Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi Trollking z miasteczka Poznań. Mam przejechane 242585.35 kilometrów w tym 4.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 27.47 km/h i się wcale nie chwalę.
Suma podjazdów to 791222 metrów.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl


Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Trollking.bikestats.pl

Archiwum bloga

  • DST 56.00km
  • Czas 01:55
  • VAVG 29.22km/h
  • VMAX 53.40km/h
  • Temperatura 24.0°C
  • Podjazdy 192m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Upierdliwość

Wtorek, 8 maja 2018 · dodano: 08.05.2018 | Komentarze 8

No nie będzie zaskoczenia - tytułowa upierdliwość tyczy się wiatru, który - gdy rano wyszedłem na krótki spacer z psem - wydawał się usposobieniem niewinności, a gdy już jakiś czas później znalazłem się na rowerze na otwartych, polnych przestrzeniach, zrobił ze mnie marmoladę. Lub miazgę. Lub miazgę z marmolady :) Wynik dzisiejszy więc nie imponuje.

W trasę ruszyłem na wschód, przez Lasek Dębiński, Starołękę, Krzesiny, Żerniki, Tulce do Gowarzewa, gdzie wciąż panuje klimat księżycowy, spowodowany budową ronda. Kawałek dalej, w Siekierkach Wielkich, poczułem, że coś dziwnie kapie mi na kolano, do tego od dołu. Jak się okazało, na tamtejszych dziurach w drodze odpadła mi... zakrętka od bidonu, którą na bank solidnie dokręciłem przed wyjazdem. Cofnąłem się i kilometr wcześniej odnalazłem zgubę, ale przed następnym kursem w te rejony będę musiał opakować rower w jakąś kapsułę od batyskafu czy coś :)

W momencie nawrotki, czyli w Kostrzynie, na liczniku miałem niecałe 26 km/h, i to naprawdę był dobry wynik w konfrontacji z podmuchami. Powrót wzdłuż DK92 miał być samą przyjemnością, ale oczywiście był jedynie fragmentami, bo tu z boczku, tu w pysk, tu światła (ponownie pozdrawiam serdecznie Swarzędz), tu... no właśnie. O bezmyślności ludożernii pieszo-rowerowo-rolkowej na Malcie napisano już wiele, ale ja dziś bym zginął pod czterema kołami szanownej użytkowniczki zielonej strzałki, gdy z kolei ja ruszałem na niestrzałce, a na legalnym przejeździe dla rowerów. W ostatniej chwili zdarłem hamulce (a jak wiadomo na szosie to ciężka sprawa) i to mnie uratowało, a żeńskie usposobienie tępodzidości stosowanej oczywiście nie raczyło nawet przeprosić. Mam jednak nadzieję, że to, co ode mnie usłyszała na do widzenia trafiło między te dwie samotne komórki mózgowe.

Tu Relive, a tu... hmm, wielkopolskie perspektywy schowania się przed wiatrem. Jedynie rowerowi udało się zabawić w chowanego :)


PS. Kropka poznała ostatnio nową koleżankę. Zainteresowanie jest obustronne :)




  • DST 55.10km
  • Czas 01:50
  • VAVG 30.05km/h
  • VMAX 50.40km/h
  • Temperatura 15.0°C
  • Podjazdy 277m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Ślimak, ślimak...

Poniedziałek, 7 maja 2018 · dodano: 07.05.2018 | Komentarze 16

Ten dzień zaczął się dziwnie - gdy wyjeżdżałem z osiedlowej uliczki, sam z siebie zatrzymał się i mnie przepuścił... kierowca BMW. Byłem w takim szoku, że ze trzy razy podziękowałem, wciąż nie wierząc, że w tym kraju może mnie spotkać coś tak szokująco niespodziewanego :)

