Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi Trollking z miasteczka Poznań. Mam przejechane 250182.63 kilometrów w tym 4.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 27.44 km/h i się wcale nie chwalę.
Suma podjazdów to 813674 metrów.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl


Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Trollking.bikestats.pl

Archiwum bloga

  • DST 52.80km
  • Czas 01:48
  • VAVG 29.33km/h
  • VMAX 51.70km/h
  • Temperatura 17.0°C
  • Podjazdy 84m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Korekcyjnie

Poniedziałek, 18 lipca 2016 · dodano: 18.07.2016 | Komentarze 6

Dziś oczywiście znów nie było mi dane się wyspać. Zazwyczaj mam tak przez pracę, dziś powodem była wizyta u dentysty, delikatnie po południu. Sam nie wiem co gorsze :) Choć chyba wiem - stomatolog to tylko pół godziny męczarni, robota - co najmniej osiem.

Wietrznie było jak zwykle, za to temperaturka jak dla mnie idealna, bo poniżej dwudziestu stopni. Nie chciało mi się napinać, więc przejechałem swoje tempem umiarkowanym, by nie rzec słabym. Pod koniec stałej trasy na zachód, przez Plewiska, Gołuski, Dąbrówkę, Dopiewo, Trzcielin, zaraz za Rosnowem postanowiłem zmienić swój rytuał i w Komornikach nie skręcać na Luboń, tylko wrócić przez Plewiska. Decyzja okazała się genialną, bo miałem co prawda jeszcze więcej powiewu w pysk, ale za to zachowałem higienę psychiczną. Im mniej Lubonia w mym życiu tym trzyma się ona lepiej :)




  • DST 51.30km
  • Czas 01:45
  • VAVG 29.31km/h
  • VMAX 51.20km/h
  • Temperatura 17.0°C
  • Podjazdy 66m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Pomyja

Niedziela, 17 lipca 2016 · dodano: 17.07.2016 | Komentarze 9

Kolejny dzionek ze wczesnym wstawaniem jako kluczowym jego punktem. A potem praca. Ten horror nie ma końca :)


Dodatkowo ostatnio prawie żaden wyjazd nie może obyć się bez niespodzianek. I to nie takich typu, że nagle zatrzymując się na światłach znajduję przypadkowo banknot dwustuzłotowy lub z paki dostawczaka przewożącego karbonowe szosy obsunie się jeden egzemplarz, kierowca się zatrzyma i wręczy mi go mówiąc, że jest milimetrowa ryska na dolnej części ramy i mogę zatrzymać ten uszkodzony bubel.

Nie.

Dziś na przykład na wysokości piętnastego kilometra, mimo że nic tego nie zapowiadało, dopadł mnie deszczyk. Deszczyk na początku, potem już zwykły upierdliwy deszczor. Byłem wtedy w szczerym polu po minięciu Skórzewa, dopiero po jakichś dwóch kilometrach znalazłem schronienie na stacji benzynowej w Wysogotowie. A konkretnie w myjni, którą podczas prawie dwudziestominutowego oczekiwania na wisikanie się chmur zwiedziłem wzdłuż i wszerz, zastanawiając się nad abstraktem swojego położenia – w miejscu, którego najważniejszym elementem jest woda znalazłem się uciekając przed opadem z nieba. Logika z rowerzystą nie zawsze mają po drodze :)

W końcu ruszyłem, ale jako że drogi były śliskie to znacznie zwalniając tempo, które do tej pory było całkiem przyzwoite. Tym samym całe kółeczko przez Więckowice, Fiałkowo, Dopiewo, Gołuski i Plewiska znów zostało „wyślimaczone”, tym bardziej, że pod sam koniec trafiłem na świeżutkie kałuże, bo deszcz do Poznania dotarł trochę później i opuścił go dopiero kilka minut przed moim powrotem.




