Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi Trollking z miasteczka Poznań. Mam przejechane 239992.60 kilometrów w tym 4.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 27.49 km/h i się wcale nie chwalę.
Suma podjazdów to 784507 metrów.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl


Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Trollking.bikestats.pl

Archiwum bloga

  • DST 55.20km
  • Czas 01:57
  • VAVG 28.31km/h
  • VMAX 52.20km/h
  • Temperatura 18.0°C
  • Podjazdy 234m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Wiuuuu!

Środa, 27 września 2017 · dodano: 27.09.2017 | Komentarze 11

Ola Boga, a Krysia Szatana - ale mnie dziś przewiało! Początkowo, zaraz po wyjeździe, nie było jeszcze źle, ale z minuty na minutę duło coraz silniej, by pod samo koniec nawet na zjazdach spowalniać mnie do dziwnych wartości, typu 25 km/h. Brr. Co ciekawe - zrobiło się wyjątkowo ciepło, oczywiście w rozsądnym rozumieniu tego słowa, dzięki czemu nie mogę dzisiejszego wyjazdu potraktować w kategorii "bullshit". Jak już to ewentualnie "pigshit". Co nie znaczy, że chętnie bym powtórzył takie kręcenie.

Trasa: klasyczny "muminek" z Dębca przez Starołękę, Krzesiny, Koninko, Szczytniki, Głuszynę, Babki, Daszewice, Rogalinek. Mosinę, Puszczykowo oraz Luboń (TEN Luboń) do domu. Prócz tego, że momentami jechałem ukosem niewiele się zdarzyło. Za to na granicy miejscowości Wiórek spotkałem kumpla, który kręcił do Poznania. Nie powiem, zachwyciłem się jego rowerem marki Fuji, w którym zamontował sobie jakieś dziwne rzeczy typu pomiar mocy i inne cosie, których nawet bym nie potrafił nazwać. Wartość sprzętu to około dwudziestu tysięcy, ale że jeszcze rok temu był współwłaścicielem sklepu rowerowego to poskładał go "dużo taniej". Nie pytałem ile to "dużo" oznacza, ale na pewno wciąż dużo :) Cóż, za wykończenia z kości słoniowej trzeba płacić :) Choć w sumie coś jest na rzeczy, bo jakbym porównał wartość mojego Vento to musiałbym takich z dziesięć koło siebie postawić i słoń by wyszedł. Wagowo również. Nie jestem gadżeciarzem, ale w tym przypadku rozumiem kolegę, który nie dość, że ambitnie w swoim teamie śmiga na zawodach, to jeszcze jest trenerem personalnym, więc warunkowo wybaczam mu sprzęt o wadze siedmiu kilo. Mój, po tuningach polegających na zastępowaniu tanich komponentów jeszcze bardziej gównianymi, waży już pewnie z piętnaście :)

Zdjęć brak, bo mam bana do końca miesiąca od Banstats :)




  • DST 61.10km
  • Czas 02:10
  • VAVG 28.20km/h
  • VMAX 50.70km/h
  • Temperatura 15.0°C
  • Podjazdy 269m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

P.Leń

Wtorek, 26 września 2017 · dodano: 26.09.2017 | Komentarze 8

Dziś wolny dzień, który sponsorował mój dobry znajomy - Pan Leń :) Lubię go. Zafundował mi możliwość spania do 9:30, brak obowiązków (choć nie, mam ich aż za dużo, ale P.Leń namówił mnie, żeby ogarnąć je jutro), brak roweru... Wrróć! Jak brak roweru? Tu trzeba było kolegę lekko ustawić do pionu i finalnie po porannej kawie wyruszyłem na obowiązkowy objazd okolicy, sprawdzić czy mnie nie ma gdzieś na trasie.

