Były sobie plany...

Czwartek, 26 czerwca 2014 · Komentarze(0)
Pierwotnie miałem dziś mieć wolny dzień i w planach być może jakąś dłuższą trasę, skoro pogoda dopisuje. Miałem.... Ale nie mam. Czemu? Bo: mieliśmy w naszym zespole w pracy przez jakieś cztery miesiące nową dziewczynę, oczko w głowie szefostwa i w ogóle och, ach, jaki to sprzedawca. I fakt, siedziała non stop jak na grzędzie w części sprzedażowej, niemal skakała wokół klientów, co niby się chwali, ale przez to nie robiła nic poza tym, bo nie miała czasu. Bo walczyła o sprzedaż. A zadań do wykonania na zapleczu poza tym jest naprawdę sporo, ogarnianie dokumentów, przeróżne specyfikacje, itp itd. Nic do niej w tym temacie nie docierało, więc po kilku scysjach z resztą z nas we wspomnianym temacie oraz niezrozumieniu o co chodzi we wzajemnej współpracy nasz pupilek złożył wypowiedzenie. Nikt specjalnie nie darł szat, tym bardziej, że miała dwa tygodnie wypowiedzenia, podczas którego miała dokończyć to, co po niej zostało. Niestety, zupełnym "przypadkiem" dzień po zrobieniu swojej części planu, za co miała dostać jeszcze kasę, biedactwo się nagle rozchorowało i zostało nas z sześciu osób do końca tygodnia w pracy cztery, bo jedna jest na zasłużonym urlopie na innym kontynencie, więc raczej ciężko by było ją z niego ściągnąć. I w ten oto sposób musieliśmy przerobić grafik, ja zamiast dłuższej wycieczki mam wygrzane miejsce w fotelu w pracy w ramach nadgodzin, a reszta robi po 12 h. Takie mamy skutki nagłej, typowo polskiej choroby masakrującej tak duże rzeszy naszych rodaków na wypowiedzeniu. A że my mamy teraz gnój? Przecież to nie jej sprawa.

Siłą rzeczy mogłem dziś więc zrobić max 50 kilometrów, wiatr w północy, więc mój wybór padł na Murowaną Goślinę. Biorąc pod uwagę, że czekała mnie przeprawa przez miasto, która zajmuje połowę z całej trasy, to już na start miałem palpitacje serca, ale jakoś udało mi się przebrnąć przez ten koszmar. Nawet zatrzymałem się specjalnie w jednym miejscu, które mnie od niedawna bardzo nurtuje, czyli na ulicy Hlonda, a konkretnie na wybudowanej tu nie tak daleko wstecz ścieżce. Ja wiem, że rowerzyści to pryszcz, który albo trzeba wycisnąć, albo jak już być musi to uwalić go z całej siły, ale - do cholery - kto zezwolił na budowę DDR z czegoś takiego:?

Jedzie się po tym koszmarnie, może użytkownicy MTB sobie chwalą taką nawierzchnię, ale ja jadąc szosą i nie mając alternatywy, bo ścieżki to u nas obowiązek karany prawnie, a nie udogodnienie, mam wrażenie, że gdyby wysypano tu piasek to byłoby mi wygodniej... No nic, to kolejny poznański potworek, pewnie za mało istotny dla jakiejś Masy Krytycznej, więc cierpieć będę w milczeniu i samotności :)

Jak już minąłem miasto to okazało się, że koleje zorganizowały mi dziś indywidualnie Dzień Podziwiania Szynobusów Zza Szlabanów. A w sumie to prawdziwy festiwal - trzy pod rząd - dwa razy na przejeździe przy Gdyńskiej, raz w Bolechowie.

Całą trasę w tę i we wte z przyczyn niezależnych zamknąłem słabą średnią, ale po prostu szybciej się nie dało. Nerwy puszczały mi jeszcze dwa razy na ścieżkach przed i za Owińskami, ale to historia na zupełnie osobną opowieść. A żeby zachować choć kawałek normalności i ładnego widoczku z dziś to jeszcze fotka pałacu we wspomnianych przed chwilą Owińskach, któy powoli chyba wraca do swej świetności.

