Info
Suma podjazdów to 785004 metrów.
Więcej o mnie.
Moje rowery
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2026, Maj11 - 16
- 2026, Kwiecień30 - 50
- 2026, Marzec31 - 65
- 2026, Luty28 - 51
- 2026, Styczeń31 - 72
- 2025, Grudzień31 - 80
- 2025, Listopad30 - 70
- 2025, Październik31 - 96
- 2025, Wrzesień30 - 125
- 2025, Sierpień31 - 144
- 2025, Lipiec31 - 188
- 2025, Czerwiec30 - 147
- 2025, Maj31 - 187
- 2025, Kwiecień30 - 156
- 2025, Marzec31 - 204
- 2025, Luty28 - 178
- 2025, Styczeń31 - 168
- 2024, Grudzień31 - 239
- 2024, Listopad30 - 201
- 2024, Październik31 - 208
- 2024, Wrzesień30 - 212
- 2024, Sierpień32 - 210
- 2024, Lipiec31 - 179
- 2024, Czerwiec30 - 197
- 2024, Maj31 - 268
- 2024, Kwiecień30 - 251
- 2024, Marzec31 - 232
- 2024, Luty29 - 222
- 2024, Styczeń31 - 254
- 2023, Grudzień31 - 297
- 2023, Listopad30 - 285
- 2023, Październik31 - 214
- 2023, Wrzesień30 - 267
- 2023, Sierpień31 - 251
- 2023, Lipiec32 - 229
- 2023, Czerwiec31 - 156
- 2023, Maj31 - 240
- 2023, Kwiecień30 - 289
- 2023, Marzec31 - 260
- 2023, Luty28 - 240
- 2023, Styczeń31 - 254
- 2022, Grudzień31 - 311
- 2022, Listopad30 - 265
- 2022, Październik31 - 233
- 2022, Wrzesień30 - 159
- 2022, Sierpień31 - 271
- 2022, Lipiec31 - 346
- 2022, Czerwiec30 - 326
- 2022, Maj31 - 321
- 2022, Kwiecień30 - 343
- 2022, Marzec31 - 375
- 2022, Luty28 - 350
- 2022, Styczeń31 - 387
- 2021, Grudzień31 - 391
- 2021, Listopad29 - 266
- 2021, Październik31 - 296
- 2021, Wrzesień30 - 274
- 2021, Sierpień31 - 368
- 2021, Lipiec30 - 349
- 2021, Czerwiec30 - 359
- 2021, Maj31 - 406
- 2021, Kwiecień30 - 457
- 2021, Marzec31 - 440
- 2021, Luty28 - 329
- 2021, Styczeń31 - 413
- 2020, Grudzień31 - 379
- 2020, Listopad30 - 439
- 2020, Październik31 - 442
- 2020, Wrzesień30 - 352
- 2020, Sierpień31 - 355
- 2020, Lipiec31 - 369
- 2020, Czerwiec31 - 473
- 2020, Maj32 - 459
- 2020, Kwiecień31 - 728
- 2020, Marzec32 - 515
- 2020, Luty29 - 303
- 2020, Styczeń31 - 392
- 2019, Grudzień32 - 391
- 2019, Listopad30 - 388
- 2019, Październik32 - 424
- 2019, Wrzesień30 - 324
- 2019, Sierpień31 - 348
- 2019, Lipiec31 - 383
- 2019, Czerwiec30 - 301
- 2019, Maj31 - 375
- 2019, Kwiecień30 - 411
- 2019, Marzec31 - 327
- 2019, Luty28 - 249
- 2019, Styczeń28 - 355
- 2018, Grudzień30 - 541
- 2018, Listopad30 - 452
- 2018, Październik31 - 498
- 2018, Wrzesień30 - 399
- 2018, Sierpień31 - 543
- 2018, Lipiec30 - 402
- 2018, Czerwiec30 - 291
- 2018, Maj31 - 309
- 2018, Kwiecień31 - 284
- 2018, Marzec30 - 277
- 2018, Luty28 - 238
