Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi Trollking z miasteczka Poznań. Mam przejechane 250129.33 kilometrów w tym 4.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 27.44 km/h i się wcale nie chwalę.
Suma podjazdów to 813283 metrów.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl


Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Trollking.bikestats.pl

Archiwum bloga

  • DST 56.70km
  • Czas 01:53
  • VAVG 30.11km/h
  • VMAX 51.20km/h
  • Temperatura 15.0°C
  • Podjazdy 127m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Solo, ale niekoniecznie :)

Niedziela, 25 września 2016 · dodano: 25.09.2016 | Komentarze 2

Dziś w pracy dzień tajwański. Ostatnio czuję się jak na tygodniach tematycznych w Lidlu, tyle że przy wciąż aktywnej promocji ukraińskiej. Każda inna nacja jest jak rzadko spotykany nowy model na półce. Tak więc dzisiaj dominowały wariacje na tematy bliskowschodnie, o dziwo nawet przy wzajemnym zrozumieniu, przy użyciu języka w miarę komunikatywnego dla obydwu stron, choć upierdliwe toto koszmarnie. Mimo wszystko to jakaś odmiana, a co cywilizacja to cywilizacja. W przeciwieństwie do... a nieważne :)

Przed robotą rano udało mi się wykręcić jeszcze swoje pięć dych, nawet w fajnych warunkach, bo po porannym chłodku (około ośmiu na plusie) potem temperatura rozkręciła się do całych piętnastu. A że wiatr był do ogarnięcia, mimo wschodniego kierunku, to finalnie udało mi się na styk utrzymać średnią lekko ponad trzy dychy na niełatwej trasie - bo pełnej zakrętów, zmian kierunku i... Starołęckiej :) - od Dębca przez Głuszynę, Koninko, Robakowo, Śródkę, Tulce, Żerniki, Krzesiny do domu.

Ze znakomitej pogody korzystałem nie tylko ja, Prócz pojedynczych kolarzy trafiły się i "grubsze ryby" - najpierw w Krzyżownikach mijałem się z jakąś potężną, bo na oko ponad dwudziestoosobową uśmiechniętą i pędzącą grupą, z której nawet jeden rowerzysta gestami namawiał do nawrotu i pokręcania z nimi (mega sympatyczne zachowanie), a przed Krzesinami została pozdrowiona jeszcze słynna Zgrupka Luboń, którą po raz pierwszy (a może drugi?) widziałem w pełnym "ustrojeniu", całkiem fajnie się prezentującym.





  • DST 52.20km
  • Czas 01:44
  • VAVG 30.12km/h
  • VMAX 51.80km/h
  • Temperatura 15.0°C
  • Podjazdy 103m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

W kleszczach Manitou

Sobota, 24 września 2016 · dodano: 24.09.2016 | Komentarze 9

Weekendy w pracy, prócz tego, że zawsze były zmorą, ostatnio stały się zmorą jeszcze bardziej brzydką, niesympatyczną i paskudną. Od rozpoczęcia do końca jak nie szlifuję na sobie podstaw ukraińskiego - mówiąc po polsku, że go nie rozumiem i wypadałoby ruszając w świat opanować choćby w jakimś kompletnym minimum język angielski, bo o polskim nawet nie marzę - to mam do czynienia ze wcale nie lepszym polskim żywiołem ludzkim. A to, za co mi właściwie płacą zajmuje mi tylko tyle, ile szczeniak marki pinczer w skali wszechświata.

Dziś więc szybko do konkretów, bo na rozpisywanie się nie mam ani czasu ani sił. 

