Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi Trollking z miasteczka Poznań. Mam przejechane 242779.75 kilometrów w tym 4.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 27.47 km/h i się wcale nie chwalę.
Suma podjazdów to 791371 metrów.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl


Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Trollking.bikestats.pl

Archiwum bloga

  • DST 54.30km
  • Czas 01:58
  • VAVG 27.61km/h
  • VMAX 51.00km/h
  • Temperatura 10.0°C
  • Podjazdy 157m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Po prostu listopad

Wtorek, 1 listopada 2016 · dodano: 01.11.2016 | Komentarze 9

Cały październik był na tyle paskudny, że bez żalu przyjąłem informację, iż się kończy, a zaczyna listopad. W końcu to o jeden miesiąc bliżej do wiosny. I niestety o jeden bliżej do upalnego lata (fuj).

W tym roku wyjątkowo udało się objechać groby w naszym zasięgu kilka dni wcześniej, dzięki czemu uniknęliśmy dość przykrego (przynajmniej dla mnie) najazdu na cmentarze, okraszonego masową konsumpcją kiełbachy, waty cukrowej, badziewia z food trucków i wszystkiego tego, z czym się "je" polskie wspomnienia o zmarłych. W zamian za to udało się w ciszy i symbolicznie przypomnieć o tych, o których powinno się pamiętać.

Wczoraj wieczorem za to wpadli do nas znajomi i udało się ogarnąć nową grę planszowo-karcianą "Cytadela". Nie powiem, sympatycznie morduje się króli, okrada biskupów, kupczy dobrami... Jak w życiu :) Skończyliśmy dość późno, więc i wstawanie poranne poszło, hmmm, niezbyt sprawnie. Z różnych względów :) Z drugiej strony motywacja nie była za duża - w nocy padało, nad ranem mżyło.

W końcu jednak przestało i można się było zbierać. Wyruszyłem o jedenastej, zapobiegliwie wybierając dziś crossa. Jak zwykle gdyby moje cztery litery umiały za to dziękować to pewnie by to zrobiły, bo na trasie (dziś "kondomik" z Dębca przez Luboń, Wiry, Puszczykowo, Mosinę, Dymaczewo, Stęszew, Komorniki do Poznania) w pewnym momencie dopadł mnie skromny deszczyk, a przez cały czas chlapało mi spod kół. Ale generalnie jechało mi się całkiem sympatycznie, bo mimo wiatru, który mnie momentami solidnie sponiewierał, drogi były jeszcze puste. Taki wyjątkowy świąteczny stan, aż chciałoby się, żeby stał się codziennym.

Klasycznie jeszcze podsumowanie poprzedniego miesiąca. Oj, niełatwy on był. Sporo dni bez roweru, a coś około "większej połowy" wykonane crossem. Praktycznie cały październik to również silny wiatr, co chyba przyznają nawet prześmiewcy mojej "miłości" do tego żywiołu :) Finalnie wykręciłem 1365 kilometrów, ze średnią 28,4. Daleko od ideału.




  • DST 53.35km
  • Czas 01:50
  • VAVG 29.10km/h
  • VMAX 50.70km/h
  • Temperatura 10.0°C
  • Podjazdy 60m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

DZ - wersja na plus

Poniedziałek, 31 października 2016 · dodano: 31.10.2016 | Komentarze 0

Tak, zdecydowanie z dobrych zmian przemawia do mnie tylko jedna jedyna - ta weryfikująca czas na zimowy. Jak na moje to taka może następować co miesiąc :)

Dziś krótko, bom zalatany. Rano udało się zrobić kurs na zachód, przez Plewiska, Skórzewo, Wysogotowo, Więckowice, Dopiewo, Palędzie, Dąbrówkę i znów Plewiska, Czyli nic nowego, nic zaskakującego, po prostu orka pod wiatr, dziś już trochę słabszy. Z naciskiem na "trochę". Od jutra wedle prognoz najpierw deszcz, a potem deszcz, aż do czasu, gdy zacznie padać :/

Skończyłem słuchać "Przejęcie" Chmielarza. Oj, jest dobrze. Zaczynam "Wampira". Ma chłopak talent, nie ma co.