- 2018, Styczeń31 - 257
- 2017, Grudzień27 - 185
- 2017, Listopad29 - 278
- 2017, Październik29 - 247
- 2017, Wrzesień30 - 356
- 2017, Sierpień31 - 299
- 2017, Lipiec31 - 408
- 2017, Czerwiec30 - 390
- 2017, Maj30 - 242
- 2017, Kwiecień30 - 263
- 2017, Marzec31 - 393
- 2017, Luty26 - 363
- 2017, Styczeń27 - 351
- 2016, Grudzień29 - 266
- 2016, Listopad30 - 327
- 2016, Październik27 - 234
- 2016, Wrzesień30 - 297
- 2016, Sierpień30 - 300
- 2016, Lipiec32 - 271
- 2016, Czerwiec29 - 406
- 2016, Maj32 - 236
- 2016, Kwiecień29 - 292
- 2016, Marzec29 - 299
- 2016, Luty25 - 167
- 2016, Styczeń19 - 184
- 2015, Grudzień27 - 170
- 2015, Listopad20 - 136
- 2015, Październik29 - 157
- 2015, Wrzesień30 - 197
- 2015, Sierpień31 - 94
- 2015, Lipiec31 - 196
- 2015, Czerwiec30 - 158
- 2015, Maj31 - 169
- 2015, Kwiecień27 - 222
- 2015, Marzec28 - 210
- 2015, Luty25 - 248
- 2015, Styczeń27 - 187
- 2014, Grudzień25 - 139
- 2014, Listopad26 - 123
- 2014, Październik26 - 75
- 2014, Wrzesień29 - 63
- 2014, Sierpień28 - 64
- 2014, Lipiec27 - 54
- 2014, Czerwiec29 - 82
- 2014, Maj28 - 76
- 2014, Kwiecień22 - 61
- 2014, Marzec21 - 25
- 2014, Luty20 - 40
- 2014, Styczeń15 - 37
- 2013, Grudzień21 - 28
- 2013, Listopad10 - 10
- DST 55.20km
- Czas 01:59
- VAVG 27.83km/h
- VMAX 41.80km/h
- Temperatura 4.0°C
- Podjazdy 90m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Nie ma deszczu! Jest cross!
Wtorek, 13 października 2015 · dodano: 13.10.2015 | Komentarze 4
Wczoraj siedziałem w pracy praktycznie do północny, bo robota fachmanów od remontów sprzed miesiąca (trzy tygodnie odnawiania małej powierzchni) musiała zostać poprawiona. Tym razem roboli z Ukrainy zastąpiono robolami z Polski. Ze wsparciem roboli z Ukrainy. Takie mamy czasy. Jednak tym razem poszło sprawniej i chyba już koniec nadgodzin z tym związanych. Plusem było to, że dziś mogłem sobie zafundować wolne, co jak się okazało rowerowo wyszło zdecydowanie na plus.
Bo od rana mżyło i padało. Wyspałem się, ogarnąłem mieszkanie, wyjątkowo zjadłem też śniadanie i czekałem aż się wypogodzi. Co nie nastąpiło, ale przynajmniej przestało kapać z nieba. Po jedenastej zdecydowałem się na nasmarowanie dość dawno nie używanego crossa, założenie mało wyjściowych ciuchów i start. Wiatr był dziś ciut łagodniejszy, ale wciąż ze wschodu, więc chcąc nie chcąc ruszyłem na Starołękę, wyjątkowo pustą o tej godzinie (w drodze powrotnej już tak nie było). Potem skręt na Głuszynę, z niej przez Gądki i Robakowo do Krzyżownik, w których zawróciłem do Poznania przez Tulce.