Natomiast potem już - zgodnie ze standardem - wiatr chciał mnie udupić zmieniając co jakiś czas kierunek, ale się zawziąłem, postanawiając, że te trzy dychy średniej muszą być, choćby się waliło i paliło. A że nic z tych rzeczy, tragedii żadnych nie odnotowano, to... udało się, choć na styk. Ale jednak. Byłem też mądrzejszy niż ustawa przewiduje (a o to od ponad dwóch lat nie jest ciężko, bo nawet wydalanie ma w sobie więcej logiki niż aktualne ustawodawstwo) i wybrałem drogi wschodnie, szosowe, jednak w znacznej części prowadzące przez las. Czyli, już rozbijając się na detale: dom - Lasek Dębiński - Starołęcka - Czapury - Babki - Daszewice - Borówiec (kilometr po tych płytach moje cztery litery przeżywają do teraz) - Skrzynki - Kórnik - Mieczewo - Rogalin - Puszczykowo - Łęczyca - Luboń - Poznań. Trasa ta wyszła dość spontanicznie, ale gdy zerknąłem na mapkę zeń po powrocie, chwyciłem szybko za Painta, myk, myk czarną linią... No i proszę, powstał ślimak zjadający Luboń. Czyli baaaardzo mądry ślimak :) 

Jeśli ktoś mnie zamierza spytać, czemu ślimak ma rękę, odpowiem zgodnie z prawdą: nie wiem :)

Poza tym atrakcji dziś niewiele. W końcu postanowiłem uwiecznić ładny mini kompleks budynków szachulcowych w Borówcu...

...oraz po raz kolejny zacisnąć zęby przed narastającym w pysku przekleństwem, gdy nagle pośrodku pięknego lasu przed Mieczewem ze smutkiem odnalazłem kolejną pustynię.




  • DST 54.20km
  • Czas 01:48
  • VAVG 30.11km/h
  • VMAX 51.40km/h
  • Temperatura 17.0°C
  • Podjazdy 341m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Wzdłuż skrzydeł + nędza spod Swarzędza

Niedziela, 6 maja 2018 · dodano: 06.05.2018 | Komentarze 6

W związku z wolnym dniem nastąpiła dziś próba wyspania się (nie do końca udana. Kropka), a co za tym idzie start wypadł na dość późną godzinę, bo dziesiątą z kawałkiem. Gdy spojrzałem na prognozowany kierunek wiatru (północno-wschodni), przypomniałem sobie, że gdzieś tam, gdzie zawsze jeżdżę gdy taki występuje, będzie dziś przebiegała trasa Wings For Life, czyli jednej z niewielu poznańskich (choć w sumie ta jest światowa) imprez (nie ujmując niczego wszelakim bajkczelendżom), która ma sens, i to całkiem spory. Kilka miesięcy temu otrzymałem nawet wstępną ofertę udziału jako osoba towarzysząca zawodnikom na rowerze, ale temat się rozmył (może za rok uda mi się zgrać czasowo), pozostało mi więc trzymać kciuki za godny wynik.

Bieg rozpoczynał się o trzynastej, a wtedy nastąpić miała blokada części miasta, musiałem więc się spiąć. Udało się, choć na trasie, gdzieś koło Wierzonki, dopytałem będących już tam policjantów, czy spokojnie mogę jechać dalej. Zanim jednak wydostałem się z miasta, musiałem przezeń przejechać z południa na północ, w czym wymiernie pomogła mi Wartostrada (jak ja ją wielbię - miliard świateł mniej do zaliczenia), a przeszkodziła Malta, gdzie nawet rano trzeba było poruszać się slalomem.

Potem udałem się krajówką do Swarzędza, gdzie wpadłem na pomysł z gatunku tych hardkorowych - przejechania przez to miasteczko aż do Kobylnicy. Kiedyś próbowałem i pamiętałem, że to trauma, nie tylko ze względu na idiotycznie ustawioną sygnalizację, ale na kretyńską ddr-kę, która psuła całą przyjemność jazdy po całkiem ładnym widokowo i hopkowo kawałku trasy. No i... niestety niewiele się zmieniło - nędza spod Swarzędza, a w sumie to, hmmm, szczyna z Gruszczyna (bo przez tę wiochę się ona ciągnie) jak była, tak jest. Choć coś się polepszyło od mojej ostatniej bytności tam - chyba obniżono część krawężników, a nawet fragmentami usunięto szkło i piasek (!).

