęd w szosie (serwis przede mną), a UFO w lesie pod Mosiną zabrało mi jedną z zębatek w crossowej kasecie (wymiana za mną, muszę wysłać uszkodzoną na reklamację);
- mój ukochany kask odszedł do krainy wiecznych łowów i aktualnie kręci sobie po cudownych i bezkolizyjnych asfaltach (r.i.p.) :(;
- zaliczyłem dwie gleby, z czego jedna na ukośnym torowisku w Luboniu kosztowała mnie przerwę spowodowaną skręceniem stawu skokowego;
- wysłuchałem ponad 250 albumów muzycznych;
- ...a także 40 audiobooków. No i jakimś cudem (nie na rowerze, żeby nie było) znalazłem czas na przeczytanie 18 książek.

Pewnie to ostatni taki rok, ale... podobał m się :)

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

I jeszcze krótko o dzisiejszym dniu. Zrobiłem sobie rano mały (6,5 km) spacerek po Lasku Dębińskim. Moje ukochane miejsce w Poznaniu jak zwykle mnie zauroczyło (nie tylko mnie, sądząc po ilości brodzących w śniegu ludzi). Udało mi się pospacerować po zamarzniętym stawie, pozdrowić kaczki, ale co najważniejsze - w końcu przejść po czymś, co za skończonej dzięki niebiosom kadencji poprzedniego Pana Na Włościach wydawało się niemożliwe do zrobienia. Czyli kładce pomiędzy Dębiną a Starołęką. Można było dofinansować i dogadać się PKP? Jak się okazuje - można, Trzeba tylko chcieć. Kładka jeszcze formalnie nie jest jeszcze oddana do użytku, ale już żaden SOK-ista nie pilnuje zza krzaków, więc można delektować się bezmandatowym dreptaniem w tę i z powrotem. Brawo! :)







Górki - amen

Niedziela, 3 stycznia 2016 · dodano: 03.01.2016 | Komentarze 2

Miał być glut, ale udało mi się zmobilizować przed wyjazdem do Poznania, wstać w miarę jak na zimę wcześnie i ruszyć po dziewiątej w trasę. No i zrobić przyzwoity, ludzki dystansik. Termometr pokazywał za oknem minus osiem, ale chwilę po wyjściu na dwór mógłbym się założyć, że chodziło o minus osiemdziesiąt. Lub więcej. Tak przynajmniej wyglądała wersja optymistyczna :)

Plusem było to, że po śniegu na drogach pozostały resztki i można było kręcić bez obaw o równie romantyczne, jak nagłe, przytulenie lewego lub prawego policzka przez asfalt. Miał to być wyjazd zimowo pożegnalny, więc ruszyłem - a jak! - na Rudawy, przez Łomnicę, Karpniki, w których jednak patrząc na potencjalne oblodzenie i chcąc ominąć wyższe partie skręciłem do Krogulca, potem Bukowiec, Mysłakowice i powrót do Jeleniej przez Łomnicę. Ale to nie koniec, bo zabrakło mi kilkunastu kilometrów, więc na spokojnie zaliczyłem jeszcze Cieplice i w miarę happy wróciłem do domu. Niniejszym etap górski uważam za chwilowo zamknięty. A szkoda :)


Aktualnie jestem w Poznaniu... Co tu się kurde dzieje? Śnieg, śliskie drogi, tylko temperatura arktyczna taka sama... Niestety na takie warunki mój cross się nie nadaje, a do tego co najmniej najbliższe dwa dni kiblował będę prawie przez cały dzień w robocie, więc ogłaszam przerwę od roweru. Może pokręcę na chomiku jeśli czasu starczy. A jak sobie porównuję to, co działo się w górach z tym co na równinach to stwierdzam, że chyba po raz pierwszy w życiu miałem szczęście w wyborze terenu do jazdy. Świat się skończył :)


Kategoria Góry


Zawrotnie

Sobota, 2 stycznia 2016 · dodano: 02.01.2016 | Komentarze 5

Na termometrze jakiś minus miliard, zamarznięta ziemia, kawałki lodu i śniegu, drogi przejezdne tylko częściowo... Komu by się chciało ruszać w takich warunkach na rower?

No komu?

No mnie :)

Przyznaję - łatwo nie było. W mieście jeszcze jechało się przyzwoicie, bo główne drogi zostały już rozjeżdżone. Coś mi jednak mówiło, że sytuacja się zmieni. I miałem rację - gdy z jeleniogórskiej Maciejowej skręciłem przez Jasiową Dolinę do Wojanowa nagle ktoś zamontował szklankę zamiast asfaltu. Po raz pierwszy w życiu wjeżdżałem na górkę szybciej niż z niej zjeżdżałem :) Udało się przeżyć, ale trochę mi się skomplikowały plany, bo dalej chciałem jechać do Janowic. Udało mi się dotrzeć do Trzcińska, w którym po zobaczeniu takiego oto widoczku powiedziałem: pas. Życie mi miłe.