I... do tego momentu jechało mi się wolno, ale całkiem przyjemnie. A właśnie w Tulcach, gdy chciałem skręcić za zjazdem od strony kościoła w kierunku Żernik, wymusił pierwszeństwo koleś w dostawczaku, który musiał wiedzieć, że jest na podporządkowanej (bo raz, że znaki, dwa że ewidentnie na niej czekał). chyba że aktualnie można być ślepym przy zatrudnianiu na kierowcę zawodowego, bo nie zauważył również mojej wyciągniętej wyraźnie ręki sugerującej zamiar manewru. Zresztą - jakby było inaczej to by znaczyło, że chce mi się wepchnąć przed koła gdy jechałem prosto. Ostro zahamowałem, a na moją gestykulację w stylu "o co kaman" (naprawdę, użyłem wszystkich palców, a nie jednego!) była jeszcze reakcja "coś" pokazująca i typowo polską pianę na ryju. Miałem jakby co świadków i chciałem kolesia dogonić (niestety nie zanotowałem nazwy firmy), ale że podczas nagłego stopu spadł mi łańcuch (bo wtedy byłem w trakcie zmiany przełożenia) to zdążył zwiać. Ja natomiast na środku drogi musiałem zejść z roweru, sprowadzić go na jakieś podwórze i za pomocą śrubokręta przywrócić sprzęt do użytkowania. Kolejny raz pod rząd mam dość. Ile razy można pisać o tępocie naszych kierowców, ich bezczelności oraz zupełnym ignorowaniu podstawowych zasad bezpieczeństwa? I to jeszcze przez ludzi, dla których te cholerne cztery kółka są podstawowym źródłem zarobku? Wierzcie mi, wolałbym chwalić, a nie tu się wyżywać. Ale jak?
Z pianą na pysku popedałowałem dalej (wcześniej "myjąc" ręce od smaru w mokrej trawie), humor poprawił mi się dopiero w Krzesinach. Tam to bowiem, gdzieś niedaleko szkoły, ukrytych za jakimś transformatorem kuliło się z zimna dwóch uczniów. Zgadnijcie co robili? Jedli chipsy! :) Za moich czasów chodziło się na fajkę, na piwo etc, a teraz... I jak ja mam pisać, że żyjemy w normalnym kraju? ;)
- DST 52.50km
- Czas 01:50
- VAVG 28.64km/h
- VMAX 51.40km/h
- Temperatura 2.0°C
- Podjazdy 185m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Sezon na puszkę rozpoczęty
Poniedziałek, 12 października 2015 · dodano: 12.10.2015 | Komentarze 0
Jeden stopień na plusie. Brak opadów. Co to oznacza w polskich warunkach? Całkowicie zakorkowane miasto. Jakiś tydzień temu przejeżdżałem przez Poznań i aż się dziwiłem, że jesień, a można przejechać w miarę płynnie. Dziś, przy tak "esktremalnych" warunkach głównie stałem, pochłaniając nosem upojną woń spalin oraz przeciskałem się pomiędzy jedną a drugą puszką. Po przejechaniu z Dębca do północnej granicy za Miłostowem byłem kompletnie wypruty, tak fizycznie jak i psychicznie. Sprawy nie ułatwiał oczywiście wiatr, który akurat faktycznie lekko mroził i miażdżył. Odżyłem delikatnie dopiero za Kobylnicą, wyluzowałem się natomiast po nawrocie, w Biskupicach. Droga powrotna była już przyjemniejsza, oczywiście do momentu gdy znów nie pojawiła się tablica z nazwą stolicy Wielkopolski.
Co by ci nasi biedni rodacy zrobili bez możliwości usadzenia czterech liter za kółkiem samochodu? Ile dziś posypałoby się urlopów na żądanie, elczwórwek i takich tam? Rowerzystów spotkałem dziś tylu, że spokojnie mógłbym ich policzyć na palcach obydwu dłoni, przy czym zaznaczam, że nie jestem mutantem i mam ich łącznie jedynie dziesięć :)
Przejechałem, wyjazd uznaję za zaliczony, psychika natomiast jeszcze nie doszła do siebie. I nie chodzi tylko o marny dzisiejszy wynik, ale też o to, że na przykład na Rondzie Śródka, gdyby nie ostrożność moja oraz pieszych to kierowcy śmiało by nam zafundowali co bardziej widowiskowe akcje rodem z GTA. Do tego, że w naszym kraju normą jest "późne zielone" już się przyzwyczaiłem, ale dziś tępakom za kółkiem nie przeszkadzało nawet wjeżdżanie pełną parą na zielonym dla pieszych, które paliło się już dobra kilka sekund.