  • DST 51.75km
  • Czas 01:50
  • VAVG 28.23km/h
  • VMAX 50.70km/h
  • Temperatura 7.0°C
  • Podjazdy 134m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Łacina

Niedziela, 30 października 2016 · dodano: 30.10.2016 | Komentarze 6

Pierwotnie miałem dziś wcześnie rano wracać z Prusimia, ale jak można wyczytać we wczorajszym wpisie sytuacja się lekko skomplikowała i finalnie startowałem z domu. Dzięki zmianie czasu (w tę stronę ją nawet lubię) poszło mi to sprawniej niż zazwyczaj, a poza tym nie za bardzo mogłem marudzić, gdyż mimo niedzieli grafik był wytyczony prawie co do minuty...

Żyła we mnie abstrakcyjna nadzieja, iż sytuacja pogodowa się unormuje, ale gdzie tam! Zimno, ponuro, średnio sympatycznie, a przede wszystkim TEN #*&^% WIATR. Na całej trasie z Poznania przez Plewiska, Gołuski, Dąbrówkę, Palędzie, Dopiewo, Trzcielin, Chomęcice, Rosnowo i znów Plewiska do domu miałem do pokonania trzy wiadukty, z dość ostrymi zjazdami. I mój dzisiejszy max na nich to… 28 km/h. I to przy sporym dokręcaniu. Co prawda finalnie udało mi się na jednym kawałku dobić do pięciu dych na godzinę, ale to w chwilowym momencie rozkoszy, gdy przez kilka sekund wiało mi w plecy.

Generalnie za swój sukces uznaję już to, że średnia nie miała wartości ujemnej :) A to, co zostało wyartykułowane pod nosem z moich ust choćby podczas walki z huraganem na odsłoniętej całkowicie serwisówce przy S11 śmiało mogłoby wzbogacić podręczniki współczesnej łaciny. Lub słów jej pokrewnych :)




  • DST 62.00km
  • Czas 02:15
  • VAVG 27.56km/h
  • VMAX 50.20km/h
  • Temperatura 10.0°C
  • Podjazdy 142m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

No i dupa :/

Sobota, 29 października 2016 · dodano: 29.10.2016 | Komentarze 27

Oj, dużo miałem dziś czasu na myślenie nad tytułem wpisu. I tylko ten pasował mi w całości.

Po kolei jednak.

Po niełatwych roszadach w pracy, zamianach i nadgodzinach udało mi się załatwić wolną sobotę, która miała być taka w jednym celu - pojawieniu na się na, będącym pomysłem Jurka57, integrującym bikestatowiczów z WLKP JurkoZlocie (tak to roboczo nazwałem). Było to drugie podejście do tematu, gdyż pierwszy termin został przełożony z kilku względów. Tym razem miało się udać. I wszystko było na dobrej drodze.

Wyspałem się, zjadłem bogate śniadanie, Żona zamontowała mi kanapki na drogę, które jako człowiek nieusakwiony zapakowałem wraz z ciuchami na zmianę do plecaka. Tym samym, wyglądając jak niepełnosprawna wersja wielbłąda, ruszyłem.

Ruszyłem... Taaaa... Bardziej adekwatne będzie: wsiadłem na rower i próbowałem ruszyć. Wiatr był tak silny, że zatrzymywał mnie w miejscu, a nawet namiętnie próbował cofać. No ale w końcu wiedziałem na co się piszę - w pełni świadomie podjąłem decyzję o pokonaniu około dziewięćdziesięciu kilometrów do Prusimia, w którym zresztą nigdy nie byłem (co stanowiło dodatkowy motywator do wyjazdu), z huraganem prosto w ryj. Miałem też oczywiście już przygotowany cały zapas wytłumaczeń czemu pokonałem ów dystans z prędkością zbliżoną do ujemnej.

