Info
Suma podjazdów to 813674 metrów.
Więcej o mnie.
Moje rowery
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2026, Październik31 - 16
- 2026, Wrzesień30 - 11
- 2026, Sierpień31 - 24
- 2026, Lipiec31 - 19
- 2026, Czerwiec31 - 60
- 2026, Maj31 - 74
- 2026, Kwiecień30 - 50
- 2026, Marzec31 - 65
- 2026, Luty28 - 51
- 2026, Styczeń31 - 72
- 2025, Grudzień31 - 80
- 2025, Listopad30 - 70
- 2025, Październik31 - 96
- 2025, Wrzesień30 - 125
- 2025, Sierpień31 - 144
- 2025, Lipiec31 - 188
- 2025, Czerwiec30 - 147
- 2025, Maj31 - 187
- 2025, Kwiecień30 - 156
- 2025, Marzec31 - 204
- 2025, Luty28 - 178
- 2025, Styczeń31 - 168
- 2024, Grudzień31 - 239
- 2024, Listopad30 - 201
- 2024, Październik31 - 208
- 2024, Wrzesień30 - 212
- 2024, Sierpień32 - 210
- 2024, Lipiec31 - 179
- 2024, Czerwiec30 - 197
- 2024, Maj31 - 268
- 2024, Kwiecień30 - 251
- 2024, Marzec31 - 232
- 2024, Luty29 - 222
- 2024, Styczeń31 - 254
- 2023, Grudzień31 - 297
- 2023, Listopad30 - 285
- 2023, Październik31 - 214
- 2023, Wrzesień30 - 267
- 2023, Sierpień31 - 251
- 2023, Lipiec32 - 229
- 2023, Czerwiec31 - 156
- 2023, Maj31 - 240
- 2023, Kwiecień30 - 289
- 2023, Marzec31 - 260
- 2023, Luty28 - 240
- 2023, Styczeń31 - 254
- 2022, Grudzień31 - 311
- 2022, Listopad30 - 265
- 2022, Październik31 - 233
- 2022, Wrzesień30 - 159
- 2022, Sierpień31 - 271
- 2022, Lipiec31 - 346
- 2022, Czerwiec30 - 326
- 2022, Maj31 - 321
- 2022, Kwiecień30 - 343
- 2022, Marzec31 - 375
- 2022, Luty28 - 350
- 2022, Styczeń31 - 387
- 2021, Grudzień31 - 391
- 2021, Listopad29 - 266
- 2021, Październik31 - 296
- 2021, Wrzesień30 - 274
- 2021, Sierpień31 - 368
- 2021, Lipiec30 - 349
- 2021, Czerwiec30 - 359
- 2021, Maj31 - 406
- 2021, Kwiecień30 - 457
- 2021, Marzec31 - 440
- 2021, Luty28 - 329
- 2021, Styczeń31 - 413
- 2020, Grudzień31 - 379
- 2020, Listopad30 - 439
- 2020, Październik31 - 442
- 2020, Wrzesień30 - 352
- 2020, Sierpień31 - 355
- 2020, Lipiec31 - 369
- 2020, Czerwiec31 - 473
- 2020, Maj32 - 459
- 2020, Kwiecień31 - 728
- 2020, Marzec32 - 515
- 2020, Luty29 - 303
- 2020, Styczeń31 - 392
- 2019, Grudzień32 - 391
- 2019, Listopad30 - 388
- 2019, Październik32 - 424
- 2019, Wrzesień30 - 324
- 2019, Sierpień31 - 348
- 2019, Lipiec31 - 383
- 2019, Czerwiec30 - 301
- 2019, Maj31 - 375
- 2019, Kwiecień30 - 411
- 2019, Marzec31 - 327
- 2019, Luty28 - 249
- 2019, Styczeń28 - 355
- 2018, Grudzień30 - 541
- 2018, Listopad30 - 452
- 2018, Październik31 - 498
- 2018, Wrzesień30 - 399
- 2018, Sierpień31 - 543
- 2018, Lipiec30 - 402
- 2018, Czerwiec30 - 291
- 2018, Maj31 - 309
- 2018, Kwiecień31 - 284
- 2018, Marzec30 - 277
- 2018, Luty28 - 238
- 2018, Styczeń31 - 257
- 2017, Grudzień27 - 185
- 2017, Listopad29 - 278
