220 PLN za niewinność

Poniedziałek, 6 kwietnia 2015 · Komentarze(36)
##$#@*%&!!!! Może tak kulturalnie zacznę dzisiejszy wpis.

Ale po kolei.

Świąteczny poniedziałkowy poranek, pochmurno, ale bez większych opadów. Ruszam na rower, świadom tego, że żeby jadąc z powrotem mieć watr w plecy muszę pokonać całe miasto, z południa na północ. No spoko, przecież będzie pusto. I było. Bezproblemowo dostałem się do ulicy Bałtyckiej, z której skręciłem w Gdyńską. Ciągle samochodów mniej niż zero, jechałem więc ZGODNIE Z PRZEPISAMI asfaltem w kierunku granicy z Koziegłowami, ignorując położoną po drugiej stronie drogę pieszo-rowerową (nie pas rowerowy).

Nagle usłyszałem klakson, a chwilę potem ujrzałem obok siebie ryj jakiegoś dwudziestokilkuletniego gówniarza krzyczącego do mnie z fotela pasażera, że "tam jest ścieżka!! tam jest ścieżka!!". Początkowo kulturalnie w pędzie mu wytłumaczyłem, że zgodnie z przepisami nie muszę nią jechać i nie zamierzam, na co ten zaczął pyszczyć I tak od słowa do słowa poszło dalej, już mniej kulturalnie. Chwilę potem zostałem wyprzedzony dosłownie o centymetry, co odpowiednio skomentowałem. Moment później droga została mi zajechana, co już mnie tak rozsierdziło, że komentarz nie nadaje się do cytowania nawet w tygodniku "NIE". W tym momencie debil za kółkiem z piskiem zahamował, ja tego zrobić siłą rzeczy nie zdążyłem i całym pędem walnąłem mu w tył. Przeleciałem ukosem nad prawym bokiem i wylądowałem w rowie. Pierwsze co: czy nic nie złamałem. Nic, lekkie otarcia. Drugie pierwsze co (a w sumie równorzędne): co z rowerem. Na szczęście szybka diagnoza - tylko skrzywiona prawa hamulcomanetka oraz stłuczona szybka w lewej.

No i nastąpiła kumulacja. Z puszki wysiadł gówniarz i jego ojciec, bo to on kierował (w samochodzie była też jakaś trzecia osoba). Już tak nie kozaczyli, do momentu gdy zobaczyli zbitą szybkę od jednego ze świateł pozycyjnych. "Dzwoń na policję" usłyszałem tylko od głowy rodziny, człowieka-macho, co to potrafi tym "spedalonym" pokazać co i jak. Patrol przyjechał dość szybko i...

...i niestety dochodzimy do sedna, czyli do tego w jak porąbanym kraju żyjemy. Nie było żadnych świadków. Nikt nie był w stanie zaświadczyć, że troglodyta zajechał mi drogę (jakiekolwiek samochody pojawiły się dopiero później). Było moje słowu przeciw ich - w sumie trojga. A co stwierdził szanowny pan kierowca? Że musiał zahamować, bo zatrzymały się auta przed nim! Na pustej drodze... Opadły mi ręce, opadło mi wszystko... Jawne kłamstwo w pysk, a ja nie miałem jak się obronić. I tak zostałem sprawcą kolizji. Oczywiście, mogłem nie przyjmować mandatu. Ale chwila dyskusji z policjantem na temat genezy całej sytuacji uświadomiła mi, że nie ma to sensu. Argumenty, nawet poparte cytowaniem artykułu 33. Prawa o Ruchu Drogowym, który pozwala mi na ignorowanie niektórych polskich wynalazków odbijały się od muru. Nie wyhamowałem, więc winny jestem ja. Chyba że odwołam się do sądu i tam udowodnię, że było inaczej. Fajnie, nawet o tym pomyślałem, ale jak się wybronię przeciw trójce troglodytów? Postanowiłem przyjąć i ewentualnie w ciągu siedmiu dni się odwołać. Już z domu zadzwoniłem do dyżurnego na komendzie Poznań-Nowe Miasto, żeby zapytać czy w tym miejscu jest jakikolwiek monitoring. "Nie odpowiem panu, bo nie wiem". Aha. "A gdzie się mogę dowiedzieć?". "Nie wiem". Poddałem się.