Trasę wybrałem najprostszą z możliwych, wzdłuż zawsze ruchliwej DK92. Zanim jednak do niej dotarłem postanowiłem zafundować sobie spokojniejszy kawałek, przez Plewiska, Skórzewo, Wysogotowo, Lusowo... no właśnie. Do tego momentu było ok, przynajmniej pod względem braku niespodzianek. Walczyłem z każdym podmuchem, wolno bo wolno, ale jednak do przodu. Niestety... właśnie tam, na dwudziestym kilometrze stało się to, czego się podświadomie obawiałem po wczorajszym - lewy pedał zaczął żyć własnym życiem. Pełen optymizmu zastosowałem wiekowy patent, czyli kręciłem nim przeciwnie do ruchu wskazówek zegara aż się odblokuje. Udało się. Na kilometr. Znów stop. Znów ręczna robota. Na dwa kilosy. Potem znów. Dojechałem do Tarnowa Podgórnego, tam jakoś udało się przejechać ścieżką, zatrzymując znów kilka razy. Przy jej końcu skontaktowałem się z Jurkiem, informując, że jest problem i jest opcja, iż nie dotrę, ale jeszcze spróbuję pokręcić. Otrzymałem krótką instrukcję w tematyce kręcenia jedną nogą, nawet próbowałem się zastosować, ale mając przeciwko sobie wichurę nie za bardzo wychodziło :)

W afekcie zrobiłem coś, czego nigdy nie robię za Tarnowem, czyli rondo pokonałem DDR-ką. Hmm. Coś mi się wydaje, że po raz ostatni. Czemu? Eee... sam nie wiem.

Niestety - po minięciu miejscowości Rumianek nic się nie poprawiło w sytuacji. Regularność zatrzymań wzrosła do pięciuset metrów, dojechałem więc do tablicy granicznej powiatów i się poddałem. Jurek nie odbierał, więc zamontowałem sobie w uszach zestaw słuchawkowy, zrobiłem symboliczne zdjęcie, na którym widać smutek poddania się i zawróciłem :/

Jurek oddzwonił, ja jadąc wyjaśniłem sytuację, na co nawet otrzymałem propozycję podwózki do Prusimia, ale pozostawała kwestia jutrzejszego powrotu, który zaplanowałem na poranek, a ekipa miała jeszcze w planach objazdówkę po tamtejszych hopkach, więc odpadało. Ja wpadłem jeszcze na jeden pomysł - przypomniałem sobie, że w Swadzimiu, jakieś dziesięć kilosów wstecz, jest Decathlon, który dawał mi nadzieję na dojechanie, a nie dojście do domu. A może nawet nawrotkę?

Po tym razem brutalnym potraktowaniu pedała z kopa, w sytuacji, gdy już nie musiałem na niego naciskać, a jedynie zdać się na tym razem błogosławiony podmuch wiatru w plecy, o dziwo dało się kręcić (jedno zatrzymanie, całkowita blokada, naprawiona) i powoli odnalazłem drogę do tymczasowego celu. W Decathlonie, który nie jest sklepem mojego pierwszego wyboru, od razu skierowałem się do serwisu, zapytałem czy byłaby opcja wymiany tych dość istotnych elementów na miejscu i ku swemu zdziwieniu otrzymałem odpowiedź: tak, zaraz powiem koledze, który tu będzie, pomoże panu. Szok. Zdecydowanie pozytywny. Do tego ochroniarz sam zaoferował, że popilnuje mi roweru (wow!), więc ruszyłem na poszukiwanie pedałów. Tu mi mina lekko zrzedła, bo aktualnie na stanie były albo tanie plastiki, albo jakieś kosmosy za +/- dwie stówy, albo... no właśnie. Aluminiowe, za mniej niż pięć dyszek, całkiem solidne, tylko że mające się do szosy jak płetwy dla jamnika. I tak mniej więcej wyglądają aktualnie (zdjęcie zrobione pod domem):