Jutro pogoda... hm. Się zobaczy jaka. I czy się pokręci, bo za różowo się nie zapowiada.
- DST 54.20km
- Czas 01:48
- VAVG 30.11km/h
- VMAX 50.70km/h
- Temperatura 8.0°C
- Podjazdy 158m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Trasowy abstrakt
Niedziela, 11 października 2015 · dodano: 11.10.2015 | Komentarze 5
Jak co miesiąc (a czasem nawet kilka razy w miesiącu) pojawiło się "coś", co zablokowało całe miasto. Tym razem nie jakieś tam bajkczelendże, a maraton dla drepczących. Spoko, do biegania nic nie mam (prócz tego, że go osobiście z całego serca nienawidzę uprawiać), dobrze też, że zorganizowano toto w niedzielę. Nie zmieniało to jednak faktu, że znów mi skomplikowano plany rowerowe, bo część trasy biegła niedaleko ode mnie, dokładnie tam, gdzie bym jechał z powodu północno-wschodniego wiatru. Trzeba więc było kombinować.
Wyjechałem dość późno, bo po wczorajszych urodzinach, hmmm, uznajmy, że nie miałem ochoty za wcześnie wstawać :) Lekko po dwunastej "już" siedziałem na siodełku i z kwaśną miną ruszyłem tak, jak nie lubię, czyli z wiatrem. Wróć! Uwielbiam jeździć z wiatrem, ale nie jeśli mam w perspektywie, że będę musiał wracać z podmuchem w pysk. W sumie fajnie się kręciło przez Luboń do Puszczykowa z prędkością ponad trzech dych, ale w końcu trzeba było zakręcić i już różowo nie było. A nie, było, bo jak co niedziela ten kolor stroju królował wśród rowerzystów. A bardziej rowerzystek :) W Rogalinku przekroczyłem Wartę i w końcu mogłem skręcić na północ, czyli zupełnie abstrakcyjnie zacząłem kierować się na Poznań, przez Wiórek i Czapury, w których z kolei odbiłem na Babki. Tam stuknęła mi połowa trasy i zawróciłem - ale tym razem oczywiście wiatr już nie chciał pomagać, bo się zmienił na wschodni. Oprócz końcówki, gdy znów był północny. Nie ma co, jak ja sobie trasę zaplanuję to nie ma... czegoś tam gdzieś tam :)
Wyjątkowo zamieszczam mapkę z trasy, żeby pokazać całkowity bezsens, który sobie zafundowałem. A może mi zafundowano? Jedyny plus w ujęciu ogólnym jest taki, że tym razem maratonu wyjątkowo nie wygrał jakiś objazdowy Kenijczyk, tylko białas. Są jednak cuda na tym świecie. Gratulacje.
Aaaa, bym zapomniał, a sam sobie obiecałem, że napiszę. Będzie zagadka. Jakiej marki był samochód, który w Czapurach na zakręcie, oczywiście w terenie zabudowanym jechał na moje oko co najmniej dziewięć dych na godzinę, ścinając środkową linie? Dobra, było zbyt łatwe. Gdyby chociaż te BMW były ładne... :)
- DST 53.10km
- Czas 01:49
- VAVG 29.23km/h
- VMAX 50.90km/h
- Temperatura 5.0°C
- Podjazdy 183m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Dojechać lidera
Sobota, 10 października 2015 · dodano: 10.10.2015 | Komentarze 3
Powiew wredoty od Ruskich wciąż nie odpuszcza. Nie ma że boli. Nie dość, że wiatr mocny, to jeszcze bardzo zimny, przynajmniej rano. Ale kręcić trzeba, nawet jak się obchodzi tego dnia urodziny. Liczyłem choć na kawałek taryfy ulgowej, ale nie. Wręcz przeciwnie - duło nawet bardziej niż wczoraj. No to może chociaż światła na wahadłach lub przejazdy kolejowe by były mi dziś przyjazne? Taaa... Na Starołęckiej w jedną stronę trafiłem na szlaban już zamknięty, a podczas powrotu na zamykający mi się prze pyskiem. Natomiast przyznać trzeba, że na wahadle w Żernikach spisek był bardziej wyszukany, bo w jedną czerwień, za to w drugą zielone. Dokładnie sekundę po tym, jak się zatrzymałem.
