Info
Suma podjazdów to 784700 metrów.
Więcej o mnie.
Moje rowery
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2026, Maj9 - 14
- 2026, Kwiecień30 - 50
- 2026, Marzec31 - 65
- 2026, Luty28 - 51
- 2026, Styczeń31 - 72
- 2025, Grudzień31 - 80
- 2025, Listopad30 - 70
- 2025, Październik31 - 96
- 2025, Wrzesień30 - 125
- 2025, Sierpień31 - 144
- 2025, Lipiec31 - 188
- 2025, Czerwiec30 - 147
- 2025, Maj31 - 187
- 2025, Kwiecień30 - 156
- 2025, Marzec31 - 204
- 2025, Luty28 - 178
- 2025, Styczeń31 - 168
- 2024, Grudzień31 - 239
- 2024, Listopad30 - 201
- 2024, Październik31 - 208
- 2024, Wrzesień30 - 212
- 2024, Sierpień32 - 210
- 2024, Lipiec31 - 179
- 2024, Czerwiec30 - 197
- 2024, Maj31 - 268
- 2024, Kwiecień30 - 251
- 2024, Marzec31 - 232
- 2024, Luty29 - 222
- 2024, Styczeń31 - 254
- 2023, Grudzień31 - 297
- 2023, Listopad30 - 285
- 2023, Październik31 - 214
- 2023, Wrzesień30 - 267
- 2023, Sierpień31 - 251
- 2023, Lipiec32 - 229
- 2023, Czerwiec31 - 156
- 2023, Maj31 - 240
- 2023, Kwiecień30 - 289
- 2023, Marzec31 - 260
- 2023, Luty28 - 240
- 2023, Styczeń31 - 254
- 2022, Grudzień31 - 311
- 2022, Listopad30 - 265
- 2022, Październik31 - 233
- 2022, Wrzesień30 - 159
- 2022, Sierpień31 - 271
- 2022, Lipiec31 - 346
- 2022, Czerwiec30 - 326
- 2022, Maj31 - 321
- 2022, Kwiecień30 - 343
- 2022, Marzec31 - 375
- 2022, Luty28 - 350
- 2022, Styczeń31 - 387
- 2021, Grudzień31 - 391
- 2021, Listopad29 - 266
- 2021, Październik31 - 296
- 2021, Wrzesień30 - 274
- 2021, Sierpień31 - 368
- 2021, Lipiec30 - 349
- 2021, Czerwiec30 - 359
- 2021, Maj31 - 406
- 2021, Kwiecień30 - 457
- 2021, Marzec31 - 440
- 2021, Luty28 - 329
- 2021, Styczeń31 - 413
- 2020, Grudzień31 - 379
- 2020, Listopad30 - 439
- 2020, Październik31 - 442
- 2020, Wrzesień30 - 352
- 2020, Sierpień31 - 355
- 2020, Lipiec31 - 369
- 2020, Czerwiec31 - 473
- 2020, Maj32 - 459
- 2020, Kwiecień31 - 728
- 2020, Marzec32 - 515
- 2020, Luty29 - 303
- 2020, Styczeń31 - 392
- 2019, Grudzień32 - 391
- 2019, Listopad30 - 388
- 2019, Październik32 - 424
- 2019, Wrzesień30 - 324
- 2019, Sierpień31 - 348
- 2019, Lipiec31 - 383
- 2019, Czerwiec30 - 301
- 2019, Maj31 - 375
- 2019, Kwiecień30 - 411
- 2019, Marzec31 - 327
- 2019, Luty28 - 249
- 2019, Styczeń28 - 355
- 2018, Grudzień30 - 541
- 2018, Listopad30 - 452
- 2018, Październik31 - 498
- 2018, Wrzesień30 - 399
- 2018, Sierpień31 - 543
- 2018, Lipiec30 - 402
- 2018, Czerwiec30 - 291
- 2018, Maj31 - 309
- 2018, Kwiecień31 - 284
- 2018, Marzec30 - 277
- 2018, Luty28 - 238
- 2018, Styczeń31 - 257
- 2017, Grudzień27 - 185
- 2017, Listopad29 - 278
- 2017, Październik29 - 247
- 2017, Wrzesień30 - 356
- 2017, Sierpień31 - 299
- 2017, Lipiec31 - 408
- 2017, Czerwiec30 - 390
- 2017, Maj30 - 242
- 2017, Kwiecień30 - 263
- 2017, Marzec31 - 393
- 2017, Luty26 - 363
- 2017, Styczeń27 - 351
- 2016, Grudzień29 - 266
- 2016, Listopad30 - 327