Zamiast podziwiać widoki, trzeba patrzeć pod koła. Raz jeszcze dziękuję majstrom z gminy Swarzędz za kolejne próby zniechęcenia do roweru. Ale ze mną nie tak łatwo :)

Od Kobylnicy do Wierzonki (po tym, jak znów odstałem swoje na przejeździe kolejowym) szło już lepiej, bo przez lasy, pola, rzepak...


Nie obyło się też bez spektakularnych i wygranych pościgów :)

A ostatni odcinek, od granic z Koziegłowami do domu, ponownie głównie przez Wartostradę, znów poszedł sprawnie, mimo że napisać, iż było tłoczno, to jak napisać, iż w przeciętnym ulu może i jest kilka mrówek (choć na fotce akurat ująłem spokojniejszy fragment).

Wypad uznaję za udany. Nie chcę pamiętać czasów, gdy wspomnianego przed chwilą duktu nad rzeką nie było.. brrr. Niestety dobrze jest tylko po tej jej stronie, jazda przez miasto w kierunkach zachodnich to niestety wciąż trauma.

Tu Relive, zawierające niedzielne rowerowe polskie klimaty :)




  • DST 66.10km
  • Czas 02:19
  • VAVG 28.53km/h
  • VMAX 52.80km/h
  • Temperatura 14.0°C
  • Podjazdy 274m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Zmordewindowanie

Sobota, 5 maja 2018 · dodano: 05.05.2018 | Komentarze 15

Tak jak udawało mi się przez ostatnie kilka dnia jako tako współpracować, wrrróććć, nie dostać po tyłku od wiatru, tak dziś zostałem zmasakrowany, a bardziej: zwmrodewidnowany za wszystkie czasy, paradoksalnie nie aż tak silnymi podmuchami. Gnój nie pomógł mi ani przez chwilę, niby wiał z północy, ale co dalej, to już zależało od tego, gdzie się ruszę. I wtedy dawaj mi w pysk :)

Cóż było robić, przecież się nie poddam, zdecydowałem, że pocierpię za miliony... rowerzystów, którym wiało dziś tylko w plecki (a założę się, że i tacy byli), wezmę temat na klatę, bo samo się nie wykręci. Tym samym dzisiejszy wyjazd uznaję za odbyty i nic więcej. Wróciłem, nie zwyciężyłem.

A zaczęło się nawet całkiem fajnie, sympatycznie pustą w godzinach porannych Wartostradą.

Wyjazd Gdyńską na Koziegłowy poszedł też w miarę sprawnie, ale w Owińskach przypomniałem sobie, że o czymś zapomniałem. A mianowicie, że przez tę wiochę (skądinąd uroczo położoną i zabytkową)...

...się nie jeździ, jeśli nie chce się doznać trwałego urazu na psychice. Czemu? Nawet nie chce mi się po raz kolejny o tym pisać, foty niech powiedzą swoje.


Kombinuj rowerzysto, ryzykuj życie przekraczając przez to zadupie dwukrotnie jezdnię lewo-prawo i prawo-lewo, przecież to specjalnie dla Ciebie i Twojego bezpieczeństwa te znaki i rozpierdzielona kostka... Tam się chyba już jednak nic nie zmieni, można narzekać, opisywać, kląć, tłumaczyć, a i tak będzie to samo. Jedynym, co mi pasuje do całej historii jest to, że Owińska słynęły niegdyś z zakładu psychiatrycznego - jak widać to zobowiązuje :)

W Bolechowie odbiłem na Biedrusko, a tam z grubsza wersja trochę bardziej light powyższego standardu (ale przynajmniej bez zakazu, więc można było olać), natomiast przyznam, że przed samym Poznaniem, gdy już przejechałem przez las...

...lekko mnie zamurowało, ale tym razem pozytywnie. Da się cywilizowanie coś zrobić? Da się! A ja nawet nie wiem kiedy przeoczyłem, że powstaje tu takie coś (jeszcze jest niedokończone), co od razu skojarzyło mi się z idealnymi niemieckimi asfaltowymi duktami rowerowymi. Brawo.




Jakby co - ścieżka to to szersze po prawej :)

Ostatnie kilkanaście kilosów zawiera zjazd z Moraska (lubię to)...

