Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi Trollking z miasteczka Poznań. Mam przejechane 250022.03 kilometrów w tym 4.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 27.44 km/h i się wcale nie chwalę.
Suma podjazdów to 812678 metrów.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl


Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Trollking.bikestats.pl

Archiwum bloga

  • DST 31.50km
  • Czas 01:14
  • VAVG 25.54km/h
  • VMAX 41.50km/h
  • Temperatura 12.0°C
  • Podjazdy 87m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Glut kamerotestowy

Środa, 24 maja 2017 · dodano: 24.05.2017 | Komentarze 12

Pogoda zbiesiła się kompletnie. Jedyne na co było mnie stać rowerowego w dniu dzisiejszym to mały mikroglut, wykonany crossem pomiędzy jednym deszczem a drugim. Zresztą to "pomiędzy" zahacza o ostatnią ćwiartkę w prawie ulewie, więc formalnie nie spełnia warunków konkursu :)

Kręciłem głównie miastem, bo wiało, nie, przepraszam, nie wiało - wichurowało z północnego zachodu, więc zaliczyłem rundkę przez Górczyn, Bułgarską, Bukowską do Wysogotowa, tam skręt na Skórzewo i powrót przez Junikowo oraz ponownie Górczyn do domu. Momentami wiatr przestawiał minie na pas obok, ale to już jest takim standardem, że nawet się tym nie przejmowałem.

A wypadu nie mogłem odpuścić, nawet w tak skromnej wersji, gdyż chciałem wstępnie przetestować nowy nabytek. Tu krótki wstęp: pomny problemów, jakie bikestatowicz Bobiko miał z pękającymi samoistnie szkłem i obudową w Xiaoyi Yi Action 2 (jak to do cholery zapamiętać?), a w sumie to najbardziej z ich serwisem, postanowiłem nabyć sobie również chińszczyznę, ale dużo tańszą, W razie "w" wtedy łatwiej przeboleć stratę. Jako że moje dogorywające już powoli GoPro 2 jest baaaaardzo stare jak na sprzęt elektroniczny w tych czasach (coś około pięciu lat), a ja nie potrzebowałem fajerwerków i wodotrysków, wziąłem pod lupę skromny model o nazwie SJCam SJ4000. Decyzja o zakupie dojrzewała u mnie długo - jakieś 20 minut :) W końcu została podjęta, po analizie opinii w necie. Wziąłem "po kosztach" model bez wifi, bez bluetooth, bez 4K, bo to mi do szczęścia nie jest niezbędne, za to nagrywające w Full HD (to oczywiście mus) i z wodoodporną obudową. Cena - nieco poniżej trzech stówek. Wygląda toto tak jak poniżej, czyli w sumie tak samo jak wszystkie inne ;)

Najfajniejszym co mi się mogło trafić była zawartość pudełka. Około dziesięciu różnych mocowań, do tego pasujących również do GoPro... poezja :) Co dla mnie ważne - oprócz wodoszczelnej obudowy dodano jeszcze to, co na fotce otacza samą kamerkę, czyli leciutkie mocowanie na śrubę. Jest to o tyle istotne, że ta pierwsza jest dość ciężka, a ta druga powoduje, że sprzęt przyczepiony do kasku nie jest już taki upierdliwy, choć niewodoodporny, o czym dobitnie przekonałem się dziś, pod koniec jazdy będąc zmuszonym do schowania kamerki do kieszeni :)

No i powiem szczerze - póki co jestem mega zadowolony z zakupu. Jakość nagrań jest bardzo dobra, o dziwo stabilizacja jest podobna jak w starszych GoPro, przy niższej wadze. Jedyne moje zastrzeżenie to mikra bateria (900 mAh), ale raz, że nie jestem pewien czy doładowałem ją wczoraj do końca, dwa - można za jakieś groszki kupić zapasową, bo SJCam przewidziało jej wymienność. Spoko rozwiązanie. Generalnie po tej godzince zabawy miałem tylko jedną kreskę, mimo że nie nagrywałem non stop. Kwestia do dalszego testowania.