- 2016, Październik27 - 234
- 2016, Wrzesień30 - 297
- 2016, Sierpień30 - 300
- 2016, Lipiec32 - 271
- 2016, Czerwiec29 - 406
- 2016, Maj32 - 236
- 2016, Kwiecień29 - 292
- 2016, Marzec29 - 299
- 2016, Luty25 - 167
- 2016, Styczeń19 - 184
- 2015, Grudzień27 - 170
- 2015, Listopad20 - 136
- 2015, Październik29 - 157
- 2015, Wrzesień30 - 197
- 2015, Sierpień31 - 94
- 2015, Lipiec31 - 196
- 2015, Czerwiec30 - 158
- 2015, Maj31 - 169
- 2015, Kwiecień27 - 222
- 2015, Marzec28 - 210
- 2015, Luty25 - 248
- 2015, Styczeń27 - 187
- 2014, Grudzień25 - 139
- 2014, Listopad26 - 123
- 2014, Październik26 - 75
- 2014, Wrzesień29 - 63
- 2014, Sierpień28 - 64
- 2014, Lipiec27 - 54
- 2014, Czerwiec29 - 82
- 2014, Maj28 - 76
- 2014, Kwiecień22 - 61
- 2014, Marzec21 - 25
- 2014, Luty20 - 40
- 2014, Styczeń15 - 37
- 2013, Grudzień21 - 28
- 2013, Listopad10 - 10
- DST 53.30km
- Czas 01:51
- VAVG 28.81km/h
- VMAX 50.20km/h
- Temperatura -0.7°C
- Podjazdy 84m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Leniolicca
Niedziela, 4 grudnia 2016 · dodano: 04.12.2016 | Komentarze 24
Jakimś cudem udało mi się załatwić wolną niedzielę, więc czwarty dzień grudnia rozpoczął się pod kryptonimem "leń". I to nawet patentowany. Śniadanie i kawa na spokojnie, niespieszne wstawanie... Czemu do cholery tak nie może być codziennie? To znaczy może, ale wtedy rower służyłby mi do transportowania złomu ze śmietników do punktów skupu, a nie do jazdy :)
Jak już ruszyłem, czyli dopiero po 11:30, temperatura daleka była od komfortowej. Za to wiatr się uspokoił, choć strasznie był upierdliwy ze zmiennością kierunku z południowego na zachodni i z powrotem. Wykonałem zestaw zbliżony do wczorajszego, tylko że odwrotnie - Dębiec, Plewiska, Dąbrówka, Palędzie, Dopiewo, Trzcielin, Konarzewo, Rosnowo, Komorniki, znów Plewiska. Na spokojnie, bez spiny i szaleństw, bo momentami było ślisko, szczególnie na zakrętach oraz podczas mojej ulubionej atrakcji zimą, czyli pokonywania rond i przejazdów kolejowych.
W końcu zdecydowałem się przesłuchać nową Metallikę. Jakoś wcześniej nie miałem do tego serca, jednak okazało się, że niepotrzebnie bałem się rozczarowania. Żadne cudo, ale sporo tu przyzwoitej młócki. Jestem na tak.
- DST 51.50km
- Czas 01:48
- VAVG 28.61km/h
- VMAX 50.70km/h
- Temperatura 2.0°C
- Podjazdy 56m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Wpis awaryjny
Sobota, 3 grudnia 2016 · dodano: 03.12.2016 | Komentarze 10
Wczoraj się rozpisałem za wszystkie czasy, więc dziś będzie krótko.
Wstałem.
Wyjechałem.
Przejechałem.
Wróciłem.
Dziękuję za uwagę :)
-----------------------------------------------------------------------------
PS. No dobra, aż tak łatwo nie będzie - wykręciłem kółeczko od Dębca przez Luboń, Wiry, Komorniki, Konarzewo, Trzcielin, Dopiewo, Palędzie, Dąbrówkę, Plewiska. Spokojnie, jak to zimą, ale czasem nawet momentami zachciewało się przyspieszyć.