  • DST 53.20km
  • Czas 01:50
  • VAVG 29.02km/h
  • VMAX 51.20km/h
  • Temperatura 17.0°C
  • Podjazdy 213m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Jezioro DDR-kowskie

Sobota, 16 lipca 2016 · dodano: 16.07.2016 | Komentarze 0

W końcu pogoda się unormowała, przynajmniej pod względem opadów, które chwilowo się skończyły. Znaczy się weekend, znaczy się muszę do pracy - to jest niezmienne. Musiałem więc zwlec się wcześniej, co akurat dziś wyjątkowo przyszło mi dość sprawnie i w okolicach 8:30 ruszyłem. Miałem nadzieję. że uspokoi się również wiatr, ale... jak zwykle. Znamy to :) Nie dość, że był dość silny to jeszcze zachciało mu się wiać z północnego zachodu, co zmusiło mnie do przejazdu przez Poznań z południa na północ. Miastem - o dziwo - pustym, za to ze światłami ustawionymi jak na godzinę szesnastą w najbardziej zakorkowany dzień tygodnia. W związku z tym poruszałem się niespiesznym, standardowym ruchem żaby.

Gdy wydostałem się poza obszar zabudowany już, już byłem gotowy ponownie pochwalić nową ścieżkę przy Koszalińskiej, bo ostatnio dobudowano nawet wygodne dojazdy z newralgicznych fragmentów ulic, aż tu... o Boże, morze!

Tyle by było chwalenia polskiej współczesnej myśli technologicznej :) Co było robić, ominąłem bajorko, następnym razem przywiozę ze sobą klapki do obsługi roweru wodnego.

Bez przygód dokręciłem do Kiekrza, Rokietnicy, tam zakręciłem na Napachanie, Kobylniki, przez Rogierówko wróciłem do Kiekrza, a stamtąd Słupską i Bułgarską do domu. Nie chciało mi się spieszyć, tym bardziej, że w TOK FM leciał ciekawy wywiad z laską, która przez miesiąc jeździła sobie po Iranie skonstruowanym praktycznie własnoręcznie rowerem z bambusową ramą. O dziwo da się bez większego narażania życia ze strony ludzi, za to największym zagrożeniem jak się okazuje są tam bezdomne, zdziczałe psy, które polują na wszystko co się ruszą. Jedynym, sprawdzonym patentem jak się okazuje jest wożenie ze sobą pistoletu na kapiszony. Do wykorzystania na rodzimej ziemi :)




  • DST 32.20km
  • Czas 01:11
  • VAVG 27.21km/h
  • VMAX 44.00km/h
  • Temperatura 18.0°C
  • Podjazdy 45m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Glut bezsuchonitkowy

Piątek, 15 lipca 2016 · dodano: 15.07.2016 | Komentarze 11

Wczoraj zamiast prawdziwego pedałowania - dzięki niezwykłej uprzejmości pani/pana pogody - nadrobiłem zaległości w spaniu oraz w najnowszym sezonie „Gry o tron”, kręcąc do rytmu ścielących się trupów na chomiku całe 33 kilometry ze średnią 32,3. Hura.

Dziś od rana – niespodzianka – dzięki niezwykłej uprzejmości pani/pana pogody nadrobiłem znów zaległości w spaniu oraz spoglądając na padający, kropiący i zamiennie siąpiący deszcz miałem zamiar odpalić kolejny odcinek. A tu... przestało.

Prędko chwyciłem za crossa, ubrałem rowerowe ciuchy gorszego sortu i ruszyłem. Początkowo było całkiem spoko. Przez jakieś 7-8 kilometrów, do granicy Plewisk. Tam zrobiłem fundamentalny błąd, skręcając w remontowaną ulicę Grunwaldzką, która zmyliła mnie połowicznie odnowionym asfaltem przy wjeździe. Finalnie wylądowałem w środku rozkopów, między wertepami, ciężarówkami i błotem. Kilometr tego odcinka pokonałem w takim tempie, że na zwykłej trasie byłbym dublowany przez emerytki po kielichu dosiadające wiekowe składaczki. A do tego zaczęło znów kropić, po chwili siąpiąc, a na wysokości serwisówki za Skórzewem lać.