Na koniec - z dedykacją dla naszej - na szczęście już zawodowo świętej pamięci - koleżanki. Być może odsłucha, jeśli tylko choroba na to pozwoli :) Generalnie hip hop to zdecydowanie nie moje klimaty, ale poniżej wybitny jego przedstawiciel z chyba znaną już przez wszystkich, jakże prawdziwą piosenką:


Polactwo ze mnie wylazło

Środa, 25 czerwca 2014 · Komentarze(2)
Zacząłem się wpatrywać w kształt mojej dzisiejszej trasy i nurtowała mnie myśl: "cholera, z czym to mi się kojarzy?". Nie jestem naszym rodzimym politykiem, więc nie było to skojarzenie ani z seksem, ani z Murzynami, więc miałem lekko pod górkę. W końcu - bingo! Przecież to zarys granic Polski! Lekko spłaszczony, ale jednak. Polecam otworzyć wykres z GPS.

W tym momencie włączył mi się powiatowy filozof, jak na studiach przy piwku, i doszedłem do wniosku, że ma to głębszy sens, a całość jest emanacją polskości. Jadę przez centrum sporego miasta, mijam w niedalekiej odległości kolebkę państwowości - Ostrów Tumski z historyczną katedrą, gdzie leżą truchła pierwszych władców, mknę obok Malty - koszmarnie komercyjnego oczka wodnego ze świątynią próżności - kolejną galerią, pruję ulicą nazwaną od miasta stołecznego - Warszawską, a w połowie drogi wjeżdżam w świat pełen przaśności, uprawy ziemniaka i furmanek, gdzie słowo KRUS wywołuje drżenie serca, czyli w polskie wsie. Wszystko w takiej małej pigułce! Nieświadomie zadbałem nawet o szczegóły w południowo-zachodniej części :)

Dobra, koniec z filozofowaniem godnym przedszkolaka repetującego u starszaków. Jechało się dziś ciężko, bo wiatr wiał ze swojej ulubionej strony - każdej. Czuć było może tendencję wschodnią (znów skojarzenie polityczne), ale reszta - czysta (jak polska wódka) zagadka. Wykręciłem co mogłem, smak miałem na średnią ponad 31 km/h, ale standardowo Starołęka zrewidowała marzenia.

Aha, na koniec - jechałem dziś w biało-czerwonym stroju. A myślałem, że nie ma we mnie krzty patriotyzmu :)

-WO :)

Wtorek, 24 czerwca 2014 · Komentarze(0)
Chyba koleś od planowania wiatru czyta raz na jakiś czas Bikestats, bo od mojego wczorajszego wpisu podmuchy znacznie osłabły :) Kierunek się nie zmienił, zachodni z północnymi tendencjami, czyli jeszcze niedawno naturalnym azymutem było Tarnowo Podgórne. Było, bo aktualnie przez zamienienie "92"-tki w tarkę muszę kombinować inaczej. Przepchnąłem się przez Grunwald i rozpocząłem trasę "-WO". Czyli: WysogotoWO, ZakrzeWO, LusoWO no i w końcu TarnoWO. Zaliczyłem oczywiście też prezentowaną w ostatnim filmiku ścieżkę-slalom gigant w Lusowie, a przed samym Tarnowie czekało mnie coś na kształt tarki z "92"-tki, tylko że wcale nie czasowe tylko permanentne - płyty przykrywane wysepkami asfaltu, okraszone jeszcze kraterami z dziur. Nie wiem czy specjalnie czy nie, ale to tego miasteczka, które samo w sobie jest niezwykle przyjazne rowerzystom, najlepiej ostatnio dojeżdżać czołgiem. Mocno opancerzonym :)

Wróciłem tą samą trasą, testując po remoncie prawą stronę ulicy Grunwaldzkiej patrząc od Junikowa, gdzie jest już o wiele gorzej niż po przeciwnej, bo zrobiono tam zamiast asfaltowej wyodrębnionej ścieżki ciąg pieszo-rowerowy, oczywiście z kostki, choć przyznać trzeba, że mało inwazyjnej. Ciekawostka - jedna ulica, remontowana w tym samym czasie, a dwa różne światy. Polska.

