Info
Suma podjazdów to 809217 metrów.
Więcej o mnie.
Moje rowery
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2026, Wrzesień27 - 8
- 2026, Sierpień31 - 24
- 2026, Lipiec31 - 19
- 2026, Czerwiec31 - 60
- 2026, Maj31 - 74
- 2026, Kwiecień30 - 50
- 2026, Marzec31 - 65
- 2026, Luty28 - 51
- 2026, Styczeń31 - 72
- 2025, Grudzień31 - 80
- 2025, Listopad30 - 70
- 2025, Październik31 - 96
- 2025, Wrzesień30 - 125
- 2025, Sierpień31 - 144
- 2025, Lipiec31 - 188
- 2025, Czerwiec30 - 147
- 2025, Maj31 - 187
- 2025, Kwiecień30 - 156
- 2025, Marzec31 - 204
- 2025, Luty28 - 178
- 2025, Styczeń31 - 168
- 2024, Grudzień31 - 239
- 2024, Listopad30 - 201
- 2024, Październik31 - 208
- 2024, Wrzesień30 - 212
- 2024, Sierpień32 - 210
- 2024, Lipiec31 - 179
- 2024, Czerwiec30 - 197
- 2024, Maj31 - 268
- 2024, Kwiecień30 - 251
- 2024, Marzec31 - 232
- 2024, Luty29 - 222
- 2024, Styczeń31 - 254
- 2023, Grudzień31 - 297
- 2023, Listopad30 - 285
- 2023, Październik31 - 214
- 2023, Wrzesień30 - 267
- 2023, Sierpień31 - 251
- 2023, Lipiec32 - 229
- 2023, Czerwiec31 - 156
- 2023, Maj31 - 240
- 2023, Kwiecień30 - 289
- 2023, Marzec31 - 260
- 2023, Luty28 - 240
- 2023, Styczeń31 - 254
- 2022, Grudzień31 - 311
- 2022, Listopad30 - 265
- 2022, Październik31 - 233
- 2022, Wrzesień30 - 159
- 2022, Sierpień31 - 271
- 2022, Lipiec31 - 346
- 2022, Czerwiec30 - 326
- 2022, Maj31 - 321
- 2022, Kwiecień30 - 343
- 2022, Marzec31 - 375
- 2022, Luty28 - 350
- 2022, Styczeń31 - 387
- 2021, Grudzień31 - 391
- 2021, Listopad29 - 266
- 2021, Październik31 - 296
- 2021, Wrzesień30 - 274
- 2021, Sierpień31 - 368
- 2021, Lipiec30 - 349
- 2021, Czerwiec30 - 359
- 2021, Maj31 - 406
- 2021, Kwiecień30 - 457
- 2021, Marzec31 - 440
- 2021, Luty28 - 329
- 2021, Styczeń31 - 413
- 2020, Grudzień31 - 379
- 2020, Listopad30 - 439
- 2020, Październik31 - 442
- 2020, Wrzesień30 - 352
- 2020, Sierpień31 - 355
- 2020, Lipiec31 - 369
- 2020, Czerwiec31 - 473
- 2020, Maj32 - 459
- 2020, Kwiecień31 - 728
- 2020, Marzec32 - 515
- 2020, Luty29 - 303
- 2020, Styczeń31 - 392
- 2019, Grudzień32 - 391
- 2019, Listopad30 - 388
- 2019, Październik32 - 424
- 2019, Wrzesień30 - 324
- 2019, Sierpień31 - 348
- 2019, Lipiec31 - 383
- 2019, Czerwiec30 - 301
- 2019, Maj31 - 375
- 2019, Kwiecień30 - 411
- 2019, Marzec31 - 327
- 2019, Luty28 - 249
- 2019, Styczeń28 - 355
- 2018, Grudzień30 - 541
- 2018, Listopad30 - 452
- 2018, Październik31 - 498
- 2018, Wrzesień30 - 399
- 2018, Sierpień31 - 543
- 2018, Lipiec30 - 402
- 2018, Czerwiec30 - 291
- 2018, Maj31 - 309
- 2018, Kwiecień31 - 284
- 2018, Marzec30 - 277
- 2018, Luty28 - 238
- 2018, Styczeń31 - 257
- 2017, Grudzień27 - 185
- 2017, Listopad29 - 278
- 2017, Październik29 - 247
- 2017, Wrzesień30 - 356
- 2017, Sierpień31 - 299
- 2017, Lipiec31 - 408
- 2017, Czerwiec30 - 390
- 2017, Maj30 - 242
- 2017, Kwiecień30 - 263
- 2017, Marzec31 - 393
- 2017, Luty26 - 363
- 2017, Styczeń27 - 351
- 2016, Grudzień29 - 266
- 2016, Listopad30 - 327
- 2016, Październik27 - 234
- 2016, Wrzesień30 - 297
- 2016, Sierpień30 - 300
- 2016, Lipiec32 - 271
- 2016, Czerwiec29 - 406
- 2016, Maj32 - 236
- 2016, Kwiecień29 - 292
- 2016, Marzec29 - 299
- 2016, Luty25 - 167
- 2016, Styczeń19 - 184
- 2015, Grudzień27 - 170
- 2015, Listopad20 - 136
- 2015, Październik29 - 157
- 2015, Wrzesień30 - 197
- 2015, Sierpień31 - 94
- 2015, Lipiec31 - 196
- 2015, Czerwiec30 - 158
- 2015, Maj31 - 169
- 2015, Kwiecień27 - 222
- 2015, Marzec28 - 210
- 2015, Luty25 - 248
- 2015, Styczeń27 - 187
- 2014, Grudzień25 - 139
- 2014, Listopad26 - 123
- 2014, Październik26 - 75
- 2014, Wrzesień29 - 63
- 2014, Sierpień28 - 64
- 2014, Lipiec27 - 54
- 2014, Czerwiec29 - 82
- 2014, Maj28 - 76
- 2014, Kwiecień22 - 61
- 2014, Marzec21 - 25
- 2014, Luty20 - 40
- 2014, Styczeń15 - 37
- 2013, Grudzień21 - 28
- 2013, Listopad10 - 10
Góry
| Dystans całkowity: | 8752.68 km (w terenie 0.00 km; 0.00%) |
| Czas w ruchu: | 348:43 |
| Średnia prędkość: | 25.10 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 67.50 km/h |
| Suma podjazdów: | 93913 m |
| Liczba aktywności: | 166 |
| Średnio na aktywność: | 52.73 km i 2h 06m |
| Więcej statystyk | |
- DST 54.20km
- Czas 02:10
- VAVG 25.02km/h
- VMAX 61.50km/h
- Temperatura 13.0°C
- Podjazdy 897m
- Sprzęt Zimówka - góral (na emeryturze)
- Aktywność Jazda na rowerze
Bezgórnie
Sobota, 20 maja 2017 · dodano: 20.05.2017 | Komentarze 9
Prognozy pogody
sprzed dwóch dni: zapowiada się przepiękny, słoneczny i pogodny
weekend. Tylko korzystać i uważać na upały!
