Info
Suma podjazdów to 813674 metrów.
Więcej o mnie.
Moje rowery
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2026, Październik31 - 16
- 2026, Wrzesień30 - 11
- 2026, Sierpień31 - 24
- 2026, Lipiec31 - 19
- 2026, Czerwiec31 - 60
- 2026, Maj31 - 74
- 2026, Kwiecień30 - 50
- 2026, Marzec31 - 65
- 2026, Luty28 - 51
- 2026, Styczeń31 - 72
- 2025, Grudzień31 - 80
- 2025, Listopad30 - 70
- 2025, Październik31 - 96
- 2025, Wrzesień30 - 125
- 2025, Sierpień31 - 144
- 2025, Lipiec31 - 188
- 2025, Czerwiec30 - 147
- 2025, Maj31 - 187
- 2025, Kwiecień30 - 156
- 2025, Marzec31 - 204
- 2025, Luty28 - 178
- 2025, Styczeń31 - 168
- 2024, Grudzień31 - 239
- 2024, Listopad30 - 201
- 2024, Październik31 - 208
- 2024, Wrzesień30 - 212
- 2024, Sierpień32 - 210
- 2024, Lipiec31 - 179
- 2024, Czerwiec30 - 197
- 2024, Maj31 - 268
- 2024, Kwiecień30 - 251
- 2024, Marzec31 - 232
- 2024, Luty29 - 222
- 2024, Styczeń31 - 254
- 2023, Grudzień31 - 297
- 2023, Listopad30 - 285
- 2023, Październik31 - 214
- 2023, Wrzesień30 - 267
- 2023, Sierpień31 - 251
- 2023, Lipiec32 - 229
- 2023, Czerwiec31 - 156
- 2023, Maj31 - 240
- 2023, Kwiecień30 - 289
- 2023, Marzec31 - 260
- 2023, Luty28 - 240
- 2023, Styczeń31 - 254
- 2022, Grudzień31 - 311
- 2022, Listopad30 - 265
- 2022, Październik31 - 233
- 2022, Wrzesień30 - 159
- 2022, Sierpień31 - 271
- 2022, Lipiec31 - 346
- 2022, Czerwiec30 - 326
- 2022, Maj31 - 321
- 2022, Kwiecień30 - 343
- 2022, Marzec31 - 375
- 2022, Luty28 - 350
- 2022, Styczeń31 - 387
- 2021, Grudzień31 - 391
- 2021, Listopad29 - 266
- 2021, Październik31 - 296
- 2021, Wrzesień30 - 274
- 2021, Sierpień31 - 368
- 2021, Lipiec30 - 349
- 2021, Czerwiec30 - 359
- 2021, Maj31 - 406
- 2021, Kwiecień30 - 457
- 2021, Marzec31 - 440
- 2021, Luty28 - 329
- 2021, Styczeń31 - 413
- 2020, Grudzień31 - 379
- 2020, Listopad30 - 439
- 2020, Październik31 - 442
- 2020, Wrzesień30 - 352
- 2020, Sierpień31 - 355
- 2020, Lipiec31 - 369
- 2020, Czerwiec31 - 473
- 2020, Maj32 - 459
- 2020, Kwiecień31 - 728
- 2020, Marzec32 - 515
- 2020, Luty29 - 303
- 2020, Styczeń31 - 392
- 2019, Grudzień32 - 391
- 2019, Listopad30 - 388
- 2019, Październik32 - 424
- 2019, Wrzesień30 - 324
- 2019, Sierpień31 - 348
- 2019, Lipiec31 - 383
- 2019, Czerwiec30 - 301
- 2019, Maj31 - 375
- 2019, Kwiecień30 - 411
- 2019, Marzec31 - 327
- 2019, Luty28 - 249
- 2019, Styczeń28 - 355
- 2018, Grudzień30 - 541
- 2018, Listopad30 - 452
- 2018, Październik31 - 498
- 2018, Wrzesień30 - 399
- 2018, Sierpień31 - 543
- 2018, Lipiec30 - 402
- 2018, Czerwiec30 - 291
- 2018, Maj31 - 309
- 2018, Kwiecień31 - 284
- 2018, Marzec30 - 277
- 2018, Luty28 - 238
- 2018, Styczeń31 - 257
- 2017, Grudzień27 - 185
- 2017, Listopad29 - 278
- 2017, Październik29 - 247
- 2017, Wrzesień30 - 356
- 2017, Sierpień31 - 299
- 2017, Lipiec31 - 408
- 2017, Czerwiec30 - 390
- 2017, Maj30 - 242
- 2017, Kwiecień30 - 263
- 2017, Marzec31 - 393
- 2017, Luty26 - 363
- 2017, Styczeń27 - 351
- 2016, Grudzień29 - 266
- 2016, Listopad30 - 327
- 2016, Październik27 - 234
- 2016, Wrzesień30 - 297
- 2016, Sierpień30 - 300
- 2016, Lipiec32 - 271
- 2016, Czerwiec29 - 406
- 2016, Maj32 - 236
- 2016, Kwiecień29 - 292
- 2016, Marzec29 - 299
- 2016, Luty25 - 167
- 2016, Styczeń19 - 184
- 2015, Grudzień27 - 170
- 2015, Listopad20 - 136
- 2015, Październik29 - 157
- 2015, Wrzesień30 - 197
- 2015, Sierpień31 - 94
- 2015, Lipiec31 - 196
- 2015, Czerwiec30 - 158
