Info
Suma podjazdów to 784507 metrów.
Więcej o mnie.
Moje rowery
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2026, Maj8 - 12
- 2026, Kwiecień30 - 50
- 2026, Marzec31 - 65
- 2026, Luty28 - 51
- 2026, Styczeń31 - 72
- 2025, Grudzień31 - 80
- 2025, Listopad30 - 70
- 2025, Październik31 - 96
- 2025, Wrzesień30 - 125
- 2025, Sierpień31 - 144
- 2025, Lipiec31 - 188
- 2025, Czerwiec30 - 147
- 2025, Maj31 - 187
- 2025, Kwiecień30 - 156
- 2025, Marzec31 - 204
- 2025, Luty28 - 178
- 2025, Styczeń31 - 168
- 2024, Grudzień31 - 239
- 2024, Listopad30 - 201
- 2024, Październik31 - 208
- 2024, Wrzesień30 - 212
- 2024, Sierpień32 - 210
- 2024, Lipiec31 - 179
- 2024, Czerwiec30 - 197
- 2024, Maj31 - 268
- 2024, Kwiecień30 - 251
- 2024, Marzec31 - 232
- 2024, Luty29 - 222
- 2024, Styczeń31 - 254
- 2023, Grudzień31 - 297
- 2023, Listopad30 - 285
- 2023, Październik31 - 214
- 2023, Wrzesień30 - 267
- 2023, Sierpień31 - 251
- 2023, Lipiec32 - 229
- 2023, Czerwiec31 - 156
- 2023, Maj31 - 240
- 2023, Kwiecień30 - 289
- 2023, Marzec31 - 260
- 2023, Luty28 - 240
- 2023, Styczeń31 - 254
- 2022, Grudzień31 - 311
- 2022, Listopad30 - 265
- 2022, Październik31 - 233
- 2022, Wrzesień30 - 159
- 2022, Sierpień31 - 271
- 2022, Lipiec31 - 346
- 2022, Czerwiec30 - 326
- 2022, Maj31 - 321
- 2022, Kwiecień30 - 343
- 2022, Marzec31 - 375
- 2022, Luty28 - 350
- 2022, Styczeń31 - 387
- 2021, Grudzień31 - 391
- 2021, Listopad29 - 266
- 2021, Październik31 - 296
- 2021, Wrzesień30 - 274
- 2021, Sierpień31 - 368
- 2021, Lipiec30 - 349
- 2021, Czerwiec30 - 359
- 2021, Maj31 - 406
- 2021, Kwiecień30 - 457
- 2021, Marzec31 - 440
- 2021, Luty28 - 329
- 2021, Styczeń31 - 413
- 2020, Grudzień31 - 379
- 2020, Listopad30 - 439
- 2020, Październik31 - 442
- 2020, Wrzesień30 - 352
- 2020, Sierpień31 - 355
- 2020, Lipiec31 - 369
- 2020, Czerwiec31 - 473
- 2020, Maj32 - 459
- 2020, Kwiecień31 - 728
- 2020, Marzec32 - 515
- 2020, Luty29 - 303
- 2020, Styczeń31 - 392
- 2019, Grudzień32 - 391
- 2019, Listopad30 - 388
- 2019, Październik32 - 424
- 2019, Wrzesień30 - 324
- 2019, Sierpień31 - 348
- 2019, Lipiec31 - 383
- 2019, Czerwiec30 - 301
- 2019, Maj31 - 375
- 2019, Kwiecień30 - 411
- 2019, Marzec31 - 327
- 2019, Luty28 - 249
- 2019, Styczeń28 - 355
- 2018, Grudzień30 - 541
- 2018, Listopad30 - 452
- 2018, Październik31 - 498
- 2018, Wrzesień30 - 399
- 2018, Sierpień31 - 543
- 2018, Lipiec30 - 402
- 2018, Czerwiec30 - 291
- 2018, Maj31 - 309
- 2018, Kwiecień31 - 284
- 2018, Marzec30 - 277
- 2018, Luty28 - 238
- 2018, Styczeń31 - 257
- 2017, Grudzień27 - 185
- 2017, Listopad29 - 278
- 2017, Październik29 - 247
- 2017, Wrzesień30 - 356
- 2017, Sierpień31 - 299
- 2017, Lipiec31 - 408
- 2017, Czerwiec30 - 390
- 2017, Maj30 - 242
- 2017, Kwiecień30 - 263
- 2017, Marzec31 - 393
- 2017, Luty26 - 363
- 2017, Styczeń27 - 351
- 2016, Grudzień29 - 266
- 2016, Listopad30 - 327
- 2016, Październik27 - 234
- 2016, Wrzesień30 - 297
- 2016, Sierpień30 - 300
- 2016, Lipiec32 - 271
- 2016, Czerwiec29 - 406
- 2016, Maj32 - 236
- 2016, Kwiecień29 - 292
- 2016, Marzec29 - 299
- 2016, Luty25 - 167
- 2016, Styczeń19 - 184
- 2015, Grudzień27 - 170
- 2015, Listopad20 - 136
- 2015, Październik29 - 157
- 2015, Wrzesień30 - 197