Prognoza pogody
usłyszana dziś w radio: zgodnie z zapowiedziami nad Polskę dotarły
chmury z przelotnymi opadami deszczu. Ponadto zrobiło się zimno.
To ten… :)
Na szczęście e
okolicach Jeleniej nie padało, ale w zamian zaraz po porannym wyruszeniu
zacząłem się zastanawiać czy nie wrócić i nie ubrać kolejnej
porcji ciuchów. Jednak stwierdziłem, że twardym trza być, nie
miętkim i z zamiaru zrezygnowałem. Za to postanowiłem zapodać
sobie dziś w końcu mini hardkora – w mojej głowie zakwitła
trasa całkiem konkretna jeśli chodzi o przewyższenia.
Niestety widoczność
była praktycznie zerowa. Gdyby nie to, że ciut ciężej mi się
kręciło to pod względem otoczenia czułbym się ja na nizinach.
Brak więc grubszej fotorelacji, poza tym nie było kiedy jej
wykonać, bo albo sapałem jadąc pod górę, albo trzymałem
panicznie kierownicę podczas zjazdów serpentynami (dzisiejszy Vmax
– 61,5 km/h, biorąc uwagę stan mojego roweru oznaczało to
turbulencje jak w tupolewie).
Najpierw skierowałem
się do jeleniogórskiego Sobieszowa.
Tam uwieczniłem
pięknie górujący nad Jelenią zamek Chojnik. Swego czasu, gdy
chodziłem tu do podstawówki wbiegaliśmy nań na WF-ie i jakoś nie
zastanawiało mnie, kto wpadł na tak abstrakcyjny pomysł, żeby
zbudować ten klocek tam, gdzie stoi do dziś :)
Od tego momentu
nastąpiła ośmiokilometrowa orka, czyli podjazd przez Jagniątków
do Michałowic. Tematu nie będę rozwijał, bo wstyd :) 
Za to na
górze czekałaby nagroda w postaci fajnego widoku, ale nie czekała,
bo po pierwsze ktoś skasował góry, a po drugie wyciął znaczną
ilość drzew.

Za osiem kilometrów
w górę otrzymałem tylko cztery w dół (ciekawostka), bo tyle było
do Piechowic. Potem, żeby mi nie było nudno, zacząłem kręcić
znów pod górę, do Szklarskiej Poręby Górnej. 
Tu też nie było
sprawiedliwości, bo wspinałem się przez ponad siedem, a zjeżdżałem
pięć :)
Końcówka to już
walka z wiatrem na osłoniętych przestrzeniach Trasy Czeskiej i
odcinka między Cieplicami a centrum. Generalnie wyjazd bez historii,
za to nie zmokłem, a i o dziwo nie zmarzłem, szczególnie podczas
jazdy pod dzisiejsze dwie solidne góry. A w sumie to nawet było mi
momentami ciut za ciepło, zupełnie nie mam pomysłu czemu :)
- DST 56.35km
- Czas 02:15
- VAVG 25.04km/h
- VMAX 51.00km/h
- Temperatura 24.0°C
- Podjazdy 501m
- Sprzęt Zimówka - góral (na emeryturze)
- Aktywność Jazda na rowerze
Proszę słonia
Piątek, 19 maja 2017 · dodano: 19.05.2017 | Komentarze 8
Co do tytułu - czy ktoś pamięta z dzieciństwa (lub już nie) tę właśnie książkę Ludwika Jerzego Kerna? Mi się dziś przypomniała na trasie :)
Wpis będzie tekstowo krótki, bo jest późno, a moje samozaparcie w tematyce dodawania relacji - w ramach możliwości tego samego dnia - powoli staje się sporym wyzwaniem. Trzeba jednak mieć jakieś zasady, żeby kiedyś móc je złamać :)
No to lecimy. Trasa: bez pomysłu, ale z zacięciem na południowy wschód, żeby w końcu choć zahaczyć o Rudawy. Czyli: Jelenia Góra - Łomnica - Karpniki - Krogulec - Bukowiec - Mysłakowice - Karpacz Dolny - Ściegny (mimo że już na całe życie to będą Ścięgny) - Kowary - Przełęcz Pod Średnicą - Gruszków - Strużnica - Karpniki - Łomnica - Jelenia. Wiatr: napisać, że solidny to nic nie napisać. Rządził i dzielił, ale niech ma - dziś, podobnie jak wczoraj, wybaczam. A tak poza tym to upał (24 stopnie, fuuuuj) i zbyt słonecznie, co skończyło się bólem głowy, gdyż grzanie bani plus silne powiewy kończą się u mnie zawsze w ten sposób. Mimo wszystko.... nie narzekam :)
Z ciekawostek wyjazdowych - na jakimś dwudziestym kilometrze zorientowałem się, iż powodem mojej wolnej jazdy jest nie tylko aura, ale i nie do końca napompowana dętka w nowej oponie (która dała radę). Lekiem na zło okazał się kompresor na stacji, niestety ten automatyczny, którego nie lubię, bo kiedyś tak mi napompował, że z gumy mogłem składać puzzle :)
Czas na fotki. Mamy rzepak:
Mamy rudawskie cycuchy:
Mamy karpnickie landszafty:
Mamy sudecką panoramcię:
Mamy Karpaczio we fragmencie:
Mamy też siódmy grzech - jak na moje dotyczy on zachowania elementarnych zasad interpunkcji :) Poza tym to, co zrobili w Kowarach z dziko i kliamtycznie kiedyś spływającego z gór strumyka, woła o pomstę do gdzieś tam:
Mamy widoczek na prawdziwy świat zza siodełka :):
I w końcu mamy widok na karkonoskiego słonia. Proszę słonia.
