Połknięty przez ustawkę

Niedziela, 26 października 2014 · Komentarze(4)
Po pierwsze - jeżeli o mnie chodzi to zmiana czasu w tę stronę może być co tydzień.

Po drugie - pogoda znów sfiksowała i była dziś... fajna. Lekki południowy wiaterek, po jedenastej (czyli po dwunastej) temperaturka już do życia, generalnie to co lubię. Na drogach pusto, ja z audiobookiem w uszach czułem się jak jakiś władca szos, na nic nie musiałem uważać, mogłem po prostu pedałować i wsłuchując się w głos lektora opisującego kolejne ćwiartowanie zwłok oglądać to, co koło mnie. A były i lasy, i pola, i - co dziś mnie uderzyło w jakimś odruchu głębszego pomyślunku - coraz piękniejsze wiejskie podwórka. Pamiętam syf, który rządził wiochami w latach dziewięćdziesiątych i w porównaniu z nimi mamy teraz inny świat - huśtawki, place zabaw, jakieś wypasione drewutnie... I przede wszystkim porządek. Oj, macocha Unia, co by o niej nie gadać, ma u mnie za to dużego plusa.

Po raz drugi jechałem niedawno odkrytą trasą ze skrętem w Żabnie na Grzybno i wyjazdem w Pecnie - i chyba odkryłem drugą, zaraz po "kondomiku" przez Dymaczowo i Stęszew - swoją ulubioną pięćdziesiątkę w WLKP. Nawet śmieszka pieszo-rowerowa w Mosinie w niedzielę mniej bolała, choć rodzinki z wózkami rozwalone na całej szerokości nie ułatwiały jazdy, tak samo jak usytuowanie na przy niej... no czego? Czynnej siedem dni w tygodniu myjni. Samochodowej, a jak.

Kilka razy się zatrzymałem, żeby po prostu pobyć w lesie i połknąć ostatnie zapachy zieleni. Jakiś sentymentalny nastój mi się włącza zawsze jesienią, mam wrażenie, że każdy dzień to ostatni z rowerem pod tyłkiem w danym roku, więc tym bardziej miałem ku temu motywację.

A teraz o tym, co spotkało mnie na końcowych piętnastu kilometrach, w Puszczykowie. Jak zwykle przed pyskiem zmieniło mi się tam na zjeździe światło na czerwone, nie zdążyłem skorygować przerzutki na lżejszą, więc startowałem z najcięższego blatu. Miałem tam apetyt na jakiegoś fajnego V maxa, ale było pozamiatane. Rozkręcałem się powoli i nagle zza pleców wyleciał mi kolarz, jeden, potem drugi, a na kole ustawił mi się trzeci. No fajnie, pomyślałem, jakaś zorganizowana grupa przestępcza zaczęła organizować porwania na rowerach, czy co? Nikt mi jednak niczym nie pogroził, ale też się nie odzywał, więc kręciliśmy w jakiejś cichej symbiozie aż do Łęczycy, gdzie w końcu na światłach zamieniliśmy kilka słów. Jako solista i osoba stroniąca od wszelkiej maści tourów zadziwiająco dobrze czułem się w tej małej grupce pędzącej solidnym tempem w granicach 40 km/h, w której bez żadnego komunikatu dawałem zmiany i w sumie przez jakąś połowę dystansu ją prowadziłem. Na granicy Lubonia i Poznania w końcu chwilę pogaworzyliśmy i okazało się, że chłopaki są z coniedzielnej ustawki na Starołęckiej, na którą dostałem przyszłościowe zaproszenie - kto wie? Podziękowałem za asystę i towarzystwo i skręciłem na Dębiec. Ciekawe mentalne współdoświadczenie, tym bardziej, że wcześniej w Luboniu nie omieszkał na nas zatrąbić jakiś zakompleksiony i zapuszkowany imbecyl, zapewne sugerując, że nasze getto jest na kostkowanym DDR-ze i nie tylko ja to głośno skomentowałem :)