Na zachodzie bez zmian

Poniedziałek, 23 czerwca 2014 · Komentarze(2)
Nie chcę siać defetyzmu w temacie pogody, bo temperatura idealnie mi odpowiada, słońce na przemian z chmurami to też dla mnie wymarzone warunki do jazdy, ale ten wiatr... Co prawda już nie tak silny jak wczoraj, ale kilka dni walki z nim powoduje, że odechciewa się wyjeżdżać. Prosto za oknem mam kilka sporych drzew, więc pierwsze co widzę po podniesieniu rolety co rano to ostatnio widoczek uginających się gałęzi oraz latających w każdym kierunku liści. No nie motywuje to za bardzo do wyjścia :)

Ale twardym trzeba być, nie "miętkim", więc dziś znów zaliczyłem pięć dych przed pracą, z tym że bez kombinowania z jakimiś drogami alternatywnymi - po prostu jazda w jedną i powrót w drugą stronę tą samą trasą. Obowiązkowo musiały być na niej objazdy spowodowane remontami (Fabianowo od roku oraz Skórzewo - świeżutkie, potrwa pewnie też z rok), więc o szaleństwach mogłem pomarzyć. Minąłem Zakrzewo, dojechałem do Drwęsy, gdzie zawracając posłużyłem jeszcze jako informacja turystyczna jakiemuś państwu w samochodzie.

Średnia jak fatum, utrzymuje się od kilku dni taka sama i nie mogę jej przekroczyć. Tak się cieszyłem, że wiatr zachodni pozwoli mi uniknąć jazdy przez miasto, a tu proszę: pakiecik wiatr+objazdy spowodował, że jest ona gorsza niż gdy walczę o życie podczas przemieszczania się wzdłuż Poznania.

Wiuuu....

Niedziela, 22 czerwca 2014 · Komentarze(3)
Ło Jezu, jak dziś wiało! Dawno się tak nie wymęczyłem, momentami na trasie do Niepruszewa jechałem po 23-24 km/h i za cholerę nie dawało się szybciej. Jak na szosę to masakra, ale w końcu po to się człowiek męczy w jedną, żeby mieć przyjemność w drugą stronę i kawałkami ją miałem, bo na prostej między Zakrzewem a Wysogotowem nie było problemu, żeby na płaskim utrzymywać średnio 44-45 km/h. Zresztą wykres z Endomondo mówi sam za siebie. Ach, gdyby tak jak podczas nawrotu było zawsze to świat w końcu stałby się idealny :)

Jako że dziś niedziela to postanowiłem z duszą na ramieniu przetestować poznańskie nowo wybudowane ścieżki: na Grunwaldzkiej, Bukowskiej i Bułgarskiej. No i tak: Grunwaldzka ok, jej część od strony cmentarza daje radę, chyba jednak za dużo świateł, które można by sobie darować. Bułgarską testowałem ostatnio, jest dobrze, a dziś nawet udało mi się przejechać bez zatrzymywania, choć jedno zielone światło musiałem sobie sam wymyślić :) No i jako łyżka dziegciu ta nieszczęsna Bukowska, którą niedawno prezentowałem na swoim filmiku (jakby co dostępnym w dziale "FILMY") - człowieka, który ją zaprojektował można na pewno pochwalić za wyobraźnię i poczucie humoru, ale na pewno nie za logikę. Co przyświecało autorowi w niektórych momentach, gdy ścieżka się kończy, za chwilę zaczyna, potem znów kończy - nie mam pojęcia. Ale generalna konstatacja jest taka, że chyba idzie ku dobremu. Już nie klnę co chwila, coraz mniej muszę wciskać guziczków na przejazdach, kostka w końcu zanika... Oby tak dalej.