Zawróciłem do Wojanowa, potem do Łomnicy i dałem sobie jeszcze jedną szansę, kierując się bardziej na południe. I to był strzał w dziesiątkę, bo droga przez Mysłakowice i Kostrzycę do Kowar, na obwodnicy których zawróciłem tą samą trasą, okazała się o niebo lepsza niż dotychczasowa. Finalnie - jestem z siebie dumny. Albo durny :) A na mapie wyszedł jakiś potwór spaghetti.

Jutro dość wcześnie wracamy. Jeśli uda mi się cokolwiek wykręcić to będzie jakiś mega krótki glut. Potem też nie za ciekawie, bo w poniedziałek i wtorek w związku z brakami kadrowymi czekają mnie nadgodziny. Praktycznie wykluczające rower. Ale przy takich temperaturach wyjątkowo płakać nie zamierzam.

https://www.endomondo.com/users/2935873/workouts/651313028


Kategoria Góry


Glut, którego być nie miało

Piątek, 1 stycznia 2016 · dodano: 01.01.2016 | Komentarze 6

I nie było. Jakoś do godziny 13. Ale po kolei.

Sylwestra spędziliśmy wyjątkowo trzeźwo, uciekając mentalnie od jakiegoś dichowego szajsu (Czadomen czy inne badziewie) zza okna jeleniogórskiego rynku. Podsumowanie ostatnich dwunastu miesięcy nastąpi... gdy mi się zachce. Na razie mi się nie chce. Natomiast rozpoczęcie roku 2016 według prognoz zapowiadało się... no nie zapowiadało się. A rano? No nie zapowiadało się tym bardziej :) Zamiast znanych z ostatnich dni: ostrego zimowego słońca, pogodnego mrozku oraz suchych asfaltów styczeń przywitał mnie śniegiem. Nie małym, sympatycznym puszkiem, ale mieszaniną paskudnej brei z błotem. Oraz lekkim przymrozkiem.

Plus był jeden: wyspałem się, co mam nadzieję dzięki tej dacie będzie mi dane przez co najmniej 365, a nawet 366 dni. A jak już tego dokonałem to zgodnie ze świecką tradycją, że jeśli nie kręcę to zaliczam choć symboliczny, około pięciokilometrowy spacer, wykonałem pięciokilometrowy spacer :) Grzecznie wróciłem do domu i ze smętną miną przybrałem pozę "niespełniony rowerowo nałogowiec pierwszego dnia stycznia".

Było rodzinnie, a ja niczym kropla drążyłem skałę. Nie, nic zbereźnego :) A jedynie obserwując pogodę za oknem przyuważyłem, że temperatura delikatnie wzrasta, a śnieg zmienia się w kałuże... Więc... Około trzynastej w ramach negocjacji wyżebrałem dla dobra ojczyzny krótkiego gluta, którego sam z siebie obiecałem poprzedzić rozeznaniem terenu, czyli rozeznaniem stanu asfaltów. Wyszło na moje.

I ruszyłem. Powoli, starym rzęchem, na grubych oponach. Były małe emocje w temacie: co dalej, ale z kilometra na kilometr uśmiech na ryju mi się poszerzał. Bowiem było mokro, było ślisko, ale jedynie w perspektywie jazdy szosą, a poza tym - pełna radocha. Pokręciłem do Cieplic, potem przez stawy do Podgórzyna, stamtąd przez Zachełmie do jeleniogórskiego Sobieszowa, skręt na Piechowice do Trasy Czeskiej, skąd znów przez Cieplice dotarłem do domu. Jak to wyglądało na trasie? Ano tak. Szału widokowego nie było :)

Jaki ja byłem zadowolony na mecie, czyli w drzwiach!!!! Myślę, że większość penitencjariuszy zakładów dla obłąkanie chorych po zażyciu prozacu zazdrościliby mi uśmiechu :) Od razu też podziękowałem Żonie za wyrozumiałość - bo tolerować takiego upartego osła jak ja zdecydowanie zasługuje na medal. Dzięki temu niniejszym dumnie oświadczam, że rok uważam za zaczęty.

A na koniec widoczek na Plac Ratuszowy w Jeleniej Górze, z perspektywy wieży widokowej, około godziny dziesiątej rano. Dla nietutejszych - gdzieś tam z tyłu zazwyczaj są góry...

https://www.endomondo.com/users/2935873/workouts/650925932


Kategoria Góry


To już jest koniec...