Generalnie rzadko mam dni, podczas których nie jestem w stanie na cokolwiek ponarzekać - i dziś taki za mną :)

Nochal

Sobota, 25 października 2014 · Komentarze(4)
Chciałbym napisać, że było dziś na rowerze cieplej, sympatyczniej i przyjemniej, ale... nie było. Jedyne co jest in plus to fakt, że nauczony wczorajszym doświadczeniem, gdy dostałem nieźle po tyłku od chłodu oraz wiatru ubrałem się dzisiaj jeszcze szczelniej i póki nie ściągnąłem rękawiczek to jechałem zahibernowany we własnym ciepełku, ograniczając ziąb dokoła :)

Wiatr znów dostosował się idealnie pode mnie - w ryj i w pysk był kierunkiem obowiązującym w dzisiejszym rozkładzie przez jakieś 80%, ale przecież to nic nowego. Na szczęście nie był specjalnie silny. Trasę zrobiłem dziś jedną ze stałych (Mosina - Rogalin - Radzewice i z powrotem), po obejrzeniu jej kształtu stwierdziłem, że jest to po prostu haczykowaty nochal, a że kojarzy mi się z pewną nacją to zaraz pewnie weźmie się za mnie jakieś stowarzyszenie typu "Nigdy Więcej" :)

Wracając miałem ubaw zerkając na bydło szturmujące otwartą dzisiaj Galerię Dębiec. Brak mózgu poniósł mnie więc na ostatnich metrach.


Nie poszalałem

Piątek, 24 października 2014 · Komentarze(8)
Jak w tytule - no nie poszalałem dziś. O ósmej rano gdy wyjeżdżałem przy gruncie było jakieś zero stopni (finalnie stanęło na trzech, wow), do tego doszedł wiatr, co prawda tylko umiarkowany, ale tak zimny, że nawet mając go z boku czułem szpile na całym ciele. Nie uratowały mnie nawet trzy warstwy ubrań i rękawiczki z palcami - po prostu koszmarnie zmarzłem. Chwilami żałowałem, że nie założyłem kominiarki, ale stwierdziłem, że w końcu bez przesady, mamy zaledwie październik.

Na start czekała mnie awaria sieci trakcyjnej przy Starołęce, co skutkowało tym, że tłumy pieszych wyległy na to coś szumnie nazywane ścieżką przy Hetmańskiej, więc tym razem prócz dziur czekał mnie slalom pomiędzy nieprzyzwyczajonym do chodzenia bydłem. A potem już tylko walka z zimnem i podczas powrotu standardowe atrakcje na Starołęckiej, czyli zamknięty przejazd kolejowy, piesi wyskakujący na środek ulicy bez jakiejkolwiek sygnalizacji czy nagle zatrzymujące się ot tak ciężarówki.

Trasa przez Gądki, Dachową i potem Tulce miała jeden pozytyw - w końcu w tej ostatniej miejscowości skończył się remont koło kościoła. Asfalt jest idealny, jedzie się wyśmienicie na tym kawałku, co zdecydowanie cieszy moje zdezelowane uzębienie i cztery litery, do tej pory cierpiące tam nieziemskie katusze :)

Zimno!

Czwartek, 23 października 2014 · Komentarze(2)
Kurczę, jak spojrzę sobie na zdjęcia dwa wpisy niżej to mam wątpliwości czy ktoś mi nie zamienił czasoprzestrzeni. Za nami dwa dni deszczu praktycznie non stop, dziś w końcu się uspokoiło, za to zrobiło się zimno, nieprzyjemnie, a do tego wiatr stał się jakiś taki arktyczny i silny. No ale ważne jest to, że po przerwie, już na głodzie, w końcu udało się zrealizować pięć dych pedałowania. Co prawda ubrałem się jak na wojnę, w grubą bluzę i spodnie i wróciłem ubabrany błockiem niczym zielony ludzik spod Doniecka, ale w sumie szczęśliwy :)