- 2015, Sierpień31 - 94
- 2015, Lipiec31 - 196
- 2015, Czerwiec30 - 158
- 2015, Maj31 - 169
- 2015, Kwiecień27 - 222
- 2015, Marzec28 - 210
- 2015, Luty25 - 248
- 2015, Styczeń27 - 187
- 2014, Grudzień25 - 139
- 2014, Listopad26 - 123
- 2014, Październik26 - 75
- 2014, Wrzesień29 - 63
- 2014, Sierpień28 - 64
- 2014, Lipiec27 - 54
- 2014, Czerwiec29 - 82
- 2014, Maj28 - 76
- 2014, Kwiecień22 - 61
- 2014, Marzec21 - 25
- 2014, Luty20 - 40
- 2014, Styczeń15 - 37
- 2013, Grudzień21 - 28
- 2013, Listopad10 - 10
- DST 52.55km
- Czas 01:44
- VAVG 30.32km/h
- VMAX 51.30km/h
- Temperatura 24.0°C
- Podjazdy 259m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Puszkinologia stosowana
Piątek, 18 sierpnia 2017 · dodano: 18.08.2017 | Komentarze 4
Kolejny dzień ze zdziwkiem w tle. Moje ukryte głęboko w podświadomości pokłady polactwa wyciągają czułki, gdy jest zbyt miło i fajnie, bo to podejrzane :) A dziś było ciepło, ale nie za gorąco, słonecznie, ale nie upalnie, sucho, miło, nawet wiatr był przyzwoity. Coś się kroi... pewnie jutro spadnie śnieg z deszczem, spadać na mnie będą lodowe sople, a na drodze pojawi się gołoledź :)
Jednak oczywiście narzekać nie zamierzam. Jechało mi się naprawdę fajnie. Byłoby jeszcze fajniej, gdyby nie piątek, piątunio, piątuś, czyli alternatywna wersja poniedziałku, poniedziałkunia, poniedziałusia. A mianowicie puszka na puszce puszkami poganiała. Wykonałem "kondomik" (Poznań - Luboń - Puszczykowo - Mosina - Łódź - Stęszew - Komorniki - Poznań), który ma to do siebie, że przejeżdża się przez miejscowości w większości doskonale skomunikowane z Poznaniem (przykładowo przez Puszczykowo oraz Mosinę przejeżdża kilka pociągów lub autobusów na godzinę, czas jazdy to od kilkunastu minut do pół godziny), a mimo to ludzkość korkuje drogi osobówkami, w których rzadko kiedy widuję więcej niż jedną osobę. Tak było również dzisiejszego pięknego poranka. Puszkin w wersji czystej. W Komornikach zaś pokonanie samochodowego - z grubsza kilometrowego - wężyka wykonałem prawie przez cmentarz. Jakoś trzeba sobie radzić :)
- DST 52.50km
- Czas 01:45
- VAVG 30.00km/h
- VMAX 51.10km/h
- Temperatura 17.0°C
- Podjazdy 273m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Dziwminek
Czwartek, 17 sierpnia 2017 · dodano: 17.08.2017 | Komentarze 10
Cudowna temperatura nam nastała! Siedemnaście stopni, do tego na plusie, oraz w pakiecie znaczne zachmurzenie przez połowę trasy (przez drugą niestety borykałem się już ze słońcem), więc mogę śmiało napisać, że kręciłem w osobistym pogodowym ideale. Nawet wiatr wyjątkowo był spokojny niczym po prozacu, więc jego dość lekkie plaskacze po pysku nawet mnie nie irytowały. Sam jestem w szoku :)
Wykonałem muminka, lub jak kto woli MAPS (Lasek Dębiński - Starołęka - Krzesiny - Koninko - Poznań Głuszyna - Babki - Daszewice - Czapury - Rogalinek - Mosina - Puszczykowo - Luboń - Poznań) bez PiS. Czyli w tę lepszą stronę :) Nikt mnie nie chciał zabić, nikt nie klaksonił, nikt nawet nie zamierzał wymusić pierwszeństwa! Dziwy jakieś :) Jedyne co to musiałem się napocić, żeby te trzy dychy wycisnąć, bo trasa jest wymagająca jeśli chodzi o zakręty i zmiany kierunku. Ale prawie nie ma DDR-ek, co jest jak wiadomo celem samym w sobie.