Zgodnie z zachodnim (hurraaa) kierunkiem wiatru (już silniejszego niż wczoraj) pokręciłem klasyk z Dębca przez Luboń, Wiry, Komorniki, Szreniawę, Konarzewo, Trzcielin, Dopiewo, Palędzie. Dąbrówkę, Plewiska znów na Dębiec. Jako że sobota rano to czas, gdy zawsze zmysły mam wyostrzone podwójnie to najpierw uniknąłem w ostatniej chwili możliwości zostania plackiem za wydajną pomocą troglobaby mającej za nic znaki ukazujące pierwszeństwo na skrzyżowaniu, a następnie sam bym ów placek upiekł, ale na szczęście przyuważając w ostatniej sekundzie jakąś samobójczynię przebiegającą bez patrzenia dokoła na drogę. Potem nastąpiło kilkanaście kilometrów w miarę płynnej jazdy, by w końcu znaleźć się w kleszczach Manitou. I to jakże namacalnego! :)

Po raz kolejny na tej samej drodze zostałem zblokowany, bo samochody jadące z naprzeciwka nie dały szansy na wyprzedzenie, więc przez jakiś dobry kilometr podziwiałem dumne szamańskie cztery... koła. Jadąc powoli, a ze wzruszenia nawet robiąc kompletnie nieostre zdjęcie. 




  • DST 54.65km
  • Czas 01:48
  • VAVG 30.36km/h
  • VMAX 50.70km/h
  • Temperatura 15.0°C
  • Podjazdy 112m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Plusowo

Piątek, 23 września 2016 · dodano: 23.09.2016 | Komentarze 10

Czas oddechu od silnego wiatru w końcu nadszedł, znów można cieszyć się samą jazdą, a nie z tego, że udaje się utrzymać w pionie na rowerze. Do tego jest ciut cieplej, choć wciąż bez zestawu jesiennego ani rusz. Ogólny ogół jednak znajduję jako pozytywnie pozytywny :)

Plan był dziś na wykonanie "kondomika" bez żadnych wariacji, ale jak zwykle nie wyszło. Tym razem na drodze - dosłownie - stanął mi jakiś remont węzła autostradowego, przez który część ruchu krajową piątką był prowadzony wahadłem. Ja zdecydowałem się na objazd przez Komorniki, częściowo prowadzącym przez centra handlowe, częściowo przez magazyny, a w stu procentach przez zupełnie nieoznakowane dróżki. Jechałem więc na "czuja", a że od ostatniego wesela wciąż trzyma mnie jeszcze katar to prawie się zgubiłem. Dojechałem w końcu do któregoś ronda i już miałem skręcić w niewłaściwą stronę, ale poznałem znak, który zawsze przyprawia mnie o dreszcze, informujący o kostkowej DDR-ce i już wiedziałem gdzie jechać - nie tam :) I finalnie udało mi się wydobyć z labiryntu, kręcąc już spokojnie dalej przez Rosnowo, Stęszew, Dymaczewo, Łódź, Mosinę i Luboń.

Dobrze, że udało mi się wykręcić na trasie znaczną górkę ponad limit trzech dych średniej, bo jak zwykle Luboń też w korkach, ale tym razem spowodowanych intensyfikacją budowy wiaduktu na granicy z Łęczycą. Odpocząłem sobie tam od jazdy, głównie stojąc, choć i tak byłem w bardziej uprzywilejowanej sytuacji niż puszki, które poruszały się w jeszcze bardziej ślimaczym tempie (jeśli takowe w ogóle istnieje). Za to już na lubońskiej Armii Poznań spotkało mnie miłe zaskoczenie, bo gdy żal mi się zrobiło jadącego za mną TIR-a postanowiłem zjechać na ciąg pieszo-rowerowy, oczywiście z kostki, który częściowo został rozkopany, ale w znacznej części niestety pozostał. Otrzymałem za to najpierw radosne podwójne "klakśnięcie", a do tego jeszcze podziękowanie światłami. No proszę, po raz kolejny potwierdza się, że prowadzący TIR-y to inna, wyższa kategoria kierowców, szczególnie tych w polskim wydaniu. Miło mi się zrobiło, jak zwykle w takich sensacyjnych przypadkach :)




