Jechać, nie skręcać

Poniedziałek, 24 sierpnia 2015 · Komentarze(0)
Chyba ostatni - mam szczerą nadzieję, bo ledwo powstrzymuję już odruchy wymiotne kręcąc wciąż z jednym azymutem - dzień z wiatrem wschodnim, oczywiście silnym. Obowiązkowo zaliczona Starołęka, gdzie jak się okazuje gdy ostatnio chwaliłem decyzję o wykonaniu remontu w tempie ekspresowym zdecydowanie przesadziłem z optymizmem, bo "fachowcy" co prawda może i szyny wymienili, ale uzupełnić i wyrównać przestrzeń między nimi już nie raczyli, więc tylko czekać na kolejną szprychę, która mi tam pójdzie. Potem już w ramach odpoczynku dla mojej pseudszosy trasa bez specjalnych wertepów, czyli odkryta niedawno asfaltowa poezja przez Daszewice do Borówca, a potem Gądek, gdzie zawróciłem. Cała ta droga przypomina mi ulicę Piotrkowską w Łodzi albo Półwiejską w Poznaniu - główna jest pięknie odrestaurowana i niemalże komfortowa, ale gdziekolwiek skręci się w bok - syf. Miałem bowiem chrapkę zabawić się dalej w odkrywcę i zachęciłem się kierunkowskazem na Mrowino - nic z tego, w pewnym momencie droga się kończy, a zaczyna leśna ścieżka, nie do przejechania na moich kółkach. Coś jak drzwi do lasu. Musiałem obejść się smakiem.

Pod domem zlał mnie zupełnie niespodziewanie lekki deszczyk. To ostatnio tak rzadko spotykane zjawisko pogodowe, że cieszyłem się jak niegdyś piłkarze upolowani gdzieś w Afryce na widok śniegu - gdy jeszcze ów w Polsce istniał, bo ostatnio z tym też krucho :)

Wy%centowanie

Niedziela, 23 sierpnia 2015 · Komentarze(10)
Wczoraj bezpośrednio po pracy wylądowałem na kawalerskim kumpla (przy okazji zaliczając jeszcze na jego inaugurację dwudziestominutową wyciskającą siódme poty rundkę ganiania między wrakami i starymi oponami, mającą na celu wymordowanie pozostałych laserową giwerą, a następnie grilla nad Wartą), który mimo wewnętrznych samoograniczeń skończył się dość późno. Rano po obudzeniu zdecydowanie nie powinienem się ruszać czymkolwiek poza dwoma nogami (a i to z pewną dozą niepewności), w zamian za to się nawet wyspałem.

Miałem jeszcze jednak jeszcze w perspektywie zaniedbaną (ojej) wizytę u Teściowej w celach obiadowo-obowiązkowych, trzeba się było więc spiąć. To, co miało wyparować wyparowało, mogłem więc lekko przed południem ruszyć w trasę. Mój męczący towarzysz ostatnich dni, czyli wschodni wiatr stawał się coraz silniejszy, więc łatwo nie było, ale mimo zmęczenia materiału o dziwo nie było też jakiejś tragedii. Trasa - przez Głuszynę i Tulce do Gowarzewa, tam nawrót i podczas powrotu lekka korekta, bo przez Krzesiny ze skokiem w bok do granicy Gądek.

Ciężki wyjazd. Niekoniecznie z powodów sportowych :)

Chrap

Sobota, 22 sierpnia 2015 · Komentarze(0)
Dziś musiałem wdrapać się na szczyty weekendowego absurdu i wstać o 6:30. Rano. Do pracy rodacy, cześć i chwała zawodowym bohaterom oraz takie tam pierdoły. Żeby zdążyć na 11-tą i zaliczyć pięć dyszek trzeba się było zmobilizować - nałóg to nałóg.

