Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi Trollking z miasteczka Poznań. Mam przejechane 242709.15 kilometrów w tym 4.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 27.47 km/h i się wcale nie chwalę.
Suma podjazdów to 791323 metrów.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl


Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Trollking.bikestats.pl

Archiwum bloga

  • DST 32.00km
  • Czas 01:13
  • VAVG 26.30km/h
  • VMAX 42.50km/h
  • Temperatura 11.0°C
  • Podjazdy 108m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Glut głodek

Piątek, 6 października 2017 · dodano: 06.10.2017 | Komentarze 11

Wczoraj czas oczekiwania na wizytę niechcianego kolegi o ksywie Ksawery minął mi nierowerowo z powodu deszczu, o którym krakałem w środę. Nie było to komfortowe mentalnie, ale w końcu nawet moje nogi mają prawo do odpoczynku, bo od maja nie miałem dnia przerwy w kręceniu. Sam nie wiem jak to się stało :) Jednak żeby nie zapomnieć na czym polega cała ta zabawa, wsiadłem sobie przed pracą na chomika i godzinkę pokręciłem ze średnią w okolicach 31 km/h, co podaję jako informację kompletnie nieistotną dla ludzkości, a w sumie i dla mnie :) Za to w końcu doceniłem fakt posiadania HBO GO, bo przy serialach czas na stacjonarce zdecydowanie szybciej leci.

Dzisiaj też nic nie zapowiadało, ze wyjadę - od rana lało i lało. Już wyciągałem żyletki z zamiarem wykonania rytualnego samobójstwa, gdy nagle w okolicach 10:30 nastąpiło małe przejaśnienie. Na sekundę, ale już byłem przy drzwiach, z crossem w łapie :) Czasu miałem przed wystartowaniem do roboty niewiele ponad godzinę, więc wyjątkowo żaden wiatr mi nie był groźny... Nooo dobra, był groźny, bo ledwo jechałem, a do kompletu oczywiście chwilę po stracie lunęło, co w ogóle mnie nie zdziwiło :) Tak wyglądała wyłysiała po jednym orkanie drzewna aleja za Plewiskami, do których trafiłem w pierwszej kolejności...

Kawałek dalej, gdy zbliżałem się do serwisówek na styku Gołusek, Palędzia, Głuchowa i Komornik, niebo prezentowało się już bardziej sympatycznie.

A następnie wyszło słońce :/ No zgłupieć można.

Dokręciłem do domu znów przez Plewiska, z jednej strony znów ubabrany jak prosiak, z drugiej zadowolony z siebie, że zdecydowałem się na wykorzystanie luki na choćby tego gluta, bo już bym gryzł - głodek był (nie mylić z Godek Kają, obrończynią plemników nienarodzonych, bo wtedy wolałbym w ogóle się nie urodzić, a co za tym idzie/jedzie - nie wyjechać). 

Wolno, bo wolno, czołgiem, bo czołgiem, znów rowerowo odżyłem. Ksawery popozostawiał po sobie sporo syfu i gałęzi na DDR-kach, z czego wynika jeden jedyny morał, który pozwoli uniknąć na przyszłość tego typu sytuacji - zlikwidować DDRki :)




  • DST 53.20km
  • Czas 01:53
  • VAVG 28.25km/h
  • VMAX 50.90km/h
  • Temperatura 11.0°C
  • Podjazdy 237m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Szaro-b(zd)uro

Środa, 4 października 2017 · dodano: 04.10.2017 | Komentarze 10

Kolejny dzionek, który musiałem rozpocząć wcześniej (już się lekko od tego odzwyczaiłem) niż ostatnio. Z tym, że słowo "musiałem" jest dość pojemne i zamiast - jak planowałem - ruszyć po ósmej, udało mi się to dopiero pół godziny później. Ale i tak zdążyłem do pracy, czym zasłużyłem na miano amatorskiej wersji Bolta, tylko ciut bielszej i wolniejszej :)