Trochę się naczekałem w sklepie, bo akurat kolejeczka interesantów wpadła, tu rower na grudzień, tu kaseta ma za dużo zębów, więc trzeba wybrać nową, tam napisy na ciuchy sportowe dla firmy trzeba zrobić, więc kwitłem, ale i tak tragedii nie było. Gdy już trafiło na mnie to wymiana potrwała, jak to w takich nieskomplikowanych przypadkach, chwilę, a co najlepsze - nie chciano ode mnie kasy za wymianę! Mimo nalegań! Szacun, naprawdę. Niby pierdółka, sama sprawa nieskomplikowana, ale jednak - brawo Decathlon Swadzim! :)

Gdy wyszedłem na zewnątrz... musiałem podtrzymać rower, żeby nie upadł od podmuchu. Była godzina prawie piętnasta, czyli ta, którą zaplanowałem na pojawienie się w okolicach mety. Tymczasem byłem kilka kilometrów od granicy Poznania... Wykonałem więc jeszcze jeden telefon do Jurka, potwierdzający niestety moją ostateczną rezygnację i osobistą porażkę. Nienawidzę tego, nienawidzę się poddawać, ale spojrzałem na sytuację realnie - do Prusimia miałem jakieś siedem dych pod mega mocny wiatr, z tyłu tylko lampkę z marketu, a 9/10 drogi wzdłuż koszmarnie dziś (o dziwo) zaTiR-owanej DK92. Do tego podczas naszej rozmowy zaczęło kropić, potem mocniej padać... No nie, trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść :/

Z płetwami pod nogami wróciłem do miasta, tam stanąłem w... korkach. W sobotę. Około szesnastej. No tak, życie cmentarne się zaczęło. Czułem się jak o 7:55 rano przed wjazdem do jedynej drogi prowadzącej do korpo. Cale moje stanie zamiast jazdy dopełniły całości dzisiejszego wyjazdu. Osiągnąłem chyba najgorszą w historii średnią na szosie, po trzech godzinach od startu miałem zrobione czterdzieści kilometrów z małym plusem, cały misterny plan w p...lecy. Bywa.

Tak więc wrócę do tytułu: no i dupa!

PS. Z Jurkiem jako "wodzem" ekipy udało się połączyć wieczorem i symbolicznie otworzyć browara. Choć tyle :)




  • DST 52.40km
  • Czas 01:48
  • VAVG 29.11km/h
  • VMAX 50.70km/h
  • Temperatura 10.0°C
  • Podjazdy 111m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Wolna Amerykanka

Piątek, 28 października 2016 · dodano: 28.10.2016 | Komentarze 9

Jak wiadomo nieszczęścia chodzą parami, a w moim przypadku jeżdżą (ja i rower). W związku z tym moje wczorajsze przygody z przednią gumą dziś płynnie zamieniły się w gnój z pedałem. Lewym. Tak bowiem - jak to tylko ja potrafię - wszedłem w zakręt, że zahaczyłem nim o glebę, na szczęście nie wywracając się, ale od tego momentu pod butem zaczęła mi się wolna Amerykanka. A nawet Kanadyjka. Po trzech przystankach i potraktowaniu sprzętu finalnie z kopa dało się jechać, ale pod domem znów coś się przyblokowało. Pomógł następny kop. Mam nadzieję już na stałe, ale coś czuję, że jestem zbyt dużym optymistą.

Wykonałem "kondomika" od strony Górczyna, Komornik, Stęszewa, Łodzi, Mosiny, Puszczykowa i Lubonia na Dębiec. "Wiater" się wzmógł. Fajnie choć, że z zachodu, ale komfortowy to on nie był :) Jako że po prostu nie chce mi się ostatnio cisnąć to olałem średnią i kręciłem wybitnie tempem emeryckim. I jak prawdziwemu polskiemu emerytowi przeszkadzały mi pedały.