...i przepychanie się przez cały Poznań, już niestety nie taki pusty jak ostatnio. Choć byłem i nad, a w sumie pod Bałtykiem :) 

A na Głogowskiej prawie zdarłem hamulce, tyle razy stałem na czerwonym. Do tego chciałem sobie skrócić drogę do domu, w efekcie czego zamknął mi się przed ryjem szlaban i zamiast być wcześniej w domu, byłem... piętnaście minut później.

Cóż, może nie dało się dziś być demonem prędkości. ale przynajmniej było o czym pisać, jak i relivovać :)

Wpis obejmuje również dojazdówkę do pracy i z pracy.




  • DST 62.40km
  • Czas 02:03
  • VAVG 30.44km/h
  • VMAX 52.00km/h
  • Temperatura 12.0°C
  • Podjazdy 159m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Miłe trakto(ro)wanie

Piątek, 4 maja 2018 · dodano: 04.05.2018 | Komentarze 6

To co dobre, szybko się kończy, a to co się za szybko zaczyna i zamienia w zło, to praca. W sumie może dla niektórych i w złoto, ale... No, nie rozwijajmy tematu :)

Wyjścia nie było - trzeba było wejść w normalny (czyt. nienormalny dla organizmu) rytm życia, czyli... zmiana niewielka. I tak bowiem pies aktywizuje się póki co gdzieś między trzecią a szóstą rano :) Różnica jest taka, że po aktywizacji przez ostatnie trzy dni można było na luzaku pospać, dziś niestety tego przywileju nie było. Choć w sumie dzięki temu wyruszyłem kosmicznie wcześnie, bo jakoś za dwadzieścia ósma (!), spodziewając się mega korasów (znów jechałem przez miasto), a tu miła niespodzianka - na oko ruch na poziomie 46,82% tego, co w zwyczajne dni robocze.

Wiało tak, jak wiać miało - z północy, ale że nie chciało mi się naginać znów przez cały Poznań, to wybrałem zachodnią szkaradę (bo tak toto wygląda na Relive): dom - Plewiska - Junikowo - Wysogotowo - Dąbrowa - Sierosław - Więckowice - Fiałkowo - Dopiewo - Palędzie - Dąbrówka - serwisówki - Plewiska - dom. Fajne było to, że temperatura nie miażdżyła, a słońce nie przeszkadzało - pogoda idealna.

Tematy wietrzne pominę - irytować się nie ma sensu :) Grunt, że dało się jechać do przodu, a nie próbować nie posuwać do tyłu :) Raz odstałem sobie obowiązkowo na zamkniętym przejeździe w Palędziu, był jednak też i moment przyjemny, gdy podczepiłem się na dwa, może trzy kilometry pod sympatycznie pędzący z prędkością światła (40 km/h) traktor, co nie tyle mi pomagało, a bardziej zmotywowało, żeby za nim cisnąć. Miałem tylko przed oczami wizję tego, co może ze mnie zostać i w ilu częściach, jeśli odczepi się to coś z tyłu - na szczęście nie miałem okazji się przekonać :)

Na koniec dobra rada: jeśli zastanawiacie się, czy na swój telefon założyć szkło hartowane i solidne etui, to... się nie zastanawiajcie :) No chyba że macie za dużo pieniędzy i wolicie wydać te kilka stów na nowy wyświetlacz lub (tu wstawić cenę) za nowego smartfona. Ja byłem wyjątkowo przezorny i zabezpieczony, więc pod Plewiskami nie zostawiłem fona w miliardzie kawałków :) Szkło bohatersko oddało życie, sprzęt przeżył. Uff.

PS. Druga z trzecią fotą nie mają między sobą związku przyczynowo-skutkowego :)

PS 2. Dystans zawiera jeszcze drogę do i z pracy.




  • DST 53.20km
  • Czas 01:45
  • VAVG 30.40km/h
  • VMAX 51.40km/h
  • Temperatura 19.0°C
  • Podjazdy 290m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

O (nie moje) burze...