- 2015, Maj31 - 169
- 2015, Kwiecień27 - 222
- 2015, Marzec28 - 210
- 2015, Luty25 - 248
- 2015, Styczeń27 - 187
- 2014, Grudzień25 - 139
- 2014, Listopad26 - 123
- 2014, Październik26 - 75
- 2014, Wrzesień29 - 63
- 2014, Sierpień28 - 64
- 2014, Lipiec27 - 54
- 2014, Czerwiec29 - 82
- 2014, Maj28 - 76
- 2014, Kwiecień22 - 61
- 2014, Marzec21 - 25
- 2014, Luty20 - 40
- 2014, Styczeń15 - 37
- 2013, Grudzień21 - 28
- 2013, Listopad10 - 10
- DST 51.30km
- Czas 01:46
- VAVG 29.04km/h
- VMAX 51.70km/h
- Temperatura 23.0°C
- Podjazdy 78m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Dzisińć tysi
Czwartek, 28 lipca 2016 · dodano: 28.07.2016 | Komentarze 5
W końcu pyknęło mi oficjalne 10 tysiaków w tym roku. Oficjalne, gdyż te nieformalne mam już dawno za sobą, bo nie zliczam przejazdów rowerem miejskim, czyli jakichś około stu kilosów więcej miesięcznie, oraz pseudokręcenia na stacjonarnym. W każdym razie - udało się, teraz wszystko co ponad zostanie plusem dodatnim :)
Z tej okazji... nie poszalałem. Znów nie chciało mi się walczyć z podmuchami, więc na spokojnie wykręciłem pięć dyszek kółkiem przez Plewiska, Dąbrówkę. Palędzie, Dopiewo, Trzcielin, Konarzewo, już na stałe poprawiając standard w ten sposób, że w Komornikach odbiłem znów na Plewiska, z radością omijając Luboń.
Tyle celebracji. Jestem ósmy dzień pod rząd w pracy i zaraz zagryzę monitor :)
- DST 51.35km
- Czas 01:46
- VAVG 29.07km/h
- VMAX 51.70km/h
- Temperatura 27.0°C
- Podjazdy 84m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Bez pomysłu na tytuł :)
Środa, 27 lipca 2016 · dodano: 27.07.2016 | Komentarze 4
I znów będzie, że mitologizuję wiatr :) Cóż, biorę na klatę. Wiało dziś mega upierdliwie, zmiennie, choć przyznać trzeba, że do standardowej wmordewindo-urwiszonowości jednak trochę brakowało. A plusem był jego czynnik chłodzący, który momentami stawał się błogosławieństwem.
Bliski byłem nawet rzeczy wydawałoby się nierealnej, czyli pochwały przepustowości mitycznej ulicy Starołęckiej, bo jadąc w jedną stronę udało mi się przejechać nią całkiem sprawnie. Jednak podczas powrotu, gdy trafiłem na koreczek postprzejazdowopociągowy, koszmar wrócił do swej codziennej normy. Szkoda. Ja natomiast pokręciłem przez Krzesiny i Tulce do Gowarzewa, gdzie zakręciłem się na pięcie i wróciłem swoimi śladami. Kolejne pięć dyszek stało się faktem, choć z wynikiem mocno kiszkowatym.
Dobra, wracam do pracy. W tym miejscu chciałbym serdecznie podziękować mojemu ukochanemu rządowi za ustawę antyterrorystyczną, jak zwykle wprowadzoną bez użycia mózgu, przez co aktualnie mam bezsensownej roboty tak na oko miliard razy więcej niż dotychczas. Oczywiście takiej, za którą mi nikt więcej nie płaci. Wielkie spasiba.
- DST 50.60km
- Czas 01:41
- VAVG 30.06km/h
- VMAX 50.70km/h
- Temperatura 28.0°C
- Podjazdy 60m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Szorcik
Wtorek, 26 lipca 2016 · dodano: 26.07.2016 | Komentarze 5
Miła niespodzianka - jednak nie padało, przynajmniej rano. Za to zrobiło się gorąco, czego nienawidzę, a fakt, że jest jakieś tam lato nie jest w moich oczach żadnym wytłumaczeniem. Na szczęście - uwaga, uwaga, bo przeczytanie tych słów u mnie stanowi wyjątek nad wyjątkami - wiał wiaterek, który lekko schładzał temperaturę. Czemu jednak gdy zakręciłem w połowie drogi zmienił się z północno-zachodniego na południowo-wschodni, jak zwykle nie mam zielonego pojęcia.