Byłem :) Najpierw w Luboniu, następnie w Puszczykowie, Mosinie, Rogalinku oraz Rogalinie, za którym podjąłem decyzję, żeby lekko wydłużyć dystans i skierować się na Kórnik, z którego przez Dziećmierowice, Szczodrzykowo, Gądki. Krzesiny oraz Lasek Dębiński trafiłem do domu. Wpływ na ową decyzję miała w znacznym stopniu moja słaba psychika, bo jak pomyślałem sobie, że miałbym - zgodnie z pierwotnym planem - wracać swoimi śladami i raz jeszcze przejeżdżać przez Luboń, to wymiękłem. Do kursu przez tę miejscowość powinni dodawać bezpłatnego psychiatrę :)

Miało być cieplej, a zrobiło się zimniej. Jakoś taki smętny klimat był na trasie, ze złotej polskiej jesieni mamy na razie polską jesień.
Tak jak wczoraj podczas wyprawy crossem na wiatr nie mogłem narzekać, tak dziś wrócił do swojej ulubionej zabawy, czyli zgaduj-zgadula: z której strony dam Ci w pysk? Odpowiedź: prawie z każdej. Oj, nie miałem dziś do niego szczęścia, co przełożyło się na masakryczny wynik.

Chciałem dodać zdjęcia, ale wykorzystałem limit. Pierwszy raz w historii... Cóż, w takim razie tylko jedno (a w sumie wycięty fragment, bo tylko tyle się zmieściło), robione podczas jazdy za pomocą kalkulatora, przedstawiający ludzkie dobro. Bowiem (nie)widać na nim, jak jakiś troskliwy gentleman w BMW zatrzymuje się, żeby zapewne zapytać samotną zbieraczkę grzybów, o to, czy może jej nie podwieźć. W dalszej części odnajduje jakiś leśny skrót, którym pomknęli w pożądanym kierunku, co wskazuje na dobrą znajomość terenu. Tyle się pisze o tym, że ludzie są dla siebie paskudni, a tu proszę - nie dość, że kierowca uprzejmy, to jeszcze o zmyśle leśnika. Jednak warto jest wierzyć w ludzkość :P




  • DST 52.00km
  • Czas 01:57
  • VAVG 26.67km/h
  • VMAX 50.50km/h
  • Temperatura 15.0°C
  • Podjazdy 200m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

CB (czasu bez)

Poniedziałek, 25 września 2017 · dodano: 25.09.2017 | Komentarze 13

Wczoraj była wycieczka bez "h" jak historia, dziś wypad bez "c" jak czas. Bowiem od rana lało, a gdy już przestało (przed jedenastą) i udało mi się znaleźć okienko, żeby osiodłać crossa, to byłem na styk z czasem. Udało się mimo wszystko wykonać pełne pięć dych, a nie jakąś namiastkę w postaci gluta, więc mogę czuć się na "z" jak zwycięzca lub znów "c" jak czubek, który tylko czeka, żeby wyjść na rower :) Coś mi się jednak wydaje, że nie jestem sam na świecie w tym temacie :)

Trasa: Dębiec - Lasek Dębiński - Starołęka - Głuszyna (a pomiędzy jazda objazdowymi chynchami) - Koninko - Gądki - Robakowo - Szczodrzykowo - Krzyżowniki - Tulce - Żerniki - Krzesiny i końcówka taka jak początek. Jak zwykle w przypadku kręcenia crossem (w przeciwieństwie do siedzenia na szosowym siodle) moje cztery litery czuły się jak na wakacjach, choć takich militarnych, bo jedynie brakowało mi lufy od czołgu, żeby zestaw był pełen :)


Jesień coraz bardziej widoczna na drzewach, co jest spoko, niestety też coraz więcej jej pod kołami i nogami :/




  • DST 53.60km
  • Czas 01:52
  • VAVG 28.71km/h
  • VMAX 50.50km/h
  • Temperatura 16.0°C
  • Podjazdy 170m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Bez "h" + filmik z WPN

Niedziela, 24 września 2017 · dodano: 24.09.2017 | Komentarze 11

Wyjazd bez historii, jak również bez histerii, bo kręciłem powolutku ze względu na kostkę, która o dziwo pobolewa jak nic nie robię, a po rozgrzaniu zachowuje się dużo lepiej. Jednak nie ma co szarżować, więc kroczek po kroczku spokojnie zdobywałem kolejne kilometry.