- 2017, Październik29 - 247
- 2017, Wrzesień30 - 356
- 2017, Sierpień31 - 299
- 2017, Lipiec31 - 408
- 2017, Czerwiec30 - 390
- 2017, Maj30 - 242
- 2017, Kwiecień30 - 263
- 2017, Marzec31 - 393
- 2017, Luty26 - 363
- 2017, Styczeń27 - 351
- 2016, Grudzień29 - 266
- 2016, Listopad30 - 327
- 2016, Październik27 - 234
- 2016, Wrzesień30 - 297
- 2016, Sierpień30 - 300
- 2016, Lipiec32 - 271
- 2016, Czerwiec29 - 406
- 2016, Maj32 - 236
- 2016, Kwiecień29 - 292
- 2016, Marzec29 - 299
- 2016, Luty25 - 167
- 2016, Styczeń19 - 184
- 2015, Grudzień27 - 170
- 2015, Listopad20 - 136
- 2015, Październik29 - 157
- 2015, Wrzesień30 - 197
- 2015, Sierpień31 - 94
- 2015, Lipiec31 - 196
- 2015, Czerwiec30 - 158
- 2015, Maj31 - 169
- 2015, Kwiecień27 - 222
- 2015, Marzec28 - 210
- 2015, Luty25 - 248
- 2015, Styczeń27 - 187
- 2014, Grudzień25 - 139
- 2014, Listopad26 - 123
- 2014, Październik26 - 75
- 2014, Wrzesień29 - 63
- 2014, Sierpień28 - 64
- 2014, Lipiec27 - 54
- 2014, Czerwiec29 - 82
- 2014, Maj28 - 76
- 2014, Kwiecień22 - 61
- 2014, Marzec21 - 25
- 2014, Luty20 - 40
- 2014, Styczeń15 - 37
- 2013, Grudzień21 - 28
- 2013, Listopad10 - 10
- DST 52.30km
- Czas 01:47
- VAVG 29.33km/h
- VMAX 52.70km/h
- Temperatura 20.0°C
- Podjazdy 143m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Starorzeźnicka
Poniedziałek, 9 maja 2016 · dodano: 09.05.2016 | Komentarze 3
Piękna pogoda się utrzymuje, a że zdarzył mi się choć jeden dzionek wolny to z rana uszczupliłem lekko swoje pożądanie snu i wyjechałem przed dziesiątą. "Wyjechałem" jest tu może lekkim nadużyciem, bo po wyjściu na dwór najpierw się zatrzymałem i próbowałem schować uszy pod kask, żeby dzięki większej aerodynamice ruszyć do przodu. Tak wiało. Do tego ze wschodu, co oznaczało upojny przejazd Starołęcką, o czym jeszcze będzie.
W jedną stronę jeszcze jakoś poszło i udało się wydostać poza miasto, gdzie było już wporzo, a mi w końcu udało się znaleźć całkiem fajną traskę na pięć dych - przez Głuszynę, Koninko, Gądki do Robakowa, tam zakręt na Borówiec i powrót przez Daszewice, Babki oraz Czapury. Kręciło się sympatycznie, bo w pewnym momencie nawet pojawił się na krótko powiew w plecy, więc nie marudziłem. Dojechałem do Poznania i...
i....
i.....
!!!!
Starołęcka. Cała misternie pleciona średnia poszła w p... w parę. O korkach na tej ulicy napisałem już co najmniej magisterkę, ale to, co widać na zdjęciu ciągnęło się aż do końca, czyli jakieś 1,5-2 kilometry. W pewnym momencie już nie dałem rady psychicznie i zjechałem na parkingo-chodnik po drugiej stronie (na tym odcinku nie ma DDR-ki) i nim pokręciłem dalej. Alternatywą było torowisko, ale nie odpowiadał mi kolor tłucznia :)
Wróciłem zmasakrowany.