Mimo wszystko jechało mi się dość dobrze, zastępcze pedały w opcji full plastik sprawdzają się fenomenalnie, a i są bardziej pro, bo ważą kilka miligramów mniej niż aluminiowe :) Trasa - Poznań Dębiec - Plewiska - Skórzewo - Wysogotowo - Sierosław - Więckowice - Fiałkowo - Dopiewo - Palędzie - Plewiska - Poznań.
Dziś krótko i merytorycznie miałko, bo nauczony wczorajszym doświadczeniem muszę wpis skończyć teraz, bo inaczej nie zrobię tego do końca dnia. Od niedawna bowiem przebywanie w robocie to jak odpieranie ataków zombie. Brakuje tylko broni. Oj... rozmarzyłem się ;)
- DST 55.50km
- Czas 01:53
- VAVG 29.47km/h
- VMAX 51.20km/h
- Temperatura 26.0°C
- Podjazdy 139m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Walki z pedałami dalszy ciąg
Poniedziałek, 25 lipca 2016 · dodano: 25.07.2016 | Komentarze 12
Dłuższego wstępu dziś nie będzie, bo motyw tytułowy opisany jest we wczorajszym wpisie. Generalnie miałem wstając dziś rano nadzieję, że moja interwencja młotkiem rozwiąże sytuacje, ale niestety - chwilę po ruszeniu lewy pedał znów się przyblokował, na szczęście nie aż tak mocno jak wcześniej. Jako że nie miałem pomysłu na dzisiejszą trasę to decyzję co do kierunku podjąłem błyskawicznie - Mosina oraz kolejna wymiana serwisowa. Problemem było jednak to, że o 8:30 to ja mogłem sobie ewentualnie poskrobać w szybkę, więc pokręciłem "kondomika" od strony Komornik, Stęszewa, Łodzi i Dymaczewa. W trakcie jazdy odkryłem nowe mięśnie, z których istnienia do tej pory nie zdawałem sobie sprawy - położone gdzieś w śródstopiu, idealnie nadające się do stanowczego utrzymywania pedała w jako takiej równowadze. Czekam na zakwasy :)
Przed sklepem pojawiłem się kilkanaście minut przed teoretycznym otwarciem, a jako że się dziś nie zapowiadałem to pozostało mi czekać. Potem wymiana poszła sprawnie i od ręki, wziąłem pasującego kapcia do pary. podziękowałem, ruszyłem i...... to samo. Po kilometrze coś tam się poluzowało, coś zablokowało, jakiś kawałek się ułamał. Na szczęście byłem blisko, więc zawróciłem, wprowadziłem w osłupienie kolegę/serwisanta i trzeba było kombinować. Generalnie mega dziwna sprawa, bo używałem dokładnie tych samych pedałów w tamtym roku, sprawdzały się super, a wymieniłem tylko dlatego, że przy jakimś zakręcie zrobiłem z nich miazgę, a teraz...? Szajs niemiłosierny jak się okazuje. Albo to ja mam tak ciężką stopę :)
Stanęło na tym, że zamówiłem na razie jakieś lepsze z niewielką dopłatą, których niestety na stanie nie było, więc dostałem póki co jakieś zastępcze używki, które o dziwo się nie rozpadły, w przeciwieństwie do nowych. Tym samym dotarłem do domu w całości i nawet nie musiałem po powrocie wyciągać młotka z szafy. Taka nowość ostatnio w przypadku mojego roweru :)
Jutro ma podobno padać :/
- DST 51.15km
- Czas 01:44
- VAVG 29.51km/h
- VMAX 53.10km/h
- Temperatura 22.0°C
- Podjazdy 187m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Bo z pedałami...
Niedziela, 24 lipca 2016 · dodano: 24.07.2016 | Komentarze 2
...nigdy nie wie, oj nie wie się...
Jakoś tak to szło. Od razu uprzedzam pytania bardziej
narodoowo-żołnierzowyklęto-antyciapato/lewusowo-smoleńskiej
młodzieży - nie, nie chodzi o okazję do spałowania uczestników
jakieś tam parady :) Ale do sedna.