Od tego momentu, chowając uszy po sobie i mocno pod kask, pamiętam głównie to, że śmiało mogłem wybierać dowolne style. Pływackie. Kraul, żabka, motylek – wszystko bardziej pasowało do zastanej sytuacji niż poruszanie się rowerem. W domu, po zaledwie glucie, pojawiłem się całkowicie przemoknięty, za to z wielką ilością minerałów zbliżonych do piasku w gębie. A w bi0donie miałem po powrocie więcej niż przed wyruszeniem ;)

No nic, za głupotę się płaci. Ale w sumie jest satysfakcja, bo nie każdy potrafi wykazać się taką naiwnością jak ja :)




  • DST 52.00km
  • Czas 01:54
  • VAVG 27.37km/h
  • VMAX 44.00km/h
  • Temperatura 21.0°C
  • Podjazdy 235m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Suche deszcze

Środa, 13 lipca 2016 · dodano: 13.07.2016 | Komentarze 14

No i znów zostałem oszukany! Spisek jest na tyle sprytnie uknuty, że aż nie chcę myśleć jakie moce brały w nim udział. Ale - finalnie - nie ma tego dobrego, co by na dobre nie wyszło :) Oczywiście chodzi o pogodę. Rano do godziny ósmej delikatnie kropiło, a prognozy solidarnie twierdziły, że w końcu porządnie lunie, i to jeszcze przed jedenastą. Porzuciłem więc myśl o szosie i po ogarnięciu się zaprzęgłem crossa, na którym dzięki błotnikom i szerokim oponom moknie się bardziej na sucho :)

Plan był taki, żeby zrobić minimum 30 kilometrów, a jeśli nie będzie padało to może i wykręcić pięć dyszek. Po ruszeniu po pierwsze zrobiło mi się głupio, bo po chwili wyszło słońce, a do tego gorąco, bo ubrałem lekką, ale jednak jesienną bluzę rowerową. Minąłem Luboń, Łęczycę i Puszczykowo, za którym przyszło mi na myśl, że skoro już jadę czołgiem to wykorzystam jego potencjał i wjadę w samo serducho Wielkopolskiego Parku Narodowego. Skręciłem więc w kierunku Jezior, drogą, która swoje lata świetności miała pewnie z pięćdziesiąt lat temu. Jeśli w ogóle. Na trasie tasowałem się z dwójką rowerzystów, którzy tak jak ja skierowali się nad Jezioro Góreckie i pojechali dalej. Ja tylko zjechałem sobie singielkiem i zawróciłem, bo nie chciałem ryzykować dłuższego kręcenia po korzeniach tym moim sprzętem w stanie agonalnym, acz jeszcze dość stabilnym.

Następnie pokręciłem do Komornik słynną Grajzerówką, na której po pierwsze przypomniałem sobie naocznie czemu tak rzadko tam bywałem, a po drugie - od czego jest taki zawód jak dentysta. Droga, zbudowana w czasie II Wojny Światowej dla nazistowskiego namiestnika Kraju Warty, straszy i mści się do dziś za przegraną. Początkowo da się nią jechać jeszcze jako tako, ale ostatnie kilka kilometrów to masakra nawet dla crossa. Zdziwili mnie - zresztą jak zwykle - puszkarze, którzy chyba za bardzo się tu rozwydrzyli i na widok dwóch kółek nawet nie zastanawiają się czy może łaskawie zjechać choćby delikatnie w prawo na wąskiej drodze, tylko pędzą na pewniaka. Jako że ja robiłem to samo to może na przyszłość się zastanowią, że rowerzyści mają takie same prawa, tym bardziej, że dziurawe nieutwardzone pobocze od strony mistrzów kierownicy było zdecydowanie szersze niż po mojej. Dziś jednak nie ucierpiało żadne lusterko :)


Fotki robiłem jadąc jeszcze tą lepszą częścią, na tej drugiej nie dałbym rady, bo ledwo utrzymywałem w łapach kierownicę :)

Udało się dotrzeć w całości do Komornik, a w związku z tym, że miałem na liczniku zaledwie 27 kilometrów i nie padało, zawróciłem do Szreniawy, skręciłem do Rosnowa, zjechałem znów do Komornik, a potem do Plewisk. Tam wpadłem w pułapkę nieoznaczonej serwisówki wzdłuż A2, z której po zwiedzeniu pola na jej końcu cofnąłem się jak niepyszny. Końcówkę wykonałem naokoło, przez Skórzewo, poznańskie Junikowo, znów Plewiska i znów Poznań.

Wymęczyłem się nieziemsko, ale jestem zadowolony z odmiany. Dziś już wiatr nie był łaskawy i gnojek upierdliwie uprzykrzał mi życie, jak zwykle zmieniając kierunek tak, żeby wiać mi w pysk. A do tego podczas zjazdu w lesie lekko przesunął mi się tylny hamulec i ocierał o koło przez 2/3 trasy, co odkryłem dopiero w domu. Brawo ja :)

Aha, oczywiście do końca jazdy nie spadła na mnie ani jedna kropla deszczu.