W półśnie pokręciłem przez jeszcze dość pustą Starołękę i Tulce do Krzyżownik, gdzie postanowiłem nie kombinować i zawrócić swoimi śladami. Na wszelki wypadek, żeby się nie zgubić gdybym się zdrzemnął podczas pedałowania. O dziwo, mimo wczesnej pory, towarzystwo kolarskie było już całkiem aktywne i co kilka minut w ramach budzika mogłem machnąć łapą z pozdrowieniami.

Jeśli w robocie nie zasnę to uznam to za skromne zwycięstwo silnej woli nad czynnikiem ludzkim.

Magicznie

Piątek, 21 sierpnia 2015 · Komentarze(2)
Kolejny dzień z kierunkiem: wschód. Wiatr dość mocny, ale póki temperatura nie masakruje to nie narzekam. Ot, jedzie się w jedną wolniej, w drugą szybciej. Cholera, sam się nie poznaję :) Trasa dzisiejsza: przez cały Poznań (m.in. Maltę) do Swarzędza, DK-92 do Kostrzyna, potem skręt na Siekierki, Tulce, Jaryszki i Krzesiny.

Jechałem powolutku i bez przygód. Chyba że za takowe uznać spotkanie obok Polibudy dwóch wróżek, jedną elfkę oraz maga. Szli sobie grzecznie pieszą częścią drogi pieszo-rowerowej. Dziwne? E tam. W Poznaniu już się przyzwyczailiśmy - najpierw Pyrkon, teraz Polcon. Momentami łatwiej tu o minięcie zbłąkanego hobbita niż klasycznego żula. Ma to swój koloryt :)

Wpis krótki, bo wenę to ja może miałem w tym wolnym dniu, ale zanim zasiadłem do wpisu to postanowiłem sobie zaktualizować Windowsa do dziesiątki. "Może to potrwać kilkanaście-kilkadziesiąt minut". Yhm... Bite trzy godziny, jak nie więcej. Ale chyba było warto, bo póki co jest całkiem ok.

Misja Szprycha

Czwartek, 20 sierpnia 2015 · Komentarze(4)
Kategoria Dożynki!!! :)
Dzisiaj cel był jeden - wymienić szprychę! Temat wcześniej ugadany telefonicznie, lekko po 10-tej miałem być w Mosinie, A że siedzieć w domu przed pracą nie zamierzałem to wcześniej, pomimo scentrowanego koła, pyknąłem sobie jeszcze spokojnym tempem drogą prostą i nieskomplikowaną do Rogalina, a nawet kawałeczek dalej, do Świątnik, tam zawróciłem i o określonej godzinie byłem w serwisie.

Tam.. kolejka. Ja - jak się dowiedziałem na trasie - musiałem być dziś w pracy wcześniej, bo na 12-tą. A przede mną parka, czyli koleś z dziewczyną, której ów "pan-fachowiec" wybierał rower. Z gadki wynikało, że ona będzie jeździć typowo rekreacyjnie,raz na jakiś czas, a chłopak miał chyba misję puszczenia jej w pierwszej dziesiątce TdF. Takie a takie siodło, wspornik kiery, pełna specyfikacja napędu, rodzaj łańcucha, o takich banałach jak dostosowanie opon do rodzaju nawierzchni nie wspominając. No cóż, mieli prawo, byli pierwsi, ale poczekałem sobie grzecznie w kolejce prawie pół godziny. Przynajmniej dostałem ciacho :) Sam serwis długo nie zajął, co nie zmieniło faktu, że wyruszyć z Mosiny mogłem dopiero przed 11-tą i czekała mnie ciężka misja dojechania do Poznania, dotarcia do domu, ogarnięcia się, przebrania i dotelepania się miejską komunikacją do pracy. O dziwo się udało - w godzinę! A że raz w życiu można zrobić za hipstera i przyjść do roboty nieogolony... Kiedyś trzeba.