PS 2. Rano trafiła się nam w mieszkaniu lekka awaria kanalizacji. Na szczęście w wersji, hmmm, light :) Ale i tak trzeba było zaprzyjaźnionego fachmana wzywać, bo tylko spirala (której się jeszcze nie dorobiłem, a nawet nie wpadłem na to, że będzie potrzebna) mogła pomóc, żadne krety i inne przepychaczki. Finalnie wszystko poszło sprawnie i szybko, ale przyznać trzeba, że dzień zapowiadał się gówniano :)
- DST 61.30km
- Czas 02:09
- VAVG 28.51km/h
- VMAX 50.20km/h
- Temperatura 4.0°C
- Podjazdy 242m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
"Tu nie ma tolerancji" :)
Piątek, 2 grudnia 2016 · dodano: 02.12.2016 | Komentarze 5
Tak jak sądziłem
nie udało mi się zainaugurować miesiąca grudnia rowerowo. Wczoraj
cały dzień lało, więc mimo wolnego dnia udało mi się tylko
zaliczyć popierdółkę, czyli godzinną rundkę na chomiku (33 km,
średnia 32,7 km/h. Statystyka teraz klaska z radości).
Dziś już było
zdecydowanie lepiej. Co prawda silny, a nawet bardzo silny wiatr
jeszcze się utrzymywał, ale nie było to to, co w nocy, gdy wiało
podobno do 80 km/h. Wyruszyłem dość późno, przed jedenastą,
gdyż skrzętnie skorzystałem z rzadko włączanej funkcji „wyśpij
się”. Poza wczorajszym dzionkiem ostatnie osiem dni spędziłem
bowiem cięgiem w robocie i egzystowałem oraz wyglądałem jak
niedorobione zombie.
Wybrałem kierunek
„pod podmuch”, czyli północny. Jak zwykle oznacza to zaliczenie
słodkości mentalnej zwanej jazdą przez miasto, więc od początku
łatwo nie było. Dopchałem się jakoś do ronda
Nowaka-Jeziorańskiego, a gdy z niego wyjechałem usłyszałem za
sobą… no, jak zwykle zadam zagadkę – co mogłem usłyszeć? Ano
klakson. I to nie byle jakie klakśnięcie. Ciągłe, donośne,
niemal bez przerwy. Zerknąłem z ciekawości za siebie czy może nie
trzeba pomóc, może kierowca zasłabł i czółkiem walił bezradnie
w kierownicę? No nie tym razem :)
- Gdzie k...
jedziesz???? Tam masz ścieżkę!!! - otworzyło się okienko, a z
wnętrza puszki rozległ się tak właśnie śpiewny, aksamitny męski
głos. No, załóżmy, że taki był :)
Początkowo chciałem
zignorować sprawę, ale klakson oraz troglodyta się nie poddawał,
więc musiałem zareagować:
- A nie widzisz, że
to tylko kawałek ścieżki, która jest końcówką drogi z Grunwaldzkiej,
czyli nie jest położona zgodnie z moim kierunkiem jazdy? Poza tym
za chwilę się skończy na środku chodnika – i naprawdę zdążyłem
to wszystko powiedzieć na jednym wydechu.
- Gówno mnie to
obchodzi! Po tą są ścieżki, żeby nimi k… jeździć, a nie
blokować ruch!
- Jedź już sobie
koleś, frustruj się gdzie indziej.
Coś tam burknął i ruszył do przodu,
ale przez akademikami Uniwersytetu Medycznego zatrzymały go światła,
a że okno było wciąż otwarte to postanowiłem podjechać i
wyjątkowo kontynuować ową uroczą konfrontację.
- I co, gdzie masz
teraz tę ścieżkę? Bo jak na moje skończyła się po
pięćdziesięciu metrach na środku chodnika i teraz musiałbym
złamać prawo, żeby kontynuować jazdę.
- A co mnie to? Jest
ścieżka to masz nią jeździć.
- Chłopie, a znasz
takie słowo jak empatia?
- Eeee…
- Empatia,
tolerancja, kultura na drodze… Mówi ci to coś?
- W tym mieście nie ma tolerancji! Wystarczy, że muszę przejechać przez
centrum i nie mam na nią ochoty! A ty mi jeszcze blokujesz tor
jazdy!
- Super. A teraz
spójrz – ty masz trzy pasy ruchu, ja zajmuję może połowę
szerokości twojego samochodu. Taka tragedia?
- Tragedia jest
taka, że łamiesz przepisy. Ja też jeżdżę rowerem i zawsze jadę
zgodnie z przepisami!
- Taaa, już widzę
jak szosą zaliczasz każdą kostkową ddr-kę…
- A to już kwestia
jak się buduje w tym cholernym Poznaniu…
No i tu dialog nam
się urwał (a szkoda, bo jak widać wnioski na końcu były zbieżne), bo troglo ruszył z piskiem, widząc zielone światło.