  • DST 55.80km
  • Czas 01:48
  • VAVG 31.00km/h
  • VMAX 51.70km/h
  • Temperatura 22.0°C
  • Podjazdy 123m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Oł je!

Wtorek, 12 lipca 2016 · dodano: 12.07.2016 | Komentarze 26

Oj tak, takiego roweru przejazdu było mi potrzeba! W końcu bez żadnej awarii, choć pierwsze 17 kilometrów jechałem z rozklekotanym pedałem, który został mi w Mosinie na miejscu i za free wymieniony na nowy. W końcu nie na rozgrzanej na maksa patelni, ale w temperaturze 22 stopni. No i najważniejsze - notować, notować - wiatr postanowił być sprawiedliwy i przeszkadzał mi jedynie przez 70, a nie - jak zwykle - 90% trasy :)

Jechało mi się naprawdę fajnie. Może dlatego, że dziś w czerwonym, więc musiało być szybciej :) Wykonałem "kondomika" od strony Lubonia, Puszczykowa, Mosiny przez Łódź, Stęszew i Komorniki, poszerzonego o objazd komornickich korków przez Rosnowo. I nawet wyjątkowo dziś tylko jeden kretyn planował zrobić ze mnie trollową marmoladę podczas próby wyprzedzania na ślepo TIR-a. O dziwo jednak się wycofał, być może przestraszony widokiem mojego nowego nabytku na kierę, który wczoraj prezentowałem. Więc za te 11 PLN mam nie tylko LED-a, o funkcji kominiarki, maski gazowej dla chomika oraz czapki UFO, a i odstraszacza. Mój najlepszy zakup ever, na to wychodzi :)




  • DST 50.50km
  • Czas 01:41
  • VAVG 30.00km/h
  • VMAX 53.50km/h
  • Temperatura 28.0°C
  • Podjazdy 62m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Codzienny shit-kom

Poniedziałek, 11 lipca 2016 · dodano: 11.07.2016 | Komentarze 10

Są takie dni, gdy człowiek od samego rana wie, że najlepiej zaopatrzyć się w kałacha trzymanego w jednej, a uspokajającą meliskę w drugiej ręce. Taki dzionek trafił mi się dziś.

Najpierw – po niełatwej próbie mobilizacji na rower przed pracą i wyruszeniu o 8:30 – i po minięciu Lubonia i Wirów, na wysokości Komornik poczułem dziwną blokadę w prawym pedale, która po chwili zamieniła się w chrobotanie. Poszły łożyska. Były (pedały, nie łożyska) dość tanie, ale niedawno montowane, więc tym większe było moje zdziwienie. Dało się na szczęście jechać, choć rozpatrywałem opcję powrotu. Jutro podjadę z rana zareklamować i wymienię na nowe. Jeśli mi po drodze kompletnie nie odpadną. Na razie jednak stukając i pukając dokręciłem całość trasy, przez Konarzewo, Trzcielin, Dopiewo i Plewiska.

Do tego był upał, a Portugalia dzień wcześniej wygrała ME, choć widok ryczącej Krystyny R. był bezcenny.

Gdy już wylądowałem w robocie to tępota, prymitywizm oraz bezczelność ludzka spowodowała, że chyba jestem już na granicy przekroczenia Rubikonu swojej tolerancji i wytrzymałości, tym bardziej że niesprawiedliwość może przełożyć się na moje finanse. Po tylu latach codziennej walki z żywym człowiekiem i brakiem możliwości przywalenia legalnie komuś w w pracy w pysk, mam już dość, a najchętniej zatrudniłbym się w archiwum jakiegoś IPN-u, bez otaczających mnie rodaków, wyszukując mściwie haków na ludzkość i wprowadzając destrukcję mentalną. Ot, takie mam marzenie od dziś :)

Musiałem odreagować na shoppingu. Oto jego efekt. Różowa lampka była za bardzo PRO, czas ją zastąpić :)




  • DST 53.45km
  • Czas 01:50
  • VAVG 29.15km/h
  • VMAX 51.70km/h
  • Temperatura 27.0°C
  • Podjazdy 127m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Kiszka