Trasę obrałem w kształcie litery "V", czyli przez Krzesiny do Tulec, Gowarzewa, Siekierek oraz nawrót tak samo. Chciałem być sprytny i liczyłem na przyjazne podmuchy podczas powrotu, ale wyszło jak zawsze. Skończyło się na marnym wyniku, ale w sumie... ważne, że czas dokonany i zostało pokręcone, kolejny raz w tym roku. A że w tempie emeryckim? Życie.
"Panu wiatru" dedykuję rzeczownik na "w" zawarty w reklamie, którą przyuważyłem w Tulach. A w sumie ją przejechałem i aż zawróciłem, żeby dojechać do tego dumnego lidera i cyknąć mu fotkę. Chyba przyznacie, że być nim w tak wyszukanej branży to jest już COŚ, prawda? :)
- DST 52.00km
- Czas 01:44
- VAVG 30.00km/h
- VMAX 50.70km/h
- Temperatura 8.0°C
- Podjazdy 194m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Gdybym był tipsiarą...
Piątek, 9 października 2015 · dodano: 09.10.2015 | Komentarze 6
...to byłoby mi dziś łatwiej. Ale o tym później.
Najpierw o samej trasie. Jako że - zgodnie z tym co wczoraj pisałem - wschodni wiatr będzie mnie męczył gdzieś do kolejnej epoki lodowcowej, zaliczyłem dwukrotnie ulicę Starołęcką (w jedną stronę w miarę ok, w drugą - jak zwykle rzeź), potem Czapury, Daszewice, Borówiec i do "agrafki" w Gądkach/Robakowie. Jechało mi się pod koniec coś szczególnie ciężko, no ale w końcu, myślałem, wiało, więc inaczej być nie mogło. Kręciłem, pociłem się, a dopiero podczas nawrotu spojrzałem na swoje tylne koło. Powietrza było w nim tyle, ile zwojów mózgowych u przeciętnego polskiego obywatela zamawiającego pięć piw na demonstracji ku czci Adolfa. Czyli wartość zbliżała się do zera.
Miałem przeczucie ostatnio, gdy poszła mi dość nowa dętka podczas porannego wyjazdu przed wyruszeniem w góry, że normalne toto nie było. Wtedy nie miałem czasu sprawdzić co i jak, a jak się okazało po dogłębnej dzisiejszej analizie trzeba było. W oponie mieścił się mały, mikroskopijny kolec/igiełka, która/który rozwalił mi kolejną gumę. Potrzeba było na to pięć wyjazdów, ale starło się. Wyjęcie tego cholerstwa zajęło mi coś około dziesięć minut, bo nie dysponowałem atrybutem każdej blondi, czyli tipsów albo choćby pęsetą. W końcu wyskrobałem i ruszyłem z duszą na ramieniu, bo co prawda miałem jeszcze jedną dętkę w zapasie, ale czasu przed pracą - już nie. Na szczęście dowlekłem się do celu, ale łatwe to nie było, bo dociśnięcie pompką podręczną do jakiejś wystarczającej ilości barów pewnie byłoby możliwe. Gdybym jeździł rowerkiem dla przedszkolaków, a nie szosą.
Wrr. W tym roku dętki są moim przekleństwem. Mam tylko nadzieję, że opona nie doznała większych uszkodzeń i nie czeka mnie w kolejnych dniach następny serwis.