Aha, jeszcze jedno - wraz z silnym wiatrem pojawiły się w Poznaniu imponujące gatunki chrabąszczy. Jednego z nich udało mi się przyłapać podczas żerowania na miejskim budżecie: :)


Z Norwegią w głowie

Sobota, 21 czerwca 2014 · Komentarze(4)
Wczoraj miałem dzień odwyku, w sumie specjalnie nie żałowałem, że w momencie gdy się zbierałem lunęło z nieba, bo 22 wyjazdy bez przerwy jednak zrobiły swoje i nogi już specjalnie chętne do współpracy nie były. Oczywiście, jak to ja, bez ruchu wytrzymać nie mogę, więc idąc do i z pracy oraz załatwiając swoje sprawy zrobiłem szybkim krokiem ponad 15 km.

Dziś już niespodzianek pogodowych nie było, co prawda niebo zachmurzone i drzewa aż się uginały od wiatru, ale mogłem przed robotą ruszyć. Co prawda koszmarnie niewyspany, bo te mistrzostwa świata masakrują mój cykl życiowy, no ale cóż, raz na cztery lata można się przemęczyć. Miałem wyjechać o 8, wyjechałem o 8:30 i czasu zrobiło się na styk, bo do pracy na 12-tą. Z tego powodu, jak również przez niezdecydowany wiatr, zrobiłem sobie kopię trasy z przedwczoraj ("rybka"). Ruch mały, genialna temperatura, więc nawet na podmuchy, bardzo mocne, nie narzekałem specjalnie. Wykręciłem swoje, do pracy zdążyłem - melduję wykonanie zadania. A o równiutką średnią walczyłem dosłownie do ostatnich metrów, czyli podjazdu na Dębiec od strony Lubonia.

Jadąc słuchałem w TOK FM wywiadu z dziennikarzem tej stacji oraz jego partnerką, którzy rok temu zrobili sobie trzytygodniową wycieczkę rowerami po Norwegii. Wiem, że dla znacznej części osób z Bikestats to żadna rewelacja, jednak urzekły mnie opisy trudów jazdy skandynawskimi tunelami ciągnącymi się kilometrami pod powierzchnią gór, relacje z samotnego (no, jeśli można tak nazwać dwie osoby) pokonywania opuszczonych przez ludzi terenów oraz choćby nocowanie w specjalnie wybudowanych dla zbłąkanych turystów symbolicznie płatnych domkach gdzieś w środku dziczy. Oj, rozmarzyłem się lekko, kiedyś miałem dziką chęć objechania całej Skandynawii rowerem, ale plany się rozmyły gdzieś w prozie życia :) Teraz już mogę tylko sobie powędrować palcem na mapie. Jakby ktoś chciał posłuchać audycji to polecam podkasty na stronie TOK-u.

Freizeit!

Czwartek, 19 czerwca 2014 · Komentarze(5)
Fajnie mieć wolny dzień, bez opcji ustalania grafiku i wyrabiania się na którąś tam godzinę. Choć taki - jeden jedyny - plus z tych katolickich świąt, w znamienitej większości przez polskie społeczeństwo przeżywanych na zasadzie "bo trzeba", bez głębszej refleksji. Co ciekawe, w kraju, gdzie według deklaracji 91% to katolicy tylko 81% wierzy w Boga, a tylko 47% w to, że Jezus zmartwychwstał (badania z końcówki 2013 r.). Ot, paradoks :)

Wracając do realu - wiatr znów zaczął być strasznie upierdliwy. Generalnie zachodni, ale wariował dziś strasznie, więc postanowiłem trasę (znów tylko około pięćdziesiątki, jak to w wolne dni - rodzinka najważniejsza) wybierać na zasadzie obserwowania oflagowania. Wyszło na to, że najlepiej jechać w kierunku "każdym", a idealnie pod to pasował wielokrotnie sprawdzony "samochodzik". Dziś jednak pojechałem od końca, przez Skórzewo i Dopiewo, a wróciłem mijając Trzcielin i Szreniawę. Ani to nie pomogło ani nie przeszkodziło, bo i tak w większości dostawałem albo z boku, albo w pysk.