Ile mnie to wszystko kosztowało? Ano dokładnie tyle ile w tytule plus pewnie coś jeszcze przyjdzie od ubezpieczyciela za uszkodzenie pojazdu:

W radiowozie już podczas prywatnej rozmowy policjanci (zestaw mieszany) niby przyznali mi częściowo rację, ale zasłonili się jak zwykle przepisami. I oczywiście bla bla bla o tym, że szanują jak ktoś tak jak ja tyle jeździ, ale inni rowerzyści to tragedia (tu częściowo byłem w stanie się zgodzić). Ale rozwalił mnie tekst: "wie pan co, ja wszystko rozumiem, ale jak jadę sobie prywatnie np. przez centrum Poznania i widzę jak ci rowerzyści wyprzedzają mnie z prawej, a potem na kolejnych światłach to samo to mnie to irytuje". Nie wiedziałem dokładnie co w tym takiego wnerwiającego, nie wiedziałem też czy był do tej pory świadomy, że jest to zgodne z prawem czy dowiedział się tego dopiero ode mnie...

Podsumowanie: spędziłem dobre pół godziny w radiowozie, po raz pierwszy w życiu. Dmuchałem w alkomat, też w sumie po praz pierwszy. Oczywiście zero-zero-zero, ale dobra rada dla wszystkich lubujących się w piwkowaniu na trasie - nie róbcie tego, za duże ryzyko - wtedy cała sytuacja może się skończyć jeszcze gorzej. Panią policjantkę niosącą dokumenty dla puszkowców (zapomniałem spisać numery, eh) poprosiłem o gorące ich pozdrowienie z dedykacją "za buractwo i polactwo". Nie wiem czy przekazała, bo wcześniej się zwinęli, a ja nie pytałem.

Jak już się wydostałem na wolność to pro forma dokręciłem do Czerwonaka, skręciłem lekko w kierunku na Dziewiczą Górę, dalej jakoś serca nie miałem do jazdy, więc zawróciłem. Chyba jestem rozgrzeszony.

A tak wygląda przód mojego roweru. Aż dziw, że nie było gorzej. W domu kierę lekko wyklepałem i jest ciut prostsza.

Chory kraj, chore przepisy. A człowiek bezbronny. Jeszcze myślę jak to ruszyć i czy warto walczyć z wiatrakami?

Teściowa - Słońce 1:0 :)

Niedziela, 5 kwietnia 2015 · Komentarze(12)
Czy już pisałem, że nienawidzę wszelkich możliwych świąt? Dopiero miliard razy? Nigdy za dużo :)

Plusem jest to, że jest/bywa wolne, Ale co z tego, skoro trzeba obowiązkowo wykonać rodzinne "ą-ę"? W tym roku padło na poznański desant, czyli śniadanie u Teściowej. No dobra, przyznać muszę, że było pyszne, a do tego bez dodatku arszeniku! Gorzej z pogodą. Rano piękne niebo, bezchmurnie, a dziwnym trafem z każdą minutą spędzoną u Mamusi słoneczko coraz bardziej uciekało w niebyt. Aż w końcu znikło całkowicie. Rozsądek godny podziwu :)

Cmok cmok i w końcu udało się jednak wydostać ze szponów. Tylko co robić, ruszać czy nie ruszać, skoro do rozstrzygnięcia pozostawała jedynie kwestia: czy będzie lać, czy tylko padać? Stwierdziłem, że zaryzykuję. Wystartowałem przez puste (!!!!) miasto, stojąc jak zwykle na tysiącu świateł (do tego już się przyzwyczaiłem - poznańska sygnalizacja mogłaby być korpoideałem, świąt nie obchodzi), potem Strzeszynek, Kiekrz (zaczęto tam remont czegoś, więc postałem sobie jakieś pięć minut na wahadle), Rokietnica, Mrowino, Napachanie, Przeźmierowo, Skórzewo, a na koniec nalot musztardowy koło omawianej wczoraj w komentarzach siedziby firmy "Pegaz", tej od najlepszej na świecie musztardki piekielnej.