Trasa to standardowy klasyk nad klasykami, ze sporym zaliczeniem miasta Poznań, kierunek wschód. Czyli z Dębca przez Maltę, Antoninek, Stęszew, Paczkowo, Siekierki, Tulce, Żerniki, Krzesiny, Starołękę i do domu. Kolarzy coraz mniej, zostali najbardziej wytrwali, czyli w końcu nadchodzą bezpieczne czasy dla tych, którzy chcąc nie chcąc muszą zaliczać po drodze DDR-ki :)

Zrobiło się ciut cieplej, do tego nie padało, jedynie parę kropel spadło mi na łeb. Wiatr był z gatunku tych odbytowych. Czyli cichacz :) Męczył na otwartych przestrzeniach, mimo że kompletnie go nie widziałem. W końcu jednak ktoś wziął go podstępem i mam na niego dowód. Co oczywiście nie oznacza, że jak już skręciłem w prawo (daleko za zakazem, żeby nie było) to pomagał :)

No i w końcu udało mi się przerobić filmik z wypadu do WPN sprzed kilkunastu dni. Ciężko było z ponad dwóch godzin wyciąć siedem minut, cięcia były okrutne, ale w bólach powstało to, co poniżej.





  • DST 52.50km
  • Czas 02:04
  • VAVG 25.40km/h
  • VMAX 54.50km/h
  • Temperatura 14.0°C
  • Podjazdy 331m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Ja kiekrzę

Sobota, 23 września 2017 · dodano: 23.09.2017 | Komentarze 8

W końcu reklamowane szeroko na Bikestats deszcze dotarły do Poznania. Na szczęście ich główna kolumna przyleciała dopiero po południu, a mi rano udało się jeszcze kręcić bez nich lub w zaledwie mżawce wymieszanej z delikatnym opadem. Pewnie pogoda odpuściła dlatego, że ubrałem przeciwdeszczową kurtkę, więc stwierdziła, że i tak za bardzo mnie nie zgnoi :)

Jako środek transportu wybrałem crossa, bo porządne błotniki to zawsze jakieś zabezpieczenie, poza tym z powodu północnego wiatru wiedziałem, że czeka mnie spora dawka jazdy po mieście. A skoro crossowy STR-uszek poszedł w ruch, to była okazja do lekkich eksperymentów co do trasy, na którą kompletnie nie miałem pomysłu i postanowiłem, że będę improwizował na bieżąco. Najpierw dostałem się opłotkami do Kaponiery, gdzie jak zwykle niemal bezwiednie pyknąłem fotkę nowej wersji Bałtyku.

Co by nie gadać o tym budowanym pięć lat(!) rondzie, to ma jeden plus - całkiem rozsądnie wykonane pasy rowerowe ze śluzami, na których zielone zapala się minimalnie wcześniej niż dla samochodów. Mała rzecz, a cieszy.

Następnie postanowiłem zrobić sobie hardkora, czyli przejechać wciąż zalegającym złogiem po genialnych pomysłach poprzedników zatwierdzających śmieszki rowerowe w Poznaniu dawno temu. Szosą w życiu tego nie robię, wybierając korki zamiast tego kostkowego koszmarka, ale dziś postanowiłem sprawdzić czy coś się poprawiło. Z góry znając odpowiedź - nie :)

Jedyne co, to w końcu ktoś poszedł po rozum do głowy i zamontował lustra na skrzyżowaniach w tunelach, czyli najbardziej niebezpiecznych elementach tego "ułatwienia" dla rowerzystów.

Kolejny etap to Morasko, jedna z najfajniejszych - bo wyhopkowana - część miasta, prowadząca do Suchego Lasu.


Po drodze zajrzałem jeszcze na teren wyburzonego przez klechę kościoła - na razie pusto, nic się nie dzieje. "Przyczajony sukienkowy, ukryty zysk" - będę śledził dalszy ciąg tego serialu :) A dziś przyuważyłem jedynie Marsz Pingwinów:

Za Jelonkiem kolejny eksperyment - postanowiłem nawiedzić dawno nieodwiedzaną ulicę Złotnicką, dzięki której mogłem choć na chwilę znaleźć się w łagodnym lubuskim :)

Na szczęście to tylko kawałek, bo potem aż do Kiekrza jest całkiem sympatycznie.