Cholerna praca i tracenie w niej czasu. Te kilka zdań na krzyż zacząłem dodawać około czternastej, kończę już w domu, przed dziesiątą wieczorem. Powinni tego zakazać (chodzenia do roboty), muszą być jakieś priorytety :)
- DST 54.20km
- Czas 01:51
- VAVG 29.30km/h
- VMAX 53.00km/h
- Temperatura 22.0°C
- Podjazdy 223m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Kolejny test crossoemerytalny
Środa, 16 sierpnia 2017 · dodano: 16.08.2017 | Komentarze 18
Średnia może być myląca. Nie kręciłem dziś szosą, a crossem, który wciąż pozostaje moim życiowym dylematem. Biję się cały czas z myślami, czy nie kupić nowego niedrogiego sprzętu, którym nie bałbym się wjechać gdzieś w las, bez obawy, że na przykład koło stanie się niezależną częścią względem ramy. Jednak póki co wybrałem wersję oszczędną i oddałem staruszka na szybki serwis, tam po raz kolejny wymieniono mi linki, pancerze, wyprostowano tylną przerzutkę i dokręcono na maksa korbę. Jednak wolę wydać dwadzieścia kilka zeta niż półtora tysiaka. Póki co rower działa - jak długo? Nie mam nie tylko zielonego, ale i koperkowego, już nie mówiąc o malachitowym, pojęcia. Trzymam kciuki, dziś dodatkowo na kierze :)
Do testowania crossa zmusiła mnie pogoda - według prognoz po dziesiątej miało lunąć, a i też zagrzmieć. Wymyśliłem sobie, że zrobię taktyczne trzy dyszki, a następnie - jeśli nie będzie padać - dokręcę do pięciu. I pewnie tak bym zrobił, ale w Luboniu wyskoczył mi zza pleców szoszon, pozdrawiając i wewnętrznie zmuszając do przykręcenia tempa (no bo jak to tak mnie wyprzedzać?) a finalnie - gdyż jednak się zaczęło lekko rozpogadzać - do zrobienia pięciodyszka jednym rzutem. Kolega okazał się sympatycznym kompanem, więc razem pokręciliśmy 3/5 z mojej trasy, przez Luboń, Mosinę, Dymaczewo, Łódź, by w Stęszewie się rozdzielić - ja na Poznań, on dalej w kierunku Dopiewa. Tempo nie było jakieś wielkie, ale moim czołgiem musiałem się napocić, żeby jechać równo, co się udało, a przy okazji podzieliłem się swoim doświadczeniem w temacie omijania DDR-ek sprytnymi objazdami. Tu uważam się już za eksperta klasy światowej :)
No i znów ktoś sam z siebie przyznał, że tu wieje niemal zawsze w twarz. Ha! :) Choć nie powiem, gdy kręciłem już solo to ostatnie pięć czy sześć kilometrów wiatr nie przeszkadzał, a przez kilka momentów pomógł.
Lunęło dopiero, gdy byłem już w domu, więc śmiało mogłem wybrać dziś szosę. Jednak nie żałuję, głównie przez fakt, że przetestowałem stan crossa przy ciut mocniejszym pedałowaniu i odpukać działa. Puk, puk... :)
- DST 52.00km
- Czas 01:45
- VAVG 29.71km/h
- VMAX 51.00km/h
- Temperatura 21.0°C
- Podjazdy 291m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
PoPo(wrocie)
Wtorek, 15 sierpnia 2017 · dodano: 15.08.2017 | Komentarze 7
No to wróciłem do tego trzeciego świata. Na szczęście nomenklatura ma związek jedynie z wczorajszym wpisem :) Taktycznie powrót nastąpił dzień przed zakończeniem długiego weekendu, bo poruszanie się dziś czymkolwiek po drogach lub torach z gór to misja jedynie dla miłośników węchowo-organoleptycznej lub puszkowo-korkowej integracji z resztą narodu. Ja do nich nie należę, co raczej zaskoczeniem chyba nie jest :)
Dostałem dzięki temu jeszcze jeden dzień na przejście z jednego stanu w drugi - do pracy dopiero jutro, więc dzisiaj czas na mentalne przygotowanie do pojawienie się w niej. Coś jak odwszawianie, tylko odwrotnie :) Solidnie się wyspałem, wystartowałem po małym śniadaniu i sporej kawie, czyli przygotowany do jazdy odpowiednio. Ruszyłem na wschód, trasą w tę i z powrotem - z Dębca przez Luboń, Puszczykowo, Mosinę, Rogalinek, Rogalin do Radzewic, tam nawrotka. Jechało się fajnie, z małym "ale". Tu wyjątkowo oddam głos szoszonowi, z którym chwilę kręciłem koło Rogalina. Po zwyczajowym pozdrowieniu usłyszałem:
- Ale wieje, no nie?
Cóż, nie ja zacząłem :)
Gnoiło dziś, wmordewindowo i z boku. Jestem znów w WLKP :)
Przez to zabrakło trochę do średniej, ale i tak było spoko. Rowerzystów sporo, samochodów mniej, ale oczywiście nie zabrakło bezmózgowia w postaci TeDzia (tępa dzida) w jakimś Suzuki cośtam, co niby wygląda jak terenówka, która wpieprzyła mi się w Puszczykowie pod koła z podporządkowanej.

A już z innej beczki - w końcu udało mi się przejechać Pendolino. Odbytu toto nie rwie, ale trzeba przyznać, że sunie po szynach cicho i szybko. Dostaliśmy kawę gratis, a obsługa była niepokojąco miła :) Jedynie co mnie irytowało to Chopin drący klawisze na każdej stacji, na szczęście nie było ich dużo. W sumie - na plus. Ale żeby jazda takim czymś miała być wartością samą w sobie - no nie bardzo.