Kilka razy mnie delikatnie podlało. Kilka razy przyprószyło śniegiem. Bardzo wiele razy zawiało w pysk i z boku. Bardzo mało razy powiało w plecy. Typowe święta wielkanocne.

A Teściową jak zwykle pozdrawiam :)

Móc to nie spać

Sobota, 4 kwietnia 2015 · Komentarze(22)
No proszę. Jednak jak się nie chce to można. Tak, nie chce. Bo nijak nie da się połączyć mojej skromnej osoby z chęcią zrywania się na nogi o 6:30 rano w przedświąteczną sobotę. Ale z racji na to, że większość długich urlopów miewam wolnych, trzeba się było kiedyś poświęcić i ruszyć swój tyłek na poranny dyżur w robocie. Jedyną zatem szansą na pokręcenie była ta oto kosmiczna godzina, a w sumie 30 minut później.

Warunki były idealne jak na wiosnę. Minus jeden na termometrze. Chłodny. narastający wiatr z kierunku: w pysk, a następnie w pysk. Śliski asfalt. Zamarznięte kałuże i lód po nocnych opadach, przez które jak wczoraj sądziłem w ogóle nie uda mi się dziś wyjechać. Czego chcieć więcej? :) Oj, namęczyłem się dziś jadąc tę "rybkę" przez Luboń, Komorniki, Trzcielin, Dopiewo, Dąbrówkę i Skórzewo. Ale jednak liczy się fakt, że swoje wykręciłem, choć jadąc ostrożnie i zachowawczo.

Na drogach pusto i cicho, załączyłem sobie więc mentalne relaksacje uszne. W jedną stronę nowy album Afro Kolektywu, w drugą "Cyniczne córy Zurychu" Artura Andrusa. Miałem komplet. I potem się dziwić, że ludzie się na mnie gapią jak jadę z debilnym bananem na ryju... :)

No to nic-i

Piątek, 3 kwietnia 2015 · Komentarze(5)
Ło Jezu. Dwa dni rowerowej posuchy spowodowały, że wiem już jak czuje się alkoholik podczas kilkunastominutowej zmiany kasjerek w nocnym. Były co prawda chomiki, było dreptanie na piechotę do pracy, a wczoraj nawet byłem już w blokach startowych do wyjazdu, gdy zaczął sypać typowy kwietniowy śnieg, ale nic nie jest w stanie zastąpić pędu powietrza podczas pokonywania prawdziwych kilometrów. Tym bardziej zresztą nie rozumiem o co chodzi tym sympatycznym łysym panom w glanach, którzy tak często gdzieś na ulicach promują hasło "zakaz pedałowania" :)

Dziś jednak mało by brakowało, a z roweru również byłyby nici. Dentystyczne. Bo rano w celu ich zdjęcia z usuniętych zębów wybrałem się do miejsca kaźni. Prz okazji założono mi opatrunek, gdyż rany średnio się goiły i praktycznie cały tydzień spędziłem na przeróżnych ibupromach, których jako przeciwnik tabs zażyłem na górkę na cały rok. O dziwo poszło dość sprawnie i około dziesiątej byłem już w domu, gdzie wykonałem szybką interwencję grafikową po telefonicznej analizie migracji ludów w miejscu pracy ("co, na rower?" - "no" - "spoko") i udało się wykaraskać na szosę.

Co z tego, że wiało, że zimno, że mokro? No nic to, a nawet nici to! Tego mi brakowało! Ależ radochą było wykonać tego ciężarnego węża przez Skórzewo, Dąbrówkę, Dopiewo, Więckowice i Wysogotowo... Walka z silnym wiatrem została zrekompensowana faktem, że tym razem ani nic nie chciało mnie utopić strumieniami prosto z nieba, ani nie chciało zamienić w białego bałwana. Bałwana może i tak, ale przynajmniej nie białego.

Ucieszyła mnie jeszcze jedna rzecz: do stacji w Fijałkowie wrócił radiowóz MO. Oczywiście żeby to uczcić dokonałem obywatelskiego zatrzymania samego siebie :)


Glut śniegowy (?? !!!)