- DST 51.55km
- Czas 01:45
- VAVG 29.46km/h
- VMAX 51.30km/h
- Temperatura 20.0°C
- Podjazdy 171m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Zaległości rzepakowe nadrobione
Niedziela, 8 maja 2016 · dodano: 08.05.2016 | Komentarze 5
Ja się chyba nigdy nie nauczę, żeby nie chwalić wiatru. Odbija mi się to potem czkawką. Wczoraj zrobiłem ten błąd, a oczywiście dziś wredny gnój poczuł się przez to na tyle pewnie, że nie tylko robił co chciał w tematyce kierunku, ale do tego nabrał mocy. Niniejszym oświadczam więc: nikt Cię nie lubi, jesteś beznadziejny, a do tego gruby i pewnie rudy. Może to pomoże na przyszłość? :)
Wykręciłem dziś przed robotą traskę we wschodnim kierunku, z Dębca przez Starołękę, Krzesiny, Gądki, Dachową, Krzyżowniki, Tulce, znów Krzesiny, znów Starołękę i znów Dębiec. Oprócz tego, że walczyłem i przegrywałem z podmuchami to podziwiałem wciąż niezłą pogodę, niebieskie niebo oraz rzepak. A właśnie, rzepak. Wszyscy robią jak co roku zdjęcie żółtaczki to ja nie zrobię? A co, stać mnie :)
Na odcinku Jaryszki - Gądki jechałem wspólnie z rowerzystą na dwudziestodziewięciocalowym (na oko) karbonowym Specu. Piękna maszyna, zresztą zachwalana przez kolegę, który całkiem dziarsko dotrzymywał mi na niej kroku. Z ciekawości przed chwilą spojrzałem na ceny tego typu modeli w necie i... cholera, totka, którego wczoraj nie wygrałem, musiałbym na takie cudo poświęcić. Cóż, musi na mnie jeszcze poczekać :)
- DST 55.70km
- Czas 01:51
- VAVG 30.11km/h
- VMAX 51.30km/h
- Temperatura 21.0°C
- Podjazdy 213m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Pogodogenius
Sobota, 7 maja 2016 · dodano: 07.05.2016 | Komentarze 6
To, jak genialna była dziś pogoda jest odwrotnie proporcjonalne do ilości mojego czasu. Cały weekend gniję w robocie, więc na delektowanie się ową genialnością mogę pozwolić sobie jedynie rankiem. Dobre i to.
Żeby ten wpis był wyjątkowy pochwalę nawet wiatr. Bo o dziwo wiał tak, jak miał, ze wschodu, czyli zgodnie w wyborem trasy nawet miałem go z boku (do Puszczykowa), potem w pysk (Rogalinek - Rogalin - Świątniki - Mieczewo), po nawrocie kawałek w plecy (!!!!), a od Mosiny znów z boku, ale tego bardziej wmordewindowego.
W Puszczykowie remont linii kolejowej trwa w najlepsze i w sumie należy jej się, ale aktualnie przejechanie szosówką po rozwalonym przejeździe to nie lada wyzwanie. Podobnie jak telepanie się widoczną na zdjęciu ścieżką, która może i wygląda niezgorzej, ale tylko póki na nią się nie wjedzie i nie dostanie w zęby kierownicą własnego roweru, żyjącą swoim życiem na wystających korzeniach. Za to jest ładnie :)
Kolarzy minąłem lekko licząc jakieś kilka tysięcy :) nooo, może ciut mniej, ale jedna grupka widziana w Rogalinku liczyła sobie naprawdę sporo luda. Jak zwykle też przed Mieczewem nastąpił wysyp pań grzybiarek, choć tym razem skumulowały się w nietypowym miejscu, bo przy przydrożnym barze z zachęcającym tytułem "grochówka, bigos, flaki". Co - jako że wyobraźnię mam niestety dość rozbudowaną - skutkuje tym, że jeśli komukolwiek w przyszłości z moich znajomych przyjdzie na myśl zatrzymać się tam na popas to zdecydowanie odradzę, a przynajmniej zalecę wyposażenie się w swoje własne sztućce i kubeczki. Czemu? Jak napisałem - mam zbyt bujną wyobraźnię. Fuj :)
Średnią miałem do pewnego momentu nawet całkiem przyzwoitą, ale niestety pod koniec trafiłem ponownie do Lubonia. Szybciej bym przezeń się przedarł z rowerem na plecach niż pod sobą. Ale za to mieszkańcy tej mieściny na pewno są zadowoleni, zakupy w galerii się udały, żarcie w Maku było przepyszne, a promocje w outlecie godne. Lubonianie (?) spełnili swój cotygodniowy obowiązek oraz rytuał.
Wracając do pierwszego akapitu - pogoda była dziś GENIALNA!