- DST 52.70km
- Czas 02:04
- VAVG 25.50km/h
- VMAX 51.50km/h
- Temperatura 19.0°C
- Podjazdy 827m
- Sprzęt Zimówka - góral (na emeryturze)
- Aktywność Jazda na rowerze
Trzy Światy
Poniedziałek, 14 sierpnia 2017 · dodano: 14.08.2017 | Komentarze 14
Świat Pierwszy
Z niego wyruszyłem.
Rano, we mgle, z widokiem wzmacniającym pamięć, bo żeby
uświadomić sobie co przedstawia, trzeba było sięgnąć daleko do zasobów własnego mózgu. Wcale nie był to zły świat – za to
idealny do kontemplacji. Gdzieś po drodze uciekł przede mną czarny
bocian, a praktycznie przez większość czasu jechałem
wzdłuż Bobru, więc dźwięk płynącej rzeki jakoby wymusił na
mnie odłączenie wszelkich dousznych muzycznych „dopalaczy”. Ten
świat znajdował się wzdłuż linii: Jelenia Góra – Łomnica –
Wojanów – Bobrów – Trzcińsko – Przełęcz Karpnicka.

Świat Drugi
Zaczął się, jakby
magicznie, dokładnie na samej górze Przełęczy. Ktoś zdjął z
niej zasłonę i nagle rzeczywistość zyskała barwy, a krajobraz
pozwolił na urealnienie się gór. W tym momencie dostałem
mentalnego kopa i postanowiłem (gdyż wcześniej planu na dalszą
drogę nie miałem) po zjeździe do Karpnik zaatakować Przełęcz
pod Średnicą, która do AŻ takich łagodnych nie należy. Należy
bardziej do OCH takich :) Wspinaczka została nagrodzona nie tylko
jak zwykle rewelacyjnym zjazdem do Kowar, ale również widokami z
tego Świata.
Był on dłuższy od pierwszego, Nie narzekałem. Może jedynie wiatr w nim
był zdecydowanie zbyt wielkopolski, bo na odcinku od Kowar do
Karpacza zostałem kilka razy dosadnie potargany, a na innych tylko
trochę mniej. Cóż, na cztery dni kręcenia po górach ten jeden z
wmordewindem można uznać za błąd statystyczny.
Z Karpacza zawinąłem
się szybciej, niż tam się pojawiłem. W sumie to logiczne, bo
miałem w dół, ale bardziej było to wynikiem widoku typowego,
długoweekendowego korka. Drugi Świat trwał do granic Miłkowa i
Sosnówki.






Świat Pierwszy
Wrócił z
zaskoczenia na chwilę. Zabrał mi widok zbiornika wodnego w Sosnówce
– i mam wrażenie, że nie był to przypadek, gdyż kilka dni temu
w tych okolicach dopadła mnie ulewa, przez którą też mało co
zobaczyłem. Temat do zbadania. Ja jednak okazałem się sprytniejszy
i skręciłem w kierunku Staniszowa.
Świat Drugi
W nim już
pozostałem, przynajmniej do końca wyjazdu. Po wdrapaniu się do wspomnianej miejscowości znów
zobaczyłem słońce, góry, a nawet pałac na wodzie – jakkolwiek
ta nazwa jest zdecydowanym nadużyciem. I zjechałem do Jeleniej.


Świat Trzeci
Obejmuje całą
niegórską rzeczywistość. Jest zdecydowanie najbrzydszy i
połączony z codziennym poświęcaniem cennego czasu na rzeczy
kompletnie nieistotne, takie jak praca. Niestety, to właśnie do
niego przyszło zaraz wracać. Mam jednak teorię, iż nie jest
on prawdziwy. I tego się trzymajmy :)
PS. Ten, starutki już filmik, zawiera spory kawałek opisywanej dziś trasy.
- DST 52.60km
- Czas 02:04
- VAVG 25.45km/h
- VMAX 63.00km/h
- Temperatura 17.0°C
- Podjazdy 801m
- Sprzęt Zimówka - góral (na emeryturze)
- Aktywność Jazda na rowerze
Szklarska, czyli klasyczny klasyk
Niedziela, 13 sierpnia 2017 · dodano: 13.08.2017 | Komentarze 7
Dziś trasa, którą przejechałem już w życiu bez mala kilkaset razy. Uzbierało się od bachora bowiem tych wjazdów do Szklarskiej Poręby, choć nie ma co ukrywać, że jakoś bardziej wolałem zjazdy. Dziwne, prawda? :)
Trasa owa jednak ewoluowała, niczym od pantofelka po ministra Błaszczaka. Choć to może nie do końca trafiony przykład, z pewnych względów :) Generalnie jednak to, co załączam na mapce jest jak na moje optymalnym sposobem, żeby się zmęczyć, a i cieszyć w miarę sympatycznym zjazdem. Latem inna wersja nie ma sensu, bo watahy turystów w puszkach i bez nich korkują całkowicie miasteczko i żeby ich uniknąć należy się wspiąć do samej góry, czyli na wysokość stacji PKP i kawałek dalej doznać rozkoszy rozpędzenia się do milusich prędkości, mimo terenu ściśle zabudowanego.