Świadom, że triathlon wciąż trwa i
przejechać przez miasto bez trwałych ubyktów na psychice się nie
da, ruszyłem na południe, w akompaniamencie bocznego, wschodniego
podmuchu. W sumie jechało się przyzwoicie, nawet Starołęcką
łyknąłem bez problemu, olewając wszelakie ścieżki, mając
świadomość, że wszelkie siły policyjne zostały rzucone na
północ Poznania i mandacik mi raczej nie grozi. Tak dotarłem do
Czapur, Wiórka, Rogalinka, skręciłem na Rogalin, a zawróciłem w
Mieczewie. Wtedy właśnie zablokował mi się – jak na złość,
bo po ostatniej reklamacji z powodu pośpiechu wymieniłem tylko
prawy – tym razem lewy pedał. I to tak, że praktycznie nie dało
się jechać, bo stopy nie można było za cholerę ułożyć. Co
chwilę więc stawałem i jakoś tam udawało się wyrównać ułożenie, ale w końcu musiałem się zatrzymać i zweryfikować w
czym rzecz. Okazało się, że odpadł jakiś element mocujący, środek przetransportował się na gwint i blokował całość. Naprawa nie wchodziła w grę, więc zastosowałem najlepszą, odwiecznie
stosowaną metodę. Czyli na kopa. Zadziałało o tyle, że dało się
dalej jechać, mało komfortowo, ale do przodu. Tym samym po minięciu
Rogalinka, Puszczykowa i Lubonia dotarłem do domu.
Gdy tak walczyłem ze sprzętem, jadąc
ulicą Wczasową w Puszczykowie usłyszałem przeciągle trąbienie ze strony jakiegoś troglo w puszce, według którego ścieżka po przeciwnej stronie
mojego toru jazdy to też szlak, do którego powinienem się
przytulić. W tej całej mojej irytacji puściło mi wszystkie
werbalne hamulce i szanowny pan kierowca otrzymał ode mnie tak samo
przeciągłą litanię. Niestety się nie zatrzymał, bo w afekcie
chciałem już sprawdzać czy może nie da się całkowicie naprawić
defektu na jakimś tam elemencie jego czterech kółek.
Stan większej „pedałowej”
równowagi udało mi się przywołać dopiero w domu, przed wyjściem
do pracy. Za pomocą młotka ;) Oj, pechową partię trafiłem, nie ma co...
- DST 52.23km
- Czas 01:48
- VAVG 29.02km/h
- VMAX 53.20km/h
- Temperatura 19.0°C
- Podjazdy 101m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
P666 zgłoś się
Sobota, 23 lipca 2016 · dodano: 23.07.2016 | Komentarze 2
Miało być dziś upalnie, a było sympatycznie. Miało być piekące słońce, a na szczęście były chmury. Tak, zdecydowanie nasi meteorolodzy rozwijają swoje umiejętności w nieprzewidywaniu pogody coraz bardziej. Są już bardzo bliscy mistrzostwa, bo pomyłka o ponad dziesięć stopni na niecałe dwanaście godzin przed to jest już coś :)
Było za to coś, co być musiało. Triathlon w Poznaniu, czyli znów zablokowane miasto, dzięki czemu chcąc dostać się na północny wschód od Dębca musiałem skierować się piętnaście kilometrów na południe, do Koninka, skąd dopiero pokręciłem na północ, przez Tulce i Zalasewo do granic Swarzędza, gdzie zawróciłem. No cóż. nie mam pretensji do istot, które lubią w ścisku pedałować, pocić się podczas biegu oraz taplać wspólnie w bajorku, ale co roku mi cholera utrudniają jazdę :)
O czym to ja jeszcze miałem... Aha. Wiatr :) Niezbyt silny, ale skutecznie przy zmianach kierunku moich oraz jego uwalił mi przyjemność z jazdy, nie mówiąc o średniej.
Ostatnio minął mnie na trasie w jakimś wypasionym wozie P1 MISIO. Dziś, w Garbach, wyprzedził jakiś nissanik o kolorze (...) (tu wstawić coś czego nie ogarnia męski mózg) z dumną rejestracją P2 AGNES, do tego z napisem "sexi bielizna". Uwielbiam przedstawicieli polskiej inteligencji :) Idąc torem cyferkowym spodziewam się na kolejnych trasach spotkać na przykład P3 GRUCHĘ. potem P4 NIUNIĘ, potem... jak dojdę do P666 SEJTAN przeżegnam się i przestanę jeździć rowerem. Obiecuję. Na 24 godziny :)
- DST 53.10km
- Czas 01:48
- VAVG 29.50km/h
- VMAX 53.20km/h
- Temperatura 22.0°C
- Podjazdy 228m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Holidejki
Piątek, 22 lipca 2016 · dodano: 22.07.2016 | Komentarze 11
Pogoda zrobiła się - przynajmniej rano - całkiem przyjemna, bo było lekko ponad granicą dwudziestu stopni i słonecznie, acz nie upierdliwie. Warunki idealne, szkoda tylko, że kierunek podmuchów zrobił się pólnocno-wschodni, co oznaczało konieczność pokonania miasta z południa na północ i z powrotem. Dzielnie jednak poniosłem ten krzyż.