  • DST 56.00km
  • Czas 01:52
  • VAVG 30.00km/h
  • VMAX 51.70km/h
  • Temperatura 14.0°C
  • Podjazdy 63m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Wrześniowy Gwiazdor

Czwartek, 22 września 2016 · dodano: 22.09.2016 | Komentarze 5

Podobno dziś w Tatrach spadł pierwszy śnieg tego (jeszcze do dziś) lata. W Poznaniu co prawda aż tak wesoło nie było, choć widząc na termometrze za oknem radosne plus osiem odziałem się premierowo w zestaw na długo. Przydało się, choć już przy szalonych czternastu powyżej zera zacząłem się lekko gotować. Za to wiatr w końcu sobie odpuścił kierunek wschodni, dzięki czemu prócz kilku kilometrów na początku i końcu wycieczki mogłem skupić się na kręceniu, a nie interwałach w korkach.

Plan był dziś jeden: jadę gdziekolwiek, byle na zachód, a potem się pomyśli. Skierowałem się na Plewiska, potem Gołuski, Dąbrówkę, Palędzie, Dopiewo, Fiałkowo, Więckowice, Sierosław, Dąbrowę, w której - jako że to dzień premier - postanowiłem wykonać test i przejechać się kawałek serwisówkami przy ruchliwej DK307. Miałem już okazję zrobić to w kierunku na Buk, w tę stronę, mimo szczerych chęci... jednak mi się nie udało :) Bo praktycznie zaraz po wjechaniu na jedną z nich wypatrzyłem po przeciwnej stronie, czyli jakieś cztery pasy drogowe dalej, Dariusza, którego odblaskowe barwy nie dają mu szans na zostanie tajniakiem w "Gromie". A przynajmniej nie podczas jazdy rowerem. Krzyknąłem z odległości, szczerze mówiąc nie licząc na to, że zostanę usłyszany, ale po reakcji (nagłe rozglądanie się dokoła siebie) stwierdziłem, że jednak mam głos bardziej donośny niż sądziłem. Problem w tym, że bylem ciężki do zlokalizowania, więc postanowiłem wykonać szybki telefon. Tym samym zepsułem koledze średnią, która według jego relacji oscylowała wtedy w okolicach czterystu na godzinę, a ja nie mam żadnych racjonalnych podstaw, żeby mu nie wierzyć. Więc sorry :)

Obaj się cofnęliśmy, stwierdziliśmy, że jedziemy kawałek razem - przez Skórzewo do Plewisk. Niestety czasu nie miałem praktycznie w ogóle, bo w samo południe musiałem być w pracy, więc przejażdżka była krótka, za to obowiązkowo przy dźwięku klaksonów. W sumie jednego, ale odcinek za długi nie był. Finalnie zajechałem jeszcze na dosłownie moment do Dariusza w celu otrzymania obiecanych kiedyś gratisów - nieużywanego bidonu oraz koszyczka do niego. Przydadzą się, niniejszym jeszcze raz dzięki! Gwiazdor w tym roku przyjechał szybciej niż myślałem :)

Końcówkę wykonałem już solo, starając się dokręcić czas stracony na nawrotach serwisówkowych. I udało się wywalczyć żabim skokiem trzy dyszki średniej, choć kilku kierowców najwyraźniej nie życzyło sobie, żeby to się stało. Ale nie ze mną te numery! :)




  • DST 52.15km
  • Czas 01:46
  • VAVG 29.52km/h
  • VMAX 54.80km/h
  • Temperatura 16.0°C
  • Podjazdy 91m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Znów wschodząc

Środa, 21 września 2016 · dodano: 21.09.2016 | Komentarze 2

Po jednym dniu relaksu spod znaku "go west", dziś niestety znów kierunek wiatru od Ruskich. Co prawda jego siła trochę przygasła (jakiś kryzysik, panie Putin?), ale wciąż duł mocno i upierdliwie. Zresztą - przy kilkunastu kilometrach pełzania po mieście i tak to nie ma znaczenia :)