Trasa w szczegółach: Jelenia Góra - Cieplice - Trasa Czeska - Piechowice - Szklarska Poręba Górna do samej góry, z zaliczeniem skoku w bok do Kruczych Skał - zjazd od "Oka" (stara nomenklatura, ciekawe czy owa przychodnia jeszcze istnieje?) do Szklarskiej Dolnej - Piechowice - Sobieszów - Podgórzyn - Jelenia Góra. Jedyne co mnie zdziwiło to znikoma ilość kolarzy. Szoszonów widziałem ze dwóch, a podczas podjazdów w Szklarskiej wyprzedziłem kilkuosobową grupę ambitnych sakwiarzy. Poza tym - dwukołowa pustynia. Ale może to ja już jestem spaczony wielkopolskimi weekendowymi tłumami?
Zdjęcia jak zwykle podczas tego wyjazdu czterech liter nie urwą. Widoczność raczej słaba, a słońce wychodziło rzadko. 





Tak wygląda kłamstwo s... Nie, nie, nie to skojarzenie :) Szklarskie. podczas wspinaczki. Było co najmniej 17 km/h! :)
A tak 60 km/h "z rąsi" :)
Zamek Chojnik twardo stoi na straży Jeleniej Góry.
No i w końcu zaczynają się dożynki! W tym roku inauguruję kolekcję od wersji górskiej :)
- DST 52.60km
- Czas 02:04
- VAVG 25.45km/h
- VMAX 63.50km/h
- Temperatura 18.0°C
- Podjazdy 601m
- Sprzęt Zimówka - góral (na emeryturze)
- Aktywność Jazda na rowerze
Trollowanie miedziańsko-rudawskie
Sobota, 12 sierpnia 2017 · dodano: 12.08.2017 | Komentarze 12
Dziś już było sympatyczniej niż wczoraj, co oznacza, że przejechałem całość o suchej stopie, co prawda kosztem silniejszego wiatru, ale rachunek wyszedł w sumie na plus. Generalnie zachciało mi się jednego kierunku, który dość szeroko opisałem TU ponad rok temu, jak wiem - i co jest bardzo miłe - inspirując kilka osób do odwiedzenia prawie umarłego miasteczka o nazwie Miedzianka. Wtedy zabrakło mi tylko jednego - czasu na dokończenie pożyczonej książki Filipa Springera "Miedzianka. Historia znikania". Teraz mam już ją na własność i jestem w trakcie pochłaniania, co zachęciło mnie do powrotu w te okolice i przyuważenie miejsc, które nieświadomie ominąłem.
Ruszyłem po dziewiątej, trasą, którą również uwieczniłem, na TYM filmiku. Szczegółów odcinka Jelenia Góra - Bobrów - Trzcińsko - Janowice Wielkie - Miedzianka opisywał więc nie będę, a już na pewno nie zamierzam opisywać sapania, które wydawałem z siebie na samym jego końcu :) W zamian kilka fotek z moich (bo uwielbiam je od dziecka) Rudaw:



O właśnie, browar. Jak pewnie wiadomo powstał całkiem nowy budynek, jak na moje średnio pasujący do otoczenia, jednak smak piwa to rekompensuje :) Mnie interesował ten pierwotny, który jeszcze cudem stoi, a może bardziej - broni przed całkowitym rozsypaniem.
Oczywiście nie omieszkałem podjechać pod nową wersję i cyknąć widok, choć niestety dziś z warunkami wciąż nie było najlepiej. Jednak rudawskie cycuchy stoją tam, gdzie stać mają :)
Na szczycie Miedzianki znajduje się niezbyt ładny budynek, który kiedyś był knajpą o nazwie Schwarzer Adler, stanowiący kulturalne centrum miasteczka, oczywiście za czasów niemieckich. Jako że Miedzianka (wtedy Kupferberg) była przykładem niemieckiego porządku, a jednocześnie kurortem, II Wojna Światowa łagodnie się z nią obeszła. Mieszkańcy nie interesowali się polityką, polityka nimi. Do czasu - gdy wojska niemieckie uciekały w panice z tych terenów, przynieśli informacje o tym, co wyczyniają radzieccy żołnierze z kobietami. I właśnie w tej knajpie powiesiła się pierwsza z kobiet, która wolała to od nadchodzącej rzeczywistości. Po niej przyszedł czas na następne.
Pozwiedzałem jeszcze kilka miejsc i kontent zawróciłem. Ze smutną refleksją na temat tego miejsca. Te mury, które pozostały, widziały zdecydowanie zbyt wiele smutku, zafundowanego sobie wzajemnie przez trzy narody.