Trasa w związku z kierunkiem powiewu NE to prawie w połowie miasto, więc (OCENZUROWANO). Poza miastem bez przygód, dojechałem do Biskupic i nawróciłem, w samym Poznaniu zaskoczył mnie znienacka jakiś remont DDR-a na Jana Pawła, po drugiej strony Malty. Nie wiadomo skąd, po co, za to bez żadnego ostrzeżenia czy znaku - wjechałem i w połowie musiałem przejechać trawnik i zameldować się na szosie. Wszystko co związane z dzisiejszymi atrakcjami pozwoliło mi zaledwie wykręcić słabiutkie 30 km/h, choć i tak w połowie drogi spodziewałem się, że nawet i tego nie osiągnę. Jednak kosztem delikatnego ściskoszczęku się udało :)

Jestę żaglę :)

Poniedziałek, 20 października 2014 · Komentarze(5)
Gdybym delikatnie zmienił konsystencję swojego organizmu i gatunek na mniej ludzki to byłbym dziś najszczęśliwszym żaglem na świecie. Niestety - póki pozostaję homo sapiens to takiemu wiatrowi mówię stanowcze nie! Momentami na odkrytym terenie stałem prawie w miejscu (czyli jechałem z prędkością 23-24 km/h), aż mnie plecy bolały od schylania się za barankiem. Na połowie "samochodzikowej" trasy, między Dopiewem a Trzcielinem mój szumnie nazwany AVG speed wynosił niecałe 27 i myślałem, że się pochlastam. Na szczęście powrót był już zdecydowanie przyjemniejszy, choć z boku też zawiewało, ale udało się rzygiem na taśmę wyciągnąć te trzy dychy.

Na przyszłość stanowczo protestuję i nie życzę sobie takich dni, w zamian proponuję dzionki takie jak wczoraj 365 razy w roku. Chyba uczciwa propozycja? :)

Jesień do życia

Niedziela, 19 października 2014 · Komentarze(4)
Ależ piękna dziś była ta jesień! Słonecznie, praktycznie bezchmurnie, ciepło i kolorowo - już niestety gasnąca zieleń pięknie komponowała się z barwami spadających liści. Jedynie wiatr mógłby trochę odpuścić, ale nie ma co narzekać - przynajmniej kierunek miał dziś w miarę stabilny - południowy z odchyłami. Nigdy nie uważałem się za jakiegoś homo- czy heteropatę, ale chyba słoneczne endorfiny zrobiły swoje i jechało mi się bardzo przyjemnie. Nienormalne jak na mnie ;)

Postanowiłem poeksperymentować z nową trasą i zamiast za Żabnem jak zwykle wjechać na górkę w Sulejewie skręciłem w prawo, w kierunku na Grzybno. To było to - w końcu mogłem doznać przyjemności jazdy po nieeksplorowanym jeszcze przeze mnie terenie, co prawda było tego może z osiem kilometrów, ale zawsze coś. W samym Grzybnie jest fajny moment, gdy jedzie się drogą między dwoma stawami - na mapie wygląda to jak przeprawa promem. Aż się prosi o wykorzystanie tego marketingowo, nie wiem, poprzez nazwanie tego Zadupiem Dwóch Stawów czy jakoś, zamiast pozostawianiem terenu niechlujnie zarośniętego.

Okazało się, że droga ma swój finisz w Pecnej, więc wróciłem już trasą, którą dobrze znam, choć przedtem jeszcze skręciłem na Iłówiec, gdzie zrobiłem kółko i nawróciłem. W końcu miałem wiaterek w plecy i jechało się fajnie, aż do Mosiny, gdzie jak zwykle czekał mnie koszmar tamtejszego DDR-a, zaprojektowanego przez jakiegoś imbecyla, dla którego połączenie ruchu rowerów, pieszych, parkingów, wyjazdów ze sklepów i posesji oraz niebezpiecznych skrzyżowań z podporządkowanych złożyło się w jedną paradoksalną całość. Dziś nawet kawałek na nim byłem, bo z drugiej strony pięknie kwitną moje ulubione znaki zakazu pedałowania, ale 200 metrów dalej musiałem z okazji zamkniętego kawałka z dużą prędkością wlecieć na szosę, jadąc pod prąd, bo z powodu krawężnika wjechać z powrotem  już się nie dało. Olałem zakazy i kręciłem dalej po normalnej, cywilizowanej drodze.