W sumie o dziwo w samym Poznaniu aż tak źle nie było, może to kwestia pory wyjazdu (dziewiąta), czyli już po kumulacji. Jak zwykle jednak nie brakowało niespodzianek, takich jak blokada drogi na części dla rowerów zaraz za "mostem Tylman" , zafundowana przez kolesi coś tam naprawiających przy słupach. Czemu postanowili wyładować cały asortyment na wąskim pasie rowerowym, a nie na szerokim chodniku pozostanie ich słodką tajemnicą, ale mi to o tyle pasowało, że na legalu mogłem pokręcić drogą. Always look on the bright side of life - a jak ktoś mi kasuje DDR-ki to ja widzę same brajtlajty :)

Trasa: Dębiec - Malta - Warszawska - Swarzędz - Paczkowo - Siekirki - Tulce - Jaryszki - Krzesiny - Starołęka - Dębiec. Na Starołęckiej na odcinku niecałych dwóch kilometrów uwaliła mi się cała średnia. Klasyk nad klasykami.




  • DST 51.90km
  • Czas 01:43
  • VAVG 30.23km/h
  • VMAX 50.70km/h
  • Temperatura 14.0°C
  • Podjazdy 67m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

W końcu na zachód - przypadek? :)

Wtorek, 20 września 2016 · dodano: 20.09.2016 | Komentarze 5

Skoro dzień wolny to tradycyjnie... nie miałem szansy się wyspać. Ot, karma :) A wszystko przez to, że w niezwykle precyzyjnym odstępie czasu  - między 10 do 14 - miał się u nas pojawić serwisant od kuchenki. A że kolejny termin wypadłby gdzieś w okolicach najbliższego zlodowacenia to nie miałem wyjścia, zebrałem się w sobie i ruszyłem punkt ósma, tak żeby się wyrobić na godzinę zero.

Zanim wystartowałem to przy parującej kawie zaliczyłem jeszcze obowiązkową wizytę na portalach pogodowych. I dawno mi się tak gęba nie ucieszyła jak dziś, gdy zobaczyłem, że wszystkie z nich solidarnie pokazały, iż kierunek wiatru zmienił się ze wschodniego na inny. Nieważne jaki, ważne, że inny! Wiedziałem bowiem, że gdziekolwiek pojadę, to czeka mnie jedynie około trzech-czterech kilometrów wśród świateł i korków w jedną stronę, a nie tak jak ostatnio - po dwanaście. I nawet oszałamiająca dycha na termometrze nie była w stanie mi popsuć humoru. Zresztą na mecie byłem prawie w Afryce, bo zakwitło czternaście na plusie.

Wybrałem kierunek zachodni, z lekką północną wariacją: Dębiec - Plewiska - Skórzewo - Wysogotowo - Sierosław - Fiałkowo - Dopiewo - Palędzie - Gołuski - Plewiska - Dębiec. Bez przygód, prócz może dziadygi, który pełzając sobie dziarsko rowerem po chodniku na Świerczewie nagle postanowił, informując siebie i tylko siebie, wjechać na przejście dla pieszych. Gdy ledwo go ominąłem starożytnym manewrem "skręć w lewo i módl się za zdrowie swoje i tego kretyna" widziałem jeszcze na facjacie (bo to był TEN typ dziadka, znany chyba każdemu) chęć uświadomienia mi, że powinienem czytać w jego myślach, ale że się spieszyłem to dziarski emeryciuch nie otrzymał gratisowej lekcji uświadamiającej mu jakie przepisy złamał.

Na słynnej stacji w  Fiałkowie pojawiły się - obok motywu zbliżonego do Tupolewa - dwa nowe elementy: Mercedes oraz budka telefoniczna. Jak na moje to ewidentne nawiązanie do niemieckiego spisku zainspirowanego przez rosyjskiego agenta Tuskina, którego ofiarą stał się Najświętszy Prezydent, wykonujący ostatnie połączenie telefoniczne.

