MSW
Środa, 31 maja 2017
· Komentarze(7)
Czyli...
M - Miasto. Pierwotnie chciałem zrobić jedno ze standardowych kółek z nawrotem w Dopiewie, ale po minięciu Plewisk (w sumie to przekopaniu się przez nie, bo wszystko tam wygląda niczym Hiroszima w wersji light) przypomniałem sobie, że dziś jest ostatni dzień rywalizacji w European Cycling Challnege i postanowiłem poświęcić się dla milionów (dobra, dla setek tysięcy, prawie sześciuset, bo tylu mieszkańców ma Poznań), wybierając trasę z maksymalną zawartością kręcenia w granicach wielkopolskiej stolicy. Przez Zakrzewo i Lusowo dotarłem do Sadów, gdzie po dojechaniu do Rogierówka minąłem miejską granicę i od tego momentu każdy metr był elementem walki. W sumie Kiekrz, Wola, Ogrody, Grunwald oraz Dębiec (dwa razy) dały łącznie ponad trzydzieści kilosów. O dziwo zaliczonych. Kosztem średniej, której dziś nie zamierzam komentować, bo bym to musiał robić przy akompaniamencie żyletek tnących me żyły :)
S - Słota. Przed wyjazdem przeanalizowałem pięć prognoz. W ŻADNEJ nie zawarto ani słowa, ani ikonki, z informacją, że będzie padać. Więc, co mnie paradoksalnie w ogóle nie zdziwiło, dobrych kilka kilometrów przyszło mi jechać w deszczu...
W - Wiatr. Pomiatał, rzeźbił, gnoił, masakrował. Nic nowego, ale ostatnimi dniami zamiast niego był upał, teraz zrobiło się sympatycznie, ale coś za coś. Momentami pedałowałem prawie w miejscu. W tym kraju nie może być po prostu normalnie, czytaj: fajnie :)
To tyle z tego dzisiejszego MSW. Tylko proszę nie mieszać mnie z indywiduami pokroju Płaszczaka :)
M - Miasto. Pierwotnie chciałem zrobić jedno ze standardowych kółek z nawrotem w Dopiewie, ale po minięciu Plewisk (w sumie to przekopaniu się przez nie, bo wszystko tam wygląda niczym Hiroszima w wersji light) przypomniałem sobie, że dziś jest ostatni dzień rywalizacji w European Cycling Challnege i postanowiłem poświęcić się dla milionów (dobra, dla setek tysięcy, prawie sześciuset, bo tylu mieszkańców ma Poznań), wybierając trasę z maksymalną zawartością kręcenia w granicach wielkopolskiej stolicy. Przez Zakrzewo i Lusowo dotarłem do Sadów, gdzie po dojechaniu do Rogierówka minąłem miejską granicę i od tego momentu każdy metr był elementem walki. W sumie Kiekrz, Wola, Ogrody, Grunwald oraz Dębiec (dwa razy) dały łącznie ponad trzydzieści kilosów. O dziwo zaliczonych. Kosztem średniej, której dziś nie zamierzam komentować, bo bym to musiał robić przy akompaniamencie żyletek tnących me żyły :)
S - Słota. Przed wyjazdem przeanalizowałem pięć prognoz. W ŻADNEJ nie zawarto ani słowa, ani ikonki, z informacją, że będzie padać. Więc, co mnie paradoksalnie w ogóle nie zdziwiło, dobrych kilka kilometrów przyszło mi jechać w deszczu...
W - Wiatr. Pomiatał, rzeźbił, gnoił, masakrował. Nic nowego, ale ostatnimi dniami zamiast niego był upał, teraz zrobiło się sympatycznie, ale coś za coś. Momentami pedałowałem prawie w miejscu. W tym kraju nie może być po prostu normalnie, czytaj: fajnie :)
To tyle z tego dzisiejszego MSW. Tylko proszę nie mieszać mnie z indywiduami pokroju Płaszczaka :)

