Zimno się zrobiło - po raz pierwszy w drugiej połowie roku założyłem rękawiczki długopalczaste. Wiatr... cóż, może nie będę rozwijał tematu, wystarczy spojrzeć na średnią, która jest, jaka jest, a i tak wymagała ode mnie sporej porcji sapania. Trasę wykonałem dziś w wersji "kondomik", ale odwrotnie, zaczynając po wyjeździe z Dębca od kierunku na Komorniki, potem Szreniawa, Stęszew, Łódź, Dymaczewo, Mosina, Puszczykowo, Luboń (jak zwykle upojnie) i do domu. Zdjęć nie robiłem, ale jakby ktoś miał przemożną chęć na odtworzenie dzisiejszych warunków to należy pójść do jakiegoś marketu typu Tesco, udać się do działu z papierem toaletowym. odnaleźć ten najtańszy z najtańszych, taki szary i twardy, przy którym nawet szanujący się facet może nieświadomie utracić dziewictwo, rozwinąć i już - tak wyglądało dziś niebo :)

Przed Dymaczewem wyminął mnie radiowóz, nawet przepisowo, ale w oczy rzuciły mi się niezapalone światła. Próbowałem podkręcić tempo, dogonić i zaproponować mandacik, ale niestety byłem z góry skazany na porażkę. Szkoda, bo chciałem przy okazji pogratulować nowych standardów pod płaszcz(aki)em dobrej zmiany. No nic, pewnie jeszcze będzie okazja, choć wolałbym w sumie jej nie mieć :)

Jutro ma cały dzień lać, więc zapewne czeka mnie niechciany odpoczynek :/




  • DST 51.95km
  • Czas 01:58
  • VAVG 26.42km/h
  • VMAX 52.00km/h
  • Temperatura 13.0°C
  • Podjazdy 252m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Błotoświniak :)

Wtorek, 3 października 2017 · dodano: 03.10.2017 | Komentarze 11

Miało padać i padało. Ja musiałem do pracy i... musiałem. 100% sprawdzalności, cholera jasna :)

Do ósmej rano jeszcze kropiło, co idealnie zgrywało się z przyciąganiem łóżka. Jednak chwilę później przestało i nie było wyjścia - zwlokłem się niczym bohaterka filmu "Klątwa", dopełznąłem do crossa, ogarnąłem go, ubrałem się w zestaw przeciwdeszczowy i ruszyłem. 

Zupełnie nie miałem pomysłu na wybór kierunku, ale że wiatr wiał z południowego zachodu to wybrałem się przez Luboń do Puszczykowa, zahaczając jeszcze o tzw. Stare Puszczykowo, czyli po prostu całkiem solidną hopkę i już mniej imponujący zjazd. Chlupało mi fajnie pod kołami, a leżące w coraz większych ilościach liście wyglądały może i spoko, ale zaczyna się sezon na kontuzje, bo jakbym kręcił szosą to co najmniej jedna gleba byłaby moja.

Przed Mosiną coś mi wpadło do łba i skręciłem w kierunku Jezior, czego już po chwili pożałowałem, bo podejmując tę decyzję zapomniałem o stanie "asfaltu" na tym kawałku. No ale był ratunek - leśna droga wzdłuż niego, a na nim błocko, błocko, błocko. Mniam :) Bawiłem się przednio, zaliczając spory terenowy element wypadu.