Czwartek, 31 grudnia 2015 · dodano: 31.12.2015 | Komentarze 4

...2015 roku. Zdecydowanie dla mnie rowerowo pozytywnego, ale też z trudniejszymi momentami. Na podsumowanie przyjdzie jeszcze czas, dziś w związku z dość specyficzną datą wpis jedynie symboliczny, bo i tak nikt go nie przeczyta :)

Ostatni kurs tego roku odbył się - co pewnie nie będzie zaskoczeniem - po górach. Ale tym razem opuściłem przytulne Rudawy, kierując się bardziej na południe - w bardziej surowe i majestatyczne Karkonosze. Początkowo byłem zdziwiony, że wiatr traktuje mnie jakoś spokojnie, w przeciwieństwie do ostatnich dni. Zagadka wyjaśniła się gdy wyjechałem z niecki, jaką tworzy Kotlina Jeleniogórska - to, czego mi oszczędzono na tym etapie zostało zwrócone z nawiązką. Póki co jednak mogłem delektować się wyjątkowo dobrą pogodą, do Karpacza docierając przez Ścięgny. Jest tam nowa droga - poezja!



Karpacz jedynie liznąłem, bo mając do wyboru: dalszy wjazd albo pierwszy dziś zjazd wybrałem to drugie. Przewidywalny jestem :) Zjechałem sobie do Miłkowa, skąd skręciłem na... Ścięgny, zaliczając drugi raz ten sam podjazd w ramach sylwestrowego dubla. Następnie wybrałem opcję Kowary. I tu zaczęło się wiatrzysko, które stargało mnie koszmarnie. Przy czym słowo "koszmarnie" jest zgrabnym eufemizmem. To była rzeź.

Choć przyznać trzeba, że było też bardziej komfortowo, bo momentami wiatr mi pomagał. I to konkretnie - były fragmenty gdy łańcuch mi się kończył. Podobnie jak kaseta za trzy dychy :) Kowary objechałem, zakręciłem przed zjazdem na Okraj i stanąłem przed dylematem: co dalej. No i co? Rudawy :) Czyli przez Kostrzycę do Bukowca, potem na Krogulec, Karpniki, Łomnicę. Znów u siebie :) Potem Jelenia i... koniec. Ostatni kilometr został wykręcony.

Niestety na jutro prognozy zapowiadają masakrę. Szkoda, bo chciałem rok rozpocząć rowerowo, co pewnie nie będzie mi dane.

Pozdrawiam wszystkich! Dziękuję za kolejny rok kibicowania, oceniania, czasem krytykowania na BS. A przede wszystkim - motywowania, bo nic tak nie nakręca do przykręcania jak ten portal :)

https://www.endomondo.com/users/2935873/workouts/6...


Kategoria Góry


Rudawowo

Środa, 30 grudnia 2015 · dodano: 30.12.2015 | Komentarze 8

Zimno się zrobiło. Co prawda o dziwo podobno jest cieplej niż w Poznaniu, ale i tak do żaru tropików troszeczkę brakuje. Niewiele, bo nie niewiele, ale zawsze :) Nie spieszyło mi się więc ze zbyt wczesnym ruszaniem, każdy pretekst był dobry, a w związku z tym, że akurat mamy na okres sylwestrowy pod opieką psa to z zadziwiającą nawet mnie ochotą zająłem się jego wyprowadzaniem. No ale pies jest jeden i nie można się nim zajmować przez cały dzień, więc trzeba się było w końcu zapakować w rowerowe ciuchy i ruszyć :)

Wiało mocniej niż wczoraj i dostałem nieźle po tyłku od zimnych powiewów. Za to jak już udało mi się znaleźć fragment z wiaterkiem w plecki to było całkiem milusio. Trasę dziś zrobiłem początkowo dość podobną do wczorajszej - na Rudawy. Jednak zamiast pokręcić lajtową trasą przez Trzcińsko wzdłuż Bobru zaliczyłem Przełęcz Karpnicką, jak zwykle uroczą. Szczególnie podczas zjazdu :) Wcześniej mijając Łomnicę oraz Karpniki, między którymi sfociłem chyba jedyny w Polsce widoczek, który wszystkim kojarzy się tak samo (w razie wątpliwości - pierwsze zdjęcie od góry).