Wtorek, 31 marca 2015 · Komentarze(7)
"W marcu jak w garncu". Sratatata. Autora tego bon-motu najchętniej samego bym włożył do tego gara, gotował na żywym ogniu, pokroił na drobne kawałeczki, podsmażył z cebulką i okrasił majerankiem oraz drobno siekaną pietruszką. No dobra, z tym majerankiem trochę przesadziłem. W każdym razie nasuwa mi się jedno pytanie: co TO dziś było (jest) na dworze?

Wyjechałem lekko po dziewiątej, gdy niebo było co prawda zachmurzone i mocno wiało, ale specjalnych znaków mówiących o tym, że niebo spadnie nam na głowy widać nie było. Mimo to wsiadłem na crossa, szosę zostawiając w domowym ciepełku, co świadczy o tym, że mózg mam co prawda zryty, ale są w nim jeszcze resztki racjonalności. Pierwsze krople deszczu spadły mi na kask w Łęczycy. Kilka kilometrów dalej, w Puszczykowie, spadły krople: dwa tysiące sześćdziesiąta czwarta i trzy tysiące dziewięćdziesiąta dziewiąta. Na raz. Ok, ok, logika przekazała mi informację: leje, chyba nie ma sensu jechać dalej. Zakręciłem więc na Mosinę, z której zamierzałem najprostszą możliwą trasą wrócić do Poznania.

Ale to nie był koniec atrakcji - gdzie tam! Pojawił się ŚNIEG. I to nie śnieg rozumiany idyllicznie, jako materiał do tworzenia bałwanków z czerwonymi marchwiowymi noskami, kulek śnieżnych rzucanych przez uśmiechnięte dzieci podczas ferii czy jako białego malowniczego dywanu, na którym robi się orła mrucząc pod nosem "hihihi". To, co leciało z nieba miało konsystencję źle przetrawionego obiadu, zawierającego sporą ilość zdecydowanie nieestetycznych elementów, do tego połączonego z mokrymi i lepkimi wydzielinami organicznymi. A ja po kilku minutach jazdy w tym czymś wyglądałem z grubsza podobnie.

Jakoś udało mi się dotrzeć do domu, ciuchy po raz drugi w czasie trzech dni wylądowały w okolicach proszku do prania, a ja zaliczyłem najgorszego gluta ostatnich dni. Fuj :)

Tym samym zamykam miesiąc marzec wynikiem około 1440 kilometrów, ze średnią 29,2 km/h, w czym zawiera się tak szosa, jak i kilka dni w Sudetach na mtb oraz oczywiście kilka nieuniknionych glutojazd. Jak będzie w kwietniu? Początek zapowiada się na razie taki, że go nie będzie.

Glut wietrzny, mżawką okraszony

Poniedziałek, 30 marca 2015 · Komentarze(32)
Patrząc wczoraj wieczorem na prognozy byłem pewien tylko jednego: że się wyśpię. Wizja siarczystego deszczu zacinającego na ukos z powodu monsunu nad Polską zdecydowanie przybliżał moje myśli do ciepłego łóżeczka zamiast do klasycznego widoczku z prospektów Lidla, gdzie szeroko uśmiechnięte istoty płci obojga radośnie pedałują przez zielone łąki. No i co? Na szczęście - częściowo - synoptycy dali ciała. Ojej, jakie zaskoczenie :)

To znaczy było tak: gdzieś do dziewiątej rano zalegały wielkie kałuże po nocnych opadach, a okno zamykało się samo przy próbie otwarcia. Po dziewiątej nawet się wypogodziło, choć chmury przelatywały szybko jak drinki na imprezie w remizie w Srocku Wielkim (gmina Czempiń). Mając do wyboru spędzenie upojnej godzinki przed pracą na chomiku albo na świeżym powietrzu decyzja była oczywista - ryzyk fizyk, najwyżej zmoknę.