Po minięciu punktu zero, czyli granicy, kręciło mi się już całkiem fajnie, a nawet wiatr, mimo że strasznie niezdecydowany, nie męczył mnie całą drogę. Cud :) Trasa dziś była po prostu w tę i we wte, czyli przez Kobylnicę do Jerzykowa lub Biskupic (bo nigdy nie wiem właściwie w której miejscowości tam jestem), a następnie swoimi śladami, jedynie delikatnie skorygowanymi w centrum.
Średnia byłaby całkiem dobra, gdyby nie Poznań, w którym straciłem sporo na światłach. Ale generalnie widać, że są wakacje, bo przez co bardziej newralgiczne miejsca przejeżdża się dużo szybciej, a nade wszystko w końcu nie ma studentów, dzięki czemu na tych lepszych pasach rowerowych, jak choćby przy polibudzie, można w końcu przejechać bez obaw o potrącenie pałętającego się robactwa. Jak dla mnie wakacje mogą być pod tym względem przez cały rok.
- DST 52.05km
- Czas 01:44
- VAVG 30.03km/h
- VMAX 50.70km/h
- Temperatura 23.0°C
- Podjazdy 115m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Uwolnić korki!
Czwartek, 21 lipca 2016 · dodano: 21.07.2016 | Komentarze 4
Tak to jest już w życiu, że dni wolne znikają szybciej niż butelka markowego winiacza za 3,99 w łapkach podbiedronkowego żula. Nie inaczej było ze mną, bo te trzy doby bez roboty przeszły do annałów historii zdecydowanie zbyt nagle. Tym samym obudzenie się dziś rano i stwierdzenie, że znów muszę zwlec się na rower wcześniej, żeby zdążyć do pracy było niczym dostanie obuchem w łeb.
Jak już minął pierwszy szok od tego obucha to ruszyłem, wybierając jako kierunek południe - Luboń, Puszczykowo, Mosinę - by potem zdać się na impuls w temacie tego gdzie skręcę. No i niespodzianek nie było, bo mimo wschodniego wiatru skierowałem się bardziej na zachód, wykręcając "kondomika" przez Dymaczewo, Stęszew, Szreniawię i Komorniki. Czyli klasycznie wykonany klasyczny klasyk :)
Na górce pomiędzy Dymaczewem a Łodzią jakieś trzy metry przede mną przebiegła sarna, z prędkością szanującego się myśliwca F-16. Nie było mowy o zrobieniu zdjęcia, a szkoda, bo prezentowała się naprawdę godnie. Otwarty otwór gębowy kierowcy dostawczaka jadącego z naprzeciwka (zresztą jak zdążyłem zauważyć z branży mięsnej), który zastygł z komórką przy uchu był bezcenny :) Natomiast ja zdziwiłem się, i to bardzo, w Komornikach, które zapobiegliwie ominąłem objazdem przez Rosnowo w celu uniknięcia korków. Gdy bowiem dotarłem znów do głównej drogi stwierdziłem, że w korku to stoję ja, chcąc wyjechać z bocznej ulicy, natomiast ta, na której najczęściej sznury samochodów mają po kilometr jest całkowicie przejezdna. Jak się okazało - zepsuły się światła na jednym ze skrzyżowań (tym ze skrętem na Wiry), przez co ruch był płynny i bezkolizyjny. No proszę, tyle lat dyskusji jak rozwiązać ten węzeł, a odpowiedź okazała się taka banalna :)
PS. W tamtym tygodniu wysłałem info do portalu epoznan.pl, że może warto zająć się tematem zalewanej ścieżki przy Koszalińskiej. Dziś dostałem maila, że otrzymali odpowiedź od ZDM-u, który prawdopodobnie zajmie się naprawą tego kawałka. Hurra. Czekałem jedynie na naszych mistrzów klawiatury w komentarzach i się nie zawiodłem: "Nie potrafi c.iota przejechać przez kałużę? Czyżby syndrom braku obowiązkowej służby wojskowej?". Od razu przypomniałem sobie w jakim kraju żyję :)
http://epoznan.pl/news-news-68740-Koszalinska_nowa_droga_rowerowa_pod_woda._Bedzie_odwodnienie
- DST 52.50km
- Czas 01:47
- VAVG 29.44km/h
- VMAX 50.70km/h
- Temperatura 23.0°C
- Podjazdy 58m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Relaxx
Środa, 20 lipca 2016 · dodano: 20.07.2016 | Komentarze 16
Dziś spokojny, wolny relaksik na szosie po wczorajszych dwóch stówach z ogonkiem. Tak, wiatr wiał w pysk :) Ale tak miało być, bo z założenia olałem jego kierunek (północny ze wschodnimi inklinacjami) i pojechałem na zachód, jedną ze stałych tras przez Plewiska, Skórzewo, Wysogotowo, Zakrzewo, Więckowice, Dopiewo, Dąbrówkę, Gołuski i znów Plewiska.