Jednak szkoła życia była dopiero przede mną - kto kiedykolwiek jechał pełen odcinek Greiserówką ten wie, o czym piszę :) Moje wieloletnie doświadczenia mówiły mi, iż bez ryzyka dla życia da się nią kręcić jedynie w wersji Jeziory - Komorniki, czyli tak jak na fotce. Czemu? \Wystarczy napisać, że to coś jest dwukierunkowe, ruch wcale nie jest mały, a rzadko który właściciel puszki zniży się do poziomu zrozumienia rowerzysty i łaskawie zjedzie na pobocze. Przerabiałem odwrotną wersję i spróbuję raz jeszcze dopiero, gdy z powierzchni ziemi zniknie ostatni samochód. Mogę się nie doczekać :)

Smaczek na sam koniec Greiserówki. Adolfiku, dziękujemy :)

Gdy już doszedłem do siebie, a w sumie zrobiło to wszystko, co mi się trzęsło, zdecydowałem, że dokręcę drugą połowę już bardziej cywilizowanymi szlakami - czyli z Komornik do Rosnowa i Chomęcic, tam nawrót w kierunku serwisówek, Gołusek, Plewisk i do domu. 

Ubabrałem się jak świnia, bawiłem się jak prosiak. Czyli było fajnie :) I nawet zdążyłem do roboty.

Relive z tej pokręconej trasy TU.




  • DST 56.30km
  • Czas 01:54
  • VAVG 29.63km/h
  • VMAX 53.10km/h
  • Temperatura 16.0°C
  • Podjazdy 243m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Ostatki

Poniedziałek, 2 października 2017 · dodano: 02.10.2017 | Komentarze 6

Dziś miałem ostatnią w tym tygodniu okazję na porządne wyspanie się i wyruszenie na rower bez patrzenia na zegarek z obawą, czy zdążę do roboty. Dobre się szybko kończy, póki co mój limit odebranych nadprogramowych dni się wyczerpał, więc jutro czas normalnie iść do pracy. Ale i tak podobno ma padać, więc smuteczek jakby mniejszy.

Jechałem jeszcze w całkiem miłych warunkach, nie zmokłem, nie lepiłem bałwanka, nie zdychałem od upału. Przyzwoite kilkanaście stopni, idealne do ubrania się w strój na krótko z długą bielizną termo - to lubię. Wydawało mi się nawet początkowo, że uda mi się oszukać wiatr, gdyż uknułem sobie, iż jeśli on wieje z południowego wschodu, a i tak będzie chciał mnie podczas powrotu zgnoić, to jak ruszę na południowy zachód to może się pogubi i choć przez połowę drogi będzie wiał mi w plecy. No i co? Zorientował się :)

Jednak - coby nie pisać - było całkiem ok, choć zabrakło tej kropki nad "i" lub wyroku skazującego na aktualnie rządzący w PL polityczny drób, czyli dobicia do średniej w okolicach trzech dych. Nic to, ważne, że pokorzystane i pokręcone na jednej z ulubionych tras, czyli "kondomiku" (Poznań - Luboń - Puszczykowo - Mosina - Łódź - Dymaczewo - Stęszew - Komorniki - Plewiska - Poznań), tym razem z wariacjami, bo w końcu skończyli remont kawałka drogi między Komornikami a Plewiskami i jadąc przez Rosnowo da się ominąć najgorsze komornickie korki. Szatanu niech będą dzięki.

Zdjęć nie ma, bo oszczędzam :)




  • DST 56.50km
  • Czas 01:56
  • VAVG 29.22km/h
  • VMAX 52.90km/h
  • Temperatura 15.0°C
  • Podjazdy 241m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

DeDRengolada :)

Niedziela, 1 października 2017 · dodano: 01.10.2017 | Komentarze 5

O dziwo początek miesiąca zakończył się podobnie jak końcówka poprzedniego, czyli po prostu fajnie. Pogoda spoko, słońce niegorszące, tylko południowy wiatr wrócił do swojego ulubionego stanu, czyli upierdliwego, lecz bez przesady. Byłby idealne warunki do kręcenia (i w sumie były), ale zniesmaczył mnie czynnik ludzko-industrialny, przez który dzisiejszy wynik nie jest taki, jaki mógłby być. Choć z drugiej strony nie zamierzam narzekać, a jedynie pokontestować rzeczywistość :)

Na samym początku, jeszcze na Dębcu, spotkało mnie prawie dokładnie to, co wczoraj, lecz dziś za kierownicą siedziała istota płci męskiej. Ja naprawdę jestem w stanie uwierzyć (łatwe to nie jest), że można mnie nie widzieć z trzech metrów podczas włączania się do ruchu, ale żeby to samo mieć z autobusem? Cóż, samice kontra samce 1:1.