- DST 52.40km
- Czas 01:44
- VAVG 30.23km/h
- VMAX 51.30km/h
- Temperatura 19.0°C
- Podjazdy 91m
- Aktywność Jazda na rowerze
Klik :)
Piątek, 6 maja 2016 · dodano: 06.05.2016 | Komentarze 5
Pięknie się zrobiło i zacnie. Słonecznie, optymistycznie i w ogóle same ochy i achy. Tak mi się przynajmniej wydawało, póki nie wylądowałem w pierwszym z zaplanowanych dla mnie dziś przez opatrzność korku. Czyli kilometr od domu, na Dolnej Wildzie, gdzie z braku innych pomysłów na utrudnienia mi życia postanowiono zabrać się za remont mostu kolejowego. Następnie stałem sobie przy AWF-ie, przy Malcie, w Antoninku, w Swarzędzu, aż DK92 dotarłem do Paczkowa, gdzie zakręciłem na Siekierki i Tulce, odżywając w końcu, ciesząc pyszczek przejezdnymi już drogami.
Podczas powrotu przez Krzesiny i Starołęcką (koreczek, a jak) spotkałem przed Jaryszkami rowerzystów robiących sobie zdjęcia w... Rzepaku. Byli tak zaaferowani nurkowaniem w żółtaczce, że nawet mnie nie zauważyli. Proszę, jak niewiele ludziom potrzeba do szczęścia :)
I jeszcze temat zupełnie nierowerowy, za to również komunikacyjny. Mianowicie dziś gdy jechałem tramwajem do pracy trafiłem po raz kolejny na - jak się okazało - mistrzynię parkowania, która tak skutecznie zablokowała komunikację miejską, że do roboty szedłem na piechotę. A że jestem ostatnio cięty na takie sytuacje to......... KLIK :)
- DST 57.00km
- Czas 01:55
- VAVG 29.74km/h
- VMAX 47.00km/h
- Temperatura 13.0°C
- Podjazdy 163m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Miacho
Czwartek, 5 maja 2016 · dodano: 05.05.2016 | Komentarze 5
Poznańskim kierowcom po długim weekendzie znów się zachciało. Bardzo się zachciało. Być. Korek, który przywitał mnie zaraz po wyjeździe z domu towarzyszył mi przez calutkie miasto, od Dębca przez Górczyn, Jeżyce, Golęcin, a dopiero za nim lekko zluzował. Na kilku światłach bywało. że czekałem nawet dwukrotnie, dzięki czemu miałem czas na odpisywanie na wszystkie niecierpiące zwłoki smsy. Jeśli już patrzymy na brajt sajd of lajf ;)
Odżyłem na Koszalińskiej, jeszcze wolnej od DDR-ek, choć prace idą tam pełną parą i za jakiś czas nie będzie zmiłuj. Póki co korzystam. Przez Kiekrz i Starzyny dotarłem do Rokietnicy, skąd wybrałem kurs na nikomu nieznane i niejeżdżone Mrowino (ostatnio faktycznie zaniedbane przez niektórych kolarzy, pod mało racjonalnym wytłumaczeniem, że nie ma ich w WLKP). Tam skręt i powrót przez Baranowo, Przeźmierowo, Ogrody i Bułgarską do domu.
Gdyby nie kaźń, która na mnie czekała w mieście to mogło być nawet przyzwoicie. A tak - wyszło jak zawsze. Zrobiło się już cieplej, więc i komfort jazdy wzrósł, za to wiatr zachowywał się klasycznie, wiejąc najpierw w pysk, a potem w pysk. No i jeszcze na koniec zamknijmy klamrę. Zacząłem od puszek i na nich skończę. Jeżdżąc raz na jakiś czas odcinkiem Mrowino - Napachanie w 8 na 10 przypadków znajdzie się jakiś kretyn, dla którego manewr wyprzedzania polega z grubsza na tym: wciśnij pedał gazu, zamknij oczy i do przodu. Dziś nie było inaczej - między mną a samochodem imbecyla jadącego z naprzeciwka śmiało znalazłoby się miejsce na umieszczenie szpilki. Bardzo małej szpilki. I to maks. Husaria, ułańska fantazja, polska biało-czerwoni. Naród debili. Ale już chyba z raz o tym pisałem :)
- DST 31.30km
- Czas 01:09
- VAVG 27.22km/h
- VMAX 41.60km/h
- Temperatura 9.0°C
- Podjazdy 39m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
MżawkoDeszczoGlut
Środa, 4 maja 2016 · dodano: 04.05.2016 | Komentarze 0
Co tu dużo gadać - przez ostatnie dni było za pięknie, żeby tak miało zostać na dłużej. Zbyt wiele lat chodzę i jeżdżę po tym łez padole, żeby mieć złudzenia w tym względzie. No i dobrze, bo gdy rano przywitał mnie deszcz to nie doznałem szoku, tylko zrobiłem sobie kawę, usiadłem do kompa i czekałem czy przejdzie zanim będę musiał zbierać się do roboty. Taka buddyjska taktyka przyniosła skutek, bo w w końcu pojawiła się wyrwa w chmurach i mogłem, wciąż ze sporym ryzykiem zmoknięcia, osiodłać crossa i ruszyć na krótkiego gluta. Na więcej czasu nie było.