  • DST 55.60km
  • Czas 01:55
  • VAVG 29.01km/h
  • VMAX 51.70km/h
  • Temperatura 7.0°C
  • Podjazdy 166m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Troglobaba i problemy z gumą

Czwartek, 27 października 2016 · dodano: 27.10.2016 | Komentarze 7

Dziś jesień miała dzień sympatyczny. W końcu to kobieta, więc trzeba takie doceniać ;) Nie mżyło. nie padało, nie mgliło, aż chciało się wyruszyć gdzieś dalej, ale niestety - robota wzywała. Wykonałem więc jedynie klasyczne pięć dych z małym nadkładem, wynikającym z konieczności odwiedzenia na chwilę lubońskiego oddziału swojego kołchozu i odebranie dość cennego sprzętu.

Wiatr w teorii miał wiać z południa. I tak było, dopóki nie zawróciłem - wtedy zmienił kierunek na zachodni. Sweet :) Pokręciłem w tę i z powrotem z Dębca przez Luboń, Puszczykowo, Mosinę (tam niestety objazd pomiędzy ddr-kami i zakazami jazdy rowerem. Moje zęby...), Żabinko i Żabno, gdzie na górce zawróciłem. Jechało mi się jakoś dziwnie ciężko, w domu okazało się czemu - powietrza w przednim kole było tyle, co kot (na pewno jakiś się znajdzie) napłakał. Pewnie dopompowując je przed wyjazdem coś skopałem przy wentylu i mam za swoje.

Pod sam koniec, już na Dębcu, zostałbym placuszkiem za sprawą jakieś troglobaby, która biorąc azymut na Rossmana skręciła mi przed nosem w lewo, tak, że aż musiałem wjechać na chodnik, będący jednocześnie początkiem wjazdu do sklepu, żeby nie wylądować w okolicach podwozia. Tępa dzida dostała ostro po uszach nie tylko ode mnie, ale i od kobiety, która jechała za nią. Niestety, tutaj zdarza się to coraz częściej - paniusie będące już myślami w drogerii, kupujące mentalnie jakieś podkłady lub inne... eee... lub inne rzeczy (w tej tematyce jak nigdy brakuje mi słów) to broń śmiertelna. Gorzej jest tylko przy giełdzie odzieżowej na Górczynie. Tam powinni zrobić znak: "teren przyjazny samobójcom". 




  • DST 51.30km
  • Czas 01:46
  • VAVG 29.04km/h
  • VMAX 50.20km/h
  • Temperatura 5.0°C
  • Podjazdy 60m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Mlecznie

Środa, 26 października 2016 · dodano: 26.10.2016 | Komentarze 7

Nie może być nudno. Po prostu nie może. Jak nie wieje mocno to pada, jak nie pada to mży. A czasem na raz mży, pada i wieje. Dziś dla odmiany za oknem ktoś wylał gęste mleko, co nie tylko jest marnotrawstwem zasobów, ale aktywnym czynnikiem z gatunku tych upierdliwych. Aż musiałem wykręcić lampkę z crossa i przyczepić w szosie, bo świecić pod tyłkiem słabiutkim led-em jakoś mi się nie widziało. A pewnie kierowcom nie widziało się mnie widzieć :)

Rok temu żałowałem, że nie zamontowałem sobie na sezon jesień/zima wycieraczek do okularów. Dziś przypomniałem sobie czemu. Osiadająca na nich woda czy para powodowały, że mleko było nie stu, ale dwustuprocentowe. W pewnym momencie opuściłem je więc do połowy nosa, przez co wyglądałem pewnie jak emeryt z misją, szukający w skupieniu kolejnego Żyda w polskim sejmie.

A to, co nie wyglądało, wyglądało o tak na początku...

...trochę lepiej później...

...aż w końcu już całkiem ładnie. 