Znów moja trasa polegała na dojechania do punktu X i powrocie prawie tą samą drogą: Poznań - Luboń - Puszczykowo - Mosina - Żabno, tam wjazd na hopkę, zjazd i nawrót swoimi śladami z małymi korektami.


Elementem, który znacznie uwalił mi przyjemność jazdy, był wciąż mocno trzymający się objazd w Mosinie, przez który nie tylko nadrabia się dobrych kilka kilometrów, ale chcąc nie chcąc (nie chcąc) lądujemy na kwintesencji polskiej DeDRengolady, czyli odcinku do Krosna. Ma on w sobie - niczym bielizna informatyka - dosłownie wszystko. Kawałki asfaltu pomieszane z kostką, krawężniki, momenty z szutrem, jak również przejazdy z permanentnym czerwonym dla rowerów, chyba że się jego użytkownik zatrzyma i włączy guziczek. Wracając chciałem olać ów cud polskiej udupialności i przejechać remontowanym odcinkiem, ale niestety tych zasieków pokonać się nie dało, Musiałem wrócić jak niepyszny (niepyszność widoczna na filmiku w Relive), widząc jednak jakiś plus - na moje otwarcie tunelu pod torowiskiem zbliża się krokami. Nie napiszę, że wielkimi, bo zapeszę.

To był czynnik industrialny, jeszcze o ludzkim. Duży ruch samochodów mimo niedzieli mnie lekko zdziwił, ale to, co działo się na ścieżce w Łęczycy przypomniało mi najgorsze czasy dla rowerzystów. Czyli lato :) Bezmózgi korzystały z pogody i na ścieżce o szerokości metra koło siebie zakwitły trzyosobowe pełznące wycieczki, tatusiowie z dzieciakami, które bez opieki na trójkołowcach myliły wsteczny z gazem, o siatkarkach i siatkarzach nie wspominając (chyba to strach przez planami co do handlu w niedzielę i biedronkowcy się zaopatrują). A obok zakaz jazdy zwykłą drogą. Ten odcinek kosztował mnie najwięcej nerwów.

Finalnie i tak mi się fajnie kręciło. Poproszę o taki październik w całości.

Podsumowanie września: 1840 kilometrów, chyba najwięcej od kiedy prowadzę BS (za poprzednie lata nie dam głowy, bo nie chciało mi się tego sumować). To głównie pokłosie wypadów do Piły na 100+ oraz do Wrocławia na 200+, co prawda kosztem średniej (niecałe 28,2 km/h), ale ją ostatnio mam głęboko w dętce :)

Przywrócili mi możliwość wklejania zdjęć, hurra. Dobrze, bo jesień póki co piękna. Na Dębcu szczególnie :)




  • DST 54.05km
  • Czas 01:48
  • VAVG 30.03km/h
  • VMAX 51.90km/h
  • Temperatura 18.0°C
  • Podjazdy 315m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Sympatospisek :)

Sobota, 30 września 2017 · dodano: 30.09.2017 | Komentarze 16

Wrzesień rozpoczął się pogodową masakrą, a zakończył poezją. W międzyczasie w aurze rządziła w większości kloaka - albo temperatura była jak w listopadzie, albo, jak ostatnio, gdy lekko poszła w górę, to urywało łeb. Zresztą owo "To" (a przy okazji - byłem ostatnio w kinie na ekranizacji książki Kinga i polecam) urywało przez większość miesiąca.

Dziś... Cudo. Rzadko to piszę, więc zaręczam, coś musi być na rzeczy :) Po dziesiątej rano, gdy ruszałem, na termometrze widniało osiemnaście kresek, wiatr był wyczuwalny, ale nie gnojący, słońce grzało sympatycznie, czyli zupełnie nie tak, jak ma to w zwyczaju latem. Tylko kręcić, gdyby nie rodzinne obowiązki pewnie jeszcze bym siedział na siodełku.