Dawno nie pisałem o silnym wietrze. Dziś też nie napiszę, żeby się nie denerwować :) Dodam tylko, że nawet zjazdy z górek wymagały pedałowania. Do tego brak opadów - jak to zwykle bywa - najpierw zamienił się w mżawkę, a ostatnie kilometry pokonywałem już stylem dowolnym, w regularnym deszczu oraz kałużach. Kierunek obrałem dostosowany do powiewów - na północny zachód przez Górczyn. Bułgarską i Bukowską do Wysogotowa, w którym miałem plan obadać niedawno zrobioną drogę przy ulicy Batorowskiej prowadzącą od ronda do Skórzewa. Nauczony doświadczeniem najpierw ją zlustrowałem jeszcze w domu na Google Maps pod kątem ewentualnego występowania DDR-ek (nie było, na szczęście) i nie widząc przeszkód wynalazłem tym samym nowy szlak. Do wykorzystania na przyszłość, póki nie zabiorą się za nią podpoznańscy monterzy przeszkód dla rowerzystów, zwanych potocznie ścieżkami.
Po powrocie do domu pralka powitała mnie radosnym otwarciem paszczy.
- DST 53.50km
- Czas 01:48
- VAVG 29.72km/h
- VMAX 53.80km/h
- Temperatura 20.0°C
- Podjazdy 145m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
T(ł)uczno i tłoczno
Wtorek, 3 maja 2016 · dodano: 03.05.2016 | Komentarze 0
Ostatni dzień długiego weekendu to też ostatnia okazja na porządną dawkę snu, z czego skrzętnie skorzystałem. Rodzinka rano ruszyła z Radzewic w drogę do domu, ja natomiast dość późno, bo po dziesiątej, zebrałem się w sobie i wykopałem samego siebie na rower. Pora jak się okazało była jedną z najgorszych możliwych, bo na podobny pomysł wpadli wszyscy - regularsi, sezonowcy, babcie, dziadkowie, wnusie, pozerzy, lanserzy, lidlowcy, pro i nie pro. W skrócie: wszyscy. A w tym wszystkim ja, próbujący przepchać się na północ Poznania, bo w teorii wiało z kierunku NE.
W okolicach Malty wszystko toto skumulowało się w takich ilościach, że moje i tak wyczulone radary zgłupiały. Pół biedy, gdyby ci nasi trzeciomajowi kolarze znali choć podstawowe zasady poruszania się na dwóch kółkach... A tu co na drugim pyszczku radość połączona z fascynacją, że coś co nie ma silnika też może się poruszać, że dokoła tyle powietrza, że nie trzeba otwierać szyby, żeby poczuć powiew wiatru... Spoko, spoko, wszystko fajnie, ale owa fascynacja wykluczała się z odpowiedzialnym zachowaniem... Nie zliczę ile razy musiałem hamować, bo jakiś delikwent nie raczył poinformować o skręcie w lewo/prawo, bo jak jest czerwone światło to należy tak stanąć czekając na zielone, żeby zablokować całą drogę, bo jedna paniusia z drugą muszą poplotkować jadąc całą szerokością DDR-ki oraz sporym kawałkiem części dla pieszych, a trzecia w najlepsze uskutecznia konwersację telefoniczną kręcąc niemal w miejscu, ręką wolną od trzymania komórki poprawiając sobie fryz narażony na zło, czyli dewastację od tego dzikiego pędu... Ech, może jednak te obowiązkowe karty rowerowe to nie jest taki najgorszy pomysł?