Ja spokojnie kręciłem dalej, rozmyślając o tym, jak ten kraj
mógłby wyglądać bez takich kretynów, na co dzień pewnie paradujących w bluzie z żołnierzami przeklętymi, bo na moje to ten typ wrażliwości.
No pięknie by mógł :) A w ogóle to uwielbiam argument "ja też też jeżdżę rowerem". Aż mnie kusiło żeby zapytać o login na BS lub relację z wyprawy dookoła Polski. Jednak coś czuję, że trafiłaby się raczej pełna emocji informacja o tym jak zapakowali "se z dupą górale na pakę i pojechali do Puszczykowa wykręcić te trzy kilosy w jedną stronę na lody. I jeszcze k... trzeba było wrócić".
W sumie z uśmiechem na pysku się poruszałem, spokojnie kręcąc jedną ze stałych tras przez Golęcin, potem Strzeszyn, Psarskie, Kiekrz, Rokietnicę, Napachanie, Rogierówko, znów Kiekrz, Przeźmierowo, nowy wariant powrotu z zaliczeniem lubianej ostatnio przeze mnie ulicy Batorowskiej, łączącej Wysogotowo ze Skórzewem. I tak do Plewisk, gdzie aż się cofnąłem po minięciu skrzyżowania, gdyż ze zdziwieniem zauważyłem, iż skończył się nie wiadomo kiedy remont kawałka ulicy Grunwaldzkiej. I teraz do połowy jest syf, a od drugiej połowy w miarę normalny asfalt. Ja z niepokojem zerkałem na kostkę po mojej prawej oraz pojedyncze przejścia przez ulice z sygnalizacją dla rowerzystów, ale się uspokoiłem. Ktoś pomyślał i jest to chodnik z DOPUSZCZONYM ruchem rowerowym. Ufff :)
Do domu dojechałem nawet nie za bardzo zmarznięty (były cztery stopnie na plusie), za to zadowolony. Nie ze średniej, bo co najmniej do wiosny mam ją gdzieś, ale z mimo wszystko sympatycznego wyjazdu z dyszką na górkę. No i z tego, że dowiedziałem się o tym, iż w Poznaniu tolerancja jest wyklęta :)
Na koniec standardowo podsumowanie ubiegłego miesiąca. Listopad zakończyłem o dziwo z chyba przyzwoitym wynikiem, mimo deszczu, śniegu i wiatru - 1600 kilometrów, z czego znaczna część crossem, a reszta szosą z umierającym napędem. Średnia - 28 km/h. No życie :)
- DST 52.00km
- Czas 01:57
- VAVG 26.67km/h
- VMAX 51.20km/h
- Temperatura 0.0°C
- Podjazdy 55m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
ProGnoje pogody
Środa, 30 listopada 2016 · dodano: 30.11.2016 | Komentarze 7
Gdybym dziś miał możliwość dostania w swoje łapy jakiegoś podręcznego, nawet niewinnego człowieka, który zajmuje się wróżeniem z fusów, szumnie nazwanym "prognozowaniem pogody" to pewnie w tym momencie w polskim necie widzielibyście moją podobiznę w zakładce "poszukiwany/poszukiwana". Lub ewentualnie wspomniana persona leciałaby za sprawą mojego wybitnie celnego kopa w cztery litery na jakąś Kamczatkę, gdzie w związku z charakterystycznym klimatem łatwiej byłoby jej przewidzieć istnienie takowego dziwa jakim jest śnieg.
Wyruszyłem jak na siebie wcześnie, bo sporo przed dziewiątą. Przed wyjazdem przejrzałem cztery prognozy, z których na jednej pokazano delikatny opad śnieżku o wartości 0,1 mm. I to by się nawet zgadzało, bo coś mnie tam w Luboniu w tym stylu smyrało po kasku. Ale po chwili przeszło i bez obaw kręciłem dalej, przez Wiry, Komorniki, Szreniawę, Konarzewo, Trzcielin. W sumie "kręciłem" to za dużo powiedziane, bardziej można to było nazwać "ambitnym działaniem mającym na celu nieporuszanie się wstecz". Tak duło, wiało i masakrowało. W połowie trasy jedyne, co udało mi się wyciągnąć to niecałe 24 km/h średniej, i to tylko dzięki nowemu napędowi, bo na starym nie decydowałbym się na mocniejsze stąpnięcie na pedały.