Trasę wybrałem dziś w wersji nietypowej, bo w tę i z powrotem, z małymi korektami. Z Dębca ruszyłem przez Luboń, Puszczykowo, Mosinę, Rogalinek i Rogalin do moich ulubionych Radzewic (jeszcze o nich napiszę), wracając tą samą drogą, jedynie z małą korektą - przed Luboniem zaliczyłem również Wiry. Tam zresztą w osłupieniu przyuważyłem zachowanie pewnego czegoś płci żeńskiej, które postanowiło w ten sposób włączyć się do ruchu z posesji, jakby nie tylko nie było mnie kręcącego około 30 km/h po prawej, ale również samochodu jadącego co najmniej 50 km/h po lewej. Ostre hamowanie nastąpiło z obydwu stron, a klakson został uzupełniony o moje - wyrażone najgłośniej jak potrafiłem - zdanie o istocie za kierownicą. W tym temacie jestem stuprocentowym feministą - uważam, że tępota została przyznana ludzkości niezależnie od płci. A paniusi polecam zamiast naklejki "dziecko w aucie" zamontować mózg pod czupryną.

No i jeszcze o wspomnianych Radzewicach. Upatrzyłem sobie już dawno tę wioskę, położoną przy kilku zakolach Warty, bo jest w niej zdecydowanie pozytywny klimat. Mam tam sprawdzoną agroturystykę, nie dość, że tanią, to na poziomie, a dla miłośników wody i przyrody jest tam raj. Dawno mnie w R. nie było, więc specjalnie dokręciłem do tamtejszego portu rzecznego, a w sumie bardziej "portku", bo to maleństwo, z pozytywnym zdziwieniem stwierdzając, że w międzyczasie zainstalowano pomost, jak również zgrabnego, wpasowanego w otoczenie zielonego toi-toia. Całkiem przydatne nowości :P
Pomost w Porcie Radzewice
Pomost w Porcie Radzewice © Trollking
Port Radzewice
Port Radzewice © Trollking

Podsumowując - to jakiś spisek (podobnie było w sierpniu), że większość miesiąca masakruje, żeby na sam koniec pokazać swój niewinny, sympatyczny i dziubdziusiowy ryjek, pewnie w celu zatarcia złego wrażenia. Jeszcze kilka takich i zacznę olewać większość dni, nastawiając się na same końcówki.

No dobra, nie zacznę. Zbyt wielbię jazdę na rowerze :)
Sympatyczna DDR-ka w Łęczycy
Sympatyczna DDR-ka w Łęczycy © Trollking




  • DST 51.55km
  • Czas 01:50
  • VAVG 28.12km/h
  • VMAX 51.60km/h
  • Temperatura 14.0°C
  • Podjazdy 231m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

KŚW bez KŚ :)

Piątek, 29 września 2017 · dodano: 29.09.2017 | Komentarze 4

Czyli: z wczorajszej gównianej trójcy męczyłem się dziś jedynie z wiatrem. Wybrałem bowiem muminkową trasę antyddr-kową, gdzie polskie wynalazki roweroudupiające są minimalnym minimum, a także udało mi się ominąć większość korków, choćby tych lubońskich, poprzez wybranie jazdy opłotkami. Trzeciego elementu już nie miałem jak oszukać, więc męczyłem się z gnojem tak samo jak podczas ostatnich dni. Szczerze mówiąc już mam go dość, a na pewno kierunku, z jakiego duje, czyli tego od mocodawców Macierewicza. Znaczy się ze wschodu :)