Czwartek, 3 maja 2018 · dodano: 03.05.2018 | Komentarze 10

...których finalnie nie było, mimo zapowiedzi (przynajmniej w dzień). I bardzo dobrze :)

Był za to nocny i wczesnoporanny deszcz, który stawiał pod lekkim znakiem zapytania, czym (bo przecież nie czy) pokręcę. Finalnie postanowiłem jednak przeboleć lekki uwalenie szosy i postanowiłem osiodłać Trek(s)a, czego zdecydowanie nie żałowałem, bo na trasie nawet wyszło słońce, choć i momentami zdarzały się jakieś pojedyncze krople z nieba.

A wiatr... no cóż, chyba dziś znowu (lubię te wyjątki) udało mi się oszukać gnoja w ten sposób, że nie zwracałem uwagi na jego pseudo zmiany kierunku i postanowiłem jechać ot tak, po prostu, nie myśląc na zaś, że i tak podczas nawrotu mnie uwali. O dziwo się opłaciło i miałem go wyjątkowo 50/50, a nie jak zwykle 80/20. I nawet jazda przez calutkie miasto (z Dębca przez Górczyn, Grunwald, Jeżyce do Suchego Lasu) i z grubsza podobnie z powrotem, wyszła dzięki wolnemu dniu całkiem ok, choć nie idealnie.

Trasa od Suchego przez Złotniki i Sobotę do Rokietnicy to prawie poezja przy zerowym ruchu, można było lecieć jak rakieta :)

Potem już pod podmuch i w syfie, nawet na tych niesyfiastych ścieżkach, jak ta przy Koszalińskiej..

...ale i tak było fajnie, choć pod koniec musiałem zawitać na myjce. A, i zaliczyłem wszystkie możliwe, czyli dwa, zamknięte przejazdy kolejowe (zawarte na filmiku z Relive).

Poznań między ósmą a dziewiątą rano niemal pusty... Czy nie może być tak codziennie?

Wiem, nie może :/ W zamian mam jutro normalny, pracujący dzionek.

 No i znów bym zapomniał podsumować poprzedni miesiąc, więc niniejszym nadrabiam. Kwieceń był pogodowo kapryśny i wietrzny, więc kręciłem sporo crossem, ale i oczywiście szosą. Wyszło z tego 1650 km ze średnią 28,7 km/h. Jak na zimowiosnolatojesień - ujdzie :)




  • DST 63.40km
  • Czas 02:11
  • VAVG 29.04km/h
  • VMAX 51.00km/h
  • Temperatura 12.0°C
  • Podjazdy 200m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Wstęp bron

Środa, 2 maja 2018 · dodano: 02.05.2018 | Komentarze 5

No proszę. Pod koniec kwietnia było mi zdecydowanie za gorąco, natomiast maj rozpocząłem od kursu w długim kolarskim rękawku. Zdecydowanie optuję za tą dzisiejszą bramką, szkoda tylko, że rano wzbogacono ją o upierdliwy wmordewind, taki średniej mocy, ale skutecznie przejmujący i zniechęcający do ciśnięcia.

No to... nie cisnąłem. Spokojnie ruszyłem sobie na wschód, z domu przez Lasek Dębiński, Starołękę, Krzesiny, Żerniki, Koninko, Głuszynę, Babki... I już, już miałem zamiar jechać dalej trasą "muninkową", gdy nagle przypomniałem sobie o pewnym miejscu, które niedawno przyuważyłem z boku leśnej drogi na Daszewice. Wykonałem więc szybką nawrotkę i... znów miałem pod wiatr. O tym nie pomyślałem :)

Jednak dzięki tamu - a także ewidentnie wolnemu dniu dla pracowników - udało mi się na spokojnie wjechać na teren takiego czegoś:

Dziwny widok jak na Wielkopolskę? No dziwny :) Tym bardziej, że na temat zakładu górniczego "Daszewice IV" w sieci informacji jest niewiele, by nie napisać, że w ogóle. Niby wydobywa się w nim kruszywo, ale czy można być pewnym? A może są tam prowadzone jakieś antypolskie eksperymenty totalnej opozycji, które wykryje w końcu kiedyś jakaś prawilna komisja? Kto wie? Ja tylko pytam :) Za wiele zwiedzić nie mogłem, choć trochę jednak przyuważyłem, bo mimo, że stało jak byk, iż nieupoważnionym wstęp wzbroniony (czyli puchatkowy WSTĘP BRON), to skąd mogłem wiedzieć, czy jestem upoważniony czy nie, jeśli nie było kogo zapytać? :)

Skoro już dojechałem, gdzie dojechałem, to pokręciłem dalej przed siebie, docierając do Borówca, następnie skręciłem znów na Koninko i wróciłem prawie swoimi śladami. Wyszło takie coś.