Wyjeżdżając zapomniałem o jednej istotnej rzeczy - skoro mamy dzień jak dziś to powinno się planować trasy tylko i wyłącznie przez las. Czemu? Bo:

Korki. Te w Dopiewie udało mi się minąć środkiem, niestety w Konarzewie musiałem odczekać swoje. Nie powiem, oglądanie tego folkloru z nową płytą Vadera w słuchawkach ma w sobie coś z perwersji :) Ale bardzo lubię kadzidła, więc było ok.

Średnia wymęczona na maksa, naprawdę z tym wiatrem musiałem trochę potu wylać, żeby przekroczyć 30 km/h. Grunt, że się udało.

Po południu doszło jeszcze 8 kilometrów spacerku, bo postanowiliśmy z Żoną odkryć w końcu co kryje się pod nazwą Szachty. Te glinianki, położone między poznańskim Świerczewem a Górczynem słyną z zaskakującej ilości ptaisch lęgów, m.in. perkozów. No cóż. Może nie mieliśmy szczęścia, ale udało się wyhaczyć tylko kaczki i rybitwy. Fakt faktem, że trafiliśmy tu pierwszy raz, dostać się tam niełatwo piechotą, więc tylko część obszaru została ogarnięta. Najbardziej żałuję, z kronikarskiej ciekawości, braku wizyty w okolicach Stawu Śmierducha (a jest taki).

Spacer zakończył się pizzą (moja po prawej) z piwkiem (moje po prawej). Tak, zdecydowanie lubię wolne dni... :)


No i już norma

Środa, 18 czerwca 2014 · Komentarze(7)
Czy ja wczoraj napisałem, że przez miasto jechało się płynnie i uznaję to za coś wybitnie nienormalnego? Napisałem. I już mogę potwierdzić jedno - to była anomalia. Dziś wszystko wróciło do norny. Szkoda, bo wyjechałem przed dziewiątą nastawiony pozytywnie, mając nadzieję na powtórkę. Nadzieja została brutalnie, bezkompromisowo i z pełną mocą zgwałcona już na skrzyżowaniu Arciszewskiego z Hetmańską, gdzie stanąłem między dwoma TIR-ami i transportowałem się z nimi aż do Golęcina. Nie muszę mówić o tym, że jazda przez każde skrzyżowanie to najpierw czekanie aż ruszą, potem uważanie żeby jeden z nich nagle nie zahamował, a potem powtórka na kolejnym czerwonym... Tak to wyglądało (zdjęcie zrobione moment przed dojazdem do akademików Uniwerku Medycznego):

Fajnie się zrobiło dopiero przy Strzeszynku. Po raz kolejny testowałem trasę przez Rokietnicę i Mrowino - poznałem już ją na tyle, żeby dojść do wniosku, że chyba muszę zmienić kierunek, czyli zacząć od przejazdu "92"-ką i przez Napachanie, bo drugi raz z rzędu jechałem z małymi wyjątkami praktycznie cały czas pod wiatr, mimo że flagi pokazywały, że powinien mi on sprzyjać. Ciekawostka.

Po raz pierwszy od dawna jechałem dziś bez rękawiczek, bo kontrast między moimi dłońmi a resztą powierzchni rąk stał się już na tyle duży, że zacząłem bać się ataku jakichś miłośników Ku-Klux-Klanu, tak troskliwych w temacie czystości rasy :D

Ze średniej jestem zadowolony względem kategorii "przez miasto, %$##@@%^!".

