To tym razem od pozytywów: dziś nie pękła mi żadna szprycha.
Jechałem też na wszystkich zębatkach, w końcu.
Zrobiłem "rybkę" przez Skórzewo, Dopiewo, Trzcieln, Komorniki i...
...i....
...Luboń.
Dochodzimy do sedna. Wczoraj na blogu Księgowego skomentowałem pewien filmik. Dziś miałem deja vu, tyle że ze mną w roli głównej. Co tu będę pisał, zapraszam do obejrzenia: Komentować mi się tego nie chce, tępa dzida nawet nie widziała, że prawie mnie zabiła. Pusty wyraz pyska powiedział wszystko. Jak widać na nagraniu zacząłem hamować dużo wcześniej, lata nauki zrobiły swoje. Z tyłu jechała Straż Miejska, ale nie miałem czasu i chęci tego zgłaszać.
No cóż, drugi dzień z kamerką i już się dzieje. Za pół roku czekał na mnie będzie jakiś Oscar, a przynajmniej Złoty Glob :)
Na początek smutny (dla mnie) news - w połowie dzisiejszej trasy usłyszałem (o dziwo, bo muza mi huczała i dudniła w uszach) coś w stylu "tszrzszsztcz" (z grubsza to było to, w onomatopejach nigdy nie byłem dobry). Zatrzymałem się - o co kaman? Miałem pewne podejrzenie i niestety ono się potwierdziło - szprycha. Kolejna cholerna szprycha! Czyżby jednak fatum się nie skończyło? Do domu miałem jakieś 25 kilosów (Napachanie), ale na szczęście moje koła są dość gęsto "zaszpryszone", więc zrobiła się jedynie centra, ale kręcić się dało. Po dotarciu na Dębiec od razu kurs na serwis, tam zdziwienie w oczach, bo ostatnio jestem tam klientem spod znaku "codzienność". Wymiana poszła sprawnie i po kosztach, a w ramach pocieszenia dostałem kawę i pączka (jak mnie któregoś dnia nie wpuszczą do środka to już będę wiedział czemu - za próby wyłudzenia prowiantu). Umówiliśmy się, że jak sytuacja się powtórzy to koło pójdzie na gwarancję, problem tylko w tym, że nie mam żadnego w zastępstwie...
Już z rzeczy przyjemniejszych - odebrałem wczoraj z paczkomatu mocowanie do GoPro na kierownicę. Dokładnie TO. Przy okazji właśnie się okazało, ze płaciłem połowę tej ceny, która obowiązuje dziś, hmm. Jestem nieświadomym łowcą promocji :) Tak to wygląda po zamontowaniu (zdjęcie niewyraźne, bo robiłem stojąc na wahadle w Kiekrzu): Nie trzęsie, nie muszę mieć nic na łbie ani na cycu - o to właśnie chodziło. Teraz to mnie mogą pukać, stukać, wywracać, hamować, wyzywać, gnoić. Śmiało, zapraszam. Będę miał dowody. Oczywiście nie zamierzam jeździć z tym codziennie, ale na pewno co przejazd przez miasto to będę starał się montować. Dziś tylko przetestowałem czy widać to, co ma być widać. I widać.
Podczas dzisiejszego polowania ustrzeliłem:
1. Autobus ruszający na czerwonym w wysepki (ja karnie stałem na światłach): 2. Wyznawcę ideologi, że jeśli jedzie rower to pojęcie "podporządkowany" nie obowiązuje (pędziłem wtedy około 40 km/h): 3. Pana Ciekawskiego. U góry, za szybką:
Cholibka. Broniłem się przed tym jak mogłem, ale okazuje się, że epidemia potrafi dopaść nawet teoretycznie odporne osoby. Wszystko przez to, że aktualnie po wymianie łańcucha wyłączone z użytku mam dwie najmniejsze tylne zębatki w kasecie, oczywiście te najczęściej "jeżdżone". Pozostało mi więc korzystanie z trzeciej od dołu (uprzedzam pytanie - ilości zębów nie liczyłem i nie mam zamiaru tego robić, za leniwy jestem), bo póki nie kręcę szosą po górkach to inne mi się nie przydają.