- DST 55.00km
- Czas 01:50
- VAVG 30.00km/h
- VMAX 52.00km/h
- Temperatura 6.0°C
- Podjazdy 211m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Zachodowschód
Czwartek, 8 października 2015 · dodano: 08.10.2015 | Komentarze 4
Tak sobie za rana, w ramach codziennej dawki sadomasochizmu, sprawdziłem prognozę długoterminową. Nie przeraziła mnie temperatura, nie stwierdziłem zaplanowanych opadów deszczu czy śniegu, jednak przyszła mentalna załamka gdy skupiłem się na kierunku wiatru na najbliższe miliard dni - wschodni, wschodni, wschodni, wschodni (i tu dąży do nieskończoności). A co to oznacza dla mnie? Niemal codziennie Starołęcka. O nie, powiedziałem sobie, veto, szanuję swoją wątłą psychikę, dziś zrobię wyjątek. I ruszyłem na wschód najpierw kierując się na południowy zachód. Czyli Puszczykowo. Tam dopiero skręciłem zgodnie z wymaganym azymutem - na Rogalin i Mieczewo, kawałek za którym zawróciłem. Cały mój misterny plan dał jeden plus - nie straciłem całego wykręconego (dość słabego) wyniku na jednej cholernej ulicy wspomnianej powyżej. Kim jestem? Jestem zwycięzcą.
Podczas powrotu, na granicy Łęczycy zastałem oczywiście zamknięty przejazd kolejowy, więc wybrałem drogę alternatywną przez (ekhm ekhm) "centrum" "miasta" Luboń (to ostatnie mogę napisać bez cudzysłowu). Pozwoliło mi to zaobserwować kolejną perłę zachowań, z jakiej słyną mieszkańcy tej miejscowości. Tym razem zadziwił mnie jednak nie kierowca samochodu, ale kobieta, która jadąc kawałek przede mną po chodniku postanowiła włączyć podczas wjazdu na przejście dla pieszych ręczny "kierunkowskaz" (naczytała się pewnie bidula, że tak trzeba, ale że głównie podczas jazdy po drogach, a nie chodnikach - już nie), co w sumie jeszcze bym zrozumiał, ale że w ogóle nie spojrzała czy cokolwiek jedzie za nią - to już było mistrzowskim manewrem. Ja bym wyhamował, ale jadący samochód pewnie nie. Luboń - i love this game :)
- DST 54.85km
- Czas 01:55
- VAVG 28.62km/h
- VMAX 52.00km/h
- Temperatura 10.0°C
- Podjazdy 83m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
A nie mówiłem?
Środa, 7 października 2015 · dodano: 07.10.2015 | Komentarze 8
Albo bardziej: a nie pisałem? Wczoraj zapowiedziałem zmianę jesiennego klimatu z wersji "soft" na "hard". Byli tacy, którzy wątpili. Grozili. Deprecjonowali. No to proszę, słowo stało się ciałem. Błogosławieni ci, którzy nie widzieli, a uwierzyli. Czy jak to szło :)
Inna sprawa, że najchętniej sam bym z chęcią został pogodowym ateistą, gdyby miało to wpływ na aurę. Niestety, nie dano mi takich mocy. A było dziś wszystko co być musiało - chłodek (bo 10 stopni pod koniec wyjazdu to był max), głód (bo jak zwykle nie zjadłem śniadania przed wyjazdem) oraz - co najważniejsze - mega silny wiatr. Ćwierć biedy, gdyby jeszcze jego kierunek był w miarę przewidywalny, ale gdzie tam - ogólnie azymut wschód, ale czy południowy czy północny - nie przewidzisz. Tak więc większość trasy (Poznań - Krzesiny - Żerniki - Tulce - Nagradowice - Krzyżowniki - Dachowa - Robakowo - Gądki - Krzesiny - Poznań) podwiewało mi albo boczki, albo pysk. Dość powiedzieć, że w połowie drogi moja średnia wyniosła 25,5 km/h.
Wracając trochę nadrobiłem i realnie patrząc chciałem docisnąć choć do marnych 29 km/h, ale niestety, Jak w 99% przypadków Starołęcka przywitała mnie korkiem na całej długości, od torów do ronda, czyli jakichś dwóch kilometrów. Nawet nie miałem siły się irytować. Na tej samej ulicy (po drugiej stronie niż jechałem) zauważyłem patrol policji i chyba żandarmerii - ciekawe czy na kogoś poważnego polowali czy profilaktycznie wojsko zostało zaprzęgnięte do sprzątania rowerzystów, którzy nie raczą jeździć kostkowym tworem (który wbrew pozorom nie jest DDR-ką)? :)
Podsumowując - osiągnąłem dziś najgorszy wynik na szosie od dawna. Trzeba się powoli niestety do takich przyzwyczajać.