Miałem jednak świadomość, że przecież zaraz się cofam, zaraz wiatr mi pomoże, a jest minimalna szansa, że stanie się moim sprzymierzeńcem! Co prawda za Dopiewem nie za bardzo miał na to ochotę, ale i tak było zdecydowanie lżej. Gdy jednak dotarłem do Palędzia z niebo zaczęło sypać, początkowo nieśmiało, by za chwilę już stracić skrupuły i uderzyć pełną parą zimowego gnoju. Pojawił się nawet na chwilę grad. W kilka chwil drogi zrobiły się blade, a wiadomo co to oznacza przy temperaturze "minus zero"... W Dąbrówce już kombinowałem jak znaleźć optymalną pozycję do utrzymania środka ciężkości, co na lodowych płatach łatwe nie było, natomiast cała jazda po serwisówce przy S11 to czysta walka o utrzymanie pionu. Każdy skręt był ciekawą przygodą, a zjazd z wiaduktu prawie skokiem Małysza z K230 (czy jakie tam są te skocznie). Udało się dotrzeć do drogi na Plewiska, gdzie chwilę musiałem odsapnąć od wrażeń.
Było grubo przed jedenastą. W prognozach pierwsze "większe" (czyli 0,3 mm) opady zapowiedziane były na... po piętnastej. Gdybym wiedział to nie ruszyłbym szosą, a czołgiem. Lub nawet w ogóle. A tak - pozostało mi mega ostrożnie doczłapać się do domu. Ta misja zakończyła się sukcesem i radosnym przywitaniem klamki od bramy. Mocnej, stabilnej klamki przy solidnej bramie. Taaaak, tego mi było potrzeba :) Przezornie nie patrzyłem już na średnią, coby mi nie przyszły na myśl jakieś głupie pomysły. I dobrze zrobiłem :)
Za oknem widzę perspektywę. Braku roweru przez najbliższe kilka dni. Bo coś czuję, że początek grudnia będzie pogodową rzeźnią.
- DST 51.80km
- Czas 01:51
- VAVG 28.00km/h
- VMAX 51.20km/h
- Temperatura 1.0°C
- Podjazdy 107m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Ser(z)wis
Wtorek, 29 listopada 2016 · dodano: 29.11.2016 | Komentarze 0
Dawno mi się tak
ciężko nie wstawało jak dziś. Pierwotnie miałem być na nogach o
ósmej rano, realnie stało się to… ciut później. Dokładnie
półtorej godziny później. No życie :) Gorzej, że miałem
konkretny plan działania, a lenistwo mi go trochę skomplikowało.
W końcu ruszyłem,
zaczynając „kondomika” od strony Komornik, Szreniawy i Stęszewa.
Wiało mocno, w pysk i z boku, więc nie cisnąłem, tym bardziej, że
drogi były wciąż śliskie. Zakręciłem sobie na Łódź i
Dymaczewo i w końcu Mosinę, gdzie znajdował się mój dzisiejszy cel wyjazdu. W międzyczasie dostałem info, że wpadła nam
do firmy niezapowiedziana, sympatyczna jak zwykle kontrola (hje hje) i spóźnić
się nie za bardzo wypada.
W Mosinie pojawiłem
się w jednym celu – wymienić napęd, który już był na takim
wykończeniu, że powinien być zarekwirowany i odgórnie zakazany
przez profesora Miodka jako skuteczne narzędzie do łamania ustawy o
ochronie języka polskiego. Wszystko szło wstępnie sprawnie, dwa wymienne blaty pasowały do aktualnej korby, łańcuch był odpowiedniej długości, problem zaczął się na etapie kasety. W ramach oszczędności bowiem chciałem wymienić jedynie dwie (w sumie tylko te się dało) najniższe zębatki, jak zwykle u mnie najczęściej używane. No i niestety - mimo że zgodnie ze specyfikacją nie mogły nie pasować to... nie pasowały. To znaczy pasowały, ale biegi przeskakiwały. Nie pomogły żadne kombinacje - po prostu dupa. Czas mi się kurczył, więc stanęło na tym, że wziąłem inną, zwykłą, a nie szosową kasetę, a kumpel wziął na siebie wyjaśnianie z Shimano jak to możliwe, że kupiony komponent do danego sprzętu nie chce współpracować z resztą. A jak się zagadka wyjaśni to po zimie się wymieni. W sumie, biorąc pod uwagę nadchodzącą porę roku, może to dobre rozwiązanie. Gorzej, że kolega jednak pozbywa się sklepu, sprzedając w podobno dobre ręce. Wielka szkoda, bo firma była zaufana, ale możliwość zamieszkania w bardziej na południe położonym, wybitnie górzystym i pełnym jezior kraju wygrał z prowadzeniem interesu w Polsce. Jedyny plus, że jeszcze jakiś czas do wyjazdu nie dojdzie i w razie "w" mam pomoc w serwisie gwarantowaną.