Tak więc jechałem dziś na niemal na ostrym kole. Biorąc pod uwagę, że nie jestem kurierem rowerowym opcja jest tylko jedna - zostałem hipsterem. Nieee.... :( Kij z tym ajfonem, co go to teraz będę musiał mieć, oczywiście w najnowszej dostępnej wersji, kij z kawusią ze Starbucksa i łażeniem po mieście z tekturowym kubeczkiem, ale na dwie rzeczy nie wyrażam zgody - nie zrobię sobie fryzu na boczek i nie założę rurek. NIE MA OPCJI. Jestem hetero. Sorry.
Nadzieja tylko w tym, że uda mi się do końca tygodnia znaleźć czas na wymianę zębatek (piątek/sobota) i choróbsko nie obejmie całości mojego jestestwa.
Tak więc jechałem sobie dziś na jednym przełożeniu na zachód, pod wciąż mocny wiatr. Zrobiłem na mapie wężyka, sadystycznie fundując mu stan ciążowy robiąc kółko Dąbrówka-Więckowice-Dopiewo-Dąbrówka. W sumie to nawet jechało się fajnie kręcąc nogami jak Fred Flinstone. Nowe doznanie, byle nie weszło w krew :)
Dziś upragnione święto, czyli wolne, a pierwotny, związany z tym cel był jeden: wyspać się. Jednak wieczorem podczas bikestatsowych aktywności zgadaliśmy się z Dariuszem (vel Lipciem), że w sumie można by się gdzieś kopsnąć. A nawet wypada, bo jeśli planujemy wspólny dłuższy wypad za miesiąc to należy się poznać, bo do tej pory tej okazji nie mieliśmy. Problemem było tylko to, że jedynie ja nie musiałem odwiedzać Mordoru (dalej nazywanego pracą), a więc pozostawał dostępny jeno poranny termin, co oznaczało, że z wygód łóżka skorzystać się tym razem nie da. Coś za coś.
Umówiliśy się o dziewiątej na stacji Jednej Z Wiodących Marek Branży Motoryzacyjnej przy Dąbrowskiego. Wstałem jednak wcześniej, wypiłem kawusię, a nawet dwie, bo dopiłem resztki zimnej wczorajszej, dłużej mi się siedzieć na tyłku nie chciało przed tym, jak będę siedział na tyłku, więc postanowiłem zrobić sobie rozgrzewkę i pojechałem naokoło, przez Plewiska, Junikowo i Grunwald, zaliczając wszystkie możliwe DDR-y, co jak zwykle lekko spaczyło mi z rana psychikę. Jednak dzięki temu już na starcie miałem 15 kilometrów na liczniku.
Na stacji pojawiliśmy się niemal równo, rozpoznając się raczej bez problemu. Choć nie, było jedno zdziwienie - mityczna, opisywana przez samego zainteresowanego "tusza Dariusza". A właściwie jej brak. Po jego słowach spodziewałem się, że ujrzę najpierw brzuch gdzieś na wysokości połowy przedniego widelca, a dopiero potem resztę, a tu proszę - zwykła, sportowa sylwetka. No no, nieładnie tak kłamać, panie kolego :)
Chwilka rozmowy, krókie zapoznanie i ruszyliśmy w jedynym słusznym kierunku - na Rokietnicę. Przy okazji dowiedziałem się, że płeć żeńska jest gorsza niż Mosad, KGB i FBI razem wzięte, bo Dariusz dzięki swojej lubej wiedział o mnie pewnie więcej niż ja sam :) Postuluję zabrać kobietom internety :) Wiało całkiem zacnie, więc specjalnie łatwo się nie jechało, ale generalnie bez problemów można było spokojnie pogadać, na tematy przeróżne. No i najważniejsze - tempo trzymane było dzielnie, nawet podczas walki z komuch... podmuchami. Szacun.