Dojeżdżając spokojnie do domu mijałem tabuny rowerzystów, ewidentnie rozpoznając kto jeździ z okazji niedzieli, a kto regularnie - tych pierwszych pozdrawiałem podziwiając jak męczą się na kostkowym koszmarku ścieżkowym w Luboniu, tym drugim kiwałem głową z uznaniem za wybranie asfaltu.

A na koniec dwa zdjęcia z Lasku Dębińskiego, bo zrobiliśmy sobie z Żoną solidny, dziewięciokilometrowy spacerek. Niestety takie foty już chyba ostatnie w tym roku...



Póki żyję - piszę :)

Sobota, 18 października 2014 · Komentarze(5)
Rzadko się zdarza, że wszyscy naraz zostają zwycięzcami. No, chyba że na paraolimpiadzie. Dziś jednak mogę przyznać laur pierwszeństwa zgodnie wszelkim możliwym prognozom pogody, z których każda pokazywała odmienny kierunek wiatru. Bo właśnie tak było w praktyce, oczywiście moim kosztem, bo co ja w jedną stronę to podmuch ze mną, oczywiście w pysk, z małymi wyjątkami. Choć trzeba przyznać, że w końcu się ustabilizował - gdy jechałem z zachodu wiało już tylko i wyłącznie z południowego wschodu, na szczęście niezbyt silnie. Ale przyznać trzeba, że dzięki temu wzrosła mi motywacja i jestem zadowolony, że w miarę jakaś średnia została wykręcona.

Trasę zrobiłem dziś jedną z rzadziej używanych, początek klasycznie do Dopiewa, potem skręt na Więckowice i powrót przez Wysogotowo. Wczoraj przegrałem z deszczem, dziś już na szczęście zacząłem jedynie w lekkiej mżawce, która zanikła podczas jazy, temperatura wciąż rewelacyjna, do tego lekka mgiełka tworzyła idealny klimat do słuchania bardziej refleksyjnej muzy niż niemal codzienny death metal - trafiło dziś na nową płytę Suzanne Vega (polecam).

Na koniec mój wczorajszy znaleziony smaczek podczas spaceru do pracy. Komentować za dużo chyba nie muszę, wystarczy spojrzeć na autograf, który zostawiła istota "prowadząca" ten pojazd - w prawym dolnym rogu przedniej szyby. No cóż, jak widać umiejętność czyszczenia garów i gotowania rosołu niekoniecznie musi się przekładać na zdolność do używania mózgu, a także parkowania.

PS. Jakby po tym wpisie nie pojawiły się kolejne to prawdopodobnie dopadły mnie bojówki feminazistowskie :)



Sezon mgielny rozpoczęty

Czwartek, 16 października 2014 · Komentarze(10)
Gdy wyjeżdżałem rano lekko po ósmej to mgły jeszcze szczelnie otaczały ulice, więc chowając głęboko własną dumę założyłem zaopatrzony w zabawne światełko z tyłu kask z Lidla, który najczęściej widzę obowiązkowo przekręcony na pół czaszki w jedną stronę i z wystającymi paskami u "chodnikowców" maści wszelakiej. Ale z racji wspomnianego światełka i ja takowy posiadam, co przyznaję bez bicia, mimo że zabiera mi jakieś 20% z kategorii "pro" w ocenie mijanych szosowców :) Póki co nie zdecydowałem się jeszcze na zakup pomarańczowej kamizelki odblaskowej, choć trzeba przyznać, że abstrahując od walorów wizualnych rodem z czasów budowniczych PRL-u jest to rzecz przydatna. Wszystko przede mną - ale wtedy chodniki moje :)

Pojechałem dziś "kondomikiem" bez żadnych nowości - korki w Luboniu, wciąż coraz bardziej dziurawa tarka w Krosinku, magicznie niewidoczny dla mnie zakaz jazdy rowerem na kilometrowym kawałku drogi za Stęszewem, sznurek nad sznurkami w Komornikach - to zwykła codzienność tej trasy. Ale cieszę się, że udało mi się znów wykorzystać moment bez deszczu i jeszcze miałem okazję ją przed atakiem jesiennej masakry zaliczyć. Zobaczymy jak będzie z kolejnymi dniami.