A skoro już we wspomnianym Kiekrzu się pojawiłem, to nadszedł czas na eksperyment numer trzy: przejechanie wzdłuż największego z pięciu poznańskich jezior. Od dobrych kilku lat kręcę naokoło, teraz chciałem odświeżyć sobie pamięć. Tu pozytywne zaskoczenie, bo zamknięta dla ruchu samochodowego droga prowadzi rewelacyjną trasą przez las, fragmentami jest nawet przyzwoity asfalt. Niestety dobre wrażenie niszczy samo zakończenie, gdzie nie wiadomo czemu pozostał nieutwardzony kawałek, co zniechęca do jeżdżenia tędy szosą. Szkoda. A nad samym jeziorem trwały akurat jakieś zawody żeglarskie, więc z wjazdu na pomost nici.


Nawrotka w kierunku domu i przez Wolę, wzdłuż Lutyckiej, docieram do okolic Golęcina, stamtąd już prawie prostą drogą przez Górczyn na Dębiec. Nie spieszyłem się, zresztą nawet się nie dało, bo mimo soboty miasto było dziwnie zakorkowane, a czerwony kolor jeszcze wciąż mi miga w głowie. Jednak - jak zwykle podczas jazdy czołgiem - dobrze się bawiłem, całkowicie olewając średnią, wiatr i wynik. Oraz fundując sobie całkowicie przyzwoitą ilość przewyższeń jak na wielkopolskie płaszczyzny. Aha, jeszcze coś o kostce (tej nożnej, nie ścieżkowej) - jest trochę lepiej, do tego wciąż pobolewa, gdy chodzę, a nie gdy jadę. Dobrze, że nie odwrotnie :)

Niewidomy rowerzysto - miasto dba o Ciebie. Ścieżki nie przeoczysz :)

Trasa z filmikiem wg Relive TU.




  • DST 52.40km
  • Czas 01:51
  • VAVG 28.32km/h
  • VMAX 50.30km/h
  • Temperatura 12.0°C
  • Podjazdy 172m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

NiePad

Piątek, 22 września 2017 · dodano: 22.09.2017 | Komentarze 7

Dzisiejszy wyjazd był sponsorowany przez hasło: "będzie padać". W celu uniknięcia efektu zwanego w szerokich rowerowych kręgach "syndromem mokrej dupy", zrobiłem co następuje:

- wstałem i wyjechałem dość wcześnie jak na swój wolny dzień;
- zamontowałem w szosie tylny błotnik;
- zlokalizowałem mikro plecak rowerowy, do którego zapakowałem kurtkę przeciwdeszczową;
- wypiłem kawę 2,63 razy szybciej niż zazwyczaj.

I co? Nie padało. Ani podczas jazdy, ani przez cały dzień.

Czy oznacza to, że miałem szczęście? Nie. Deszcz przyjdzie, ale w momencie, gdy będę gdzieś w trasie, bez błotników, bez kurtki, spóźnię się do roboty i nie zdążę wypić kawy :) Ja tam już wiem, że nic w przyrodzie nie ginie.

Z atrakcji wspomnę jeszcze o temperaturze. 12 stopni we wrześniu? Można? Można. Grubsza rowerowa bluza prawie sama wyskoczyła mi z szafy, niczym trup, którym w sumie była gdzieś od kwietnia. Wiatr bez niespodzianek - nie był zbyt silny, ale za to zimny i swoje zadanie jak zwykle wykonał na piątkę. Natomiast i tak nie miałem zamiaru z nim walczyć, bo dopadła mnie jakaś mini kontuzja - boli mnie wewnętrzna strona stopy, na wysokości kostki. Starałem się więc jej nie przeciążać, choć podczas jazdy nie ma problemu, jest tylko minimalny dyskomfort podczas chodzenia. Trzeba obserwować.