Kilka print screenów z dzisiejszej walki prowadzonej w ciężkich warunkach jeśli chodzi o oświetlenie, obrazujące mam nadzieję jakość nagrań. Ostatni, gdy już zaczynało lać.




Podsumowując: pierwszy test wyszedł jak najbardziej na TAK. W relatywnie niskiej cenie mam to, czego potrzebuję, co prawda za wifi/bluetooth bym się nie obraził, ale bez tego da się żyć, a przynajmniej przeżyłem dotychczasowe przygody z poprzedniczką. Cóż, niewykluczone, że owa chińszczyzna pewnego dnia mi wybuchnie na kasku, a ja zostanę oskarżony o międzynarodowy terroryzm i mianują mnie jakimś kretyńskim męczennikiem, ale... cóż, raz się żyje. Bum! :)




  • DST 56.25km
  • Czas 01:56
  • VAVG 29.09km/h
  • VMAX 50.70km/h
  • Temperatura 21.0°C
  • Podjazdy 175m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Oh Man...

Wtorek, 23 maja 2017 · dodano: 23.05.2017 | Komentarze 8

Najpierw o trasie: z Dębca przez Luboń, Puszczykowo, Mosinę, Rogalinek, Wiórek, Babki, Daszewice, Kamionki, Koninko, Krzesiny, a końcówka przez Starołękę. Kij z tym, że była ona zagmatwana i logiczna niczym Festiwal w Opolu w Kielcach, ale wystarczyłoby ją przejechać w odwrotnym kierunku i miałbym nie tylko wiatr w 100% w plecy, ale i pewnie bym uszczknął jakiegoś KOM-a. A tak... standardowo - wmordewind przechodził w ryjowind, a czasem nawet w pyskowind. Jednak hitem była sytuacja w okolicach Minikowa, gdy walcząc z wiatrem przyuważyłem, że jadący z naprzeciwka rowerzysta... robi to samo, co wynikało z jego ruchów i zacięcia na twarzy. Tego jeszcze nie grali :)

A tak poza tym to sympatycznie się kręciło. Nie brakowało oczywiście imbecyli, dla których podwójna ciągła to oznaczenie zachęty do wyprzedzania na trzeciego, ale przecież w tym kraju to widok znany i klasyczny niczym bocian na wiosnę. Za to słynna (mam nadzieję, bo poświęciłem jej już z setkę wpisów) ulica Starołęcka zyskała dziś nową atrakcję. Mam postulat, żeby regularnie robić na niej zawody parkourowców, choć pewnie zagrożenie by było za duże, bo tego, co tu się może jeszcze zdarzyć ludzki mózg nie przewidzi :)

PS. dla tych spoza Poznania - cała szerokość mega obleganej Starołęckiej to przestrzeń między prawym bokiem niebieskiego auta i lewym reflektorem MAN-a.




  • DST 51.75km
  • Czas 01:50
  • VAVG 28.23km/h
  • VMAX 53.50km/h
  • Temperatura 17.0°C
  • Podjazdy 152m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Prawie że żabity

Poniedziałek, 22 maja 2017 · dodano: 22.05.2017 | Komentarze 7

Jakby co - nie ma literówki w tytule. Nie tyle dziś o mało co nie zostałem zabity, a żabity. Bowiem niedługo po starcie, na ulicy Jesionowej, prawie zrobił ze mnie miazgę wyjeżdżający z bocznej pracownik Żabki, w odblaskowym zielonym wozie. W reakcji usłyszał ode mnie sporą dawkę mało kulturalnego kłapania dziobem (styl bociana), ale chyba - nomen omen - skumał, bo po chwili grzecznie przeprosił. Choć tyle.

W ogóle to dziś miałem twarde zderzenie z roboczą rzeczywistością. Jechałem na północ, przez całe miasto, więc najpierw zaliczyłem wszystkie możliwe czerwone światła, a następnie zakwitłem przed zamkniętym przejazdem kolejowym na Golęcinie. To chyba zresztą była już faza późnego kwitnienia, bo dróżnik widocznie zaniemógł na dłużej w toalecie, gdyż korek łącznie w obie strony miał dwa kilometry (patrzyłem na licznik). A w Kiekrzu, do którego dotarłem przez Strzeszyn, sportem regionalnym stało się ostatnio transportowanie czterech liter samochodem między jednym sklepem a drugim, położonym po przeciwnej stronie ulicy, więc i tam było sympatycznie. Odżyłem dopiero za zakrętem na Rogierówko, potem przeżyłem katusze na DDR-kach w Sadach oraz Lusówku, by pod koniec już walczyć głównie z wiatrem, który jak zwykle zmieniał kierunek wraz ze mną, oraz kolejnym etapem rozpierduchy w Plewiskach.