- DST 57.35km
- Czas 01:53
- VAVG 30.45km/h
- VMAX 50.90km/h
- Temperatura 10.0°C
- Podjazdy 182m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Ostatki
Wtorek, 6 października 2015 · dodano: 06.10.2015 | Komentarze 7
Czego ostatki? Ano tej rewelacyjnej jesiennej pogody, która towarzyszyła nam przez ostatnie kilka dni. Od jutra podobno wichury, zimno, głód. No, może bez tego ostatniego. Tak orzekają moi ukochani spece od pogody, którzy znając życie tym razem wyjątkowo się nie pomylą. No nic, co skorzystaliśmy to nasze.
Wiatr skręcił na wschód, więc i ja, szargany jego - jeszcze umiarkowanymi - podmuchami pokręciłem w tym kierunku. Najpierw przez miasto z południa na północ, potem do Swarzędza, między TIR-ami drogą nr 92 do Kostrzyna, gdzie zakręciłem na Siekierki, Tulce, Krzesiny oraz Starołękę i w końcu Dębiec.
Mimo że około połowa dystansu to telepanie się przez Poznań udało mi się wywalczyć średnią lekko ponad trzy dychy. Mała rzecz, a cieszy :)
- DST 51.70km
- Czas 01:41
- VAVG 30.71km/h
- VMAX 51.20km/h
- Temperatura 12.0°C
- Podjazdy 73m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Codzienność
Poniedziałek, 5 października 2015 · dodano: 05.10.2015 | Komentarze 7
No to nastąpił powrót do rzeczywistości. Weekend był tak piękny pod względem pogodowym, do tego spędzony znacznie bliżej chmur, że jest to sprawa jeszcze cięższa niż zazwyczaj. A już kręcenie pomiędzy wielkopolskimi mistrzami kierownicy całkowicie komplikuje sprawę.
Wczoraj - bo chyba góry uczą nie tylko pokory, ale także czasem kultury - dostałem w okolicy Sosnówki podziękowania światłami za zasygnalizowanie, że można mnie bezpiecznie wyprzedzać na zakręcie. To jak zobaczyć Yeti. Dziś już było standardowo - na trasie Wysogotowo - Zakrzewo, gdzie się skierowałem przypomniałem sobie, czego mi "brakowało" dzięki uprzejmości jakiegoś tirowca, który pogłaskał moje uszy dźwiękiem klaksonu - o co mu chodziło nie wiem do tej pory. A już pod koniec trasy (bo dalej pokręciłem do Więckowic, Fiałkowa, Dopiewa, Palędzia i Plewisk), na ścieżce pomiędzy Górczynem a Dębcem, gdy miałem pierwszeństwo na przejeździe z pasem ruchu dla rowerów, skręcając w prawo wpakowała mi się pod koła jakaś osobówka, która MUSIAŁA mnie widzieć, skoro sekundę wcześniej mijała mnie na drodze z lewej. Jak dobrze, że lata doświadczeń nauczyły mnie, że puszkowcom się nie ufa, bo spędziłbym pewnie następną chwilę w pozycji pająka potraktowanego kapciem na masce auta. Pozytyw był jeden - reakcja kierowcy jadącego z tyłu, który dał mi niewerbalnie znać co myśli o takiej jeździe. Jakby co miałbym świadka.