Że co? Że niby mam coś z głową i jestem przewrażliwiony? :) Spokojnie, mam lepszych od siebie, tam na górze :)

Aha, serwisant zawitał, owszem. O 13.40.




  • DST 53.20km
  • Czas 01:50
  • VAVG 29.02km/h
  • VMAX 51.20km/h
  • Temperatura 18.0°C
  • Podjazdy 102m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Katuś :)

Poniedziałek, 19 września 2016 · dodano: 19.09.2016 | Komentarze 4

Ruskie nie odpuszczają. Wieją, dują i masakrują w najlepsze. Kierunek północno-wschodni nigdy nie należał do moich ulubionych, ale póki można - jeździć trzeba, zgodnie ze swoimi niezdrowymi zasadami. Więc i dziś czekała mnie randka z miejskimi korasami, które wyjątkowo zaczęły się dziś o wiele wcześniej niż myślałem, gdyż pierwszego wężyka zauważyłem już na Drodze Dębińskiej pod wiaduktem, a ciągnął on się aż do AWF-u. Dzięki czemu po raz pierwszy jadąc w tę stronę zapoznałem się z położoną po drugiej stronie drogi ścieżką, która następnie przeszła w coś na kształt drogi dla rowerów, pieszych, parkingu, wjazdu dla samochodów, a kończyła się stacją roweru miejskiego. Uwielbiam polski porządek :)

Gdy już dopchałem się na wysokość Malty to postanowiłem sobie urozmaicić wycieczkę i pokręcić ulicą Baraniaka (błąd - światło za światłem), Kobylepole (błąd - ścieżka skręcająca z lewa na prawo jak przeciętny wujek wracający z wesela; plus światła), a w końcu Borówki/Transportową do Zalasewa (błąd - asfalt "księżycowy"). Świadom, iż osobom spoza Poznania te nazwy mówią mniej niż niewiele wspomnę jedynie, że paradoksalnie tereny są przepiękne i zielone, a odechciewa się wszystkiego przez udupioną infrastrukturę.

Za Swarzędzem skręciłem w DK92 do Paczkowa, praktycznie stojąc w miejscu. Wiatr ciut mniej przeszkadzać zaczął za Siekierkami, nawet pomagając do Tulec i Jaryszek, żeby potem robić to, co lubi najbardziej temu, kogo nie lubi najbardziej. Gnój jeden :) Finalnie po zaliczeniu jeszcze Starołęckiej miałem komplet i z chęcią zawitałem w domu.

Marudzę, narzekam, ale cholera cieszy mnie każdy wyjazd jeszcze klasyfikujący się pod kategorię klimatu umiarkowanego. Niech wieje, niech tylko nie pada żaden deszcz i śnieg, resztę zniosę. Tym optymistycznym akcentem kończę. Wasza ofiara przemocy pogodowej, tłumacząca swego kata :)




  • DST 55.10km
  • Czas 01:55
  • VAVG 28.75km/h
  • VMAX 53.20km/h
  • Temperatura 15.0°C
  • Podjazdy 199m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Misja: asfalt

Niedziela, 18 września 2016 · dodano: 18.09.2016 | Komentarze 10

Po moich wczorajszych pochwałach wredny ruski wiatr dziś uderzył ze zdwojoną, a nawet "zpięconą" siłą. Cóż, swój dzień we współpracy z nim miałem wczoraj, koniec, over, finito. Wracamy do realiów.

Z powodu kolejnego upojnego dzionka w pracy musiałem wystartować wcześnie (po ósmej) i nie powiem, żeby w przeciwieństwie do ostatnich tygodni było mi zbyt gorąco. Dwanaście stopni jest spoko, a nawet całkiem spoko, ale zimą, nie we wrześniu. Wracałem już jednak prawie w upale - stopni piętnaście - i nawet mogłem sobie pozwolić na podkasanie długich rękawów.