No, to wiem, że żyję po tych czterech dniach wolności :) Nie ma to jak wylądować twardo tyłkiem na ziemi, gdy było się bliżej chmur. 

PS. W górach aż tak nie wiało jak tu. Zaczynam się coraz bardziej utwierdzać w jakimś wietrznym spisku, który ktoś złośliwie zesłał mi na te tereny.




Kacze ostatki

Niedziela, 21 maja 2017 · dodano: 21.05.2017 | Komentarze 13

Ostatni – niestety – wolny dzień spędzony w górach rozpoczął się od wczesnego wstawania (bo póki co nie opanowaliśmy jeszcze umiejętności teleportacji, choć próby intensywnie trwają), żeby w rozsądnych godzinach wrócić na płaszczyzny. Przyznane mi łaskawie dwie godzinki na rower postanowiłem wykorzystać na odwiedzenie Gór Kaczawskich. No dobra, nie będę ściemniał – osobiście wolałbym jechać bardziej na południe, ale wiatr mnie zmusił do wyboru takiego właśnie azymutu. I zdecydowanie nie żałuję.

Tak w ogóle to podczas tego weekendowo-z-okładem-wypadu udało mi się wykorzystać do cna położenie Jeleniej Góry. Kotlina ma swoje plusy i minusy, ale największym pozytywem jest fakt, iż wszędzie dokoła są góry, co zapewniało mi zawsze mentalny komfort, że wraca się zjeżdżając, a nie wjeżdżając :) A ja tym razem z powodów nie do końca zależnych ode mnie zaliczyłem: w czwartek samą Jelonkę w wersji wschodnio-zachodnio-południowo-pólnocnej, czyli kompletny miks wszystkiego, w piątek kawałek Karkonoszy i Rudaw, wczoraj Karkonosze i Izery, dziś za to przyszedł czas na chyba jedne z najmniej popularnych, ale równie piękne (pod warunkiem, że człowiek nie zapuści za bardzo na północ, bo tam już robi się syf). A że ich nazwa ostatnimi czasy źle się kojarzy - trudno. Mimo wszystko nie będę za jej zmianą, gdy w końcu nastąpią czasy powszechnej dekaczyzacji :)

No to do konkretów. Trasę sobie wymyśliłem jako prostą z odnogami. Pierwszą z nich była ukazywana już przez mnie tu kilka razy monstrualna zapora w Pilchowicach. Co tu dużo pisać – wystarczy obejrzeć. I niech ktoś mi jeszcze powie, że Niemiaszki są przereklamowane :)




Cofnąłem się do głównej drogi i ruszyłem do Wlenia. Veni, vidi, vici, wystarczyło mi „uroku” tej miejscowości na tyle, żeby zakręcić się na kole i szybko wrócić swoimi śladami. Za to pod koniec podjazdu pod Strzyżowiec przyuważyłem tablicę ukazującą ciekawą polsko-czesko-niemiecką historię tej wsi, a i w sumie całego regionu. Tylko jakoś za cholerę mi te osiemset lat nie pasuje, skoro wykonano ją zaledwie kilka kat temu, w 2014 :)

Ostatni etap był jednocześnie najbardziej wyczerpujący. W Jeżowie skręciłem bowiem na czterokilometrową randkę z Górą Szybowcową. I była to jak zwykle randka z użyciem przemocy, procentowych pejczy i innych narzędzi pieszczot. Gratisowe atrakcje dodawał wiejący mocno w pysk wiatr. Mój ulubiony fragment, który żeby docenić powinno się wziąć pod lupę podbudówkę chałup, prezentuję poniżej :)

Sapiący i prychający dotarłem na szczyt, gdzie jak zwykle czekała nagroda. Nie, nie, nie… Tych szukających już wzrokiem słowa „piwo” przywołuję do porządku :) Chodziło o widoki.