Nogi rano jeszcze czułem, a po powrocie - już dużo mniej. Ot, leczniczy jest ten rower, radzi sobie nawet ze zmęczeniem po rowerze :) A przez cały wczorajszy, nieplanowany wyjazd zrobiło mi się całe trzy dni wolnego pod rząd, za co zapłacę gniciem w robocie przez inne dni, ale na razie korzystam. Nawet dziś wyjątkowo najpierw zasiadłem do kompa i skończyłem relację zamiast zacząć kręcić. A gdyby nie konieczność pozałatwiania spraw na mieście najchętniej teraz wziąłbym książkę i zamienił się w jedną wielką personifikację Lenia :) Niestety...
- DST 221.10km
- Czas 07:57
- VAVG 27.81km/h
- VMAX 53.80km/h
- Temperatura 20.0°C
- Podjazdy 638m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Kaliskie dokołakółki
Wtorek, 19 lipca 2016 · dodano: 19.07.2016 | Komentarze 15
Od czego tu zacząć? Cholera, tych zaczynań będzie więcej niż samego opisu :)
Generalnie plan był taki, żeby wspomóc Dariusza w zamalowywaniu mapki na zielono, czyli zdobywaniu gmin. Nie pytajcie, każdy ma swoje zboczenie :) W okolicach weekendu wstępnie odpowiedziałem na pytanie czy jadę gdzieś dalej (+/-200 km) w sposób, którego najważniejszym elementem był znak zapytania. A dotyczył on dnia wolnego.
W międzyczasie odezwał się Remik z kolejnym zapytaniem: czy coś będzie w końcu z zaplanowanego na poniedziałek wypadu. Oczywiście nie było nic. Ale presja przełożyła się na konkretny plan działania i logistyczne możliwości skupienia się na wtorku jako "dniu ziroł".
O dziwo... się udało załatwić to i owo, dzięki czemu po osiemnastej wczoraj zrobił się konkret i decyzja - jedziemy. Zrzedła mi tylko mina na myśl o godzinie pobudki, czyli piątej z kawałkiem. Rano! Ale jakoś się udało wstać. Aha, jeszcze jedna istotna rzecz - wiedząc, że Remik nie ma szosy, a ja mam ten przywilej, że posiadam rowerowy duet, z założenia wybrałem na dzisiejszy trip crossa. Mój tyłek mi za to do teraz dziękuje, choć finalnie okazało się, że to ja jadę na najgrubszych oponach :)
Uff. Zaczynanie się skończyło, czas na konkrety. Z Dębca ruszyłem lekko przed szóstą, kilkanaście minut później witałem się z Dariuszem, a po chwili oczekiwana na punktualne przybycie do Łęczycy - z Remikiem. To było akurat premierowe spotkanie w takim zestawie, więc tym bardziej historyczne :)
Pokrótce omówiliśmy pierwsze detale trasy, którą ogarniałem jedynie na początku, czyli gdzieś do Trzykolnych Młynów. Potem zdałem się na kolegów. W sumie komfortowa sytuacja. Puszczykowo, Mosina, Rogalin, Radzewice - tu czułem się jak ryba w wodzie. Potem moje liderowanie przejął Remik, który z doświadczenia wiedział, na które DDR-ki trzeba zwracać uwagę, na które mniej, dzięki czemu udało nam się uniknąć mand... pouczenia czy tam czegokolwiek na mega absurdanych ścieżkach w Śremie, na których końcu mogliśmy pozdrowić nieoznaczony radiowóz :)
W międzyczasie trwała żywa dyskusja na temat mordowania ryb, królików, meduz, kalmarów oraz kur. Nie da się ukryć, chłopaki znalazły wspólną pasję. I oczywiście - eh, znają to wszyscy niejedzący trupiarni - "ciosy" w plecy wegetarianina :) Dlatego na chwilę się wycofałem, żeby raz jeszcze pokazać, gdzie to mam :) Powyżej Waszych kół. Ale w sumie - kilka razy się uśmiałem :)
Tak kręcąc na zmianę dotarliśmy do miejscowości Góra, która faktycznie zawierała w sobie górę, a na jej końcu pałac z końcówki XIX wieku. Przedtem jednak urzekła mnie nazwa tamtejszej knajpy - "Bar stylowy pod kogutem". Była na tyle apetyczna, tak samo jak wygląd, że nie dziwi napis "na sprzedaż". Ale rok wybudowania budynku - 1888 - robi wrażenie, Chyba że to ściema :)
Pod samym pałacem Remik zorientował się, że nie wziął z domu aparatu. Po telefonie do żony zorientował się, że nie ma go też w domu. Po chwili zorientował się, że ma go jednak w plecaku :) Chcąc zapełnić lukę w niemożliwości robienia zdjęć cyknąłem fotę z samowyzwalacza, która na pewno nie ma szans na wystawę na Grand Press Photo, ale za to powstała :) Niewyraźni jesteśmy, bo spisek czy coś tam :)
Tamtejsze "pawie" zdecydowanie były spokojniejsze przed naszym przybyciem. Chłopaki, jakiś pomysł czemu? :)
Potem nazwy miejscowości przewijały mi się jak w kalejdoskopie, nic mi nie mówiąc. Wyjątkowo byłem zupełnie nieprzygotowany i miałem gdzieś przez co jedziemy, choć znaczną część miejscowości eksplorowałem dogłębnie koleją, co pozwalało mi zachować pewną psychiczną kontrolę. Na pewno pamiętam Golinę, gdzie przed marketem nastąpił na popas, na pewno Prusy (bo znów znaleźliśmy się pod zaborem), na pewno Panienkę (sms do Żony: "jesteśmy w..."), pałac w Dobrzycy...