Międzydeszczowo

Środa, 15 października 2014 · Komentarze(0)
No to czy chcemy czy nie chcemy (a nie chcemy) przyszła w końcu jesień w swojej brzydszej odmianie. Wczoraj pokonał mnie deszcz, dziś rano było już przyjemniej, ale mokre liście leżące na ziemi plus szosa to nie jest najbardziej pożądane połączenie - choć obyło się dziś bez nieprzyjemności, głównie jednak dzięki temu, że szerokim łukiem omijałem wszelkie możliwe nieszczęścia (czytaj: ścieżki). Za to temperatura na poziomie niecałych piętnastu stopni oraz duże zachmurzenie to to, co mi zdecydowanie odpowiada. No i wiatr, który w końcu nie męczył, więc średnia dziś już była ok, choć gdyby nie kwitnący remont w Mosinie to skończyłoby się lepiej.

Miałem za to klasyczne już problemy z niezbędną aplikacją każdego widza TVN i abonenta T-Mobile, czyli Endomondo. Zbuk mi świadkiem, że próbowałem się z nią dogadać: "Ciu, ciu, ciu, śłonećko nie świeci Endziowi?", "zia duzio chmurek?", "ti ti ti" czy "kupka?". Niestety, albo Endo wyczuło nieszczerość moich myśli, albo po raz kolejny potwierdziło się, że nie nadaję się na niańkę krzewiącą infantylizm wśród niedorozwiniętych bachorów i finalnie zżarło mi dziś ponad 6 kilometrów na 50 z okładem. Choć dzięki temu mam dowód, że jednak istnieje mniejsza i większa połowa, bo w jedną stronę tą samą trasą wyszło mi na wykresie 20 km, a w drugą 26 :) Strava za to zrobiła mi wymaz niemal prawidłowo, zjadając tylko kilometr.


Starołęcka. Więcej przekleństw nie będzie

Poniedziałek, 13 października 2014 · Komentarze(4)
Mógłbym w tym miejscu puścić jakąś rozłożystą i kwietną wiązankę, ale ograniczę się znów tylko do jednego, najgorszego ze wszystkich przekleństwa: Starołęcka! Ta cholerna ulica zabija we mnie wszystko: chęć jazdy, motywację, no i oczywiście średnią. Najgorsze jest to, że nie mam jej jak ominąć jeśli jadę w kierunku wschodnim - chyba że kierując się kilkanaście kilometrów na... południowy zachód. Jeszcze niedawno był jeszcze przejazd za Laskiem Dębińskim wiaduktem nad Wartą, ale został on zaspawany, bo - uwaga - po kilkudziesięciu latach istnienia tam kładki dla pieszych PKP stwierdziło, że zagrożeniem tam nie są kilkuset tonowe pociągi, tylko piesi i rowerzyści... W linii prostej byłyby dwa kilometry, tak jest ponad pięć. A czemu kładki już nie będzie? Bo nie.

A sam trening to po prostu pięć dych zrobionych ze słabiutką średnią, ale na tej trasie (Krzesiny, Tulce, Siekierki i z powrotem) to standard, bo zakrętów tam tyle, że podczas niejednego górskiego przejazdu tak się nie napracuję kierownicą jak tu. W Tulcach miła niespodzianka - ruch wahadłowy. Tak, nie pomyliłem się, naprawdę miła, bo okolice zjazdu koło kościoła to dotychczas był krajobraz księżycowy, teraz za to się zabrali i jest nadzieja, że już nie będę po przejeździe tamtędy robił kompleksowego przeglądu roweru :)