Pokontemplowałem (czytaj: złapałem oddech), pofociłem i rozpocząłem zjazd, który za szeroki nie jest, a ja jeszcze doznałem przyjemności mijanki na serpentynce z jakimś autobusem, który cholera wie co robił w tym miejscu. Było… ciekawie.

Finisz to jeszcze mała objazdówka miasta, złapanie panoramy centrum Jeleniej i… koniec. Czas wracać. Odpocząłem, pogoda dopisała, udało się sporo pokręcić po „moim”. Czemu za to nie płacą i od jutra muszę wracać do roboty? :(



Kategoria Góry


Bezgórnie

Sobota, 20 maja 2017 · dodano: 20.05.2017 | Komentarze 9

Prognozy pogody sprzed dwóch dni: zapowiada się przepiękny, słoneczny i pogodny weekend. Tylko korzystać i uważać na upały!

Prognoza pogody usłyszana dziś w radio: zgodnie z zapowiedziami nad Polskę dotarły chmury z przelotnymi opadami deszczu. Ponadto zrobiło się zimno.

To ten… :)

Na szczęście e okolicach Jeleniej nie padało, ale w zamian zaraz po porannym wyruszeniu zacząłem się zastanawiać czy nie wrócić i nie ubrać kolejnej porcji ciuchów. Jednak stwierdziłem, że twardym trza być, nie miętkim i z zamiaru zrezygnowałem. Za to postanowiłem zapodać sobie dziś w końcu mini hardkora – w mojej głowie zakwitła trasa całkiem konkretna jeśli chodzi o przewyższenia.

Niestety widoczność była praktycznie zerowa. Gdyby nie to, że ciut ciężej mi się kręciło to pod względem otoczenia czułbym się ja na nizinach. Brak więc grubszej fotorelacji, poza tym nie było kiedy jej wykonać, bo albo sapałem jadąc pod górę, albo trzymałem panicznie kierownicę podczas zjazdów serpentynami (dzisiejszy Vmax – 61,5 km/h, biorąc uwagę stan mojego roweru oznaczało to turbulencje jak w tupolewie).

Najpierw skierowałem się do jeleniogórskiego Sobieszowa.

Tam uwieczniłem pięknie górujący nad Jelenią zamek Chojnik. Swego czasu, gdy chodziłem tu do podstawówki wbiegaliśmy nań na WF-ie i jakoś nie zastanawiało mnie, kto wpadł na tak abstrakcyjny pomysł, żeby zbudować ten klocek tam, gdzie stoi do dziś :)

Od tego momentu nastąpiła ośmiokilometrowa orka, czyli podjazd przez Jagniątków do Michałowic. Tematu nie będę rozwijał, bo wstyd :)

Za to na górze czekałaby nagroda w postaci fajnego widoku, ale nie czekała, bo po pierwsze ktoś skasował góry, a po drugie wyciął znaczną ilość drzew.

Za osiem kilometrów w górę otrzymałem tylko cztery w dół (ciekawostka), bo tyle było do Piechowic. Potem, żeby mi nie było nudno, zacząłem kręcić znów pod górę, do Szklarskiej Poręby Górnej.

Tu też nie było sprawiedliwości, bo wspinałem się przez ponad siedem, a zjeżdżałem pięć :)

Końcówka to już walka z wiatrem na osłoniętych przestrzeniach Trasy Czeskiej i odcinka między Cieplicami a centrum. Generalnie wyjazd bez historii, za to nie zmokłem, a i o dziwo nie zmarzłem, szczególnie podczas jazdy pod dzisiejsze dwie solidne góry. A w sumie to nawet było mi momentami ciut za ciepło, zupełnie nie mam pomysłu czemu :)


Kategoria Góry


Proszę słonia

Piątek, 19 maja 2017 · dodano: 19.05.2017 | Komentarze 8

Co do tytułu - czy ktoś pamięta z dzieciństwa (lub już nie) tę właśnie książkę Ludwika Jerzego Kerna? Mi się dziś przypomniała na trasie :)