Na koniec, hip hip hurra - zaczęły się moje ukochane DOŻYNKI!!! Zacznie się dokumentacja! Początek z Rogalinka:

WielBłąd

Środa, 19 sierpnia 2015 · Komentarze(5)
Zachciało mi się, kurde, objazdowej trasy. I mam za swoje. Postanowiłem w ramach w walki z nudą, czyli wciąż takim samym, wschodnim wiatrem, podjechać przez Puszczykowo, Rogalin i Mieczewo do granic Kórnika. I do tej pory wszystko było ok. Do momentu, gdy nie przyszło mi do łba, żeby skręcić w ramach ponownego rekonesansu na Skrzynki, a potem na Borówiec. Mój błąd. A nawet wielbłąd. Miałem nadzieję, że drogowcy ruszyli jakimś cudem ten fragment. Niestety, jest jak było. Ktokolwiek tamtędy jechał ten wie, że nie da się tego przeżycia zapomnieć. Na tych przeciwpancernych asfaltowych blokach poprzecinanych kilkoma Rowami Mariańskimi straciłem nie tylko czucie w dłoniach, komunikację między jednym zębem a drugim, ale też – po raz kolejny – szprychę. Tylną. Początkowo nawet w poprzejazdowym szoku tego nie zauważyłem, tak byłem zadowolony, że w końcu pojawił się zwykły, płaski asfalt. Jednak koło zaczęło się dość dziwnie kręcić i pozostało mi skłonić głowę w dół, przyznać się do swej głupoty i rozpocząć żałobę. Dokręciłem przez Szczytniki i Koninko do domu, fundując dziś sobie we wściekłości dyszkę ponad zamierzony codzienny standard.

Jutro może uda mi się podjechać do jakiegoś serwisu, ale znając życie od ręki w temacie pomogą mi tylko w Mosinie (szkoda, że wykurzył ich z Dębca tutejszy remont). A jak nie to pozostanie cross. Powoli też myślę o zakupie nowych kół, tylko że nie uśmiecha mi się ot tak wydawać dobrych kilku stów w wakacyjnym okresie... Się zobaczy.

Jeden jedyny plus z dzisiejszego dzionka – ku mojemu szczeremu i nieskrywanemu zdziwieniu zniknęło powalone drzewo ze ścieżki na Hetmańskiej! Zasługuje to nie na jeden, ale na dużą ilość wykrzykników (!!!!!!). Po zaledwie trzech dniach! Podejrzane... :)

Wiatrooptymistycznie

Wtorek, 18 sierpnia 2015 · Komentarze(2)
Sam się sobie dziwię, ale póki co mam jeszcze tolerancję dla wiatru. Co z tego, że zatrzymywało mnie w miejscu na odsłoniętych terenach, że momentami ledwo wyciskałem 26-27 km/h, że jakbym chciał jechać do tyłu to wystarczyłoby, że przestałbym pedałować? Ważne, że skończył się ten cholerny upał!

Wiało ze wschodu, w tym więc kierunku ruszyłem - przez Starołękę i Krzesiny do Tulec, stamtąd do Gowarzewa i Siekierek, gdzie zawróciłem tą samą trasą. Nie da się ukryć, gdy duło w plecy było ciut przyjemniej :) Nie udało się niestety wycisnąć trzech dych średniej, ale i tak sporo nadrobiłem względem pierwszej połowy.

Dżungla z wczorajszego wpisu ma się (jakby to było jakiekolwiek zaskoczenie) bardzo dobrze. Jako że na tej ścieżce rowerzystów zawsze jest dość sporo to zaobserwowałem dziś kilka technik pokonania tej przeszkody - od ryzykownego wślizgu przez zejście z roweru aż do wjechania na żywca, co kończyło się jak widziałem lekkimi zadrapaniami. Ja wybrałem wersję środkową, choć nie będę ukrywał - próbowałem zrobić nura, ale na szczęście zrezygnowałem w ostatniej chwili, bo z gałęzią w bebechach ciężko by było kontynuować zabawną przygodę zwaną życiem :)

Piekarnik - ostateczne rozwiązanie?