- DST 51.20km
- Czas 02:00
- VAVG 25.60km/h
- VMAX 53.00km/h
- Temperatura 23.0°C
- Podjazdy 366m
- Sprzęt Zimówka - góral (na emeryturze)
- Aktywność Jazda na rowerze
Pan(n)a niesmaczna
Czwartek, 18 maja 2017 · dodano: 18.05.2017 | Komentarze 7
W pewnym sensie
sobie to wykrakałem. Pisząc wczoraj o moich wątpliwościach w
tematyce wytrzymałości sprzętu, którym kręcę w Jeleniej Górze
i okolicach, czyli starym, prawie już dwudziestoletnim Authorem
Mystic, miałem na myśli całokształt jego pseudo-mtb-owego
jestestwa, z zardzewiałymi częściami i tym podobnymi. Nie
spodziewałem się jednak, że zostanę ofiarą… ale czego – za
chwilę.
Najpierw o planach.
Zatęskniło mi się za Rudawami Janowickimi, moimi ukochanymi
górkami w Sudetach. Trasa wyznaczona, wyjazd około dziewiątej
rano, w temperaturze prawie jak na moje odczuwanie upalnej. Wiatr,
którego miało nie być, oczywiście był, i to dość mocny, ale co
tam – w końcu wróciłem do macierzy, w niej można więcej :)
Spokojnie minąłem jeleniogórskie lotnisko...
...dokręciłem do Łomnicy i Wojanowa...
...w którym zacząłem wspinać się na górkę, by znów
znaleźć się w granicach Jeleniej. A w sumie najpierw znalazłem
się w rzepaku. Znów robię wyjątek w temacie żółtaczki, bo po
prostu było ładnie :)
Ładnie było
jeszcze kawałek, szczególnie, że mogłem się rozpędzić. Niestety
na końcu rozpędzenia była… Tu chwila pauzy na niesmaczny żart.
Osoby zbyt wrażliwe proszone są o nieczytanie :)
Przychodzi
informatyk na badania okresowe. Lekarz mówi:
- Wszystko ok, ale
na jutro proszę przynieść próbkę moczu, kału i spermy.
- To może przyniosę
po prostu majtki?
Tyle. Te majtki są
jak na moje idealnym odpowiednikiem polskich DDR-ek. Jest tam
wszystko. W Maciejowej przekonałem się o tym naocznie, gdyż gdzieś
pomiędzy jedną a drugą kostką znalazł się wielki kawałek
szkła. Znalazł się dokładnie w mojej oponie. Na szczęście
miałem zapasową dętkę, ale ile wytrzyma opona z dziurą –
pewien nie byłem.
Postanowiłem więc
zawrócić, Rudawy zostawiając jak niepyszny. Skierowałem się w kierunku domu, z obawą
obserwując tylne koło. Do centrum Jeleniej nic się nie wydarzyło,
postanowiłem pokręcić więc dalej, do Cieplic. Pany nie było, a
na liczniku w kilometrażu 30+. Stwierdziłem, że ryzykuję do
końca, kierując się na Perłę Zachodu. I tam dotarłem w całości,
ba, nawet więcej – przez Siedlęcin oraz Jeżów udało mi się wrócić do domu.
Dokładnie na styk, bo obiecałem, że w południe się pojawię.
Byłem nawet ze dwie sekundy przed :) A Jelonkę na mapie ukrzyżowałem.

Zdjęć nie ma za
dużo, bo jakoś przez tę nieszczęsną oponę nie miałem nastroju.
Po południu zresztą, przed już nierowerowym wypadem do Karpacza,
nabyłem nową, zobaczymy jak się sprawdzi. Za to miałem przy sobie
kamerkę i coś czuję, że z Perły powstanie kiedyś filmik.
Pytanie tylko – za sto lat czy za pięćset? Bo wcześniej nie
znajdę na to zapewne czasu.
Cud, że te pięć dych dziś wykręciłem.