Wykonałem woooolniutkie kółeczko na zachód, z Dębca przez Plewiska, Skórzewo, Wysogotowo, Więckowice, Dopiewo, Gołuski i znów Plewiska. Gdy mijałem słynną stację diagnostyczną w Fiałkowie, słynącą z ciekawych gadżetów na ekspozycji, kadłub samolotu we mgle z czymś mi się skojarzył... Hm... Zupełnie nie wiem z czym. Ale coś czuję, że pierwsze z brzegu odtworzone wydanie "Wiadomości" pomoże mi w wyjaśnieniu tej zagadki :)




  • DST 31.80km
  • Czas 01:10
  • VAVG 27.26km/h
  • VMAX 43.00km/h
  • Temperatura 9.0°C
  • Podjazdy 43m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Glut na stacji Bułgarska

Wtorek, 25 października 2016 · dodano: 25.10.2016 | Komentarze 5

Zaskoczenia nie było. Miało padać i padało. Po ósmej rano otworzyłem jedno oko, jedno ucho i wstałem jedną nogą, żeby zobaczyć jak wygląda sytuacja za oknem (jednym, bo zakładałem, że za drugim będzie to samo). Lotem nurkowym wróciłem pod kołdrę i tak wytrwałem do godziny dziewiątej. Wtedy, ku memu zdziwieniu, rzut już obydwu oczu dał wynik pozytywny, znaczy się - lać przestało! Szybko dokończyłem kawę, ubrałem zestaw ciuchów rowerowych spod znaku "syf' i przygotowałem crossa do jazdy.

Czasu miałem niewiele, więc z założenia nawet nie myślałem o wykonaniu zwykłego dystansu, a jedynie gluta. Na którego zresztą miałem już swój plan, zbieżny z północno-zachodnim kierunkiem wiatru. Ruszyłem spokojnie starając się nie utopić w kałużach, minąłem Górczyn, minąłem Osiedle Kopernika i pojawiłem się pod głównym punktem wycieczki, na Inea Stadionie przy Bułgarskiej. Który ma od niedawna nowego lokatora, czyli parowóz Ty51 przywieziony tu prosto z wolsztyńskiej parowozowni. Mimo mojej ambiwalencji wobec Lecha inicjatywna jest zacna, wyjątkowa jak na polskie warunki i po prostu fajna. Brawo :)


Po sesji pojechałem dalej Bułgarską, skręciłem w Bukowską, dotarłem do Ławicy, wyjechałem z Poznania do Wysogotowa, z którego skręciłem na Skórzewo, Plewiska i do domu. Usyfiony za wszystkie czasy (bo znów zaczęło padać) zameldowałem się w domu i w całkiem dobrym nastroju ruszyłem do roboty. Gdzie oczywiście ów nastrój mi padł :)




  • DST 52.20km
  • Czas 01:47
  • VAVG 29.27km/h
  • VMAX 50.70km/h
  • Temperatura 9.0°C
  • Podjazdy 214m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Remontowe dylematy

Poniedziałek, 24 października 2016 · dodano: 24.10.2016 | Komentarze 11

Prawdopodobnie miałem w tym tygodniu ostatnią szansę na porządne wyspanie się, a moja dusza sportowca nie pozwala na marnowanie takich sytuacji :) Niczym wytrawny suseł nie dałem przeciwnikowi szans i nie opuściłem łóżka do momentu, gdy poczułem, że zwycięstwo jest moje. Potem małe śniadanie, kawka i można było myśleć o rowerze. Na popołudnie miałem kilka rzeczy w planach do załatwienia, więc w głowie klasyczne pięć dyszek.

Wiatr niezmiennie gnoi ze wschodu, więc trzeba było znów obrać ten kierunek. Tylko że oznaczało to Starołęcką, więc zmodyfikowałem trasę i ruszyłem na południowy zachód, do Lubonia, Wir, Łęczycy i Puszczykowa, gdzie zacząłem się zastanawiać czy w Mosinie wciąż remontują przejazd czy już jakimś cudem skończyli. Tak z ręką na sercu to myślałem o tym jeszcze przed wyjazdem, ale znaleźć jakiekolwiek info na ten temat choćby na stronie owej gminy jak się okazało jest rzeczą niewykonalną. Pozostało mi więc obserwować znaki przy drodze mówiące o objazdach. Znalazłem taki jeden, a jego autorowi dałbym szansę na wstąpienie do komisji Macierewicza, taki był abstrakcyjny. Żółta tablica, z informacją, iż remont jest. Ale nie przekreślony w całości, jak to zazwyczaj się robi gdy takowy się kończy, a jedynie na małym znaku zakazu wjazdu ktoś nakleił czarną linię. Po jego przeanalizowaniu byłem głupszy niż przed tą czynnością. Po prostu więc skręciłem w lewo i z zadowoleniem stwierdziłem, że po prostu można już legalnie jechać, co prawda mijając jeszcze robotników w czymś tam zbliżonym do podkładów sobie grzebiących, ale spacer już nie jest konieczny.