Poniedziałek, 17 sierpnia 2015 · Komentarze(3)
Chyba się doczekałem. Temperatura już dziś znacznie odpuściła i mam nadzieję, że niniejszym zakończona została smutna seria wpisów pod tytułem "piekarnik". W zamian za to na stałe zagościł umiarkowany i dość silny wiatr, ale z dwojga złego to właśnie jego mam zamiar traktować jako dobrego kumpla. Wrednego, ale jednak :) Po drodze jeszcze zlał mnie lekko deszczyk, ale było to bardziej przyjemne niż upierdliwe.

Trasa: Dębiec - Malta - Swarzędz - Paczkowo - Siekierki - Tulce - Jaryszki - Starołęka - Dębiec. Przed wiaduktem za Tulcami zatrzymał mnie sympatyczny starszy pan, który próbował dostać się samochodem do Nagradowic. Nazwa co prawda coś mi mówiła, ale nie obyło się bez smartfonowej pomocy. Przy okazji pan przypomniał mi naocznie, jak to kiedyś jeździło się z karteczką z rozpisanymi punktami na trasie - kurde, to były czasy. Ale jak my dawaliśmy radę? :) Udało się wspólnie znaleźć właściwy azymut, pan podziękował i przeprosił, że mnie zatrzymał gdy jechałem pod górkę, bo jak sam powiedział też często jeździ i wie co to znaczy, i się pożegnaliśmy.

Na końcu, jadąc drogą pieszo-rowerową na Hetmańskiej, zjeżdżając z górki omal bym nie wjechał pełnym impetem w takie oto coś:

Na szczęście udało mi się wyhamować. Ciekawe ilu rowerzystom nie uda się ta sztuka. A ja od teraz z ciekawości będę sprawdzał kiedy ten element Księgo Dżungli zniknie z drogi. Mam dziwne podejrzenie, że nie nastąpi to za szybko...

Dzień po Końcu Świata

Niedziela, 16 sierpnia 2015 · Komentarze(4)

Wczorajsza wieczorna burza (a właściwie Burza), spowodowała znaczne straty w dużej części Poznania (m.in. na Rynku i w ZOO) oraz - jak się przekonałem naocznie - również daleko od niego. Miałem nawet dylemat jaki rower wybrać na poranną przejażdżkę, bo co prawda już nie padało, ale zalegające błoto sugerowało użycie sprzętu ciężkiego, a nie szosy. Zdecydowałem się jednak finalnie na tę drugą.

Już na ścieżce w Łęczycy czekał na mnie taki oto pieszczoszek:

W ogóle cała DDR-ka wyglądała jakby stała się obiektem zabawy jakiegoś bachora-olbrzyma - do tego stopnia, że wracając tą samą trasą zwyczajnie odpuściłem sobie jazdę przez nią, ignorując zakaz jazdy rowerem po zwykłej drodze. Na ścieżkę, tym razem typowo kostkową wjechałem dopiero w Luboniu, bo nie chciałem być zawalidrogą dla podmiejskiego autobusu. Okazało się, że dobre uczynki czasem popłacają, bo kawałek dalej stał radiowóz i na 99,9% by mnie zatrzymali. A tak mogłem z z wrednym uśmiechem na pysku ich minąć :) Kawałek dalej ostrzegłem jeszcze kolarza jadącego z naprzeciwka - czy słyszał nie jestem pewien, ale raczej tak.

A cała trasa przez Mosinę, Rogalinek do Mieczewa obfitowała w slalomy między powalonymi krzakami i drzewami. Potem przeczytałem, że zamknięto park i pałac w Rogalinie, co po tym, co zobaczyłem obok nich nie jest dziwne. A i tak sytuacja już była w miarę opanowana przez straż pożarną, która to mijała mnie co chwilę (widziałem nawet wóz OSP z Pecnej, która geograficznie nijak mi pasowała do przejeżdżanych terenów).