W Mrowinie nastąpiła chwila przerwy na konserwację nogi u Dariusza, a jednocześnie było to moment, gdy wiatr zaczął nam sprzyjać. W teorii, a w praktyce jak bywa - wiemy. Było raz w plecy, raz z boku, ale można było odetchnąć. Ja, jako żywo ostatnio siedzący w temacie ścieżek mogłem w końcu powyżywać się podczas prezentacji pięknego polskiego świata absurdów i chyba momentami udało mi się nawet zdziwić doświadczonego kolarza. Plus dla mnie :) Dotarliśmy w końcu do Ogrodów, obserwując zabawy z mózgiem (mam-nie mam) niektórych kierowców i kierownic, a Dariusz zaliczył jeszcze na DK-92 na własne życzenie pomiar suszarką (powyżej 40 km/h). Chwilę jeszcze pogadaliśmy na temat m.in. planów wyjazdu, podziękowaliśmy sobie i każdy pokręcił w swoją stronę. Dzięki za sympatyczną jazdę, chyba źle nie było? :)
Wracając postanowiłem, już bez włączonego Endo, jeszcze podjechać do zaprzyjaźnionego serwisu na darmową kawę, ale żebym nie wyszedł na żula to pod pretekstem wymiany łańcucha. Jednak po fakcie okazało się, że zrobienie tego po zimie i po przejechaniu około pięciu tysięcy kilometrów nie było najlepszym pomysłem - dwie dolne zębatki, najczęściej używane, zdecydowanie nie dogadują się z nowym elementem :/ Obydwie do wymiany, niestety nie było na miejscu, zamówiłem, ale czas na ich zmianę będę miał najwcześniej dopiero w piątek. Do tej pory czeka mnie zabawa z kadencją, może i dobrze? Mam nauczkę - po pierwsze: czyścić napęd, po drugie: łańcuch wymieniać dużo wcześniej. Mądry to ja jestem typowo po polsku.... Za to mam nowe klocki i okazuje się, że te zabawne klamki po obydwu stronach kierownicy mogą jednak spowodać, że rower się zatrzymuje. No proszę... :)
Nowa szprycha spisuje się naprawdę świetnie. Dokładnie tak jak poprzednia, ale jest nowa, więc musi być rewelacyjna. A że dała mi ponownie możliwość wyjechania szosą to w ogóle ach i och :)
Pogoda się lekko zbiesiła, ale "tylko" z powody wiatru. Co oznacza, że wczoraj nie wiało praktycznie w ogóle, a jak wiadomo w przyrodzie nic nie ginie, więc dziś mieliśmy urwanie łbów. Na szczęście z zachodu, więc ominęły mnie miejskie przyjemności i jedynie zahaczyłem o Poznań przy wyjeździe na "rybkę" przez Plewiska, Dopiewo, Trzcielin ii Komorniki.
Ale! Nie ma że nie boli. W Skórzewie natrafiłem na kilkunastoosobową wycieczkę rowerzystów, na oko z jakiegoś teamu typu Rada Osiedla Piątkowo, Klatka C, Wejście Od Podwórza (Proszę Pukać), bo wiek przeróżny i feeria barw strojów niczym na rafie koralowej. Kręcili ładnie, wężykiem, z zawrotną prędkością maksymalną 14 km/h. No i spoko, wszystko fajnie, gdyby nie to, że paniusia jadąca za nimi samochodem z zielonym listkiem nie potrafiła ich wyprzedzić, mimo braku podwójnej ciągłej i jadących aut z naprzeciwka. Zrobił się korek, ja w nim, team sobie dreptał swoim tempem, a ja w końcu po kilometrze już dalej nie mogłem i poboczem minąłem paniusię, minąłem rowerzystów, wszystkich po kolei pozdrawiając. No bo w końcu to nie ich wina, że kierowców mamy jakich mamy. Lekko mnie zamurowało jak usłyszałem "dziękujemy!". Jednak sezonowcy potrafią być czasem naprawdę słodcy :)
Na końcu trafiłem na półmaraton, który lekko zahaczał o Dębiec. Klimat fajny, bo jakieś bębny, przyśpiewki, ale jak zwykle organizacja żadna - bo tak wykombinowano objazd, że prowadził on przez... zamkniętą ulicę Czechosłowacką, z dwoma wahadłami gratis. A wystarczyło ustawić jednego policjanta kilometr wcześniej z informacją, że trasa jest nieprzejezdna i można było zrobić zgrabny skrót. To co, ktoś chce mnie zatrudnić jako eksperta do tych spraw? :)
Już widzę zdziwienie w oczach co poniektórych - czy ja czegoś takiego, coś, gdzieś, niedawno nie czytałem w zbliżonych kręgach? Ale zaraz do tego dojedziemy.