Oczywiście nie przyszło mi nawet na myśl ruszenie szosą, ogarnąłem tylko szybko crossa, spod hektarów leżącego na nim błota odnalazłem kierownicę, lewy, a potem prawy pedał, Stwierdziłem, że więcej do szczęścia nie potrzebuję i ruszyłem na południe. Delikatny zefirek łagodnie muskał me lico, a jego kierunek przyjaźnie pomagał mi w jeździe. Żartuję. Ta menda fragmentami zatrzymywała mnie w miejscu, a że powiewy były raz w pysk, raz z boku (podczas powrotu zdecydowana większość z boku) to cieszyłem się z mojej decyzji o pozostawieniu w domu Krossa, a wzięcia crossa :)

Zaliczyłem polubioną niedawno górkę w Starym Puszczykowie, dojechałem (doczłapałem się) do Mosiny, chciałem jeszcze zaliczyć Osową, ale w tym momencie lunęło, więc szybko się zakręciłem i skierowałem na Poznań. Było ciut łatwiej, ale bez rewelacji - wietrzny zboczeniec nie chciał się ode mnie odczepić. Za to przestało padać - niedaleko od domu. Na dalszą jazdę nie miałem jednak ochoty.

W sumie chyba zaczynam lubić te gluty. Są bardziej absorbujące niż typowe dniówki. I zadziwiają - tak jak dziś - że w ogóle istnieją.

Lej mnie

Niedziela, 29 marca 2015 · Komentarze(5)
Zaraz, zaraz, co o to ja miałem wspólnego z poobijaną niewiastą, katowaną kilka razy w miesiącu przez męża-sadystę? Aha, już wiem. Naiwność. I brak umiejętności uczenia się na błędach. O czym poniżej.

Dziś wyruszyłem o dziewiątej. To znaczy o ósmej. To znaczy o dziewiątej.... Cholera niech weźmie tę zmianę czasu. Ucieszyłem się, że - wbrew prognozom - nie padało. Owszem, niebo szczelnie zajęte było przez chmury, ale nic ponadto ("przecież on od dwóch dni nie pije, na pewno się zmienił"). Ruszyłem. W Puszczykowie zaczęło lekko kropić ("oj tam, oj tam, jedno piwko nie zaszkodzi, a tylko poprawi mu humor"). Spoko, pewnie zaraz przejdzie. W Mosinie zacinało już konkretnie. Przy granicy Dymaczewa byłem już cały mokry, ale, cóż, czy w tę czy w drugą stronę zmoknę tak samo - cofać się nie było sensu ("bije, bo kocha. Na pewno ostatni raz. Jak wytrzeźwieje to przeprosi i ten koszmar się skończy").

Dość tandetnych paralel. Fakt jest faktem, że chyba nigdy się nie nauczę, żeby nie sugerować się własną nadzieją. W Stęszewie miałem już prawego buta tak nasiąkniętego wodą, że mogłem z niego wycisnąć zawartość skromnego przydomowego baseniku. Dzień wcześniej uprane ciuchy nadawały się do rewizyty w proszkowym czyśćcu. Optymistycznie założone rękawiczki bez palców przydały się bardzo. Do wycierania okularów, bo do niczego więcej - palce zmarzły mi koszmarnie.

Był jeden duży plus - dojechałem do domu. Co prawda szczękając zębami, nawet tymi ostatnio usuniętymi :) Ale dojechałem. Brr.

Wracając do pierwszego akapitu - na koniec troszkę kultury bez kultury werbalnej, czyli utwór jednego z niewielu szanowanych przeze mnie przedstawicieli hip hopu. Z lekko dwukierunkowym przesłaniem.


Bez H i bez H

Sobota, 28 marca 2015 · Komentarze(8)
Noc po anihilacji zębów przeżyłem na jednym Ibumpromie, więc tragedii nie było. Nie zafajdałem posoką pościeli, nie zakrwawiłem łóżka - tylko się cieszyć. Choć w sumie nuuuuda :)

Udało mi się nawet dziś przed pracą ruszyć na rower - nie padało (jeszcze, jeszcze...), więc szosą. Kurs na północny-zachód, przez całe miasto, a potem standardowo: Strzeszynek, Kiekrz, Rokietnica, Mrowino i kierunek zawsze mnie przyciągający dzięki nazwie, czyli "na Napachanie", a powrót przez Przeźmierowo. Bez historii, a dzięki łagodniejszemu wymiarowi kary ze strony paszczy również bez histerii.