Odchudziłem kartę o stosowną ilość PLN za części, podziękowałem i ruszyłem z kopyta, bo było już przed trzynastą, a ja za godzinę miałem być w centrum Poznania. Mission... possible, mimo że jeszcze zastopowano mnie na wahadle w Puszczykowie. Nadrobiłem wolne tempo z pierwszej, większej (:) ) połowy, dzięki czemu średnia była niska, ale nie aż tak jak ostatnio. W robocie pojawiłem się nawet za pięć czternasta. Można? Moszna.
- DST 51.55km
- Czas 01:52
- VAVG 27.62km/h
- VMAX 50.20km/h
- Temperatura 1.0°C
- Podjazdy 151m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Szosa on ice
Poniedziałek, 28 listopada 2016 · dodano: 28.11.2016 | Komentarze 12
Dziś wyjątkowo nie mam pretensji do wiatru. Miał gnoić oraz masakrować z północnego zachodu. I gnoił oraz masakrował z północnego zachodu. Przynajmniej fair, a nie jakieś pitu pitu, że umiarkowany i słaby, a finalnie dmucha tak, że oczodoły mam na wysokości ucha środkowego.
Mam za to jak zwykle pretensje do miejskich korków, które skutecznie wybiły mi z głowy marzenia o dobrej średniej. Zresztą już siedemset metrów od domu, na dębieckim przejeździe kolejowym stanąłem przed szlabanem. Po spędzeniu kilku upojnych minut, podczas których przepuściłem dwa pociągi, a szlaban wciąż leżał niewzruszony, postanowiłem wyjątkowo zmienić trasę, zamiast przez Górczyn pchając się przez Wildę. Nigdy więcej. Potem masakra aż do Golęcina. Gdzie ze zdziwieniem zauważyłem, że ktoś wpadł na pomysł, żeby częściowo posypać kilka z DDR-ek piaskiem. Czemu kilka, a nie wszystkie - tego już nie wiem, ale liczy się choć tyle.
Z zaliczoną po jeździe przez miasto prędkością średnią na poziomie 23 km/h (oł je!) ruszyłem dziarsko w kierunku Strzeszynka. Ostrożnie, bo od rana było średnio ciekawie z przyczepnością. Zachciało mi się nie łamać prawa i postanowiłem pokręcić kawałek niedawno położoną ścieżką przy Koszalińskiej. Błąd. Po stu metrach żałowałem, że nie zamontowałem sobie gąsienic.
Hamując butami przeczołgałem się przez pobliskie brzozy (bo to chyba brzozy?) i w panice wpadłem na normalną, regularną ulicę. Po raz kolejny okazuje się, że przepisowa jazda rowerem to w polskich warunkach działanie na szkodę własnego zdrowia i życia :)
Przed Psarskim zrównał się ze mną samochód.
- Sorrry, gdzie tędy dojadę?
- No, do Kiekrza. A potem do Rokietnicy.
- Hmm. A na ten, no... Poznań Dębiec to którędy?
Jako że pokonałem właśnie siedemnasty kilometr od tej lokalizacji, a koleś jechał w dokładnie odwrotnym kierunku to trochę mi zajęło sprowadzenie go choć wstępnie na właściwy azymut. Mam nadzieję, że jakby co gdzieś przed Wrocławiem się zorientował, że nie wymieniłem precyzyjnie wszystkich zakrętów, które trzeba było zaliczyć :)
Dotarłem do Rokietnicy, stamtąd rzut na Napachanie, Chyby, Przeźmierowo i na poznańskie Ogrody wzdłuż DK92. Końcówka to znów korki na Górczynie i do domu. Ślisko, zimno. wolno, ale pięć dyszek wpadło.
- DST 52.20km
- Czas 01:58
- VAVG 26.54km/h
- VMAX 50.50km/h
- Temperatura 4.0°C
- Podjazdy 84m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela dymka
Niedziela, 27 listopada 2016 · dodano: 27.11.2016 | Komentarze 12
Delikatnie pisząc –
zostałem dziś wydymany przez pogodę. I to dosłownie. Przed
wyruszeniem rano spojrzałem za okno – mokro. No to cross. Wieje
mocno. No to cross.
No to cross.