Wyjątkowo na wyjazd miałem konkretny plan. Dostałem bowiem z dwu niezależnych źródeł info, że w okolicach Puszczy Zielonki zakwitły nowe asfalty. Dla porównania - to tak jakby nagle trasa Paryż-Roubaix stała się przejezdna dla przeciętnych śmiertelników. Musiałem się o tym przekonać, a niedziela jako data przeprawy po raz kolejny przez calutki Poznań z dołu do góry i z powrotem wydawała się jedynym rozsądnym terminem. Do etapu ulicy Hlonda poruszałem się nawet sprawnie, ale potem nastąpił objazd rozkopanej Gdyńskiej, za nią ukazały się mym oczom jakieś nieistniejące tu wcześniej wielgachne tunele, aż w końcu po pokonaniu solidnej górki znalazłem się w Koziegłowach, gdzie z kolei zakwitłem na światłach, których - dałbym głowę - też tu kiedyś nie było. Dobra zmiana?

Od tego momentu kręciłem już zaaferowany jak nastolatek pierwszym filmem z gatunku tych przyrodniczych. Kicin, Kliny i Mielno co prawda pozostały bez zmian, ale za tą ostatnią miejscowością... no raj! Tam, gdzie kiedyś można było wpaść w dziurę i się w niej zgubić, teraz jest... zresztą, co będę się wysilał na opisy. Proszę:


Aż się nie chciało odjeżdżać. Grigor - miałeś sto procent racji - to jak jazda po dywanie.

W Wierzonce skręciłem w kierunku kolejnego etapu spodziewanych nowości w stylu komfort. Po wdrapaniu się do Karłowic na długaśnej prostej już ostrzyłem sobie ząbki na przyjemne doznania, a tu... nic. Wjechałem do Tuczna, który wciąż jest Tłuczniem, a nie żadnym Tucznem!  A miało być tak pięknie... Dotarłem do pierwszego skrzyżowania, prawie połykając kilkukrotnie swój język i raz niemalże kolano, aż zawróciłem. I ja się pytam (reklamacja!), szanowny panie Dariuszu L., gdzie ten anonsowany w smsie "nowy asfalt"? Tu?

A może z drugiej strony?

A może dalej w kierunku na Pobiedziska?

Tego nie zweryfikowałem, gdyż zawróciłem, bo raz że i tak nabiłem o pięć kilosów więcej, żeby tam dotrzeć, a dwa że nie miałem już czasu. Zacisnąłem zęby, pomodliłem się do świętego spaghetti w sosie kurkowym i już mknąłem z powrotem, tym razem kręcąc przez ponownie Wierzonkę, Kobylnicę (gdzie prawie skasował mnie na zakręcie jakiś troglogówniarz w czymś pędzącym, wypasionym i oczywiście zapuszkowanym), Janikowo i znów przez caluuuutki Poznań.

Średniej nawet nie komentuję, bo wstyd. Przewiało mnie konkretnie, masę czasu straciłem mimo niedzieli na światłach, remontach i asfalcie, co to miał być, a być zapomniał. Choć w sumie finalnie 50% sukcesu w tej odkrywczej misji osiągnąłem - widziałem ASFALT przed Wierzonką i ASSfalt w Tucznie :)




  • DST 53.40km
  • Czas 01:46
  • VAVG 30.23km/h
  • VMAX 53.80km/h
  • Temperatura 23.0°C
  • Podjazdy 96m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Dziwny był ten...

Sobota, 17 września 2016 · dodano: 17.09.2016 | Komentarze 11

...wyjaaaazd - zaśpiewałby pewien genialny człowiek, który wyprzedził muzycznie swą epokę, choć nie wiem nic o jego wyczynach rowerowych.