Zjazd był zacny, sześć dych weszło bez pedałowania, a można było więcej, jednak moje zmasakrowane klocki hamulcowe wołały o rozsądek. Wróciłem do Janowic i skierowałem się ku Przełęczy Karpnickiej, a następnie wykonałem kółko: Karpniki - Krogulec - Mysłakowice - Jelenia Góra, zahaczając lekko o Karkonosze, niestety bardziej mgliste niż widokowe.

A na koniec smaczek wyjazdu. Troll!!!!! Odnaleziony w Janowicach. Już myślę o zmianie awatara :)
Wpis znów na szybko, bo na wolnym mam mniej czasu niż pracując. Ot, paradoks :) Obiecuję niedługo nadrobić bikestatsowe zaległości.
- DST 54.10km
- Czas 02:01
- VAVG 26.83km/h
- VMAX 51.00km/h
- Temperatura 20.0°C
- Podjazdy 467m
- Sprzęt Zimówka - góral (na emeryturze)
- Aktywność Jazda na rowerze
Burzość, górskość i bezinteresowność
Piątek, 11 sierpnia 2017 · dodano: 11.08.2017 | Komentarze 11
Mimo że wylądowałem w górach, to dziś nie będzie pięknych widoków ani godnych przewyższeń. Generalnie za cud można uznać fakt, iż w ogóle w temacie dystansu pojawiła się piątka z przodu. Oraz to, że ten wpis powstał, mimo późnej pory :)
Na piątek zapowiadano deszcze, ale na godziny popołudniowe, więc miałem szatański plan wstania wcześnie i powrotu grubo przed południem. Pewnie by się udało, lecz niestety w Jeleniej Górze lokum mam w samym rynku, a tu jakieś młode bydło urządziło sobie darcie ryja do drugiej w nocy, w wyniku czego się nie wyspałem i udało się ruszyć dopiero około dziewiątej. Założenie było takie, że ruszam na kółko do max 30 km, oceniam sytuację i albo wracam, albo kręcę dalej.
Już na starcie wiedziałem, że zmoknę, ale oszukiwałem sam siebie, że nie. Czasem to potrafię, gdy szkoda dnia :) Najpierw trasą na Karpacz dotarłem do Łomnicy, tam przywitały mnie pierwsze krople, więc taktycznie zawróciłem do Wojanowa, by z niego odbić w kierunku Jasiowej Doliny i znaleźć się w jeleniogórskiej Maciejowej.


Zdjęcia robiłem jadąc, z rąsi, więc efekt jest taki, jaki jest. Gdy dość ostrożnie z uwagi na kałuże kręciłem wzdłuż wspomnianej Maciejowej, kawałek kostkową DDR-ką, a potem, gdy się skończyła lub była nieoznaczona, już drogą, podczepił mi się na ogonie autobus, który nagle wyprzedził mnie na gazetę, przy okazji jeszcze używając klaksonu. Wymsknęło mi się kilka słów, ale pewnie i tak poszły w próżnię, gdyż autobus miał ukraińskie blachy. Cóż, moja poznawcza niechęć do tego narodu powoli zaczyna przeradzać się w skromną nienawiść.
Na wysokości Zabobrza zaczęło się przejaśniać...
...na tyle, żebym po przejechaniu całego koszmarnego pod względem rowerowym odcinka - od jego początku do centrum - podjął decyzję o kontynuowaniu wyprawy.
Za azymut wybrałem sobie podjazd do Staniszowa, a następnie zjazd do Sosnówki. Coś mi mówiło, że wiem, jak to się skończy :)


Chwilę potem usłyszałem grzmot, a nagle jak lunęło.... to lunęło :) W kilka sekund byłem cały mokry, udało się jednak dopłynąć na podgórzyńską stację Statoi... to znaczy już Circle Cośtam, gdzie zakotwiczyłem na dobre kilkanaście minut, które wykorzystałem skrupulatnie w celu zakupienia Snickersa. A miejscowi żule na jak zwykle merytoryczną krytykę niemieckich turystów na motorach. Szczegółów oszczędzę, bo jak zwykle wstyd mi się zrobiło, że urodzono mnie tu, gdzie urodzono. Jakby co - sokole oczy mogą wypatrzeć pełne zamyślenia facjaty rodaków w prawej części zdjęcia, za rowerem :)
To, że ruszyłem, było błędem. Kawałek jechałem bez opadów, zatrzymując się nawet na widok boćków w wydaniu górskim...
...lecz po chwili znów był grzmot, oberwanie chmury i musiałem się jakoś ratować. Pierwotnie wylądowałem pod drzewem, ale się zreflektowałem i wybrałem dalsze kręcenie. Tym samym dotarłem do największego pozytywu tego wyjazdu. Uwaga - do smażalni! A konkretnie - tej na samym dole Zachełmia, czyli Przystani pod Chojnikiem, bo tak się nazywa.

Grzecznie zapytałem czy mogę chwilę przeczekać, bo pada, na co usłyszałem:
- No pewnie! Może herbaty?
- Nie dziękuję...
- Ale w gratisie.
- Naprawdę, bardzo to miłe, ale nawet nie zdążę wypić, zaraz przestanie padać...