Po drodze zakwitłem sobie na dobre kilka kilosów za ciągnikiem, którego nie było jak wyprzedzić. To znaczy, jak się okazało, było, co udowodnił jeden matoł, który wykonał ten manewr, gdy traktor zatrzymał się, żeby przepuścić dwie dziewczyny na przejściu dla pieszych. Od tragedii zabrakło naprawdę niewiele, a mi po raz kolejny witki opadły, gdy pomyślałem, że tych Błędów Genetycznych, które powinny raz a dobrze skończyć na drzewie, zamiast ryzykować życie innych, jest w tym kraju zdecydowanie za dużo.

A po południu uzupełniłem jeszcze dystans o krótki, bo około dwunastokilometrowy wypad krajoznawczy crossem po Dębcu (wiem, to powinno być karane) oraz Lasku Dębińskim z kolegą Lapecem (relacja tu), wyprowadzając go na trasę prowadzącą do miejsca poznańskiego bytowania. Pozdro :)




  • DST 53.35km
  • Czas 01:46
  • VAVG 30.20km/h
  • VMAX 51.20km/h
  • Temperatura 17.0°C
  • Podjazdy 229m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Nie bez Błędu

Wtorek, 1 maja 2018 · dodano: 01.05.2018 | Komentarze 5


Dziś w miarę szybki wypad, znów na "kondominium", ale w wersji odwrotnej niż zazwyczaj, czyli zaczynając od Komornik i Szreniawy przez Stęszew, Łódź, Dymaczewo, Mosinę, Puszczykowo do Poznania. Oczywiście inspiracją był kierunek spokojniejszego już wiatru, choć jak zwykle teoria z praktyką niewiele miały wspólnego, gdyż ostatnie 15 kilosów jechałem z podmuchem bocznym, po tym, jak 35 kręciłem w większości z czołowym :)

Bardzo fajna pogoda - temperatura wyluzowała i rano nie przekraczała górnej części skali "mniej niż 20". Dp tego pochmurno, lecz bez deszczu, tak jak lubię.

Do pewnego momentu byłem nawet w stanie pochwalić rozsądne zachowanie kierowców, ale najpierw w Trzebawiu ukazała mi się przaśna polskość w wydaniu klasycznym...

...a za Łodzią prawie musiałem zjechać poza pobocze, gdy jakiś Błąd Genetyczny wyprzedził samochód jadący z naprzeciwka tak, że z kolei minął mnie o centymetry. Nie zdążyłem odnotować ani marki, ani blach, bo zajęty byłem intensywnym i kreatywnym zajęciem werbalizacji inwektywów wobec "kierowcy", w połączeniu z gestykulacją znaczącą z grubsza na całym świecie to samo :) A takim Błędom życzę, choć to mało szlachetne, spotkania z czymś twardym podczas jazdy (obowiązkowo) solo, żeby nie miał już szansy uszkodzić kogoś niewinnego na trasie.

Na DDR-ce w Łęczycy dziś dziadygi brak. W zamian: rodzinki, rowery carbo, emeryci, renciści, pięćsetplusy... Uciekłem skoro sił na główną. Za to Luboń nawet przejezdny, co świadczy o tym, że bez ludzi nawet się da nie nienawidzić tej wsi, eee... miasteczka :)

No to co, święto! :)




  • DST 61.10km
  • Czas 02:05
  • VAVG 29.33km/h
  • VMAX 54.00km/h
  • Temperatura 26.0°C
  • Podjazdy 240m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Wietrznie i towarzysko

Poniedziałek, 30 kwietnia 2018 · dodano: 30.04.2018 | Komentarze 11

Dzisiejszy dzionek był dzionkiem postawionym lekko na głowie. Miałem wolne, a zadeklarowałem się zrobić kilka nadgodzin po południu, miałem się wyspać, ale pies uważał inaczej i pobudka nastąpiła lekko po szóstej, pogoda niby była znakomita, ale wymęczyłem się nieziemsko, nie tylko przez dość wysoką temperaturę (rzyg), ale przede wszystkim przez... no przez co, no przez co? Ano przez wiatr. Gdzie tam wiatr - to były jakieś cholerne porąbane prądy powietrzne z piekła, a w sumie z nieba (bo to gorsze) rodem.