Rozpisywać się nie będę, bo nie ma o czym, a ja dziś znów walczę z czasem (na razie remis). Jak tylko mogłem chowałem się między drzewami, w sumie udało się to gdzieś do połowy TRASY, od Dębca przez Luboń, Puszczykowo, Mosinę, Rogalinek do Wiórka, potem już niestety wypłynąłem na suchego przestwór oceanu, czy jak to tam szło :) Odcinek przez Daszewice, Babki, Głuszynę, Koninko i Starołękę wspominam bardzo dobrze. Bo się skończył :) Odpocząłem za to jak zwykle w ulubionym Lasku Dębińskim, kilometr od domu.
Staw w Lesie Dębińskim
Staw w Lesie Dębińskim © Trollking

Znów niby ciepło, a zimno. Tak po polsku.




  • DST 54.00km
  • Czas 01:58
  • VAVG 27.46km/h
  • VMAX 50.40km/h
  • Temperatura 17.0°C
  • Podjazdy 208m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

KŚW

Czwartek, 28 września 2017 · dodano: 28.09.2017 | Komentarze 11

Dzisiejszą galę żenady KŚW chciałbym zadedykować trzem elementom, które wybitnie pomogły mi wziąć w niej udział - Korkom, Ścieżkom, Wiatrowi. Gdyby chociaż rzuciły się na mnie zachowując zasady fair play, czyli po kolei, to może jeszcze nie byłoby tak źle, ale przy zmasowanym ataku byłem bezsilny.

Wszyscy się cieszą, że jest cieplej. A ja się pytam - jakie cieplej? Gdy wracałem było już co prawda siedemnaście stopni, ale mocny, zimny powiew, gnojący non stop ze wschodu, sprawiał, że czułem jakby było gdzieś w okolicach pięciu. Pierwsza połowa (Dębiec - Starołęka - Krzesiny - Żerniki - Tulce - Gowarzewo - Siekierki - Paczkowo) to istna masakra na mojej skromnej osobie, czego skutkiem była średnia w okolicach 25 km/h, i to wyrzygana resztkami sił. W sumie najlepiej jechało mi się... po szutrze. Czyli po kilometrowym odcinku w Lesie Dębińskim.
Lasek Dębiński przed wjazdem na kładkę
Lasek Dębiński przed wjazdem na kładkę © Trollking

Miałem nadzieję, że odbiję sobie wracając, i faktycznie, muszę przyznać, że odcinek do Swarzędza to była poezja autorstwa rzadko spotykanego pogodowego poety - Wiatra-Plecnego :) Potem zaczęła się swarzędzka proza, czyli korek-światło-korek-światło, z wisienką na torcie, czyli zwężeniu drogi przy granicy z Poznaniem.

Na wysokości Volkswagena zrobiłem głupi błąd (czy są błędy niegłupie?), gdyż chcąc jechać po raz pierwszy w tę stronę inną drogą, skręciłem w ulicę Bałtycką, dobijając się wbiciem na śmieszkę rowerową, która początkowo wydawała się cywilizowana, mimo że z kostki. Niestety - trzyma podwrocławsko-leszczyńskie poziomy, a hitem jest jej zakończenie. W sumie jego brak, bo są nim ulubione biało-czerwone barierki, za którymi lądujemy wprost pod kołami skręcających samochodów, gdyż wylotówka prowadzi... pod prąd. Najlepsze jest to, że można niby jechać za autami i zawrócić, ale... nie można (oczywiście teoretycznie), bo jest podwójna ciągła. Brawa.
Ze śmieszki prosto pod prąd. Ulica Bałtycka w Poznaniu
Ze śmieszki prosto pod prąd. Ulica Bałtycka w Poznaniu © Trollking

Kawałek dalej spędziłem ponad dziesięć minut na zamkniętym przejeździe kolejowym, przepuszczając cztery składy. Gdybym się dziś spieszył to bym się wk...urzył, ale mam przywilej odbierania nadprogramowych dni w robocie, więc ze stoickim spokojem pooglądałem sobie szczegóły naczep TIR-ów, podtruwanie spalinami mając gratis.