Piękny dzionek. A teraz do pracy. Aż szaleję z radości. Taaaa... :)
- DST 55.10km
- Czas 02:06
- VAVG 26.24km/h
- VMAX 52.00km/h
- Temperatura 14.0°C
- Podjazdy 602m
- Sprzęt Zimówka - góral (na emeryturze)
- Aktywność Jazda na rowerze
Karkonosze (w sercu noszę)
Niedziela, 4 października 2015 · dodano: 04.10.2015 | Komentarze 11
Tytułowy wers pozostał mi jeszcze z czasów, gdy w liceum ganiałem na mecze Karkonoszy Jelenia Góra (wtedy pod nazwą spod znaku profana - Kem-Budu JG), najpierw w trzeciej, a potem ówczesnej drugiej lidze. Nie ma co, jest ponadczasowy. Tym bardziej, że wczoraj wieczorem udało się jeszcze zaliczyć na Placu Ratuszowym darmowy koncert Leniwca, grupy, którą również widziałem ostatni raz w szkole średniej na Jeleniogórskiej Lidze Rocka, mającą w dorobku utwór na cześć KSK. Eh, wspomnienia :)
A jako że nostalgia mi się jak widać włączyła to w tym drugim i ostatnim tym razem dniu w górach postanowiłem odświeżyć sobie trasę pomiędzy Podgórzynem a Zachełmiem. Wyzwanie to wymagało sporej motywacji, bo z "moich" czasów pamiętałem jedynie dziury, które kiedyś rozwaliły mi doszczętnie koła - od piast po szprychy. Po przejechaniu dzisiejszego kawałka mogę napisać tylko jedno - pierwszego eurosceptyka chętnie zatrudnię do osobistej zabawy z ówczesnymi nyplami. Trasa jest gładziutka, przyjemna i w ogóle nie do poznania. Szczególnie dla człowieka (aktualnie) z Poznania :)
Co nie oznacza, że nie mogę się do czegoś doczepić :) Bo po wyjechaniu z Jelonki, minięciu Stawów Podgórzyńskich oraz samego Podgórzyna (tu jako pauza piękny pomnik tramwaju, który kursował kiedyś w te rejony, dopóki jakiś bezmózg w latach 60. nie postanowił zamknąć linii, stawiając na autobusy)...
...oraz niedalekich skałek...
...wjechałem do Przesieki. Było fajnie, serpentynki, ciągle pod górę, czyli tak, jak miało być. Tak:
Ale jakiś kilometr za którymś skrzyżowaniem, zupełnie nieoznakowanym i jakby zapomnianym (swoi w końcu wiedzą) naszyły mnie nieokreślone wątpliwości. Widząc schodzącego w dół Pana Miejscowego z sympatycznym pieskiem u nogi odbyłem taki oto dialog:
- Dzień dobry (sapiąc)! Na Zachełmie to dobrze jadę (głęboki oddech)?
- Dzień dobry. Oj, niedobrze (merdanie ogonem. Psa, nie miejscowego).
Okazało się, że zakręt zaniepokoił mnie nie bez powodu. Kręcąc dalej dotarłbym do Czech, a na to czasu dziś nie miałem. Zgodnie z poradą zawróciłem (kto by się spodziewał, że żeby jechać znów pod górę trzeba było skierować się na skrzyżowaniu w dół? No kto?), co jak się okazało było jedyną możliwością dotarcia tam, gdzie chciałem. Dla pewności zagadałem jeszcze turystów (ale wstyd!), którzy oczywiście nie wiedzieli co i jak, ale nazwa ulicy (Droga Zachełmska) pozwoliła mi patrzeć z jakimś tam optymizmem w przyszłość :) Bingo!
Przez lasy, przez góry, dotarłem do celu. Oj, była satysfakcja. Na pewno widokowa.
O zjeździe nie będę wspominał, bo banał. Było mega. Tylko hamujące samochody spowalniały :)
Jak już byłem na dole to zabrakło kilometrów. No to co - Karpacz! Sosnóweczka - myk.
Miłków - myk. Karpacz - hmmm. Podjazd. Nie myk :) Wjechałem od strony Ścięgien, dotarłem do dolnej części, spojrzałem na zegarek i stwierdziłem. że na podjazd wyżej czasu brak. Ojojoj :) Po zjeździe, już na płaskim, starałem się jakoś wycisnąć przyzwoitą średnią, ale się nie dało. Starałem się nawet oszukać wiatr i zamiast jechać prostą drogą skręciłem do Łomnicy, mając nadzieję, że się zmieni i zacznie mi pomagać. Jakie zaskoczenie - nie zaczął.
Do rodzinnego domu dotarłem zadowolony i dumny. To ostatnie wzruszenie kieruję szczególnie do roweru, któremu pyknęło jakieś xxx-ście lat. I się chłopak trzyma. Lepsze dobre rowerowe zombie niż współczesny szmelc!