Zaraz się odezwą głosy, że przesadzam. A takiego wała! Dziś zapewniłem sobie świadka, a nawet świadków :) Do WLKP zawitał bowiem kolega ze Ślunska, czyli Marcin vel Lapec, który w Poznaniu i pod Poznaniem ma rodzinę. Jako że należy skutecznie zacieśniać BS-owe relacje, to udało się zgrać na póki co krótkie spotkanie, choć misja to była nie łatwa, gdyż wraz z kuzynem Piotrkiem startowali z zupełnie innej części świata, czyli ze Skórzewa. Wstępnie mieliśmy zgrać się podczas misji UĆ, czyli nawiedzeniu wielkopolskiej Łodzi, ale w praniu wyszło, że się nie uda. Jako że ja już wstępnie byłem nastawiony na tę miejscówkę, to poczyniłem honory samotnego gospodarza, wykonując wariację na temat "kondominium", czyli z Poznania przez Luboń, Puszczykowo, Mosinę, Dymaczewo, Łódź właśnie (tu fota)...

...Stęszew, gdzie zacząłem się zdzwaniać z chłopakami, próbując ustalić, gdzie są oni, a gdzie ja. Nie było to łatwe, ale urodzone zdolności namierzania, a w sumie ich brak, spowodowały, że udało się wybrać jako taki punkt wspólny, czyli urocze okolice Komornik, gdzie magazyn magazyny magazynami pogania :) Problem był tylko jeden: byłbym tam za wcześnie, więc pokręciłem się jeszcze po okolicy, a w sumie to wiatr pokręcił mną, i wpadło dziesięć kilosów więcej. A w końcu udało się zgrać i w pełnym słoneczku nastąpił upalny zapoznawczy kwadransik z sympatycznym duetem śląsko-wielkopolskim, który z racji okrojonego czasu nie trwał zbyt długo, ale konkretnie, choć jedynie przy izotonikach i bidonikach :) Panowie mieli jeszcze wyznaczony azymut na WPN, czy się udało - jeszcze nie wiem, ale się dowiem :) Grunt, że kolejny bajkstatowicz poznany live. No i świadek, który naocznie odczuł to, co przeżywam na serwisówkach w wietrzne dni (czyli prawie zawsze). Sorry, że Was na to naraziłem :)

A tu jeszcze jeden dowód wizualny, że kurna wiało :)

Hmmm, limcik zdjęciowy jeszcze jednak został. To co, tysiąc twarzy Kropki, specjalnie dla fanów? :)










  • DST 52.20km
  • Czas 01:44
  • VAVG 30.12km/h
  • VMAX 52.20km/h
  • Podjazdy 264m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

OK :)

Niedziela, 29 kwietnia 2018 · dodano: 29.04.2018 | Komentarze 3

Ładna pogoda się utrzymuje, znaczy się: mam pracujący weekend :) To takie oczywiste... Znów więc musiałem zebrać się dość wcześnie, a nawet wcześniej, bo póki co jesteśmy w trakcie misji uczenia psa ludzkich manier, czyli załatwiania się na dworze. Idzie opornie, wychodzi pół na pół, ale na tym etapie jeszcze można sobie pozwolić na - dosłownie - olanie tematu "jedynki" zafundowanej na podłogę o trzeciej w nocy, z "dwójką" jest już gorzej :) Nie zmienia to faktu, że już po siódmej trzeba być na nogach, czy niedziela, czy nie, żeby zdążyć z delikatną sugestią, że kibel to to zielone milusie na zewnątrz, a nie drewniane w pokoju :)