- DST 55.50km
- Czas 02:13
- VAVG 25.04km/h
- VMAX 52.00km/h
- Temperatura -2.0°C
- Podjazdy 771m
- Sprzęt Zimówka - góral (na emeryturze)
- Aktywność Jazda na rowerze
Miś(ja) Karpacz
Niedziela, 1 stycznia 2017 · dodano: 01.01.2017 | Komentarze 18
Wstawanie po sylwestrze nigdy nie jest sprawą łatwą. Bo oranżada i sok jabłkowy powodują mocniejszy sen. Tak, trzymajmy się tej wersji :)
Ruszyłem na pierwszy rowerowy kurs w tym roku ekstremalnie późno, bo w okolicach południa. A najchętniej zrobiłbym to jeszcze o kilka godzin później. Nie to, że oranżada była za słodka, ale... było zimno :) Motywacja do ruszenia w górach w minusowej temperaturze jakoś dziwnie spada, ale zmotywowałem się świadomością, iż tam, gdzie miałem zamiar się wybrać będzie mi już ciepło. Celem bowiem było to, co wczoraj z powodów niezależnych ode mnie musiałem odpuścić, czyli Karpacz Górny.
Ruszyłem jedną, jedyną fajną... Nie, nie fajną - genialną - ddr-ką w Jeleniej, zaczynającą się na Sudeckiej, a ciągnącą się do Mysłakowic.
Niestety (! - bo rzadko to piszę w temacie polskich ścieżek) skończyła się i trzeba było kręcić wśród samochodów, choć przyznać trzeba, że nie było dziś ich dużo. Do tego nie wiało mocno, lecz o dziwo im szybciej chciałem jechać tym bardziej wiatr się wzmagał. Gdy zwalniałem - on też. Gnój jeden :)
Od dwunastego kilometra zaczęła się wspinaczka, opisywana już tu co najmniej raz, więc nie będę się powtarzał. Cóż, osiem kilosów minęło jak z bicza trzasnął. Sorry, trzaskał. I trzaskał, trzaskał, trzaskał, trzaskał, trzaskał...

...z jedną przerwą od trzaskania. Bo jak to, być w górach i nie mieć zdjęcia z misiem? :)
W końcu, po ośmiu kilosach dotarłem do szczytu. Tak, zdecydowanie lubię ten moment :)
Minąłem miliony turystów zdążających do i wracających ze świątyni Wang, a następnie rozpocząłem zjazd... Przy okazji - gdyby ktoś mi kilka lat temu, gdy zimy były jeszcze zimami, powiedział, że będę miał okazję wjechać do Karpacza po suchej szosie - wyśmiałbym. Lub zaproponował badanie alkomatem. Teraz wydaje się to normą... Całkiem fajną.
Pierwotnie po zjeździe do granic Sosnówki miałem zamiar kontynuować jazdę klasyczną trasą. Ale na jednym ze skrzyżowań postanowiłem zmienić plan i pokręcić na Borowice, a następnie do Podgórzyna. Wstyd się przyznać, ale jechałem tędy premierowo, przynajmniej na tym odcinku. Ciekawie jest to, że jedzie się kilka razy w górę, mimo że można było tylko w dół, ale w sumie wychodzi o wiele bardziej w dół :)
Kilometrów brakowało, więc skręciłem na Sobieszów, potem Piechowice i Trasą Czeską do Jeleniej. Tak wyliczyłem, że wyszło mi finalnie o ponad pięć kaemów więcej. Jakby ktoś szukał osoby do precyzyjnego planowania trasy to polecam się... żeby popytać naokoło :)
Cieszy mnie rozpoczęcie roku na małym hardkorze. Tym bardziej, że od jutra zapowiadają opady, więc mała szansa na jakiekolwiek kręcenie.
Rowerowego 2017 Wam życzę raz jeszcze, załączając sylwestrowy motyw z jeleniogórskiego rynku. Ach, ta oranżada :P
- DST 56.50km
- Czas 02:10
- VAVG 26.08km/h
- VMAX 53.90km/h
- Temperatura 0.0°C
- Podjazdy 522m
- Sprzęt Zimówka - góral (na emeryturze)
- Aktywność Jazda na rowerze
Niestrawne Karpaczio
Sobota, 31 grudnia 2016 · dodano: 31.12.2016 | Komentarze 8
Generalnie na ostatni wyjazd w tym roku zaplanowałem trochę inną trasę niż finalnie wyszła, ale o powodach owej zmiany będzie później. Fajnie, że w ogóle znalazło się choć trochę czasu na pokręcenie, bo mimo wolnego dziś przy okazji wyszło kilka pilnych spraw do zrobienia.
Wczesnym rankiem było mega zimno (okolice minus sześciu), więc wyruszyłem dopiero po jedenastej, gdy termometr wskazywał upalne minus jeden. Ustąpiły mgły, co zachęcało do zatrzymywania się i robienia zdjęć, jednak ja postanowiłem olać system i cyknąć tylko kilka. Inaczej nie miałbym czasu jeździć :)
Najpierw skierowałem się z Jeleniej Góry do Łomnicy i Karpnik, przed którymi na szybko i z rąsi udokumentowałem powód, dla którego Rudawy są najfajniejszymi górkami w Sudetach :)
Kawałek dalej, między Krogulcem a Bukowcem postanowiłem jednak udowodnić, że nie jestem górkowym rasistą i postanowiłem dać szansę Karkonoszom, do których zbliżałem się z każdym stąpnięciem na pedały.