Wpis będzie tekstowo krótki, bo jest późno, a moje samozaparcie w tematyce dodawania relacji - w ramach możliwości tego samego dnia - powoli staje się sporym wyzwaniem. Trzeba jednak mieć jakieś zasady, żeby kiedyś móc je złamać :)

No to lecimy. Trasa: bez pomysłu, ale z zacięciem na południowy wschód, żeby w końcu choć zahaczyć o Rudawy. Czyli: Jelenia Góra - Łomnica - Karpniki - Krogulec - Bukowiec - Mysłakowice - Karpacz Dolny - Ściegny (mimo że już na całe życie to będą Ścięgny) - Kowary - Przełęcz Pod Średnicą - Gruszków - Strużnica - Karpniki - Łomnica - Jelenia. Wiatr: napisać, że solidny to nic nie napisać. Rządził i dzielił, ale niech ma - dziś, podobnie jak wczoraj, wybaczam. A tak poza tym to upał (24 stopnie, fuuuuj) i zbyt słonecznie, co skończyło się bólem głowy, gdyż grzanie bani plus silne powiewy kończą się u mnie zawsze w ten sposób. Mimo wszystko.... nie narzekam :)

Z ciekawostek wyjazdowych - na jakimś dwudziestym kilometrze zorientowałem się, iż powodem mojej wolnej jazdy jest nie tylko aura, ale i nie do końca napompowana dętka w nowej oponie (która dała radę). Lekiem na zło okazał się kompresor na stacji, niestety ten automatyczny, którego nie lubię, bo kiedyś tak mi napompował, że z gumy mogłem składać puzzle :)

Czas na fotki. Mamy rzepak:

Mamy rudawskie cycuchy:

Mamy karpnickie landszafty:

Mamy sudecką panoramcię:

Mamy Karpaczio we fragmencie:

Mamy też siódmy grzech - jak na moje dotyczy on zachowania elementarnych zasad interpunkcji :) Poza tym to, co zrobili w Kowarach z dziko i kliamtycznie kiedyś spływającego z gór strumyka, woła o pomstę do gdzieś tam:

Mamy widoczek na prawdziwy świat zza siodełka :):

I w końcu mamy widok na karkonoskiego słonia. Proszę słonia.



Kategoria Góry


Pan(n)a niesmaczna

Czwartek, 18 maja 2017 · dodano: 18.05.2017 | Komentarze 7

W pewnym sensie sobie to wykrakałem. Pisząc wczoraj o moich wątpliwościach w tematyce wytrzymałości sprzętu, którym kręcę w Jeleniej Górze i okolicach, czyli starym, prawie już dwudziestoletnim Authorem Mystic, miałem na myśli całokształt jego pseudo-mtb-owego jestestwa, z zardzewiałymi częściami i tym podobnymi. Nie spodziewałem się jednak, że zostanę ofiarą… ale czego – za chwilę.

Najpierw o planach. Zatęskniło mi się za Rudawami Janowickimi, moimi ukochanymi górkami w Sudetach. Trasa wyznaczona, wyjazd około dziewiątej rano, w temperaturze prawie jak na moje odczuwanie upalnej. Wiatr, którego miało nie być, oczywiście był, i to dość mocny, ale co tam – w końcu wróciłem do macierzy, w niej można więcej :) Spokojnie minąłem jeleniogórskie lotnisko...

...dokręciłem do Łomnicy i Wojanowa...

...w którym zacząłem wspinać się na górkę, by znów znaleźć się w granicach Jeleniej. A w sumie najpierw znalazłem się w rzepaku. Znów robię wyjątek w temacie żółtaczki, bo po prostu było ładnie :)

Ładnie było jeszcze kawałek, szczególnie, że mogłem się rozpędzić. Niestety na końcu rozpędzenia była… Tu chwila pauzy na niesmaczny żart. Osoby zbyt wrażliwe proszone są o nieczytanie :)

Przychodzi informatyk na badania okresowe. Lekarz mówi:
- Wszystko ok, ale na jutro proszę przynieść próbkę moczu, kału i spermy.
- To może przyniosę po prostu majtki?