A dziwny wyjazd, jak i dzień, bo:

- mimo że miałem wolne to ogarnianie tornada po remoncie wciąż jest wykonywane małymi kroczkami, więc de facto wolnego nie miałem;
- w związku z tym, że ogarnianie tornada po remoncie jest wykonywane małymi kroczkami miałem wstać wcześnie rano. Podświadomie jednak uruchomiła się ponownie u mnie dusza anarchisty, którym byłem za bachora (glany gdzieś tam pewnie jeszcze w domu rodzinnym znajdę, tak samo jak kasety Dezertera, Włochatego, KSU, Farben Lehre i innych...) i pie..., eee..., ignorując system bardzo niegrzecznie zaspałem;
- jak już ruszyłem (po dziewiątej) to zaskoczyła mnie przejezdność ulic, których nie tłumaczyła nawet sobota swoim jestestwem. I tak w szoku pokręciłem Drogą Dębińską pierwsze pięć kilosów ze średnią ponad trzy dychy (w mieście!), lecz od AWF-u wszystko wróciło do normy i zagłębiłem się - aż do kilometra dwunastego, czyli północnej granicy Poznania - w szeroko rozumiany standardzie. Zawierającym między innymi to:

Czyli szlachetną w samym swym zamiarze możliwość przepuszczenia trzech składów pociągów za jednym rzutem na stacji Poznań Wschód. Wspomnę tylko, że między drugim a trzecim czasu było wystarczająco nie tylko na rozładowanie sznureczka samochodowego-rowerowego, ale i strzelenie co najmniej trzech bramek przez Borussię pewnemu anonimowemu polskiemu zespołowi;
- wiatr wiał mocno, a nawet bardzo, ale... o dziwno zupełnie mi to dziś nie przeszkadzało, bo jak nigdy podzielił swoją moc pół na pół i drugą połowę trasy Dębiec - Malta - Kobylnica - Biskupice i kawałek dalej nawrót swoimi śladami miałem przyjemnie w plecy. Jeśli tak by było codziennie to ja naprawdę nie będę marudził w temacie, czego dowodem powyższy wywód :)

Bitels ostatnio stwierdził, że czytając moje wpisy na temat poznańskich korków ma wrażenie jakbym pisał o NY. Oczywiście, że ja trochę przesadzam, bo komunikacyjną żółć jakoś muszę z siebie wydalić, ale tego samego dnia trafiłem w regionalnej telewizji WTK na taki oto krótki REPORTAŻ. Więc może jednak nie tylko ze mną jest coś nie tak? :)




  • DST 52.10km
  • Czas 01:47
  • VAVG 29.21km/h
  • VMAX 52.70km/h
  • Temperatura 23.0°C
  • Podjazdy 90m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Tęsknota skasowana

Piątek, 16 września 2016 · dodano: 16.09.2016 | Komentarze 7

Planując dziś - przy porannej, przedpracowej kawce - trasę wydawało mi się, że trochę stęskniłem się za jazdą dawno niewidzianym kawałkiem Poznania pomiędzy Antoninkiem a Dębcem. Po powrocie już wiem, że się nie stęskniłem :) Korek na korku, światła na świetle, ludź na ludziu. Czyli standardowy standard uwalający średnią, która i tak dziś nie mogła być dobra, bo wiatrzysko zrobiło się dziś całkiem solidne, wciąż ze wschodu. Ale żeby nie było - kilka kilometrów miałem go z tyłu pleców, dzięki czemu osiągnięcie na płaskim programu 50 km/h+ nie stanowiło żadnego problemu

Trasa: Poznań - Starołęcka - Jaryszki - Tulce - Siekierki - Paczkowo - Swarzędz - Poznań Antoninek - Malta - Dębiec. Słabo, bo jak powyżej. A w opisywanych niedawno Jaryszkach udało mi się wykształcić system w miarę bezpiecznego lawirowania między TIR-ami: zamknąć oczy i liczyć, że żaden z kierowców nie jest fanem GTA. Dziś zadziałało :)