Kowary najpierw objechałem obwodnicą, dopiero przed wjazdem na przełęcz skręciłem do samego centrum. Żal patrzeć na tę miejscowość, jakby zatrzymanej jeszcze w latach osiemdziesiątych, upstrzonej jedynie co jakiś czas Biedronkami i innymi insektami... Szkoda, bo położenie ma ona genialne, ale komuna zrobiła swoje, łącznie z "ukominowaniem" ofiary...
Pokręciłem sobie dalej w kierunku Karpacza, z każdym kilometrem widząc, że zbliżam się znów do cywilizacji. Nagle wyładniały drogi, samochody zrobiły się jakieś takie wypasione, a i wzniesienia rosły w oczach.
Właśnie w Karpaczu miałem zamiar powspinać się w kierunku chmur i nawet zacząłem, ale... się nie dało. Czemu? Ano temu:
Zakopianka to przy tym była czteropasmowa, pusta autostrada. Pewnie gdybym zszedł z roweru dotarłbym jakoś gdziekolwiek dalej, ale w tym przypadku nie było szans. Sobie mogę przyznać medal za to, że w ogóle spróbowałem. Jednak poddałem się i zawróciłem, jadąc w dół wcale nie szybciej niż w górę. Na szczęście tylko do pewnego momentu.
Chcąc nie chcąc musiałem znaleźć alternatywę na dokręcenie do pięciu dych. Minąłem Miłków i dom na głowie (dwie dychy od lepka za wejście. Trzeba chyba upaść na łeb, żeby skorzystać)...
...i wybrałem drogę do Sosnówki, stamtąd do Podgórzyna, Zachełmia, jeleniogórskiego Sobieszowa i przez Cieplice do centrum. Na skrzyżowaniu w Cieplicach zauważyłem ze zdziwieniem śluzę rowerową. Chwilę po tym, jak zapaliło się zielone i ruszył z niej samochód :) Ech, w Jeleniej takie wynalazki... Przeca tu dopiero niedawno zdjęto rower z indeksu sprzętów zakazanych...
O dziwo nie ma "średniowej" tragedii jak na mtb. Potrzeba mi było widocznie tego górskiego motywu... A na trasie sporo kolarzy, w tym zadziwiająca spora reprezentacja płci ładniejszej, na szosach. Brawo!
Tym samym zakończyłem miesiąc grudzień wynikiem lekko ponad 1417 km. Przyzwoicie jak na zimę. Gorzej ze średnią (27,2), ale ją mam w tym okresie gdzieś, tym bardziej, że był to miesiąc głównie crossowo-wietrzny, z akcentem górskim i szosowym. Rok podsumuję przy innej okazji, bo czasu teraz brak. Życzę wszystkim udanego rowerowo 2017 i do poczytania za rok :)
- DST 52.00km
- Czas 02:04
- VAVG 25.16km/h
- VMAX 51.00km/h
- Temperatura -1.0°C
- Podjazdy 624m
- Sprzęt Zimówka - góral (na emeryturze)
- Aktywność Jazda na rowerze
Kroto-chwile
Piątek, 30 grudnia 2016 · dodano: 30.12.2016 | Komentarze 7
Jako że kierunek wiatru (słabego!) był dziś z grubsza tożsamy z wczorajszym to i ja wybrałem zbieżny kurs. Ruszyłem po dziesiątej, przy solidnie świecącym słoneczku, ale wciąż przy temperaturze poniżej zera. Właściwie to miałem wrażenie, że miałem do czynienia z inwersją, bo czym byłem wyżej tym było mi cieplej. A może to efekt kilku "potliwych" podjazdów? Nieeee, na moje inwersja :)
Trasę wybierałem na żywca (mimo że na trzeźwo). Najpierw ruszyłem do jeleniogórskiej Maciejowej, z której skręciłem ostro w górę w okolice Jasiowej Doliny, a następnie w dół do Wojanowa. Potem ponownie kierunek Rudawy i rzeka Bóbr. 
Doprowadziła mnie ona najpierw do Bobrowa (co za zaskoczenie), a potem do odkrycia, że boczna droga po prawej stronie nie tylko jest w o wiele lepszym stanie niż główna, ale też, że została przedłużona aż do samej końcówki Trzcińska, dzięki czemu oszczędziłem koła, jak i poprzez powstrzymanie w ostatniej chwili prawej dolnej kończyny przed naturalną reakcją, pysk kundla, który zaczaił się na mnie pod koniec objazdu :)
Przełęcz Karpnicką pokonałem... no pokonałem. Na dole postanowiłem zaliczyć dziś jeszcze jedną - o nazwie pod Średnicą, która jest skromną wersją autentycznej rzezi (jakby co - letni filmik zawierający jej opis umieściłem kiedyś TU). Dość powiedzieć, że widzieć Sokolik prawie na wysokości swojego pyska, a także uśmiechać się w górach do siebie przy znaku ostrzegającym przed ostrym podjazdem to.. coś co kocham :)


Zjeżdżało się minimalnie szybciej niż wjeżdżało. Dziwne :) Dotarłem do Kowar, w których byłem całkiem niedawno za pomocą... książki. A konkretnie kryminału Wojciecha Chmielarza - "Farma lalek". Miejscowość nosi w niej nazwę Krotowice, ale nikt nie oszuka chłopaka wychowanego w tych rejonach. Czyli - nieskromnie - mnie :)
Czekał mnie już tylko powrót i konieczność nadrobienia masakrycznej średniej, oscylującej poniżej granicy przyzwoitości. Zatrzymałem się więc jeszcze tylko raz przed Ścięgnami, żeby wykonać "rowera na górowisku"...