Trasa na zachód: Poznań - Plewiska - Zakrzewo - Sierosław - Więckowice - Dopiewo - Palędzie - Gołuski - Komorniki - Plewiska - Poznań. Sennie, i to tak, że gdy piszę te słowa rzęsy szorują mi o klawisze :)




  • DST 51.60km
  • Czas 01:52
  • VAVG 27.64km/h
  • VMAX 53.30km/h
  • Temperatura 15.0°C
  • Podjazdy 259m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Rege

Czwartek, 21 września 2017 · dodano: 21.09.2017 | Komentarze 7

Dziś spokojny, regeneracyjny przejazd. To znaczy taki miał być z założenia, ale że grubo ponad dwadzieścia kilometrów kręciłem po mieście, a do tego nie miałem już komfortu sprzyjającego mi wiatru (kręcił z północnego zachodu, już dość silnie) to odpocząłem mocno średnio :) Jednak nie miałem żadnego, ale to żadnego ciśnienia, prócz jednego - przejechać pięć dych i dotrzeć do domu. A, i jeszcze nabyć zapasową dętkę, bo wieczór przed wyjazdem na dwusetkę musiałem wymienić jedną w przednim kole, ale że zrobiłem to z subtelnością pijanego mamuta (tyle że na trzeźwo), coś tam w pośpiechu namieszałem, wybrzuszyła się na wysokości wentyla i pękła, na szczęście jeszcze w domu.

Dzisiejsza trasa: Dębiec - Górczyn - Grunwald - Golęcin - Strzeszyn - Kiekrz - Rogierówko - Sady - Lusowo - Wysogotowo - Skórzewo - Plewiska - Górczyn - Dębiec. Pod koniec postanowiłem zebrać się na odwagę i umyć rower myjką na BP. Robiłem to z pewną obawą, bo naczytałem się sporo o złym wpływie tego ustrojstwa na komponenty rowerowe, jednak wczoraj podczas powrotu nasłuchałem się samych superlatyw, więc "zaryzykowałem". No i... faktycznie, polecam. Rower zrobił się dziwnie czysty, a ja nie odczułem żadnych negatywów w działaniu napędu. Jednak lepsze to niż ślęczenie z wiadrem na podwórku :)

Po leszczyńskich i podwrocławskich ddr-owych koszmarkach z lubością wjechałem na te co lepsze poznańskie. Ufff....

A skoro rege... to reggae :)




  • DST 210.60km
  • Czas 07:28
  • VAVG 28.21km/h
  • VMAX 62.30km/h
  • Temperatura 16.0°C
  • Podjazdy 1135m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Poznań - Wrocław w wersji makro

Środa, 20 września 2017 · dodano: 20.09.2017 | Komentarze 40

Na początek tego tygodnia (bez konkretnego dnia, a w sumie dni) były trochę inne rowerowe plany, ale nie wyszły, z kilku względów. Finalnie stanęło na jednodniowym dłuższym wypadzie w towarzystwie Dariusza, w tereny kompletnie mi nieznane, choć bardziej nastawione na zbieranie gmin, co zdecydowanie nie jest moim priorytetem, do tego żeby je zaliczyć trzeba by było wyjechać gdzieś o piątej rano, co nawet nie spełnia warunków bycia moim jakimkolwiek priorytetem :) Jednak okazało się, że tam właśnie jest spore ryzyko opadów, trzeba było więc zmienić kierunek. Od dawna chodziła mi po głowie opcja wyjazdu do Wrocławia, więc na szybkim spontanie wczoraj wieczorem jako alternatywa powstały dwie wersje trasy, niby podobne, jednak prowadzące kompletnie innymi drogami dojazdowymi do celu, z czego jak się okazało wyszły pewne drobne niedomówienia co do końcówki. Na szczęście nie jesteśmy babami i potrafimy sobie stanowczo je wyjaśnić, dojść do wniosków na przyszłość i dopracować szczegóły współpracy :) Finalnie o dziwo bardziej pasowała mi wersja kolegi, na nią się więc ustawiliśmy, ja poszedłem spać o nienormalnej dla mnie porze (czyli przed północą), żeby nie zaspać i pojawić się kwadrans po siódmej rano w wyznaczonym punkcie w Komornikach.