Pozytywna anomalia

Wtorek, 17 czerwca 2014 · Komentarze(0)
Dziwne. Bardzo dziwne. Mimo, że dzień dziś wybitnie roboczy to przed 9 rano ruch w Poznaniu nie za wielki, korki malutkie, światła dość płynne... O sso chozzii...? :) No ale tylko się cieszyć, dzięki temu na dwunastym kilometrze, już przy wyjeździe z miasta miałem średnią powyżej 29 km/h, co jest zdecydowanie godne odnotowania jako rzadko spotykana anomalia.

Pierwotnie miałem jechać na Murowaną Goślinę, ale przy Malcie zmieniłem zdanie, bo zamiast wiatru z północy pojawił się podmuch ze wschodu, a czasem nawet z południa, Tyle w temacie wiarygodności prognoz. W każdym razie chyba wybrałem dobrze, bo wiatr stał się generalnie neutralny, więc mogłem jechać bez większych przeszkód. Trasa na Gniezno też w miarę pusta, mijały mnie pojedyncze ciężarówki i tyle. Dojechałem do Biskupic i cofnąłem się swoimi śladami. Chciałem trochę pocisnąć ze średnią, bo wiedziałem, że czeka mnie znów przejazd przez cały Poznań. Robiłem co mogłem, ale cudów z tego nie było, choć finalnie założenie utrzymania przeciętnej powyżej 31 zostało wykonane.

Nie wiem czy już zaczęły się wakacje, bo nie jestem na bieżąco w szkolnej nomenklaturze, ale dziś sobie uświadomiłem, że wraz z dwupakiem lipiec-sierpień miasto będzie wyglądało tak jak dziś. I lżej mi się zrobiło na duszy. Byle tylko temperatura była na podobnym jak teraz poziomie, bo jak dla mnie to rowerowy ideał.

Zmęczenie materiału

Poniedziałek, 16 czerwca 2014 · Komentarze(5)
Trzy dni wolnego minęło jak z bicza strzelił, czas wrócić do szarej zawodowej rzeczywistości. Rowerowo czuję lekkie zmęczenie materiału, ale nie z powodu samej jazdy, tylko niemalże codziennej walki z miejskimi korkami, ścieżkami i samochodami, których mam wrażenie, wbrew światowym trendom, nie tylko nie ubywa, ale wręcz jest na ulicach coraz więcej. Co chwilę ktoś skręca w lewo lub prawo, prawie każda ulica przedstawia widok sznureczka puszek, a ilość samochodów ciężarowych w centrum i na jego obrzeżach to jakaś masakra. Staram się szukać jakichś objazdów, znalezienia mniej zakorkowanych dróg, ale ich po prostu nie ma!

Dzisiejszą poranną trasę, którą niedawno opatentowałem, do Rokietnicy, potem Mrowino i powrót przez "92"-kę postanowiłem zacząć inaczej, ominięciem Jeżyc i dotarciem na Golęcin przez Świętego Wawrzyńca, łudząc się, że spłynę sobie delikatnie w dół z przyzwoitą prędkością. A tu komin... cała ulica stała w korku, ja przepchnąłem się środkiem i postanowiłem, że nigdy więcej. Jezu, jak się cieszyłem gdy znalazłem się na prostej koło Strzeszyna, zieleń, zapach lasu i takie tam rzadko spotykane cuda przywróciło mi równowagę...

Wiatr oczywiście wiał mi w pysk w tę i we wte, ale przecież nawet nie muszę o tym pisać, prawda? :) W Baranowie zrobił się kolejny korek, tym razem spowodowany śmieciarką, która bez pośpiechu toczyła się od posesji do posesji opróżniając kosze. W tym momencie machnąłem ręką na średnią i stwierdziłem, że moim celem jest tylko i wyłącznie dojechać.

Z pozytywów - w końcu przetestowałem ścieżkę przy Bułgarskiej. Jest dobrze. Co prawda zauważyłem obowiązkowy wystrój w postaci rozbitego szkła w jednym miejscu, ale muszę z przyjemnością przyznać, że w końcu wygląda to tak, jak ma być.

Albo się wiatr zmieni w końcu na południowy albo stanę się rowerowym Breivikiem. Pogodo - wybieraj :)