...i pocisnąć zatłoczoną trasą Karpacz - Jelenia. Dzięki niej zresztą dobiłem z wywieszonym ozorem do najniższego (poza wyjątkami) progu przyzwoitości.
PS. - dla Morsa. Czemu nie ma Ściegien, a od zawsze Ścięgny bez "ś"... nie wie chyba nikt :)
- DST 52.10km
- Czas 02:02
- VAVG 25.62km/h
- VMAX 51.50km/h
- Temperatura -1.0°C
- Podjazdy 610m
- Sprzęt Zimówka - góral (na emeryturze)
- Aktywność Jazda na rowerze
Mountain back! :)
Czwartek, 29 grudnia 2016 · dodano: 29.12.2016 | Komentarze 19
Przez dobre pół roku nie miałem okazji pojawić się w ukochanych Sudetach, możliwość pojawiła się dopiero w teoretycznie najgorszym dla dwóch kółek okresie, czyli kalendarzowej zimie. Dobre i to, a jak się okazuje póki co nie taka ta zima zła, huhu ha, huhu ha :)
Wystartowałem późno, bo przed jedenastą, gdy zelżał już największy mróz i temperatura zbliżała się do okolic zera. Było całkiem słonecznie, ale jak to w grudniu - słońce wzwszło strasznie blade i zamiast wzmacniać walory wizualne tylko je psuło. Na początek musiałem wydostać się z centrum Jeleniej Góry, co od czasu otwarcia tu kolejnej świątyni polskości, czyli brzydkiej do wyrzygania galerii o nazwie Nowy Rynek jest drogowym koszmarem, tak samo jak poruszanie jeleniogórskimi drogami "dla" rowerów na Zabobrzu. Choć nie powiem, na odcinku w Maciejowej dzięki "falom Dunaju" na wzburzonym kostkowym szlaku na pewno poprawiłem sobie ilość zaliczonych wzniesień :)
Po pokonaniu pierwszego solidnego wzniesienia w Radomierzu i przekonaniu się ponownie, że Polak i samochód to połączenie niebezpieczne jak członek ISIS po wykładzie jakiegoś muzułamańskiego imbecyla, zatrzymałem się na chwilę i zacząłem koić nerwy.

Gdy już ukoiłem zjechałem sobie zgrabnymi ruchami kaczki (nie tej!!) starając się przyspieszyć, ale moje zombie zdecydowanie nie nadaje się do takich akcji z powodu braku odpowiednich przełożeń, do Janowic. Gdzie kojenia nastąpił ciąg dalszy, tym razem poprzez wjazd do lasu, a nawet tutejszego strumyczka.
Następnie Trzcińsko i Przełęcz Karpnicka, z przerwą na podziwianie Sokolika znad zamarzniętego stawu. Przy okazji o mało co bym nie utopił roweru, ale jak się okazało refleks mam cały czas na przyzwoitym poziomie.
Karpniki, Krogulec, Bukowiec i Mysłakowice przejechałem znanym i utartym szlakiem. Z którego ciężko się było wydostać, bo droga na Karpacz była niczym Zakopianka, a kultura kierowców porównywalna. Po kilku minutach oczekiwania na możliwość wyjechania z podporządkowanej po prostu zacząłem się wpychać, dzięki czemu utorowałem drogę sznurowi aut za sobą.
Końcówka to lekka modyfikacja standardu - dokręciłem do Miłkowa, stamtąd skręt na Sosnówkę i podjazd do Staniszowa, gdzie landszafty robiłem z już tylko z rąsi. 


W Jeleniej pojawiłem się uchachany powrotem w góry jak łysy na widok sera. W sumie nie wiem czemu akurat sera, ale podzielam akurat ten kulinarny kierunek :)
- DST 53.40km
- Czas 02:03
- VAVG 26.05km/h
- VMAX 63.80km/h
- Temperatura 20.0°C
- Podjazdy 552m
- Sprzęt Zimówka - góral (na emeryturze)
- Aktywność Jazda na rowerze
Szklarska, czyli urlopo finito :(
Niedziela, 14 sierpnia 2016 · dodano: 14.08.2016 | Komentarze 23
Ostatni dzień
pobytu w górach wyjątkowo został wcześniej przeze mnie
zaplanowany i skupiał się na relaksacyjnej trasie w kierunku
Szklarskiej Poręby. Oczywiście słowo „relaks” ma tu swoją
granicę tolerancji, ale w porównaniu z innymi przerabianymi przeze
mnie ścieżynkami tu mogłem zafundować swoim dolnym kończynom
ciut mniejszy wysiłek.
Wyruszyłem o 7:30.
Przypominam – wakacje, niedziela. Tak, mam z głową :) Ale inaczej
się nie dało, bo powrót wstępnie wymyślony został na dość
wczesną godzinę. Mimo wszystko nie żałuję, bo pusta Jelenia
Góra, bez korków przy nowo otwartej gówno-galerii w miejscu
dawnego dworca PKS (czy ta cholerna moda przerabiania wszystkiego
użytecznego na mentalny plastik nigdy się nie skończy?) to widok
rzadko spotykany, szczególnie latem.
Minąłem Cieplice i
tak jak wczoraj skierowałem się z nich ulicą Lubańską na Trasę
Czeską. Góry zaczynały już być delikatnie widoczne zza porannych
mgieł, co dawało szansę na dobrą widoczność podczas dalszego
pedałowania. Się nie zawiodłem.
Po minięciu
Piechowic zaczęła się kilkukilometrowa wspinaczka wzdłuż rzeki.