Szprycha poszła mi zapewne wczoraj podczas jazdy, ale o dziwo przekonałem się o tym dopiero podczas wieczornego sprawdzenia stanu roweru. Jako że była sobota, okolice godziny 22, miałem w tym momencie dwa wyjścia:
1. Przejść szybki kurs hakowania. Na Allegro znaleźć użytkownika o stałym IP handlującego częściami rowerowymi. Po nim dotrzeć do adresu jego zamieszkania, oczywiście dzięki włamaniu na stroję dostawcy internetu. Następnie zdobyć znajomości w CBŚ oraz w Gromie i poprosić o aresztowanie allegrowicza na podstawie podejrzeń o cokolwiek, przy okazji rekwirując towar w postaci jednej szprychy, która dotarłaby do mnie samochodem na kogucie. Potem już tylko szybkie szkolenie w temacie centrowania kół (a przede wszystkim cierpliwości) i... rano mógłbym cieszyć się gładką jazdą na szosie. Był tylko jeden problem - nie ufam kursom internetowym w temacie remontu roweru.
2. Pojechać crossem.
Pół godziny później stwierdziłem, że jednak wybiorę opcję numer dwa.
Tu mała dygresyjka - szanowny Dariuszu vel Lipciu. Stanowczo oświadczam, że jeśli tak to ma działać, iż nie dzieje mi się z rowerem nic (no, prawie nic) przez prawie dwa lata, a trzy dni później po awarii Twojego koła tej samej marki, której nazwy nie będziemy głośno wymawiać, następuje ta sama usterka to ja się nie zgadzam. Nie i nie. Idąc dalej - jeśli tak samo jest z chorobami to katar jeszcze przeżyję, ale poważniejsze problemy ze zdrowiem bierzesz na swój NFZ. Co do samej reguły mogę zrobić tylko jeden wyjątek, w związku z czym również zakupiłem zakład Totka, ten droższy, z gwarantowanym milionem (no bo jak nie wygram to chociaż coś). A nawet dwa :)
Wróćmy do dzisiejszego wyjazdu - o dziwo było fajnie. O ósmej rano (bo do pracy trzeba) jeszcze nie za gorąco. pogoda świetna, wiatr nieokreślony, ale do przeżycia. A siodełko w crossie wygodne, oj wygodne. Ruszyłem przez Starołękę na Głuszynę, tam skręt w prawo, przez co przeleciałem Babki (bez skojarzeń), potem już do Rogalinka, na Mosinę, gdzie postanowiłem pokręcić na ulubiony ostatnio kierunek, czyli Sowiniec i Baranowo. Powrót już przez Puszczykowo, gdzie spotkałem uśmiechniętego, sympatycznego i przyjaźnie nastawionego do życia (!!!!) kierowcę. Dobra, zmniejszę lekko szokującą zawartość tego zdania. Po prostu mijał mnie znajomy z innego oddziału mojej pracy, więc krótko pogadaliśmy przez szybę.
Na mapce wyszła ryjówka. Z lekkim wytrzeszczem, ale ryjówka. Średnia - biorąc pod uwagę, że z tyłu miałem oponę od traktora, a z przodu od kombajna - zadowalająca. A przed robotą szybki wypad do zaprzyjaźnionego serwisu, myk-myk od ręki i nowiutka szprycha założona.
12 (słownie: dwanaście!) stopni! Umiarkowany i słaby (słownie: słaby!) wiatr. Słońce (słownie: słońce!).
Musiałem się upewnić, czy naprawdę się obudziłem, bo takich warunków do jazdy nie pamiętam od dawna. Chyba jednak odpowiedź brzmi "tak", ale pewności nie mam, bo być może to, co wydaje nam się jawą jest w rzeczywistości snem, a sen - jawą? Albo: jeśli Bóg stworzył wszystko to czy stworzył też siebie? Albo: jeśli ktoś zawsze kłamie to czy mówiąc, że kłamie mówi prawdę czy kłamie? :)
No tak, słoneczko przypiekło :) W każdym razie ze zdziwienia czułem się jak któraś z postaci dzieła M.C. Eschera, jednego z moich ulubionych malarzy, i tak samo mogłem się odnaleźć na trasie: Jakoś się jednak ogarnąłem i wykonałem klasycznego "kondomika", z obowiązkową ostatnio "premią górską" przez Stare Puszczykowo, potem Mosinę, Łódź, Stęszew i powrót "piątką" przez obowiązkowo zakorkowane Komorniki. Wiatr oczywiście nie chciał sprzyjać, ale jako że nie by specjalnie upierdliwy to mu dziś daruję.