Udało się. Choć mało co bym nie wylądował pod kołami pewnego rannego ptaszka w Luboniu, pewnie z taką samą zawartością mózgu, co jego przyrodniczy odpowiednik. Ale przyznam, że o tej porze jest bardzo ładnie, choć niewyraźnie :)

Obgadanie szczegółów i w drogę. Upału nie było :) Ale przynajmniej się pojawiło słońce, które lekko ogrzewało plecki. Odcinek od Komornik do Śmigla już przerabiałem, a że był wyjątkowo prosty to można nawet było się zdrzemnąć nad kierą, ale jakoś nikt nie reflektował :) Za to ja nigdy nie mogę odmówić sobie zdjęcia tego oto wiatraka:

Więcej wiatraków było w Śmiglu, ale tym razem nie na nich się skupiłem, ale na smutnym widoku wygaszonej linii wąskotorowej ze Starego Bojanowa do Czacza, którą jakieś dziesięć lat temu podczas pracy w pewnym kolejowym stowarzyszeniu staraliśmy się uratować. Niestety na PKP nie ma mocnych i pozostał jedynie skansen Śmigielskiej Kolei Wąskotorowej :/


Mimo to do Śmigla mam sentyment, bo to całkiem sympatyczne miasteczko.

Po powrocie na główną drogę trafiamy do Leszna.

W nim ułan zamierzał zlikwidować przechodnia.

Tam też zęby zazgrzytały nie raz, nie dwa, a w sumie przez całą długość miasta. Byłem tu rowerem pierwszy raz i do tej pory kojarzyło mi się całkiem pozytywnie (w przeciwieństwie choćby do Kalisza), ale po takich smaczkach jak ten...:

...zaczynam się powoli zastanawiać, czy wciąż trzymać kciuki za Unię w rewanżowym meczu o mistrzostwo Polski na żużlu. Który grają nomen omen ze Spartą... Wrocław :)

Z ulgą opuściliśmy DDR-kowy koszmarek, mijając granicę województw...

...i dojechaliśmy do miejscowości Góra, która miała Biedronkę. A my nieopatrznie postanowiliśmy zrobić w niej zakupy. Był to setny kilometr, więc czas wydawał się odpowiedni. Tylko, że... w tym samym czasie to samo zaplanowało sobie całe miasteczko... Najpierw Dariusz, następnie ja, spędziliśmy po piętnaście minut w kolejkach. Cztery kasy były otwarte, kasjerki działające na pełnej parze, a i tak finał mojego sznureczka wyglądał tak:

Stracone pół godziny mocno pokrzyżowały moje wstępne wyliczenia co do pojawienia się we Wrocku. Eh :/

Gdy podczas wyjazdu z Góry zgubiliśmy ślad na Stravie, gorliwie podbiegł do nas jakiś tubylec, chcąc pomóc, bo "sam jeździ i w ogóle tylko szybko leci do urzędu coś załatwić i pędzi pojeździć, póki jest pogoda". Miło :) Ostrzegł tylko, że nasz szlak jest mało godny polecenia, bo dziury... Jakie dziury? :)


Choć trzeba uczciwie przyznać, że tam, gdzie nie było dziur, był całkiem godny asfalt, łączący jedne kawałki o wyglądzie szczęki zapitego żula, z innymi :)


Jedna miejscowość przykuła moją uwagę specyficznym hasłem (to chyba miał być rym):

Kto na ochotnika powie o co kaman? :)

No dobra, rąk w górze brak, już tłumaczę. Okazało się, że tu (czyli w Konarach) powstała pierwsza na świecie cukrownia przerabiająca buraki, a ów Achard to pomysłodawca. Proste? Proste :) Mnie zaskoczyła też psia kupa, w którą prawie wdepnąłem, jak również smakujące ją stado much :)

Wołów... Hm. Znana mi już wcześniej rowerowo miejscowość, co oznaczało, że wiem, że trzeba ją szybko opuścić.

Teraz trasą, którą pokonywałem za dzieciaka, docieramy do Obornik Śląskich. Punkt dla mnie bardzo istotny.