Niedziela, 10 lipca 2016 · dodano: 10.07.2016 | Komentarze 12

Prawdopodobnie ostatni w tym tygodniu wolny weekendowy dzień obiecałem sobie i Żonie spędzić leniwie. Oczywiście nie było opcji pominięcia roweru. No bo bez przesady :) Jednak wyjechałem wyjątkowo późno, bo dopiero pół godziny po dwunastej, co jak na moje standardy jest szaleństwem nad szaleństwa. Wiem, to się nazywa hardkorowe życie :)

Oczywiście było to błędem, gdyż zrobiło się już gorąco, co zawsze oznacza dla mnie mentalny i fizyczny problem. Nie było dziś inaczej, tym bardziej, że - tu nie będzie zaskoczenia - znów swoje zrobił wiatr. Nudne jest powtarzanie się, ale bez ściemniania miałem mocny powiew w pysk przez 90% trasy "kondomikowej" (Poznań - Komorniki - Stęszew - Łódź - Mosina - Puszczykowo - Luboń - Poznań), nawet wtedy kiedy flagi pokazywały, że mi pomaga. Mam swoją teorię na ten temat, bo niektórym dziś wiało tylko w plecy, ale niczego nie udowodnię, chciałbym tylko znać numer konta pod którym można sobie załatwić taki przywilej. Mogę nawet dać łap... mogę podać łapę.

Finalnie dojechałem dziś w tempie tragicznym. Inna sprawa, że nogi i tak mam ostatnio ciężkie jak cholera, a wczorajsza mordęga crossem nie pozostała bez wpływu na kondycję. Starość nie radość :)

Aha, tym razem udało mi się nie przegapić kolejnego tysiaka w tym roku. Dziewiąty mi pyknął.




  • DST 52.00km
  • Czas 01:58
  • VAVG 26.44km/h
  • VMAX 45.00km/h
  • Temperatura 19.0°C
  • Podjazdy 56m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

PoSępnie

Sobota, 9 lipca 2016 · dodano: 09.07.2016 | Komentarze 12

Nocą nad Poznaniem przeszła solidna burza, która pozostawiła po sobie na dzisiejszy dzionek zachmurzone niebo i wichurę, bo banalnie "silnym wiatrem" tego co urywa łeb nazwać nie można. Ja, jako że trafiła się wolna sobota, miałem przywilej wyspania się, zjedzenia śniadania i podjęcia decyzji czy, kiedy i przede wszystkim jakim rowerem wyjadę. Patrząc na mknące, coraz bardziej sine chmury i minimalne, przelotne opady wybrałem crossa.

O słuszności tego wyboru przekonałem się już chwilę po ruszeniu, bo pewnie pierwszy podmuch zawinąłby mną i szosówką tak, że do zdejmowania mojej niezbyt puszystej sylwetki z najbliższego komina trzeba by było zatrudnić aspirantów ze straży pożarnej. Co prawda nie mieliby daleko, bo takowa szkoła znajduje się jakieś 500 metrów od mojego domu, ale po co chłopaki miałyby się fatygować? :)

Powoli, ciężko parłem przed siebie. Chciałem posłuchać audiobooka, ale nic z tego - zamiast akcji miałem w uszach jedno wielkie "wiuuu"... Na Opolskiej kątem oka zauważyłem, że usiadł mi na kole jakiś szoszon. No spoko, nie bronię. Tylko że mijały kolejne kilometry, a on wciąż łaskawie raczył bohatersko bronić moich pleców, ani myśląc dawać jakiekolwiek zmiany. Nie wiem czy ja mam taki atrakcyjny tyłek czy po prostu traktował mnie na jako substytut czołgu chroniącego przed wiatrem, jednak nawet przy tej drugiej wersji dziwię się, że mając szybszy sprzęt zadowalał się tymi moimi marnymi 25-26 km/h. Rozumiem, gdybym to ja kręcił szosą, a on czymś innym, wtedy sytuacja byłaby jasna, ale w takim układzie? Kocham, po prostu kocham weekendowców. Sępa pozbyłem się na około trzynastym kilometrze, po minięciu Lubonia i Wirów, na skrzyżowaniu w Komornikach, gdzie zdecydował się w końcu na zmianę kierunku, szukając pewnie nowej rowerowej padliny do "wspólnej" jazdy. Szerokiej drogi.