...oraz Gołuchów, gdzie zatrzymaliśmy się w całkiem ładnym parku, którego centrum stanowił zamek zbudowany w latach 1550-1560. Tyłka nie urwał, ale jak na swój wiek prezentuje się godnie.

Przedtem jednak zaskoczył nas deszcz, całkiem solidny, przez który najpierw straciliśmy dobre kilkanaście minut stojąc pod wiatą przystankową, a następnie podobną ilość czasu pod drzewami, poszerzając swoje kontakty społeczne o parkującego już tam wcześniej autochtona. Swojskiego w całej swej swojskości :) W końcu ruszyliśmy, jak widać na zdjęciu wyglądając jak zmoknięte kury. A może bardziej kurczaki.
Różnymi dziwnymi drogami dotarliśmy do miejsca, od którego było kilkanaście kilometrów od Kalisza. Ale okazało się to iluzją, gdyż gminy zdobywa się abstrakcyjnie - tu skręcając w lewo, tu w prawo, tam nawracając... Tym samym nagle znaleźliśmy się dalej niż bliżej celu, w jakiejś zupełnie nie do zapamiętania miejscowości, w której wypatrzyliśmy sklep z niezbędnym zaopatrzeniem - izotoniki, woda, pączek, pączek, drożdżówka, drożdżówka, lód od Grycanek (tu nastąpiła dyskusja sięgająca daleko bardziej...). Pani sklepikarka jak dowiedziała się ile przejeżdżamy najpierw zbladła, a potem wyszła przed sklepik wypytać co i jak. Wieś będzie żyła plotami pewnie jakiś rok :) Specyfiką miejsca było też to, że po zatrzymaniu pachniało ewidentnie marychą, a kilka kilosów dalej z tego co kojarzę skierowaliśmy się ku miejscowości Kokalin. Przypadek? :)
Gdzieś wtedy zorientowałem się, że trochę przesadziliśmy z przerwami, a do odjazdu pociągu, którym wstępnie chciałem wracać (żeby po osiemnastej być przy wizycie fachowca zakładającego liczniki wody i załatwić z nim dość istotną sprawę) została nieco ponad godzina i grubo ponad trzydzieści kilosów do zrobienia. Niby realne, ale biorąc pod uwagę, że wtedy właśnie zaczęliśmy robić zakręt, po którym przestało wiać nam w plecy, a zaczęło mocno w pysk i do tego znów padać - raczej bez szans. Jednak spróbowaliśmy, za co dzięki. Remik, gdy tylko z obowiązku znalazł się na wojewódzkiej pocisnął tak,
że ciężko było go dogonić, co jak potem się okazało było spowodowane
jego "miłością" do tego typu dróg. Dariusz też nie zamulał, chyba
najbardziej robiłem to ja, no ale koła i mój rower robiły swoje.
Przy okazji udało się jeszcze upolować drewniany kościółek w miejscowości Krzyżówki.
Poddaliśmy się w miejscowości Koźminek, z całkiem ładnym pałacem i skromnym ryneczkiem. Nie było szans zdążyć, po wykonaniu telefonu do Żony przekazałem czego trzeba dopilnować i o co wypytać, a my już na spokojnie napiliśmy się jakiejś podobno mega zdrowej wody z tamtejszej "fontanny". Gdy robiłem zdjęcia pałacu i kościoła...