Tak sobie przejechałem Dzień Po Końcu Świata, z mroczną muzyką w uszach. I w sumie... było fajnie. Podobno wieczorem znów czeka nas powtórka. Oby spokojniejsza...

Piekarnik #7 + odkryłem Mekkę!

Sobota, 15 sierpnia 2015 · Komentarze(2)
Podobno piekarnik jest na finiszu. Oby!!! Może znów nadejdą czasy, gdy będę mógł wyjść na rower nie mrożąc przez całą noc bidonu, a nad ranem do kawy nie dodając połowy zamrażalki... A na razie... wciąż ukrop.

Jak zwykle o dziewiątej rano można było jeszcze jako-tako żyć. Wiało wciąż mocno ze wschodu, musiałem więc znów zaliczyć kurs Starołęcką. I tu napiszę rzecz u mnie rzadko spotykaną - brawo dla służb planujących remonty. Wreszcie ktoś użył mózgu i postanowił, że zamknięcie i przebudowa tamtejszego przejazdu kolejowego nastąpi w weekend, i to jeszcze częściowo świąteczny, przez co objazdy są mało upierdliwe, a ta koszmarna ulica stała się nawet przejezdna. Panowie z ciężkim sprzętem zrobili z torowiska mały Wielki Kanion, którym nie podołają nawet emerytowane rowerowe "koszykarki", z moich obserwacji potrafiące przedrzeć się przez najgorsze zasieki. Tym razem pozostał spacerek tunelem, po którym nawet mnie korona z kasku nie spadła.

Dotarłem do Czapur, mając w perspektywie objechaną już miliardy razy trasę na Rogalin i... postanowiłem zaszaleć. Olałem pierwotny plan i skręciłem w kierunku Babek, spodziewając się przymusowego nawrotu, mając w pamięci, że w pewnym momencie zaczynał się będący "od zawsze" gnój związany z przebudową tamtych okolic - nie do przejechania nie tylko szosą, ale nawet crossem. A tu proszę - piękny asfalt. Yhm, ciekawe jak długo. Daszewice - ok (z małym wyjątkiem). Kamionki - poezja. O co chodzi? Doszła do tego dość specyficzna "reklama" OSP (?) i już wiedziałem, że odkryłem nową rowerową mekkę.

A co najważniejsze - ZERO, dosłowne ZERO ścieżek rowerowych. Za co w zamian? Genialny, wart powtarzania w całej Polsce patent, dla którego aż na chwilę wjechałem na kostkę:

Czyli ruch "dopuszczony", a nie "nakazany". Wszyscy szczęśliwi - ja jadąc asfaltem, chodnikowcy - bo są i podjazdy pod posesje, jest Poz-Bruk, czyli kwint esencja dotychczasowych ścieżkowych standardów. Chyba jedynym poszkodowanym jest milicja, bo niech mi tu spróbują dać mandat! Biedactwa... :)

W takich warunkach dotarłem do Borówca, potem w ramach eksploracji terenu znalazłem drogę alternatywną do pieszego wiaduktu nad S11 (tyle lat nieświadomości!), którą dokręciłem do Gądek. Trasę skończyłem w... lesie. Nie pytajcie. Lekko się pogubiłem :)

Uśmiechnięty i mega zadowolony z odkrycia nowych szlaków, do tego tak komfortowych, zawróciłem swoimi śladami. Wiatr co prawda jak zwykle nie chciał pomagać, ale dziś nawet to mi nie przeszkadzało. W obydwie strony mijałem znaczną ilość - też pewnie dopiero trasowo uświadomionych - rowerzystów, tak dużą, że w pewnym momencie musiałem puścić kierownicę i pozdrawiać dwoma rękoma.

Warto jednak raz na jakiś czas skręcić i "zaryzykować". Trasa wchodzi w kanon moich obowiązkowych. Za znalezienie idealnego asfaltu w okolicach Poznania można dać mi Nobla, a za podzielenie się mapką jakiś krzyż kawalerski :)