Wyruszenie o wczesnej porze w weekend ma tę zaletę, że da się przepchać przez co bardziej rowerowo uczęszczane części miasta bez kałacha w dłoni. A że wiało (znów niezbyt mocno) z północnego wschodu, to czekał na mnie caluuutki Poznań, łącznie trzynaście kilosów w jedną stronę, ale o dziwo całkiem przejezdnych. Nie ma co ukrywać, główna w tym zasługa tego, że ludzkość na szczęście wyemigrowała sobie do innych światów na długi weekend, ale również i ułatwień dla rowerzystów, które sprawnie powstają od jakiegoś czasu (i tu naprawdę bez ironii) ułatwiają życie. Oczywiście chodzi o słynną już Wartostradę, lecz ja mam też swojego skromnego pupilka, niech będzie, że to Dębcostrada (jakieś półtora kilometra), czyli ucywilizowana już w pełni droga techniczna Aquanetu, którą kiedyś uwieczniłem jako śmieszkowy poznański paradoks. Teraz jest godnie, choć można się przyczepić do jej styku z pozostałościami wynalazków poprzednich ekip - tu jeszcze trzeba trochę zrobić.

Po dotarciu do wspomnianej Wartostrady cieszyłem się pustką na niej (coś czuję, że przez najbliższy tydzień będzie o to ciężko), choć i zdarzył się kwiatek, o taki:

To ten, tego, drodzy rowerzyści: jak widać i u "naszych" bywa problem z rozumieniem pisma obrazkowego :/ I żeby nie było - waćpanna mnie nie widziała i nie zjechała z lewego pasa, żeby zrobić mi miejsce.

Następnie nawiedziłem - również ucywilizowaną - ulicę Gdyńską, która ma to do siebie, że drogowcy albo mieli niezwykłą fantazję, albo ktoś zafundował im nieodpowiednie dragi, dzięki czemu na całkiem fajnej drodze zdarzają się dylematy: ostro w lewo lub ostro w prawo, a finalnie i tak znajdziemy się, nie bójmy się tego powiedzieć, w dupie :)

Prawilny ja, gdy już wyłonił się z "opcji na prawo", zobaczył taki widok:

Można? Moszna :) Nie potępiam, ale że widoczny trathloniarz, czy jak tam się oni zwą. nie pozdrowił, bo zapewne przez nieznaczny ruch ręką straciłby cenne 0,000656273 nanosekundy, więc postanowiłem go gonić. Poddałem się na trzecim ddr-kowym ślimaku - niestety po raz kolejny w meczu infrastruktura kontra ja przegrałem do zera :) Mogłem jeszcze podgonić, ale Kolega Skupiony śmignął dalej prosto, ja natomiast skierowałem się ku celowi podróży, czyli na wschód: przez Koziegłowy, Kicin, Mielno i Wierzonkę do Karłowic, gdzie zawróciłem, zaliczając tamtejsze obowiązkowe hopki, do Kobylnicy, a stamtąd już ruchliwą trasą znów do Poznania.



Ostatni kawałek to znów Wartostrada, ale tym razem jej najnowszy odcinek, który już tu recenzowałem w lutym. Niedociągnięć było kilka, jedno nie zniknęło (dojazd do Drogi Dębińskiej), ale za to naprawiono dojazd do Dolnej Wildy (świeży asfalcik) oraz najważniejsze - oczyszczono klasyczny polski syf (porozbijane butelki) pod mostem Jadwigi i nawet zastąpiono go utwardzoną nawierzchnią, co prawda z kostki, ale lepsze to niż nic. Oficjalnie potwierdzam: jest lepiej.


Mimo miejskiej walki udało się utrzymać te trzy dychy średniej, czyli jest ok. Robi się lekko za gorąco, czyli nie ok. Póki co nie wieje za mocno, czyli ok. Z długiego (maks można było wyciągnąć dziewięć dni wolnego) weekendu mam wolne (i to nie do końca) tylko trzy dni, czyli nie ok. Ale generalnie - jest ok :)

Poszalałem dziś z fotami, ale skoro niewykorzystany limit nie przechodzi na kolejne okresy rozliczeniowe, to ma za swoje :)

tutaj Relive.