Im byłem dalej w trasie tym bardziej Urwiszon się rozkręcał. Momentami mój maks to było 20 km/h, a co najgorsze nawet po zmianie kierunku za Trzcielinem i Dopiewem postanowił robić mi pod górkę. Wiem, że nikt nie uwierzy, ale wciąż wiał - w najbardziej przyjaznej wersji - z boku... Nawet z pojedynczych hopek nie miałem jak się rozpędzić. Finalnie, po przebrnięciu przez Palędzie, Dąbrówkę i Plewiska udało mi się dotrzeć do domu. Wymęczyłem się jak na ostrym górskim wyjeździe - pełne pięć dych musiałem pedałować non stop, żeby w ogóle poruszać się do przodu. Wynik - masakra. A korciło - zostać w domu :)

Mój dzisiejszy motywator - nowa płyta emerytów z In Extremo.




  • DST 32.40km
  • Czas 01:06
  • VAVG 29.45km/h
  • VMAX 50.20km/h
  • Temperatura 22.0°C
  • Podjazdy 99m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Glut 2/2 - serwisowy

Piątek, 8 lipca 2016 · dodano: 08.07.2016 | Komentarze 4

Etap drugi dzisiejszego planu z założenia był trudniejszy. Chyba nikt nie lubi jeździć ze świadomością, że używany pojazd ma defekt, ja wyjątkiem nie jestem. Skleiłem wczoraj taśmą latającą szprychę, żeby mi nie dzwoniła i z duszą na ramieniu (przyznać trzeba, dość aerodynamiczną, bo nie czułem specjalnego oporu z jej strony) ruszyłem powoli przez inną niż rano część Lubonia. Starannie zwalniałem przed torowiskami, a ścieżki zaliczyłem jedynie te niezbędne, otoczone zakazem jazdy rowerem normalną drogą.

Jechałem wolno, więc miałem czas zabawić się w miłosiernego samarytanina. A to przepuściłem TIR-a, pokazując że może wyprzedzać, ja zjadę (dostałem podziękowania, to zawsze cieszy), a to zapalając led-a na kierownicy dawałem znać, że brak jest zapalonych świateł w puszkach z naprzeciwka.... Zresztą z tym ostatnim był dziś chyba jakiś ogólnopolski trend, bo przed Mosiną zamrugałem trzem samochodom pod rząd.

W końcu dotarłem do serwisu, specjalnie trochę później niż obiecałem, żeby kolega na spokojnie wchłonął kawkę. Sklep/serwis troszkę się przerzedził względem wczorajszej foty, ale wciąż jeszcze było tego sporo. Między innymi składany był bicykl jednego ze stałych klientów, który zaliczył glebę na zakręcie przy prędkości 70 km/h. Sam on się zresztą pojawił na chwilę, opisując dosadnie całą sytuację. Wnioski wizualne wyniosłem takie, że z mając do wyboru skasowanie płotu albo przeoranie bokiem asfaltu warto wybrać to drugie, bo rany się szybciej goją :)

Wymiana szprychy poszła sprawnie, niestety wstępne obserwacje potwierdziły to, czego się obawiałem. Po trzech latach i jakichś plus minus 40 tysiącach kilometrów koło ledwo zipie, miejmy nadzieję, że jeszcze trochę wytrzyma. Dziś nie miałem już czasu wybrać i zamówić czegoś konkretnego w zamian, ale będę musiał się tym zająć. Jest jeden pozytyw - podobno piasta trzyma się bardzo ładnie, więc z koła po ponownym zapleceniu jeszcze może coś być. Oby.

Jak zwykle podziękowałem za mega szybką i profesjonalną pomoc serwisowi nad serwisami z Mosiny. Eh, jak szkoda, że chłopaki wynieśli się przez te cholerne remonty z Dębca :/ Miałbym tak jak kiedyś nieocenioną pomoc prawie pod oknem, a nie 30 kilosów w tę w i z powrotem.

Wracając - już trochę szybciej, ale i tak nie nadrobiłem etapu ślimaczego - wstąpiłem jeszcze w Luboniu do oddziału mojego kołchozu po sprzęt, a potem już w pośpiechu ogarnąłem się i do roboty. W sumie z tego dziwnego dnia wyszło łącznie ponad 63 kilometrów. A że dwoma rowerami? Taka schizofrenia mi nie przeszkadza :)