Dziesięć minut później.
- To ja może jednak poproszę tę herbatę. Tylko normalnie płatną.
- Przykro nam - kasa przestała działać :)
Nie miałem wyjścia - zgodziłem się. Niech stracę :) Zostałem jeszcze wypytany przez miłe panie z obsługi skąd jestem i ile jeżdżę, herbatka zrobiła swoje in plus, pożartowaliśmy w temacie tego, kto pojawi się tu w długi weekend, a w końcu przestało lać i pożegnałem się bogatszy o miłe wrażenia. Ryb nie jadam, więc się nie wypowiem co do nich, ale to ludzie tworzą miejsca, więc tutaj zdecydowane brawa! Poza tym napój z teiny był pyszny.
Końcówka wyjazdu to już jedynie gnębienie butów na jeleniogórskich kałużach, od Sobieszowa przez Cieplice (tam fotka z kategorii cyniczny ironista przy kurtynie wodnej) i powrót do centrum.
Zmokłem, nie ma co. Plusy? Pokręciłem, były górki i nie wiało za mocno. Oraz to, że zostałem pozytywnie zaskoczony czynnikiem ludzkim. Lubię to :)
Za to jutro znów ma padać :(
- DST 54.00km
- Czas 01:48
- VAVG 30.00km/h
- VMAX 52.00km/h
- Temperatura 27.0°C
- Podjazdy 301m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
ZIelonkowo
Czwartek, 10 sierpnia 2017 · dodano: 10.08.2017 | Komentarze 8
Nocą nad Wielkopolską, a pewnie i znaczną częścią kraju, przeszły burze i ulewy, które utrzymywały się jeszcze do rana. Z racji wolnego dnia nie martwiłem się tym za bardzo, a już na pewno nie robił tego w ogóle niekryjący swojego istnienia mój wewnętrzny leń :) Gdzieś w okolicach wpół do dziesiątej zrobiło się już w miarę sympatycznie, choć temperatura rosła z minuty na minutę. Trzeba było ruszać, żeby uniknąć karnego spalenia.
Wiatr miał wiać z północnego wschodu, ale jak zwykle mnie oszukał. Tym razem jednak był na tyle łaskawy, że nie miażdżył z wielką siłą, a wmordewind o stopniu lekkim już mi niespecjalnie przeszkadza. Mimo jego fochów nie zmieniłem dzisiejszego założenia co do trasy - postanowiłem bowiem wybrać się w okolice Puszczy Zielonki. Lubię te tereny, nawet jadąc asfaltem, jednak istnieje jeden spory mankament - żeby tam się dostać muszę przejechać przez Poznań z południa na północ i z powrotem. O dziwo jednak poszło to całkiem sprawnie, do czego jeszcze nawiążę pod koniec.
Od momentu wyjechania na trasę w kierunku Gniezna mogłem trochę rozwinąć skrzydła, a już w ogóle dobrze zrobiło mi się po skręceniu na odcinek Kobylnica - Wierzonka. Kilka kilometrów takiej drogi to marzenie, pewnie nie tylko moje:
Pozdrowiłem mentalnie małą ojczyznę bikestatsowego Grigora i zabrałem się za mini wspinaczkę po mikrohopkach do Karłowic, a następnie do granic Puszczy, gdzie na chwilę się zatrzymałem. Oj, chciało się wjechać w teren, ale ani sprzęt nie ten, ani - mimo wolnego - czasu nie było.

Wracając do Wierzonki tak się zapatrzyłem na pola i lasy, że zapomniałem się rozpędzić z górki :) Musiałem to potem nadrabiać po płaskim, bo Vmax się sam nie zrobi. Na powrót wybrałem już inną trasę - przez Mielno, Kicin i Koziegłowy. Malowniczy, nie da się ukryć, z Dziewiczą Górą w tle. Co prawda bardziej "górą" niż górą, ale zawsze coś :) 

Ostatni odcinek to już walka o wywalczenie minimalnej średniej. Udało się, mimo ponownej jazdy przez miasto. I tu wrócę do kwestii z początku - jestem bardzo, bardzo zadowolony z tego, co dzieje się w Poznaniu pd względem rowerowym przez ostatnie dwa lata. Bez zmian po wyborach samorządowych - jestem tego prawie pewien - byłoby tak, jak kiedyś - kostkowo, nielogicznie, niespójnie i po prostu pod górkę nam, którzy codziennie jeżdżą na dwóch kółkach. Wiem, że już o tym pisałem, ale że rzadko chwalę urzędasów, to niech mają. Zresztą, wystarczy spojrzeć.
Tu kawałek odnowionej ścieżki przy Jana Pawła, zaraz przy Malcie:
Tu Wartostrada:
Tu... no tak :) Rodak. 
Jednak do sedna - jeśli ktoś pamięta moją dość szeroko komentowaną
kolizję z pewnym imbecylem, właśnie z okazji unikania ścieżek (wtedy był
tu jakiś kostkowy potwór), to teraz jest tu inny świat. Ulica Gdyńska
aż krzyczy - kręć mną!