Nie spotkałem też żadnej demonstracji pikietującej za zamachem w Smoleńsku. Jakby ktoś pytał.
Oj, potrzebowałem oddechu. Nie oznacza to, że mam jakieś problemy z tą dość przydatną czynnością fizjologiczną, a po prostu miałem dość miasta, a już na pewno jazdy po nim. Od poniedziałku też wyłączyła mi się funkcja "przyjemność z jazdy". Chyba po raz pierwszy w życiu.
Dlatego niezmiernie ucieszył mnie dzisiejszy prognozowany kierunek wiatru - po prostu, bez kombinowania południowy. No i git. Pozostało jedynie pokonać Luboń, Puszczykowo i Mosinę, żeby znaleźć się na Kompletnym Zadupiu, czyli na trasie do Krajkowa. Tam naprawdę kończy się świat. Dosłownie. Koniec asfaltu i bez roweru MTB ani rusz. A psy, że tak kulturalnie powiem, dupami szczekają. Konkretnie jeden, puszczone na samowolkę po wsi wielkie bydlę, 95% boksera, 5% mixa innych ras. Na szczęście chyba nie z tych, dla których rower stanowi niezbędny element diety, więc udało mi się go minąć z duszą na ramieniu, ale jednak w całości.
Jako że trochę mi brakowało kilometrów do pięćdziesięciu to wracając postanowiłem jeszcze skręcić w (o dziwo, bo myślałem, że byłem już w tym kierunku wszędzie) drogę na Sowinki. Kurde, jak tam jest fajnie! Kolejna wiocha z zawiniętym asfaltem, wszędzie bocianie gniazda (jeszcze niezamieszkane) - o tak, takie widoki były mi potrzebne. Zupełnie odpadłem przy widoku tej chaty, którą w ciemno biorę we władanie. Jeśli ktoś zna właściciela to już może szykować namiary i umowę cesji. A w Krajkowie na samym końcu samego końca przywitało mnie takie "coś". Chyba toto katolickie, ale mi bardziej kojarzy się z islamistami... Ekumenizm w nowym wydaniu? Wracając już przez cywilizowane obszary obserwowałem z ciekawości zachowanie kierowców. I co z tego, że ja standardowo praktycznie na stójce przy każdym czerwonym, przepuszczone autobusy z wysepek, piesi etc., a puszkarze? Czerwone? Co to? Żółte? Wczesne zielone. Droga podporządkowana? Nie istnieje. A pewnie i tak kolejny mandat czekał będzie właśnie na mnie...
Psychika już mi powoli zaczyna odtajać po poniedziałku, za to fizycznie zacząłem dopiero teraz czuć skutki uderzenia - pojawiły się lekkie siniaki oraz stłuczenia. Do tego czuję dyskomfort podczas podnoszenia ręki. Nic poważnego, nie pierwszy to raz gdy leżałem na ziemi, ale jako całość to kolejny element puzzli spod znaku: co grozi rowerzyście, gdy po prostu chce jechać przed siebie, nie przejmując się debilizmem nieprecyzyjnych przepisów oraz chamstwem troglodytów. Jakby ktoś chciał kupić takie puzzle to nie trzeba - są za darmo, wystarczy po prostu wystartować z rowerem :)
Dziś wykręciłem klasyka przez caaaaały Poznań, Strzeszyn, Kiekrz, Mrowino, Napachanie, Baranowo, Przeźmierowo. I właśnie podczas przejazdu przez tę ostatnią miejscowość, nauczony ostatnimi doświadczeniami, skupiłem się na tym, co do tej pory miałem głęboko w (...), czyli co musiałbym zrobić, żeby w razie jakby co nie stać na z góry poszkodowanej pozycji podczas kolejnej interwencji stróżów prawa (oczywiście w temacie rowerowym niewyedukowanych, co uświadomiła mi ostatnia gadka z nimi). I tak: po zjeździe z DK 92 przejechać na drugą stronę, gdzie pół chodnika zaanektowane jest dla czerwonej kostki, posiekanej obowiązkowo zjazdami i podjazdami pod posesję. Tak gdzieś przez około kilometr, następnie... znów trzeba przeciąć ulicę w całej jej szerokości (czyli dokładnie wracamy tam, gdzie pierwotnie jechaliśmy), gdzie znajdziemy się znów na kosteczce, postoimy sobie na światłach, które nie reagują na wciskanie guziczków. A jako że tę część karnie zaliczyłem to gorąco polecam miłośnikom wspinaczki wysokogórskiej jeden z krawężników. Na końcu ścieżka zakręca w prawo, a żeby wrócić na normalny asfalt trzeba wyjechać z drogi podporządkowanej. I tyle atrakcji na dwóch kilometrach! Samo pisanie o tym męczy, a co dopiero korzystanie...