Zmasakrowany wyprułem z miasta niczym karp w grudniu z wanny do jeziora. W Kobylnicy zakręciłem w lewo, do drzew, przyrody i lasu. Czyli trasą: Wierzenica, Wierzonka, Karłowice a kawałek dalej, już na granicy Puszczy Zielonka, zawitałem do Tuczna. Albo lepiej jak w tytule - T(ł)uczna, bo jakość "asfaltu" (w przeciwieństwie do genialnego kawałka z idealną drogą przy samej Kobylnicy) jest tam taka, że jazda szosą powinna być zakazana ustawowo, chyba że z pisemną zgodą Miodka i Bralczyka na legalne używanie słów powszechnie uznawanych za wulgarne :) Tam też zawróciłem, mając w myślach optymizm, bo przecież teraz miałem mieć łatwiej, bo z wiatrem. I? Zgadnijcie co. Oczywiście, miałem centralnie pod wiatr. Tak z nim walcząc zastanawiałem się jak to jest - wczoraj świadomie wybrałem trasę, której druga połowa miała być z wmordewindem i była. Dziś wybrałem taką, żeby wmordwindu z powrotem nie było. I był. Gdzie jest Bóg, ja się pytam? :)
W domu zawitałem jako kłębek nerwów, bo znów przejechałem cały Poznań. A cały Poznań jechał przez cały Poznań. Na rowerach. Zazwyczaj bez użycia mózgów.
- DST 63.20km
- Czas 02:06
- VAVG 30.10km/h
- VMAX 51.00km/h
- Temperatura 14.0°C
- Podjazdy 161m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Kawo-ciacho + podsumowanie kwietnia
Poniedziałek, 2 maja 2016 · dodano: 02.05.2016 | Komentarze 2
Okazało się, że wczoraj zapodana przeze mnie dawka ruchu lekko zmasakrowała rodzinkę (ups), choć podobno ważenia mega pozytywne, dziś więc ostatni dzień przed wyjazdem postanowili spędzić na miejscu, delektując się przyrodą. Co oznaczało brak planów, a co z kolei oznaczało, że się mogłem wyspać. Od razu dementuję plotki, że wszystko było zaplanowane :)
Mimo wiatru z północy postanowiłem dostosować trasę do miejscówki, więc pokręciłem wbrew swoim zasadom, udając że nie wiem skąd wieje. Ruszyłem po dziesiątej, w głowie mając trasę zdeka inną niż zazwyczaj wersję przejazdu. Przez już bardziej ruchliwą niż wczoraj Starołęcką, Krzesiny i Jaryszki dotarłem do Gądek/Robakowa, potem w Dachowej zakręciłem na Kórnik. Tam... stanąłem w korkach. Czyli tam one się przemieściły z Poznania! Ha! Drogą jechać się nie dało, musiałem więc sprawdzić przyczepność nawierzchni płyt na rynku (przyzwoita) i znalazłem się pod zamkiem i arboretum. W sumie nie wiem po co, bo samochodów było tyle, że nawet zrezygnowałem z planowanej foty, zakręciłem się jedynie dokoła i ruszyłem w drogę powrotną.
Ta prowadziła znaną chyba wszystkim wielkopolskim rowerzystom przepiękną zieloną trasą Kórnik - Mosina, z zakrętem w Radzewicach. Tam szybka kawka i ciacho, przegląd zdjęć ptactwa, pożegnanie (bo ewakuacja zaplanowana jest na jutrzejszy poranek) i do domu. W Puszczykowie rowerowe pielgrzymki - nawet gdybym chciał jechać jakimiś DDR-kami (a nie ma co ukrywać, że nie chciałem) to bym się na nich nie zmieścił. Ojej :) Ostatni kawałek to ostra walka z wiatrzyskiem, który wzmagał się i wzmagał, znacznie obniżając odczuwalną temperaturę.
No i jeszcze zaległość w postaci podsumowania kwietnia. Niemal równe 1650 kilometrów, głównie szosą, ale i crossem, ze średnią 29,1 km/h. Może być. No i przede wszystkim pierwsze oficjalne dwie stówy stały się faktem :)
- DST 52.20km
- Czas 01:43
- VAVG 30.41km/h
- VMAX 50.40km/h
- Temperatura 12.0°C
- Podjazdy 90m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Rodzinnie muss sein :)
Niedziela, 1 maja 2016 · dodano: 01.05.2016 | Komentarze 4
Kolejny wolny dzień, który zacząłem pobudką przed siódmą rano. Ale tym razem nie narzekam, gdyż powód był wreszcie inny niż załatwianie miliarda zaległych spraw. Zgadaliśmy się mianowicie z moją rodzinką, że podjedziemy w okolice ich wielkopolskiego "agroturystycznienia się", zresztą poleconego przeze mnie. Wczoraj pracowałem, więc okazji nie było, dziś się udało.