O pogodzie na najbliższe dni nie napiszę nic a nic. Zero informacji. A pewnie i tak mi się tu dostanie za zmianę czasu na letni od co poniektórych :)

Glut z BULem

Piątek, 27 marca 2015 · Komentarze(10)
Wczoraj pokonał mnie deszcz, ale i tak byłem w pracy, więc psychika ucierpiała mniej. Dziś padał deszcz, ja miałem wolne, ale główną atrakcją dnia była wizyta u dentysty w celu usunięcia aż dwóch zębów z mojego pyska. Rano więc tylko godzinkę pochomikowałem, a następnie wylądowałem w piekielnym kotle. Okazało się, że korzenie mam cholernie mocne i spędziłem na jeżdżącym foteliku ponad godzinę. Szczegółów oszczędzę, ze mnie lała się krew, z czoła stomatologa pot, ale się udało. Zaszyty i z ryjem wypchanym jakimiś tamponami oraz nafaszerowany znieczuleniem, którego zazwyczaj w ogóle nie używam, dotarłem do domu. Już nie padało. No więc co? No co? Na rower!

Krótko bo krótko, bo już było po piętnastej, crossem bo crossem, bo... w sumie nie wiem, stęskniłem się :) Grunt, że był glut! Zakręcony, z odwłokiem, ale był. Szczęka mnie trochę bolała, więc pewnie nawet prezydent Komoruski połączyłby się ze mną dziś, jak on to lubi, "w bulu". Zostawiam sobie dozę niepewności, bo go wyjątkowo nie widziałem na trasie. Za to spotkałem tłumy PeZetów wracających do siebie, więc stałem sobie w korkach godnych 7:30 rano, tylko że w odwrotnym kierunku. Przejechałem przez Plewiska, przejechałem przez Palędzie, zawróciłem przez Dąbrówkę i Skórzewo - tyle miałem dziś atrakcji. Szaleństwa nie było. Za to mam muła od znieczuleń :)

Nienarzekacz

Środa, 25 marca 2015 · Komentarze(6)
Uwaga, uwaga! Nadszedł oto dzień, w którym nie mam na co narzekać. Sytuacja to rzadka, ale jak widać jednak realna. I ani wiatr, ani Starołęcka, ani troglodyci w puszkach nie wzbudzili dziś we mnie irytacji. Starzejesz się, powiecie. Zgadza się - z każdą sekundą zbliżam się ku śmierci, która kiedyś nadejdzie. Wiem, wiem, optymizm to moje drugie, a może nawet pierwsze imię :)

Był dziś nawet traktor. Taki traktor, co to się pod niego podłączyłem i od przejazdu PKP na Starołęce do zjazdu na Głuszynę cisnąłem sobie te 2-3 kilometry bez wysiłku w okolicach 40 km/h, przy okazji wdychając w płuca te wesołe kłębki z rury wydechowej. Mogłem, naprawdę mogłem, przejechać na drugą stronę, na DDR-kę, na te podjazdy pod posesje, na krawężniki i kostkę, ale jak namówić traktorzystę, żeby również to zrobił? :) A cała "mysia" trasa przez Wiórek, Rogalin, Radzewice, znów Rogalin, potem Mosinę i Luboń w praktycznie już wiosennej scenerii wykręcona została przeze mnie w naprawdę fajnym rowerowym nastroju.

Mentalnie cierpiałem tylko raz. Choć to cierpienie przeżywam dość często jadąc na południe od Poznania, więc już powinienem być przyzwyczajony. Jest bowiem taki moment, najczęściej na wysokości Mosiny, kiedy TOK FM traci zasięg i z automatu wskakuje na to miejsce Radio Zet... Cóż by tu dużo pisać, czuję się jakbym przetransportował się w sekundę z konferencji laureatów nagrody Nobla w sam środek plaży w Mielnie. W sierpniu. Boli. A przy okazji tego tematu cytat z "Uwikłania" Miłoszewskiego, wczoraj usłyszany: "- Zaczynamy od tragedii w Warszawie - powiedział radośnie spiker, a Szacki pomyślał, czy Zetka płaci niższe podatki, skoro zatrudnia upośledzonych, i czy ma status zakładu pracy chronionej". Nic dodać, nic ująć :)