Tyle. Te majtki są jak na moje idealnym odpowiednikiem polskich DDR-ek. Jest tam wszystko. W Maciejowej przekonałem się o tym naocznie, gdyż gdzieś pomiędzy jedną a drugą kostką znalazł się wielki kawałek szkła. Znalazł się dokładnie w mojej oponie. Na szczęście miałem zapasową dętkę, ale ile wytrzyma opona z dziurą – pewien nie byłem.

Postanowiłem więc zawrócić, Rudawy zostawiając jak niepyszny. Skierowałem się w kierunku domu, z obawą obserwując tylne koło. Do centrum Jeleniej nic się nie wydarzyło, postanowiłem pokręcić więc dalej, do Cieplic. Pany nie było, a na liczniku w kilometrażu 30+. Stwierdziłem, że ryzykuję do końca, kierując się na Perłę Zachodu. I tam dotarłem w całości, ba, nawet więcej – przez Siedlęcin oraz Jeżów udało mi się wrócić do domu. Dokładnie na styk, bo obiecałem, że w południe się pojawię. Byłem nawet ze dwie sekundy przed :) A Jelonkę na mapie ukrzyżowałem.


Zdjęć nie ma za dużo, bo jakoś przez tę nieszczęsną oponę nie miałem nastroju. Po południu zresztą, przed już nierowerowym wypadem do Karpacza, nabyłem nową, zobaczymy jak się sprawdzi. Za to miałem przy sobie kamerkę i coś czuję, że z Perły powstanie kiedyś filmik. Pytanie tylko – za sto lat czy za pięćset? Bo wcześniej nie znajdę na to zapewne czasu.

Cud, że te pięć dych dziś wykręciłem.


Kategoria Góry


  • DST 53.05km
  • Czas 01:46
  • VAVG 30.03km/h
  • VMAX 51.30km/h
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Misiosłoń

Środa, 17 maja 2017 · dodano: 17.05.2017 | Komentarze 3

Do pewnego momentu dzisiejszego wyjazdu zgodny byłem przyznać, że wiatr w końcu się ustabilizował, bo po tym jak przez 2/3 drogi wiał mi w pysk, na chwilę zaczął delikatnie mnie popychać. Moja głowa pełna była już optymistycznych myśli na temat sympatycznej średniej, gdy nagle wszystko wróciło do normy. Eh :) Próbowałem jeszcze wywrzeć nań presję, z niepowstrzymaną mentalną agresją szepcząc "oj ty, oj ty, niedobry wiaterku, ojoj", ale chyba się obraził za zbyt dużą stanowczość :P

Wykonałem klasyk - z Dębca przez Luboń, Mosinę, Puszczykowo, Mosinę, Dymaczewo, Stęszew, Szreniawę, Rosnówko, Plewiska i do domu. Kiedyś był to "kodnomik", ale od kiedy już na stałe zacząłem jeździć objazdami, żeby ominąć ddr-kę w Luboniu oraz korki w Komornikach, strasznie się on rozpasł i jak widać na załączonej mapce przypomina już bardziej misia. Albo nawet niedorozwiniętego słonia.

Dzisiaj po południu wyjazd z Wielkopolski na kilka dni. Pogoda zapowiada się ładna, więc mam nadzieję, że w wolnych chwilach (a mało się ich zapowiada) coś wykręcę, jeśli tylko sprzęt nie rozpadnie mi się już kompletnie na atomy.

Na koniec zdjęcie. Niewyraźne, bo robione podczas jazdy. Bohaterem nie jest rzepak, bo w tym "sezonie" odpuszczam zażółcanie BS, a przedstawiciel jednej z najbardziej morderczej broni masowego rażenia, czyli Polak w samochodzie. No comments.





  • DST 53.20km
  • Czas 01:52
  • VAVG 28.50km/h
  • VMAX 51.60km/h
  • Temperatura 14.0°C
  • Podjazdy 68m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Winda, w mordę!