Dojechałem zadowolony do domu, wcześniej jeszcze zahaczając o stację PKP, z zamiarem kupna biletu na mój drugi, zaraz po rowerze, ulubiony środek transportu. Teraz czeka mnie weekendowy wyjazd, czy połączony z kręceniem - zależy od pogody (a ma padać). Nie chcę zapeszać.
A skoro już jesteśmy przy PKP na Dębcu to jeśli ktoś tęskni za komuną to gorąco zapraszam do żywego skansenu :) Jak się okazało zamiar płatności kartą należy zgłosić przed zamiarem zakupu biletu, czego oczywiście nie doczytałem (mały napis w lewym dolnym rogu, zaraz pod godzinami otwarcia tej skamieliny) i zgłosiłem po. Głośne sapnięcie, które wydało się z płuc pani, samej niewiedzącej pewnie, czemu jeszcze nie zdecydowała się na emeryturę, słuchać było chyba na Głównym :) Musiała ANULOWAĆ! Poczułem się jak robaczek, do tego grzeszny, Jednak skończyło się happy endem, czyli finalnym zakupem, a do tego nie zostałem zamieniony w kamień. Uff :)
Jakby co - to zdjęcie oddaje sedno tego miejsca. Ciekawe kiedy zaczną tu sprzedawać wejściówki, jak do każdego uznanego muzeum? :)
- DST 52.45km
- Czas 01:47
- VAVG 29.41km/h
- VMAX 51.40km/h
- Temperatura 21.0°C
- Podjazdy 214m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
(Foto)szoping
Środa, 9 sierpnia 2017 · dodano: 09.08.2017 | Komentarze 6
Wyjazd bez historii. Wbrew zapowiedziom synoptyków rano nie było jeszcze w Poznaniu Sahary, a sympatyczne dwadzieścia stopni z malutkim plusem. No i o dziwo nie wiało jakoś masakrycznie, niestety zupełnie nieprzewidywalnie, więc do średniej trochę zabrakło. Za to wziąłem dziś ze sobą kamerkę i pobawiłem się trochę w straszenie kierowców - tyle, ile przeprosin uzyskałem, gdy nasi mistrzowie kierownicy zauważali tego obcego na moim kasku, po tym jak albo chcieli mnie zmasakrować, albo nagle wyłączały im się synapsy w mózgu, nie otrzymałem chyba nigdy. Zdecydował się na to nawet wódz autobusu TransLub, co oznacza, że koniec świata jest bliski! :)
Trasa to "kondomik", znów aktywny: Poznań - Luboń - Puszczykowo - Mosina - Łódź - Dymaczewo - Stęszew - Komorniki - Poznań. Pisać nie ma za bardzo o czym, więc tylko kilka printscreenów, bo filmik wyszedłby z tego tak nudny, że Złota Malina byłaby pożądaną nagrodą :)
Przy w miarę nowej ścieżce przy Drodze Dębińskiej zaczął się budować kolejny kościół, bo jak wiadomo jest ich u nas za mało. Jak już powstanie to będzie tu wesoło. GTA w wersji live da zapewne dużo nieplanowanych wcześniej emocji :)
W uroczym Luboniu w ogóle nie da się przyuważyć znaków oznaczających śmieszkę. Kompletnie :) Szczególnie jeśli wychodzi się z założenia, że świat jest iluzją. Ja wychodzę :)
Tu z kolei intuicyjny (szczególnie dla szosowców) i zadbany wjazd z drogi na kolejną ścieżynkę (Łęczyca). Dodam, że po prawej (poza kadrem) bije po oczach zakaz jazdy rowerem.
Kawałek dalej - dwa okazy bicykli: dwunożny oraz czterokołowy.
Asfaltowe drogi dokoła WPN-u jak zwykle sympatyczne. Ale cóż, jak wiadomo każde drzewo to potencjalny morderca, więc jeszcze kilka lat Szyszki na stolcu i mogą tu być równie dobrze przepięknie rosnące w górę osiedla mieszkaniowe,


Już bliżej Poznania - zwykły, przeciętny dzień w Komornikach. Jak widać jakoś sobie poradziłem na tym kilometrze korka nad korkami, ale dokładnie wtedy pożegnałem się w myślach ze średnią.


Za to w Poznaniu byłem za daleko, żeby bezmózg włączający się do ruchu z podporządkowanej przyuważył kamerkę, więc o mało co byłbym świadkiem poważnego wypadku. Na szczęście chociaż jeden z prowadzących wykazał się refleksem, odbijając szybko w lewo. 
A prawie pod sam dom mam aktualnie super hiper nowoczesny dojazd wiaduktem pod torami. Spóźnili się z nim zaledwie rok od zaplanowanej daty, ale czekać było warto. W ramach ciekawostki - KOM obejmujący zjazd i wjazd pokazuje średnią... 88,9 km/h. I zapewne w ogóle nie jest on związany z przebiegającą lekko poniżej ulicą, po której pędzą samochody. Gdzie tam... :)