Pokręciłem dalej do Rogalinka, Rogalina i zakręciłem sobie za Świątnikami, wracając swoimi śladami. Niestety już nie było wczorajszych komfortowych warunków co do ruchu drogowego i postałem sobie w kilku korkach. A że mi się nie spieszyło to odpuściłem walkę o średnią, tym bardziej że wiatr pieścił mnie głównie z boku.

Znów deszcze siakieś zapowiadają :/




  • DST 57.40km
  • Czas 01:54
  • VAVG 30.21km/h
  • VMAX 57.00km/h
  • Temperatura 12.0°C
  • Podjazdy 92m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

NIEdziela na TAK

Niedziela, 23 października 2016 · dodano: 23.10.2016 | Komentarze 5

Nic w przyrodzie nie ginie, Także niedospane godziny. Po trzech ostatnich dniach hardkora, gdy wstawałem przed siódmą, wracałem do domu przed dwudziestą drugą, a kładłem się spać koło północy, dzisiejszy wolny dzień nie mógł rozpocząć się inaczej jak leniuchowaniem do późna, zjedzeniem rodzinnego śniadania, a rower odwlekł się do godziny dwunastej. Oj, chciałbym mieć częściej taki komfort... Również pogodowy, bo znów było wyśmienicie, gdyż startowałem w temperaturze około dziesięciu stopni, a na mecie było ich nawet dwanaście. Odzwyczajony jestem od takich upałów :)

Jako że była niedziela to z mniejszym niż zazwyczaj poziomem desperacji ruszyłem przez miasto. I faktycznie, wyjątkowo nie jechało się źle - po minięciu Chwaliszewa, Malty i Antoninka miałem na liczniku średnią na poziomie 28 km/h, czyli o jakieś osiem więcej niż w przeciętny dzień roboczy :) Na moście Rocha zauważyłem nowy/stary trend - w okolicach południa w niedziele jak wiadomo odwiedza się świątynie. Tym razem nie było inaczej, choć wierni uczą się dopiero szlaku, nie zwracając uwagi na linie oddzielające część dla pieszych od drogi rowerowej. Ale jestem spokojny, w końcu się nauczą, przecież galerię Posn/rania otworzono dopiero kilka dni temu :) Problemem może być tylko na przyszłość szerokość chodnika, gdyż siatki z zakupami zajmują sporo miejsca, co może powodować zatory na trasie. Trzeba jednak być mocnym w wierze - gorące modlitwy i problem się jak zwykle pewnie rozwiąże.

Swarzędz przejechałem bez zatorów, tak samo jak praktycznie całą DK92 do Kostrzyna, gdzie zakręciłem na Siekierki, Gowarzewo i Tulce, dalej już podążając stałym szlakiem przez Jaryszki, Krzesiny i wyjątkowo pustą Starołęcką. Tym samym zrobiłem trasę Polska+, a +, bo o kilka kilosów dłuższą niż zazwyczaj. Tego plusa proszę nie mylić z pewnym innym :) Wiatr dawał o sobie znać, ale bez przesady, a cała wyprawa mnie naprawdę pozytywnie pogodowo ucieszyła. Widocznie trzeba czasem dostać przez kilka tygodni po tyłku, żeby docenić to, co jeszcze niedawno było standardem.

Skończyłem słuchać audiobooka Wojciecha Chmielarza "Podpalacz". Polecam. Cholera, człowiek się starzeje, bo jeszcze kilka lat temu przez myśl by mi nie przeszło rekomendowanie powieści człowieka o kilka (ale niewiele) młodszego od siebie.