Generalnie w połowie
decyzja została podjęta prawidłowo. Bo podczas jazdy czołgiem
istniało mniejsze ryzyko, że mnie zwieje z drogi niż gdybym
wyjechał szosą. Aha, tak, wiało dziś mocno i nie jest to –
cytując - „paranoja” :) Natomiast co do dróg to już za
Plewiskami były one suchutkie jak gardziołko pana Zenka po
skonsumowaniu ostatniego dostępnego bełcika. Co prawda pod koniec
trasy
(Poznań-Plewiska-Dąbrówka-Palędzie-Dopiewo-Trzcielin-Konarzewo-Komorniki-Plewiska-Poznań)
znów kręciłem po kałużach, ale nie zmienia to faktu, że... (tu
pierwsze zdanie).
W ogóle dziś mało
co wyglądało na normalne:


Mimo niedzieli wyjazd
owocował w przygody. Na samym początku, na ulicy Opolskiej,
wyprzedził mnie na gazetę pewien samochód. Nie byle jaki, bo
Straży Miejskiej. W Plewiskach, zaraz przy tamtejszym stadionie
aktywowały się jakiś czas temu dwa kundle, które regularnie
uprzykrzają mi życie. Dziś również. Na pustej generalnie w dni
wolne od pracy ulicy Szkolnej między Palędziem a Dopiewem zawsze
jest kilka chwil, gdy robią się korki w tę lub drugą stronę.
Oznacza to, że wierni jadą do lub z kościoła. Oczywiście jak
zwykle nasi miłośnicy życia chronionego od wytrysku do narodzin
mają gdzieś tych już realnie żywych i wyprzedzanie w ten sposób,
że lusterka mogłem dziś wyrwać lewą rzęsą, było kilkukrotnie
normą. A jeszcze kilka kilometrów wcześniej, przy osiedlu klocków w
Dąbrówce, paniusia długo zastanawiała się kiedy wyjechać z
podporządkowanej. W końcu zrobiła to dokładnie wtedy, kiedy byłem
jakieś pół metra od niej. Widocznie PZ-tem się nie rodzi. PZ-tem
się zostaje ;)
Katowałem dziś dousznie przez prawie całą drogę nowy projekt, który Moby stworzył pod nazwą The Void Pacyfik Choir. Genialność nad genialnościami. Moby wrócił do mentalnych korzeni, czyli punka, okraszonego jak to u niego elektroniką. A ten teledysk, znaleziony wczoraj przez mnie w okowach internetów, jest po prostu cudowny. Choć aż za bardzo prawdziwy...
- DST 53.20km
- Czas 01:56
- VAVG 27.52km/h
- VMAX 52.70km/h
- Temperatura -0.5°C
- Podjazdy 127m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Nie ja
Sobota, 26 listopada 2016 · dodano: 26.11.2016 | Komentarze 24
Od wczorajszego popołudnia łażę jak skwaszony. Miałem pecha i w wyniku kilku niezależnych ode mnie zbiegów okoliczności prawdopodobnie zawaliłem jeden z korpogównianych elementów (oczywiście ważny jest każdy, a jeden ważniejszy od kolejnego ważnego), co odbije się na części mojej premii. Niestety w grudniu. Kilka stówek w plecy przed świętami - kocham to. A i jeszcze trzeba się będzie tłumaczyć z czegoś, na co wpływ mam minimalny. Oł je.
Zapał do jazdy miałem dziś więc... no, generalnie go nie miałem. Postanowiłem wykręcić swoje pięć dyszek bez ciśnienia, a wybitnie pomógł mi w tym przenikliwie zimny wiatr oraz temperatura - pomiędzy minus jeden a zero. Całego "kondomika" z Dębca przez Komorniki, Szreniawę, Stęszew, Dymaczewo, Mosinę, Puszczykowo oraz Luboń wykonałem tempem nawalonego ślimaka i miałem to gdzieś. Jak jakiś nie ja.
Brr.
- DST 52.30km
- Czas 01:50
- VAVG 28.53km/h
- VMAX 50.70km/h
- Temperatura 1.0°C
- Podjazdy 48m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Wpis czwórkolny
Piątek, 25 listopada 2016 · dodano: 25.11.2016 | Komentarze 13
Mgła w ciągu ostatnich dni stała się takim chlebem powszednim, że powoli zamienia się w zakalec. Fajnie jest raz na jakiś czas pozachwycać się malowniczymi mlecznymi drogami, oszronionymi drzewami i brakiem widoków na teraźniejszość, ale bez przesady. Człowiek wygląda jak opóźniona w rozwoju choinka z tymi wszystkimi światełkami na kasku, kierownicy i pod tyłkiem, co chwili musi uważać, bardziej na innych niż na siebie. Oczywiście w polskich warunkach immanentną częścią całej zabawy jest szarżowanie kierowców - dziś widziałem skutki dwóch kolizji, wyglądające bardzo konkretnie. A minęło mnie na trasie chyba z pięć karetek na sygnale.