Jest ona o tyle monotonna, jak sympatyczna, więc postanowiłem
zostać biznesmenem i oficjalnie ogłaszam, że tanio sprzedam
poniższą fotkę jakiemuś zbieraczowi gmin, na przykład z okolic
Suwałk lub Ustrzyk Górnych :)
A sama Szklarska?
Niech mnie ukamienują wielbiciele Karpacza, ale dla mnie jest ona
miejscem o wiele bardziej przyjaznym, mniej komercyjnym, a przede
wszystkim dobrze mi się kojarzącym i sentymentalnym. No bo w końcu
to Trollandia :)

Jak zwykle urzekł
mnie Skwer Jana Pawła II. Jest jeszcze jakieś miasteczko w naszym
pięknym kraju, które nie nazwało choć jednej szkoły, drzewa lub
szaletu miejskiego imieniem JP2, pod pretekstem, że kiedyś obok
przechodził, przejeżdżał lub może po prostu spojrzał z góry
akurat w to miejsce lecąc samolotem na trasie Watykan –
Miejscowość X? Bo tego nigdy wykluczyć nie można, przecież
niezbadane są wyroki… bla bla bla :)
Dokręciłem sobie
spokojnie do dworca PKP, gdzie zobaczyłem skład Kolei Dolnośląskich
opisanych jako Złoty Pociąg. Cóż, jak się nie ma pomysłu na
dobry marketing to się kończy żałośnie i śmiesznie :)
Jeszcze chwila na
dwa widoczki na samej górze...

...i frrruuuuu… Prawie dosłownie, bo przy
zjeździe ze Szklarskiej Górnej z prędkością maksymalną w
okolicach 64 km/h tym moim rozpadającym się trupem miałem
wrażenie, że zaraz każda z jego części poleci w innym kierunku,
a ja sprawdzę organoleptycznie czy moja facjata ładnie komponuje
się z czernią asfaltu, a wnętrzności z ostrą zielenią letniej
przyrody. Na szczęście doleciałem na dół w jednym kawałku, a
nawet musiałem hamować za zbyt ostrożnie jak na moje jadącym
przede mną autobusem.
Końcówka
dzisiejszej jazdy to przedarcie się przez Piechowice, jeleniogórski
Sobieszów oraz kawałek naokoło – Zachełmie, Podgórzyn i
Cieplice. 
Tym samym zamykam etap: Sierpniowy Urlop 2016, jak
najbardziej z niego zadowolony, szczególnie pod względem
zaliczonych miejscówek – Gdynia, Władysławowo, Hel, Karpacz,
Szklarska Poręba – tylu mało popularnych miejsc jak w tym
sezonie nie zaliczyłem chyba jeszcze nigdy podczas jednego miesiąca
:)
- DST 54.50km
- Czas 02:09
- VAVG 25.35km/h
- VMAX 50.60km/h
- Temperatura 20.0°C
- Podjazdy 783m
- Sprzęt Zimówka - góral (na emeryturze)
- Aktywność Jazda na rowerze
Relax - don't do it :)
Sobota, 13 sierpnia 2016 · dodano: 13.08.2016 | Komentarze 10
W założeniu miałem dziś zrobić sobie jakiś górski lajcik, a w praktyce wyszło jak zawsze :) Finalnie zafundowałem mym nogom całkiem rozsądne przewyższenie jak na banalny kilometraż 50+, ale dzięki podeszczowej pogodzie, jaka zalęgła się w Sudetach, kręciło mi się naprawdę sympatycznie, choć jak to tu bywa - z prędkością półtora pluja.
Wyruszając nie miałem konkretnego planu, więc skierowałem się na Cieplice, skąd rzuciło mnie na Trasę Czeską, którą dotarłem do Piechowic.
Ominąłem je obwodnicą, gdzie postanowiłem zawrócić. Zjeżdżając przypomniałem sobie, że istnieje taka miejscowość jak Michałowice i... już wspinałem się do niej pierwszymi tego dnia serpentynkami oraz mijając mój ukochany mikrotunel.

Samej wspinaczki nie chce mi się szczegółowo opisywać. Bo po co zaśmiecać internety kolejnymi słowami uważanymi za...? :) Ważne, że dotarłem, a jak dotarłem to mogłem się zatrzymać na chwilę i podziwiać genialność "Michalków".

A zjazd? Hmmm. Jak zwykle tak malowniczy, że ani mi się nie śniło zatrzymywać. Dlatego w celach propagandowych przypominam kolejny filmik, w którym jest całość gnoju od wjazdu w Piechowicach przez Michałowice aż do zjazdu przez Jagniątków do Jeleniej. W której jeśli chodzi o wypomniany w nim kawałek krateru nic się nie zmieniło, a mało brakowało, że gdyby nie ostre hamowanie to jeszcze bym do teraz leciał w dół po kontakcie z którąś muldą.
Świadomy stop nastąpił tylko raz (niełatwo było się zmusić), żeby wykonać zdjęcie konkursowe, oczywiście bez nagród, na którym należy znaleźć Zamek Chojnik. 
Zadanie łatwe czy nie, piszę o nim tylko dlatego, że wczoraj w owym przybytku byłem i zapodaję zbliżenie oraz widok z góry. W szkole podstawowej, położonej u stóp trasy na Chojnik, wlatywaliśmy tam co któryś tam WF :)

Po wyjechaniu z JG obrałem azymut na Zachełmie, gdzie wbrew zdrowemu rozsądkowi zacząłem wspinać się na jego górę. Znów serpentynki, znów ostry kąt...