A potem tak jak wczoraj - przez Janowice do Radomierza, gdzie z górki pozwoliłem sobie już na śmielsze rozkręcenie się do ponad 53 km/h (na szosie - wstyd. Na tym, czym dziś kręciłem - bohaterstwo). Wcześniej upewniając się, że zaciski przy kołach nie odpadły. Nie odpadły - o czym świadczy między innym to, że ten wpis powstał. A jeszcze wcześniej - robiąc sobie selfie. Jak widać nie mam doświadczenia, bo pysk mi wyszedł jeszcze bardziej czerwony niż w naturze :)

Wróciłem do Jeleniej i zamiast tak jak wczoraj zdobywać kapellowe szczyty skręciłem na Karpacz, oczywiście nie planując doń dojechać, bo korki w tym kierunku były większe niż ego pewnego anonimowego polityka rządzącej partii, odwrotnie proporcjonalne do jego wzrostu. Zamiast tego kontynuowałem jazdę ścieżką do Łomnicy, skąd lekko błądząc udało się wrócić na właściwy szlak - czyli do domu.

Na wspomnianej ścieżce odkryłem, że kibiców mam w całej Polsce. Eh, ta sława :) Nie do końca wiem skąd mieli przeciek na temat mojej trasy, której nie znałem nawet ja, ale cóż... Pozostaje uhonorować ich pamiątkową fotą :)


Kategoria Góry


Jelonek :)

Wtorek, 29 grudnia 2015 · dodano: 29.12.2015 | Komentarze 6

Przed przyjazdem w rodzinne Karkonosze miałem lekką obawę co do możliwości uruchomienia roweru na czas pobytu. Powód był tyle banalny, co śmierdzący - bowiem pod koniec świąt w piwnicy, gdzie był przechowywany wylała kanalizacja. Na tyle dotkliwie, że zalane było dojście, a spece od tego typu fiołkowych spraw skończyli robotę dopiero wczoraj po południu. Dziś rano więc z duszą na ramieniu oraz klamerką na nosie zszedłem do podziemi i oceniłem sytuację. Na szczęście - nasza część została nietknięta. Uff (dosłownie). Rower był w stanie tragicznym, ale nie gorszym niż ostatnio. Moje obawy, że będzie g...nój zamiast kręcenia na szczęście okazały się niepotrzebne.

Jak już dopompowałem i nasmarowałem co trzeba - ruszyłem. Około dziesiątej, gdy jeszcze było powyżej zera, co prawda lekko bo lekko, ale zawsze. Gdyby ktoś mi jakieś pięć lat temu powiedział, że pod koniec grudnia będę śmigał sobie na luzaku (no dobra, to złe słowo) po górkach to bym go chyba darmowo podwiózł rowerem do jakiegoś pobliskiego zakładu dla niepełnosprytnych (najbliższy jest w Bolesławcu, więc kawałek bym miał). A tu proszę - póki co bez śniegu, bez opadów, choć fragmentami przy rzece Bóbr były delikatne oblodzenia. A skoro o rzece to wyciąg z mojej dzisiejszej trasy.

Najpierw kawałek po Jeleniej Górze, potem: kierunek wschód, którego w Poznaniu nienawidzę, a w Sudetach uwielbiam. Prowadzi bowiem w moje ukochane Rudawy Janowickie. No to wzdłuż Bobru, wśród pagórków, wśród górek, wśród skałek. O tak:



Dotarłem do Janowic (pod wiatr), z których wdrapałem się do Radomierza (pod wiatr), skąd skręciłem z powrotem na Jelonkę (o dziwo z wiatrem). Tak mi się dobrze kręciło z podmuchem w plecy, że bym dotarł do Czech, ale się w porę opamiętałem. Pomógł mi w tym zresztą klekot, na którym jechałem, po przy prędkościach w okolicach +/- 50 km/h odczuwałem powoli odkręcające się zeń śrubki. Znalazłem się ponownie w Jeleniej, a że kilometrów było dopiero około trzydziestu to postanowiłem podjąć samoistne wyzwanie Actimela i zaliczyć jeszcze Kapellę. Kto zaliczał ten wie ;) I tak zaliczałem, i zaliczałem, i zaliczałem. Serpentynek było sporo, kątów liczonych w procentach również, jedynym plusem było to, że było mi coraz mnie zimno :) Udało się dotrzeć.



Zjazd byłby super, gdyby nie tym razem boczne wiatrzysko, które zdecydowanie chciało mnie widzieć na samym dole przepaści. Nie udało się mendzie. A sam zjazd był zdecydowanie przyjemniejszy niż wjazd. Dziwne :)

Co pokręciłem to moje. Teraz nadchodzi mróz i może być różnie. A na mapce (tym razem udostępniam) znów wyszedł mi dorodny jeleń. Miejsce zobowiązuje.
https://www.endomondo.com/users/2935873/workouts/6...


Kategoria Góry