Gdy już w końcu przebiłem się do Wartostrady, którą zamierzałem pomknąć szybko do domu, okazało się, że tym razem wieje mi z boku, nieśmiało podmuchami spychając do rzeki. Twardo się opierałem, rekompensując sobie to komfortem jazdy tym kawałkiem aż do końca nowego odcinka.
Wartostrada
Wartostrada © Trollking
Most Jordana
Most Jordana © Trollking

Za nim wykonałem kolejny dziś błąd. Zamiast bowiem skręcić w kierunku Rataj i tamtędy dokręcić do domu, postanowiłem zobaczyć jak kończy się stary odcinek traktu. Wiedziałem, że na końcu są schody, ale miałem nadzieję, że skoro obok jest samochodówka, to jest może również do niej jakaś cywilizowana droga. Błąd logiczny - albo źle skręciłem, albo jej nie ma. W wyniku czego miałem spory kawałek z gatunku "piaskowe mtb+chodnik", co przy szosowych kółkach śmiało można uznać za występ cyrkowy. Choć muszę przyznać, że sam odcinek nad Wartą jest naprawdę malowniczy.
Stary odcinek Wartostrady. Żeby z niego gdziekolwiek wyjechać trzeba albo zawrócić, albo nauczyć się latać
Stary odcinek Wartostrady. Żeby z niego gdziekolwiek wyjechać trzeba albo zawrócić, albo nauczyć się latać © Trollking

Sama końcówka to znana i nielubiana droga z Ronda Starołęka do domu, kawałek kolejnym odcinkiem śmieszki spod znaku "zemsta Grobelnego".

Ufff. Masakra. Oczywiście nie zapominam o swojej winie w dzisiejszym tragicznym wyniku. Nie potrafię bowiem jechać ultra szybko pod wiatr o sile 25-30 km/h, rozpędzić się między jednymi a drugimi światłami do setki, żeby zdążyć przed czerwonym, ani nawet przelecieć nad polskimi DDR-kami. Te elementy biorę na klatę ;)

TU trasa w wersji z Relive.

PS. Jak widać, z musu przeprosiłem się z PBS. Odwykłem, choć chwała mu, że istnieje. Tylko wstyd wstawiać nań zdjęcia takiej jakości, w większości robione "z rąsi".




  • DST 55.20km
  • Czas 01:57
  • VAVG 28.31km/h
  • VMAX 52.20km/h
  • Temperatura 18.0°C
  • Podjazdy 234m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Wiuuuu!

Środa, 27 września 2017 · dodano: 27.09.2017 | Komentarze 11

Ola Boga, a Krysia Szatana - ale mnie dziś przewiało! Początkowo, zaraz po wyjeździe, nie było jeszcze źle, ale z minuty na minutę duło coraz silniej, by pod samo koniec nawet na zjazdach spowalniać mnie do dziwnych wartości, typu 25 km/h. Brr. Co ciekawe - zrobiło się wyjątkowo ciepło, oczywiście w rozsądnym rozumieniu tego słowa, dzięki czemu nie mogę dzisiejszego wyjazdu potraktować w kategorii "bullshit". Jak już to ewentualnie "pigshit". Co nie znaczy, że chętnie bym powtórzył takie kręcenie.