...usłyszałem gdzieś z boku głos: a nam pan nie zrobi? Okazało się, że należał on do waćpana z pobliskiej ławeczki, jak się okazało też "kolarza", z którym chwilę pogadaliśmy o dętkach i walorach miejscowości, w której byliśmy. Obiecałem, że zdjęcie będzie, nawet całej trójki tubylców, i to na blogu :) Pożegnaliśmy się miło, a ja niniejszym spełniam prośbę:
Teraz czekał nas najgorszy etap trasy. Choć z przyjemnym elementem, bo nagle - zupełnie przypadkowo :) - zgubiliśmy się gdzieś w środku sadu (?) wiśniowego i bojąc się, że umrzemy z głodu zajęliśmy się ich konsumpcją. Oczywiście miało to tylko na celu przeżycie, a nie obżarstwo. Były pyszne :)
Przez jakichś wsie i objazdy dojechaliśmy do Opatówka, wciąż z zacinającym deszczem oraz wmordewindem. I od razu mówię - wiatr nam dziś baaaaaardzo pomagał, praktycznie przez większość trasy mieliśmy go jako ziomala. Dopiero ostatnie 30-40 kilosów było bardzo upierdliwe. Do granic samego Kalisza pamiętam jedynie zaparcie się na rogach kierownicy oraz walkę mającą na celu poruszanie się do przodu. Udało się!
Sam Kalisz to najpierw - znów - kretyńskie DDR-ki, do tego pokonywane w mocno zacinającym deszczu, potem pozamykane drogi, konieczność jazdy chodnikiem, bruk, bruk, bruk... Oj, nie będę miłośnikiem tej miejscowości :) Na chwilę zatrzymaliśmy się na rynku, gdzie zrobiono nam pamiątkową fotę, już wyraźną.

W planach mieliśmy obowiązkową pizzę, ale jak się okazuje w Kaliszu to nie jest łatwe. Znalezienie pizzerii graniczyło z cudem, przez co znów kręciliśmy jakimiś bocznymi paskudnymi uliczkami, żeby w końcu wylądować przy samej galerii koło dworca, gdzie wedle informacji od Żony miał znajdować się godny polecenia przybytek, z rewelacyjnymi opiniami. Czasu było niewiele, ja poleciałem więc kupić bilety (dialog z tamtejszym cieciem: "- Proszę przypiąć rower na zewnątrz dworca. - Ale ja nie mam zapięcia. - Trudno, ale tu są kamery. - No fajnie, znam co najmniej kilka miejsc, gdzie są kamery i rowery nikogo nie kolą w oczy. - No ale nie ma wyjścia, bo zaraz ktoś przyjdzie z ochrony". Finalnie - bojąc się klapsa :) - wyprowadziłem rower na zewnątrz, a cieć sam z siebie jak widziałem zaczął go pilnować. Choć tyle.
Chłopaki zamówiły pizzę - jak na moje pyszną! Ratuje to trochę opinię o Kaliszu, mieście, w którym byłem ostatni raz jakieś osiem lat temu, a prócz nowej galerii mało się zmieniło. Ale nie oceniam, bo byliśmy za krótko. W każdym razie za cztery sery i wegetariańską duży plusik :)
Kupiliśmy jeszcze, hmmmmm, zapasy na drogę :), które dość szybko zostały skonsumowane podczas jazdy "tygryskiem", czyli zmodernizowanym EN57 (Dariusz, wierz czy nie wierz, to naprawdę te same "kible", które widziałeś w Ostrowie, tylko odświeżone).
Nieniepokojeni przez nikogo w miłej atmosferze dojechaliśmy do Poznania - ja z Dariuszem wysiedliśmy na Dębinie, Remik pojechał na Główny, skąd jeszcze miał spory kawałek jazdy przez miasto. Akurat byłem w komfortowej sytuacji, bo do domu miałem w linii prostej kilometr piechotą, natomiast Dariusz już większy dystans do Plewisk.
Podsumowując - dzięki Panowie za świetny wyjazd! Była to moja pierwsza dwuseta crossem, zupełnie inna niż ta szosowa. Pod koniec było ciężko, ale cała trasa wyszła rewelacyjnie. Tak jak mówiłem - napiszę szczerze, że wiatr nam pomagał przez większość drogi, więc proszę mi nie imputować, że pomijam tego typu ewenementy przyrody :) Remik, miło było w końcu poznać na żywo! Pewnie to nie ostatni wyjazd. Aha, a jak widać wegetarianie jakoś żyją i nawet jadąc czołgiem potrafią zrobić swoje ;) A gminy wkleję jak mi powiecie jakie zaliczyliśmy, bo nie mam pojęcia :)
PS. Wybór crossa jako środka transportu okazał się najlepszym, jaki mógł być. Tyłek mniej bolał, na masie dziurawych dróg nie wpadłem do żadnego krateru, a nade wszystko - jako jedyny wróciłem bez mokrego pampersa, bo byłem dumnym posiadaczem błotnika. Jednego, ale jakże istotnego :) Pozostaje mi tylko przeprosić towarzyszy za ponad 200 kilosów z dźwiękiem trzeszczącego siodła w tle :)