Dochodzę do wniosku, że jest pewna logika w podejściu do niektórych spraw, teoretycznie niepowiązanych. Skoro najlepszym sposobem, żeby nie zajść w ciążę jest celibat, to analogicznie najlepszym środkiem w celu uniknięcia zagrożenia życia lub/i mandatów jest nie ruszanie się z domu. Jakie to proste! A ja głupi jeżdżę i jeżdżę zamiast od razu na to wpaść :)
Miałem też chwilę radości. Nie, nie trafiłem przypadkowo na poniedziałkowego kierowcę i nie zamieniłem jego ryja w krwawą papkę (eh te romantyczne marzenia)... :) Nastąpiła ona wtedy, gdy centralnie nad moją głową, bardzo nisko przeleciały trzy imponującej wielkości dzikie gęsi, dokładnie takie jak z kojarzonej chyba przez wszystkich okładki "Cudownej podróży" Selmy Lagerlöf. Poczułem głęboko ich wolność, niezależność od wszystkiego i po prostu radość życia.
"Wziąłem ostatnio, wyobraźcie sobie państwo, udział w konkursie na najbardziej polski wyraz. Wiecie, co zaproponowałem? (...) Żółć - powiedział z emfazą Klejnocki. - Z dwóch powodów. Po pierwsze, składa się ono z samych znaków diakrytycznych charakterystycznych ekskluzywnie dla języka polskiego i w ten sposób zyskuje rangę tyleż oryginalności, co niepowtarzalności. (...) Po drugie, mimo że wyraz ten językowo jest tak dystynktywny, zawiera pewne treści uogólniające, w symboliczny sposób stanowi o naturze wspólnoty, która się nim, przyznajmy, że niezbyt często, posługuje. Oddaje pewien charakterystyczny nad Wisłą stan mentalno-psychiczny. Zgorzknienie, frustrację, drwinę podszytą złą energią i poczuciem własnego niespełnienia, bycie na „nie” i ciągłe nieusatysfakcjonowanie".
Ten cytat z "Ziarna prawdy" Zygmunta Miłoszewskiego chodzi mi po głowie od wczorajszego wydarzenia. Jest po prostu idealny wobec całości sytuacji, w jakiej się znalazłem - gdy mimo, że to ja stałem się obiektem czysto bezsensownej agresji dwójki frustratów pełnych owej żółci, ostatecznie w świetle prawa zostałem sprawcą. I - po przemyśleniach - prawdopodobnie odpuszczę sprawę, bo nawet gdyby znalazł się jakimś cudem świadek czy monitoring to na 99% sędzia stwierdzi, że przepisy są niejasne i w sumie to prawdopodobnie powinienem jechać ciągiem pieszo-rowerowym, nawet jeśli znajdował się po drugiej stronie. Czuję się naprawdę bezsilny w tym kraju... Troglodytom składam raz jeszcze serdeczne podziękowania za rozwalenie mi całkiem fajnie zapowiadającego się wolnego dnia.
Dziś jechałem jeszcze na wczorajszej adrenalinie, pełen gorzkich myśli. I niestety zostało coś w głowie, bo starałem się gdzie musiałem jednak poruszać tymi cholernymi DDR-ami (nawet w Lusowie!) - będąc świadomym, że z każdej strony skazany jestem na porażkę "jakby co". Pokręciłem sobie do Tarnowa Podgórnego, tam zakręciłem i wróciłem już DK 92. Tam ścieżek człowiek na szczęście nie uświadczy :)
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"