Tu bowiem chciałem odwiedzić grób Babci, której kiedyś obiecałem, że przyjadę do Niej rowerem. Nie zdążyłem. Więc choć w ten sposób, zapalając znicz, częściowo spełniłem swoją obietnicę.

Kolejnym odcinkiem był kawałek do Trzebnicy. Wzgórza Trzebnickie są mega fajnymi hopkami, ale na stu siedemdziesiątym kilometrze człowiek chce, żeby ich nie było :) Do tego doszedł remont przed samym miastem, przez który pamiętana przeze mnie droga została zaorana, a powstały jakieś dziwne objazdy, dzięki którym najpierw zjechaliśmy prawie na sam dół, żeby wrócić gdzieś na wysokość punktu, z którego startowaliśmy.


Lekkie zagubienie się tutaj i znów leciały założone przeze mnie wstępnie minuty. Co najlepsze - okazało się, że nasze niedogadanie tyczyło się właśnie owej Trzebnicy, w której byłem i nie chciałem koniecznie znów być, Dariusz też, a jednak byliśmy. Tak to jest jak się robi coś na ostatnią chwilę :) W każdym razie udało się znaleźć wylotówkę na Wrocław, rozoraną na maksa, tak samo jak sam dojazd to stolicy Dolnego Śląska, który charakteryzował się m.in. tym, że drogowcy ustawiali znak drogi rowerowej, zapominając wylać na niej asfalt... No ale zjeżdżało się godnie :)



Sam Wrocław... Hm. Nigdy nie lubiłem tego miasta. Urodzono mnie tu, przez pierwsze dwadzieścia lat życia często w nim bywałem, ale zawsze kojarzyło mi się z bliżej nieokreślonym czymś, co budziło niechęć. A jednym z elementów była wszechobecna kostka brukowa. Przyznam - jest dużo lepiej. Przynajmniej na naszym odcinku zakwitł kawał porządnej asfaltowej ścieżki, szerokiej i bezpiecznej.

Niestety, im dalej w las, tym gorzej. Niejasne oznakowania, drogi rowerowe słusznie wytyczone w jednym kierunku, ale tak pogmatwane, że ktoś, kto kręci tu pierwszy raz się nie odnajdzie, szczególnie przy korkach, które są masakryczne. Raz nawet zostałem wykrzyczany przez jakiegoś lokalsa, że jedziemy nie tą stroną... Tylko że innej (chyba) nie było :) A już ścisłe centrum to najpierw taki standard:

A potem czyste Indie. Klaksony, samochody na pasach rowerowych, jakieś dzikie, legalne wjazdy przez torowiska... Na moje koszmar. Choć znów przyznam - jest lepiej niż było. O co nietrudno :)

W końcu finisz - dworzec Wrocław Główny, tu zdjęcie robione z poziomu sklepu oferującego izotoniki na drogę :)

Według moich obliczeń powinniśmy być na miejscu około piętnastej, może kwadrans później. Niestety się nie udało, z kilku względów. Przez to we Wrocławiu nie zjedliśmy posiłku, co biorę na klatę. Jednak udało się w całości wrócić do Poznania sprawdzonymi i zawsze przystosowanymi do jazdy z rowerem (nawet jeśli nie są przygotowane, to można upchnąć) Przewozami Regionalnymi. No i wysiąść na Dębcu, z którego Dariusz miał dwa rzuty beretem do domu, a ja może jego ćwierć :)

Wiatr - wiał w plecy! Choć były fragmenty, gdy robił to z boku, a na odcinku Oborniki - Trzebnica wręcz delikatnie gnoił. No cudów nie ma i nie będzie :) Ale takie były założenia, w tym jedno główne - nie zapie... nie jechać szybko :)

Dariusz - dzięki za wyjazd i opracowanie innej trasy niż ja bym to zrobił, dzięki czemu poznałem nowe dolnośląskie światy. I wstępnie obiecuję, że w końcu kiedyś uda się przed odjazdem coś ciepłego zeżreć :)

Trasa w wersji Relive - TU.

