WieTRZna zmarzlina
Wtorek, 20 listopada 2018
· Komentarze(15)
Znów najpierw
poszukam plusów, jak nie ja :) Po pierwsze – w nocy nie padało,
dzięki czemu przy temperaturze bliskiej zera wcześnie rano nie
trzeba się było obawiać o szklankę na drogach. Po drugie – w
dzień również nie padało, dzięki czemu można było pojeździć.
To by było na tyle, a reszta stałaby się milczeniem, gdybym nie prowadził bloga :) Mus to mus, więc nie obejdzie się bez kilku słodkich słów na temat wiatru, który wiał dziś tak średnio około 25-30 km/h, do tego zmiennie, co w połączeniu z tym, co na termometrze, dawało, hmmm, nie za wysoki komfort jazdy. I w sumie tytuł zawiera wszystko, co chciałbym przekazać :) Finalny wynik, mimo że tragiczny, i tak kosztował mnie sporo męczarni, więc najprzyjemniejszym momentem tego wypadu był… jego koniec.
Trasa to klasyczne w tę i z powrotem: Poznań – Luboń – Łęczyca – Puszczykowo – Mosina – Rogalinek – Rogalin – Świątniki i nawrotka zaraz za nimi, przy budzie z grochówą. Tutaj Relive.
Miło chociaż, że drogowcy informują na bieżąco, jakie są warunki :)

W Puszczykowie taka oto sytuacja – jak widać suche drogi to jedno, a rozważna jazda po nich – zupełnie coś innego.


Tu kolejny rower do osobistej kolekcji… Choć raczej akurat na tym bym sobie nie pojeździł, przez te koszyczki… :)

Natomiast tu człowiek (z jakimś tam stopniem niepełnosprawności), który – zima nie zima – kursuje na tym swoim trójkołowcu między Luboniem a Poznaniem regularnie. Często go pozdrawiam, on – jeśli zdąży zareagować – mnie również. Brawa dla tego pana – to się nazywa pasja. Nie trzeba być pro, jeździć na sprzęcie za gruby hajs, ani wylewać siódme poty w rywalizacji o najwyższe miejsce w maratonach, żeby codziennie coś wygrywać.

To by było na tyle, a reszta stałaby się milczeniem, gdybym nie prowadził bloga :) Mus to mus, więc nie obejdzie się bez kilku słodkich słów na temat wiatru, który wiał dziś tak średnio około 25-30 km/h, do tego zmiennie, co w połączeniu z tym, co na termometrze, dawało, hmmm, nie za wysoki komfort jazdy. I w sumie tytuł zawiera wszystko, co chciałbym przekazać :) Finalny wynik, mimo że tragiczny, i tak kosztował mnie sporo męczarni, więc najprzyjemniejszym momentem tego wypadu był… jego koniec.
Trasa to klasyczne w tę i z powrotem: Poznań – Luboń – Łęczyca – Puszczykowo – Mosina – Rogalinek – Rogalin – Świątniki i nawrotka zaraz za nimi, przy budzie z grochówą. Tutaj Relive.
Miło chociaż, że drogowcy informują na bieżąco, jakie są warunki :)

W Puszczykowie taka oto sytuacja – jak widać suche drogi to jedno, a rozważna jazda po nich – zupełnie coś innego.


Tu kolejny rower do osobistej kolekcji… Choć raczej akurat na tym bym sobie nie pojeździł, przez te koszyczki… :)

Natomiast tu człowiek (z jakimś tam stopniem niepełnosprawności), który – zima nie zima – kursuje na tym swoim trójkołowcu między Luboniem a Poznaniem regularnie. Często go pozdrawiam, on – jeśli zdąży zareagować – mnie również. Brawa dla tego pana – to się nazywa pasja. Nie trzeba być pro, jeździć na sprzęcie za gruby hajs, ani wylewać siódme poty w rywalizacji o najwyższe miejsce w maratonach, żeby codziennie coś wygrywać.



