Wtorek, 16 maja 2017 · dodano: 16.05.2017 | Komentarze 11

W teorii to jest takie proste... Obczaić w prognozach kierunek wiatru, wybrać trasę tak, żeby pierwszą połowę truł on w ryjek non stop, a wracając mieć sympatyczny powiew w cztery litery i powyżej. W teorii... Praktyka jak wygląda, chyba wiemy. A przynajmniej ja wiem i pisałem o tym wczoraj :) Dziś miałem dokładne kopiuj-wklej. W pewnym momencie człowiekowi załączają się podczas takiej jazdy filozoficzne myśli, sugerujące, że przecież wystarczyłoby po prostu jechać odwrotnie i byłoby zamiast 90% wmordewindu tyle samo wdupowindu, ale jak również wiemy - to też tak nie działa :)

No więc wykonałem dziś swoje, robiąc kółeczko z Dębca przez Plewiska, Dąbrówkę, Palędzie, Dopiewo, Trzcielin, Konarzewo, Chomęcice, Szreniawę, Komorniki i Luboń. Spokojnie, bez spiny, przyjmując karnie wiatr na klatę. Mój brak spiny zwielokrotnił się już zresztą w okolicach ósmego kilometra, gdy znalazłem się w Plewiskach, które zamieniają się powoli w rozpełzający się na całą wieś (to w ogóle jest paradoks, gdyż ma ona ponad 9 tysięcy mieszkańców, a prawa miejskie nadaje się już przy 2 tysiącach) plac budowy, dochodzący już pod drzwi sołtysa :) Niedawno skończono tam remont ulicy Grunwaldzkiej, by po chwili spokoju zacząć remont... ulicy Grunwaldzkiej, tyle że kawałek dalej. Przykładowy obrazek (miałem spooooro czasu, żeby go wykonać):

Najlepszy jest system zarządzania ruchem - pojazdy będące do tej pory na podporządkowanej czekają w kolejce dwa razy krócej i są częściej przepuszczane niż te poruszające się główną. W związku z tym w desperacji, zamiast tak jak zazwyczaj końcówkę wykonać również przez tę miejscowość, wybrałem spokojne, bezstresowe stanie w kilometrowych korkach w Komornikach oraz zasyfione jak zwykle przez puszkostan ulice Lubonia. Świat się kończy :)




  • DST 52.30km
  • Czas 01:50
  • VAVG 28.53km/h
  • VMAX 51.20km/h
  • Temperatura 17.0°C
  • Podjazdy 60m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Beemwowo :)

Poniedziałek, 15 maja 2017 · dodano: 15.05.2017 | Komentarze 6

Według prognoz od rana miało lać i grzmieć. Nauczony więc wieloletnim doświadczeniem z rodzimymi specami od przewidywania pogody byłem pewien, że nie będzie lać i nie będzie grzmieć. Nie pomyliłem się :)

Po kilku dniach wróciła jednak jedna ze stałych atrakcji dnia codziennego - wmordewind przez większość drogi. Ja na zachód - on z zachodu, skręcam na południe - on z południa, zawracam na wschód - witam się z tym samym gnojkiem, odbijam na północ - dzień dobry, znów się widzimy. W związku z tym odpuściłem dziś walkę o średnią i skupiłem się na optymalizowaniu swojej pozycji za barankiem. Oj, przydałby się jakiś znajomy motocyklista, taki z przyuważonego wczoraj patentu... :) Jazdy nie ułatwiały też remonty i objazdy, które niedawno się urodziły - ten na Ostatniej przynajmniej pozwala mi legalnie nie korzystać z DDR-ki (choć tam akurat jest ona całkiem przyzwoita), za to ten z Grunwaldzkiej w Plewiskach rozkwitł ostatnio na czerwono, sygnalizacją, której do tej pory nie było.

A tak poza tym to bez przygód, prócz może dwóch sytuacji z "miszczami" w BMW - jeden wpieprzył mi się przed nosem z podporządkowanej, a drugi zafundował sobie podczas mijanki ze mną wyprzedzanko hurtowe na podwójnej ciągłej. I jeszcze raz powtórzę - nie będę zachowywał poprawności politycznej co do tej marki, bo choćby ostatnio hitem była kolizja BMW z wąskotorową kolejką Maltanką, jeżdżącą z prędkością 10-15 km/h, słyszalną z daleka, na terenie oznakowanym. BMW - Będę Miał Wypadek :)