PS. Apel do cerberów SOK-owych z Piły i Kalisza. Da się wejść na dworzec PKP z rowerami? No da się. No to się uczcie od mądrzejszych kolegów z większych miast :)

PS 2. Gminy. Hmm. Jak w liceum - poczekam i ściągnę od tych lepszych z tego przedmiotu :)




  • DST 56.50km
  • Czas 01:54
  • VAVG 29.74km/h
  • VMAX 50.80km/h
  • Temperatura 16.0°C
  • Podjazdy 239m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Pusz(t)ki

Wtorek, 19 września 2017 · dodano: 19.09.2017 | Komentarze 4

Dziś już bez Saurona z przodu, za to przy całkiem sympatycznej pogodzie, oczywiście z malutkim wyjątkiem dla wiatru, który zmieniał swój kierunek stricte pode mnie. Choć muszę mu przyznać, że gdzieś między Komornikami a Poznaniem się pogubił i przez kilka kilometrów mi niechcący pomógł :)

Wykonałem "kondomika" w wersji najbardziej klasycznej z klasycznych: Poznań - Luboń - Wiry - Puszczykowo - Mosina - Dymaczewo - Łódź - Stęszew - Szreniawa - Komorniki - Poznań. W roli głównej wystąpiły dziś zawartości puszek, te usytuowane z przodu, po lewej stronie. Raz, że było ich dzisiaj niczym rudnic w jakimś wypasionym mrowisku, dwa, że mózgi używane były przez nie w najmniejszym możliwym stopniu. Przykładem blondie z dwójką pięcsetplusów, która wyprzedziła mnie na gazetę centralnie przed zapalającym się czerwonym światłem na jednym z lubońskich skrzyżowań, tylko po to żeby włączyć po chwili tryb "offline" w głowie - samo zielone już chwilę trwające nie pomogło, żeby wejść w stan "active", stało się to dopiero po moim pukaniu w karoserię, wspomaganym przez klaksony z tyłu.

W Komornikach wyjątkowo małe korki jak na tę miejscowość:

Choć i tak wystarczyły, żeby zabić - do tego momentu całkiem realną - potencjalną średnią na poziomie 30+.




  • DST 57.40km
  • Czas 02:01
  • VAVG 28.46km/h
  • VMAX 50.20km/h
  • Temperatura 16.0°C
  • Podjazdy 188m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Pod okiem Saurona

Poniedziałek, 18 września 2017 · dodano: 18.09.2017 | Komentarze 13

Jak niby mawiał Htichcock – najpierw trzeba zacząć od trzęsienia ziemi, a następnie napięcie powinno rosnąć. U mnie było dziś podobnie, tyle że odwrotnie - zaczęło się od podniesienia ciśnienia, a potem czekała na mnie walka z życiowym kataklizmem, czyli znów silnym wiatrem, który łaskawie raczył znów się ze mną przywitać i mi towarzyszyć. Wielkie dzięki za takich kumpli, co się przyczepiają, mimo że ich nikt nie lubi :) I do tego całkowicie demotywując do jazdy.

Owym podniesieniem ciśnienia była próba samobójcza licznika marki Sigma, wykonana przez samoistne wyskoczenie z mocowania. W 99% udana, dzięki czemu znalazł się on na podłożu. Co z tego, że zatrzymałem ruch niczym zawodowy policyjny cieć wysyłany do awarii świateł – komputerek spadł tak sprytnie, że rozlał się ekran. Niby tragedii nie ma, gdyż akurat ostatnio jeździłem z dwoma (bo mi nieprzemakalna Sigma przemakała), ale używałem jej również w crossie, wykorzystując główną zaletę tej marki, czyli uniwersalność montażu. Zły na złośliwość rzeczy martwych jechałem dalej, na kierze mając taki oto widok:

Oko Saurona patrzyło na mnie przez całą drogę, z Dębca przez Plewiska, Zakrzewo, Sierosław, Więckowice, Dopiewo, Dąbrówkę, znów Plewiska i do domu. Choć ten ostatni etap trochę mi się poszerzył, o rowerowy na Traugutta, gdzie jak zwykle ze zniżką kupiłem nową Sigmę. Przy akompaniamencie syku wewnętrznego węża w kieszeni...