Wykręciłem kółeczko z Dębca przez Plewiska, Skórzewo, Dąbrowę, Sierosław, WIęckowice, Fiałkowo, Dopiewo, Palędzie, Gołuski, Plewiska i do domu. Uwaga - i tu piszę to z pełną odpowiedzialnością, świadomy praw i obowiązków - lekkiego, ale jednak wmordewinda miałem przez osiemdziesiąt procent drogi. Raz jeszcze wytłumaczę o co biega, bo nie chce mi się wałkować znów tematu - wmordewind wcale nie oznacza, że wieje mocno, a że po prostu ma się podmuch prosto w ryj. I tyle :) Aha, zimno - jeden stopień na plusie pod koniec jazdy, na starcie w okolicach minus jeden.
Pomiędzy Plewiskami a Poznaniem wyhaczyłem samochód w stanie niemal idealnym. Prawdopodobnie należy on do niemieckiej emerytki jeżdżącej raz na miesiąc do wnuczka z prędkością 30 km/h (jak w reklamie). Może ukazywać minimalne uszkodzenia, choć średnio istotne dla jego działania :)
A skoro już o czterech kółkach to idąc dziś do pracy natrafiłem na Mini Coopera na "moich rodzimych" jeleniogórskich blachach. To akurat nic specjalnego, ale przykuła moją uwagę jakaś zmutowana wersja chrześcijańskiej rybki. Gdy się przypatrzyłem gęba mi się uśmiechnęła. Swój człowiek posiada to auto :)

- DST 53.20km
- Czas 01:56
- VAVG 27.52km/h
- VMAX 53.20km/h
- Temperatura 5.0°C
- Podjazdy 211m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Czerwono mi
Czwartek, 24 listopada 2016 · dodano: 24.11.2016 | Komentarze 8
Na wstępie zaznaczam, że nie będę dziś narzekał na wiatr. I wypraszam sobie insynuacje, iż robię to wtedy, gdy nie trzeba. Po prostu za często trzeba. Ale nie dziś :)
Ponarzekam za to na to, że zmienił kierunek na północny, przez to zgodnie z moją odwieczną zasadą ruszyłem mu najpierw naprzeciw. Czyli właśnie na północ. Czyli przez cały Poznań. Czyli... a co tu się powtarzać, opisywałem już te pieszczoty wielokrotnie. Łącznie w sadystycznych miejskich objęciach spędziłem prawie 2/3 trasy, a dokładnie 32 kilometry. Postanowiłem bowiem znaleźć alternatywną drogę z Dębca na Morasko, której nie było przez ostatnie (bagatela) pięć lat. Tyle bowiem trwał remont Ronda Kaponiera. Dziś postanowiłem ponownie rozdziewiczyć trakt Głogowska - Kaponiera - Sołacz. W skrócie można go opisać tak: czerwone-czerwone-czerwone-czerwone-zielone (wow!!!)-czerwone-czerwone-czerwone. I rondo, przez które przedarłem się na dwóch kółkach premierowo, ale o dziwo sprawnie. Pasy dla rowerów są w kilku miejscach bezsensowne i nielogiczne, ale przynajmniej są i wiem, że mój jest ten kawałek... asfaltu. Tym razem pozytywnie czerwonego :) Nie jest źle i przyznam, że spodziewałem się masakry, a trafiłem tylko na lekkie mordobicie. I to podczas jazdy w obydwie strony.
Po przejechaniu klu programu pokręciłem dalej zgodnie z opisanym powyżej schematem i trenując interwały dotarłem przez Piątkowo na Morasko, gdzie w końcu odżyłem na tamtejszych hopkach, które pociągnęły mnie za sobą aż do dawno nie odwiedzanego Biedruska. Tam zawróciłem swoimi śladami, powtórzyłem miejską gehennę i zameldowałem się w domu, starając się wyprzeć "osiągniętą" średnią. Samo stanie w korkach i na światłach zajęło mi ponad piętnaście minut z czasu, którego zdecydowanie dziś nie miałem. Już nie mówiąc o chęci na dalszą jazdę w dniu dzisiejszym, bo wróciłem zmęczony psychicznie jak po godzince intensywnego mobbingu w korpo :)