...który postanowiłem ukazać na fotce. Legenda - aparat ustawiony był w poziomie, cała reszta niespecjalnie :)
Teren jest bardzo zalesiony, więc do wyboru miejsc do selfie mojego trupa nie miałem specjalnego pola manewru.
W końcu się udało! Widok tablicy "Zachełmie" z czerwonym przekreśleniem uradował me serce wielce :) Tym bardziej, ze końcówka to morderczy test dla psychiki.

Zjazd jak zjazd :)
GENIALNY :)
Znów brakuje zdjęć, bo nie chciałem sobie psuć zabawy, a że filmik jeszcze nie powstał (i pewnie nie powstanie, bom ostatnio leń straszny) to trzeba ulecieć ze mną na skrzydłach wyobraźni :)
Przesieka minięta, Podgórzyn też. Na trasie jeszcze mała pauza przy Stawach Podgórzyńskich...
...i znów przez Cieplice do domu. Szczęśliwy, uchachany, zmęczony. Tak, zdecydowanie przekonałem się, że żyję. A i Endo dziś o dziwo nie zawiodło, więc mapka jest w całości.
- DST 53.50km
- Czas 02:05
- VAVG 25.68km/h
- VMAX 52.70km/h
- Temperatura 18.0°C
- Podjazdy 740m
- Sprzęt Zimówka - góral (na emeryturze)
- Aktywność Jazda na rowerze
Karpaczio z trolla :)
Piątek, 12 sierpnia 2016 · dodano: 12.08.2016 | Komentarze 11
Planu na dzisiejszy dzień nie było. Po prostu mając w głowie te wyliczone mi z pewną dozą tolerancji dwie godziny na pedałowanie ruszyłem kilka minut po dziewiątej przed siebie, by po chwili postanowić: Karpacz! I to nie jak to ja mam w zwyczaju, zahaczyć o jakiś jego kawałek, tylko cały full wypas, od dołu do góry. Jak szaleć to szaleć :)
Najpierw zaliczyłem rodzynek wśród większości masakrycznych ścieżek w JG, czyli kawałek asfaltową drogą dla rowerów do granicy Łomnicy i Mysłakowic. Jest to jedno z niewielu wynalazków rodem z PL, a do tego wybudowane już sporo lat temu, które wywołuje na mym pysku uśmiech radości, a nie grymas zniesmaczenia.
W samych Mysłakowicach postanowiłem zrobić zdjęciowe epitafium dla ś.p. trasy kolejowej z Jeleniej Góry do Karpacza, której odżałować nie mogę nie tylko ja. No bo kto by nie chciał raz na jakiś czas pyknąć się pociągiem pięknie odrestaurowaną drewnianą stacją z takim widoczkiem?
Granicą rzezi było rondo w Miłkowie, za którym wybierając kierunek piekielny należało się liczyć tylko z jednym - masakrą podjazdową, do tego mającą około 7-8 kilometrów. Super :)
Karpacz Dolny zdobyć jest dość łatwo, problem zaczyna się potem. Moim założeniem było nie zatrzymać się ani razu na trasie, ale cóż... na drodze do tego stanęli mi harleyowcy, którzy akurat o tej porze postanowili wyłonić się ze swojego zlotu. Przyznać trzeba, że zrobili to sprawnie, gdyż jeden z nich stanął na wjeździe do ronda, poczekał aż przejedzie kilkudziesięciu jego ziomali, by na końcu ruszyć samemu, ale ładnie dziękując za tolerancję i odczekanie.

Potem... no cóż. Opisywać mi się nie chce, tym bardziej, że jest późno. Było godnie, męcząco, ostro pod górę.... Oto zdjęcia robione na szybko, łącznie z gratisową reklamą hotelu-monstrum, czyli Gołębiewskiego, który niestety już na dobre wkleił się w krajiobraz Karpacza.


Były też widoczki najpiękniejsze z pięknych... pobudzające wyobraźnie... ale dopiero na mecie :) Perła Zachodu :)
Finalnie mogłem obejrzeć się do tyłu i pokazać górom, co o nich myślę...
...uwielbiam :)
Zjazd do Sosnówki to jedno wielkie Miodzio! Jednak wolę w dół niż w górę :) Choć przyznać trzeba, że jakość drogi tam się sypie z roku na rok - pod sam koniec musiałem niebepiecznie zjeżdżać na przeciwny pas, żeby nie utonąć w jakiejś asfaltowej dziurze...
Końcówka to już znany banał - do Podgórzyna, potem Zachełmie, jeleniogórski Sobieszów, Cieplice i do domu.
W samej Jelonce zawitałem do rowerowego na Poznańskiej (piękna nazwa ulicy, hje hje), gdzie nabyłem nową parę - no zgadnijcie czego? - oczywiście pedałów. Moja seria uszkodzonych elementów tego typu w roku 2016 trwa nadal, ale i tym razem udało się zagadać i praktycznie za free zamontowano mi je na miejscu, za co serdeczne dzięki :)
Sorry za miałki wpis, ale obowiązki wobec znajomych zobowiązują i trzeba było je spełnić podczas wyjazdu. W związku z tym na rozwijanie się i jakiekolwiek rozsądne zdania nie mam siły. Więc dla przypomnienia cała trasa nakręcona przeze mnie dobrych kilka lat temu, gdy raczkowałem z kamerką na łbie :)
Natomiast mapka poniżej pomija objazd zbiornika w Sosnówce, gdyż Endomondo wyłączyło mi się jak zwykle wtedy, gdy mu się zachciało :)