Trasa: klasyczny "muminek" z Dębca przez Starołękę, Krzesiny, Koninko, Szczytniki, Głuszynę, Babki, Daszewice, Rogalinek. Mosinę, Puszczykowo oraz Luboń (TEN Luboń) do domu. Prócz tego, że momentami jechałem ukosem niewiele się zdarzyło. Za to na granicy miejscowości Wiórek spotkałem kumpla, który kręcił do Poznania. Nie powiem, zachwyciłem się jego rowerem marki Fuji, w którym zamontował sobie jakieś dziwne rzeczy typu pomiar mocy i inne cosie, których nawet bym nie potrafił nazwać. Wartość sprzętu to około dwudziestu tysięcy, ale że jeszcze rok temu był współwłaścicielem sklepu rowerowego to poskładał go "dużo taniej". Nie pytałem ile to "dużo" oznacza, ale na pewno wciąż dużo :) Cóż, za wykończenia z kości słoniowej trzeba płacić :) Choć w sumie coś jest na rzeczy, bo jakbym porównał wartość mojego Vento to musiałbym takich z dziesięć koło siebie postawić i słoń by wyszedł. Wagowo również. Nie jestem gadżeciarzem, ale w tym przypadku rozumiem kolegę, który nie dość, że ambitnie w swoim teamie śmiga na zawodach, to jeszcze jest trenerem personalnym, więc warunkowo wybaczam mu sprzęt o wadze siedmiu kilo. Mój, po tuningach polegających na zastępowaniu tanich komponentów jeszcze bardziej gównianymi, waży już pewnie z piętnaście :)

Zdjęć brak, bo mam bana do końca miesiąca od Banstats :)




  • DST 61.10km
  • Czas 02:10
  • VAVG 28.20km/h
  • VMAX 50.70km/h
  • Temperatura 15.0°C
  • Podjazdy 269m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

P.Leń

Wtorek, 26 września 2017 · dodano: 26.09.2017 | Komentarze 8

Dziś wolny dzień, który sponsorował mój dobry znajomy - Pan Leń :) Lubię go. Zafundował mi możliwość spania do 9:30, brak obowiązków (choć nie, mam ich aż za dużo, ale P.Leń namówił mnie, żeby ogarnąć je jutro), brak roweru... Wrróć! Jak brak roweru? Tu trzeba było kolegę lekko ustawić do pionu i finalnie po porannej kawie wyruszyłem na obowiązkowy objazd okolicy, sprawdzić czy mnie nie ma gdzieś na trasie.

Byłem :) Najpierw w Luboniu, następnie w Puszczykowie, Mosinie, Rogalinku oraz Rogalinie, za którym podjąłem decyzję, żeby lekko wydłużyć dystans i skierować się na Kórnik, z którego przez Dziećmierowice, Szczodrzykowo, Gądki. Krzesiny oraz Lasek Dębiński trafiłem do domu. Wpływ na ową decyzję miała w znacznym stopniu moja słaba psychika, bo jak pomyślałem sobie, że miałbym - zgodnie z pierwotnym planem - wracać swoimi śladami i raz jeszcze przejeżdżać przez Luboń, to wymiękłem. Do kursu przez tę miejscowość powinni dodawać bezpłatnego psychiatrę :)

Miało być cieplej, a zrobiło się zimniej. Jakoś taki smętny klimat był na trasie, ze złotej polskiej jesieni mamy na razie polską jesień.
Tak jak wczoraj podczas wyprawy crossem na wiatr nie mogłem narzekać, tak dziś wrócił do swojej ulubionej zabawy, czyli zgaduj-zgadula: z której strony dam Ci w pysk? Odpowiedź: prawie z każdej. Oj, nie miałem dziś do niego szczęścia, co przełożyło się na masakryczny wynik.

Chciałem dodać zdjęcia, ale wykorzystałem limit. Pierwszy raz w historii... Cóż, w takim razie tylko jedno (a w sumie wycięty fragment, bo tylko tyle się zmieściło), robione podczas jazdy za pomocą kalkulatora, przedstawiający ludzkie dobro. Bowiem (nie)widać na nim, jak jakiś troskliwy gentleman w BMW zatrzymuje się, żeby zapewne zapytać samotną zbieraczkę grzybów, o to, czy może jej nie podwieźć. W dalszej części odnajduje jakiś leśny skrót, którym pomknęli w pożądanym kierunku, co wskazuje na dobrą znajomość terenu. Tyle się pisze o tym, że ludzie są dla siebie paskudni, a tu proszę - nie dość, że kierowca uprzejmy, to jeszcze o zmyśle leśnika. Jednak warto jest wierzyć w ludzkość :P