Najpierw jednak kursik rowerem. Pogoda zrobiła się zacna - słonecznie, kilkanaście na plusie, wiatr już do zjedzenia. Do tego drogi genialnie puste, więc nawet Starołęcka, od której zacząłem przejazd nie gryzła. Zresztą cała trasa - do Krzesin, Tulec, Gowarzewa, Siekierek, Palędzia, zakrętu na Swarzędz, Antoninek i Poznań - przebiegła zadziwiająco bezkonfliktowo, a mimo że spory jej kawałek była "czystym" miastem to udało się w końcu wykręcić jakąś w miarę normalną średnią. Do cholery, czemu świąt nie ma codziennie? No czemu? :) Tylko czerwone światła działały jak zwykle, o czym miałem okazję porozmawiać z sympatycznym szosowcem zaopatrzonym w lemondkę oraz zamontowanym przy niej zestawie pitnym przy Garbarach.
Wróćmy do pierwszego akapitu. Jestem mile zaskoczony pozytywnym odbiorem południowej części Wielkopolski przez moją familię (zaciąg jeleniogórsko-łódzki, na razie czujki bardziej proprzyrodnicze), która co jednostka ma inne wymagania, a i turystycznych wypraw za sobą niemało. Tu bez szemrania zachwycili się Jeziorem Kociołek i "górskimi" etapami docierania doń, przyszłościowo zaakceptowali drezynę na Osową Górę, jak i same jej okolice, z fascynacją połykali muzealne truchła Muzeum Przyrodniczego w Grajzerówce (foto nr 3), a zachwyty Taty nad ilością ptactwa oraz zwierzyny do sfotografowania przy kawałku Warty oraz baigen w Radzewicach (czyli miejscówce noclegowej) powodowały, że rosło serce :)
Jutro pewnie w końcu się wyśpię. Mam przynajmniej taką nadzieję.



- DST 52.30km
- Czas 01:46
- VAVG 29.60km/h
- VMAX 51.10km/h
- Temperatura 15.0°C
- Podjazdy 214m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Dzień niewolny
Sobota, 30 kwietnia 2016 · dodano: 30.04.2016 | Komentarze 4
Długi weekend. Hm. U mnie odpada. Długów na szczęście póki co nie posiadam, weekendu jak na razie też nie, bo dziś gniję w robocie. Jutro na szczęście ustawowo wolne, więc uszczknę choć kawałeczek tego tortu.
Pogoda zrobiła się nawet... ładna. Choć wciąż wietrzna. Nieprzyzwyczajony, z niepokojem zerkałem na otoczenie w oczekiwaniu na choćby grad lub trzęsienie ziemi, ale nic takiego nie nastąpiło. No to kręciłem - przez Luboń, Puszczykowo, Mosinę, Rogalinek, Rogalin i Radzewice, w których miałem spotkać się z rodzinką, ale nie miałem czasu czekać aż wykaraskają się znad Warty, gdzie trwała akcja polowania na ptaki (oczywiście za pomocą aparatu), więc zawróciłem.
Rowerzystów - sporo. Korków w zadupiach typu Luboń - jeszcze więcej, do tego niedających się w żaden sposób objechać. Wiadomo - jutro CAŁY JEDEN DZIEŃ BEZ GALERII HANDLOWYCH, więc trzeba się zaopatrzyć jak na wojnę. Na trasie zdarzyła mi się też sytuacja wyjątkowa, gdyż przed mostem nad Wartą ciągnąłem za sobą jakiegoś dostawczaka, który ani myślał mnie wyprzedzić, tylko karnie dotrzymywał mi towarzystwa, mimo moich zachęt do przyspieszenia. A jak już to zrobił, przepisowo i kulturalnie, to zagadka się rozwiązała, bo zaraz za nim wyprzedził mnie radiowóz. Nie żebym widział w tym wszystkim jakikolwiek związek :)
Dziś do markowego licznika dołączył jako trup ten świeżo kupiony z Lidla - w pewnym momencie pojawiło się zero i prócz chwilowych czkawek utrzymywało się tak już do końca. Dżizas, jaki to jest szajs. Średnią wziąłem więc ze Stravy, korygując o standardowy błąd. Aktualnie mam więc na kierownicy dwa sprzęty - jeden pokazuje godzinę, a drugi temperaturę.






