Misyjnie

Piątek, 5 czerwca 2015 · Komentarze(2)

MISJA 1

Wczoraj umówiłem się z kumplem, że do niego podjadę pomóc mu w skręceniu kierownicy przy rowerze jego narzeczonej, którą to co prawda wymontował, ale zamontować już nie mógł. Spoko, co dwie głowy to nie jedna, zobaczymy w czym rzecz, powiedziałem, i rano ruszyłem w jego kierunku, czyli na poznańską Głuszynę (co już samo w sobie wymaga pomocy humanitarnej, bo większego zadupia w mieście po prostu nie ma). No i niestety - albo śruba się ułamała (choć nie wyglądało na to), albo coś stało się z gwintem, bo mimo kilkunastominutowych prób musiałem się poddać. Bicykl to jakiś marketowy szrot, wyciągany z piwnicy maks dwa razy do roku, więc możliwe, że śruba wykonana przez jakieś małe chińskie rączki miała jedną funkcję: trzymać kierę i broń Boże jej nie ruszać. Kumpel nabędzie nową i mam nadzieję rozwiążemy zagadkę. Misja: niewykonana.

Ale skoro już byłem, gdzie byłem, i nawet przejechałem żywy przez Starołęcką, to postanowiłem już kręcić dalej - do Koninka, Szczodrzykowa, Krzyżownik, gdzie nawróciłem tradycyjnie na Tulce i dalej przez Żerniki do domu. W Gądkach przy Rabenie zostałem przystopowany przez stado TIR-ów, więc lekko zagazowany jechałem sobie tempem emeryckim. A kawałek dalej, w Robakowie, znów czekał mnie przykry widok kilku transporterów ze świniami, czekającymi na zakończenie swojego żywota "ku chwale ludzkości". Smutny widok, jak zwykle, ale w końcu gatunek ludzki musi nadrobić ten cały jeden dzień świąteczny, gdy przez cholerny kodeks pracy na półkach mogło zabraknąć świeżych zwłok do skonsumowania. Co nie?

MISJA 2

Tu już misja samobójcza. Pójście do pracy. Pierwotnie miałem mieć wolny nie tylko ten weekend, ale i cały tydzień z powodu remontu mojego zakładu pracy chronionej, ale jak to z planami - sypnęły się na etapie szczegółów. Tak więc z szumnie zapowiadanego relaksu ostały się nici, a my musieliśmy porzucić to, co sobie ustawiliśmy i zająć kluczowe stanowiska w robocie. Ja wziąłem na siebie piątek, reszta obstawiła sobotę i niedzielę. Szkoda gadać. Oczywiście niezmiernie się cieszę, że zamiast grzać się na słoneczku nad wodą lub w lesie będę mógł pomoc Szanownym Klientom w ich Niezwykle Ważnych Sprawach, Które Muszą Być Rozwiązane Koniecznie Dziś, A Jeśli Nie Będą To Nastąpi Koniec Świata :)

No cóż - ta misja przede mną. Oby zakończyła się szybko i bez ofiar :)

Tupolew + kurs Wartą + Poznań = się działo :)

Czwartek, 4 czerwca 2015 · Komentarze(7)
Myśląc rano o wyborze trasy miałem jedno jedyne założenie: unikać kościołów. Nie żebym nie robił tego przez 365 dni w roku, ale przy okazji kumulacji procesyjnej, która zawsze gdzieś tam mnie zatrzymuje w Boże Ciało, włączyłem sobie dodatkowy radar :) Pierwotnie miałem kręcić zgodnie z zasadą "pod i z wiatrem", ale dokładnie na wysokości wiaduktu na Górczynie uświadomiłem sobie, że oznacza to przejazd przez długoweekendowy poznański trójkąt bermudzki, czyli jeziora: Rusałkę, Strzeszyńskie i Kierskie. Co w wolnym tłumaczeniu znaczyło: BYDŁO. Wszędzie w tych okolicach. W ostatniej chwili wyciągnąłem lewą rękę jako kierunkowskaz i tym samym pognałem po prostu na zachód - przez Plewiska, potem Junikowo, do Wysogotowa, z którego omawianą ostatnio trasą numer 307 pognałem z podmuchem w pysk do Zakrzewa i Drwęsy.

Dokonałem tam taktycznego nawrotu, skręcając na drogę do Dopiewa, oczywiście przez Fiałkowo. Gdzie znów zostałem zmuszony do poświęcenia klocków hamulcowych w szosie przez widok na podwórze tamtejszego warsztatu samochodowego. Tym razem pojawił się na nim, obok tradycyjnego wozu MO... kadłub samolotu (chciałem dopytać czy aby nie Tupolewa, co byłoby w końcu jakimś tam zwycięstwem polskich władz, ale jedyne co w miarę żywo chodziło po okolicy był średnio groźny Burek).

Dokręciłem do Dopiewa, potem sprytnie ominąłem (ha!) kościół w Skórzewie jadąc przez Gołuski, no i w końcu dotarłem do Poznania. Na trasie było... no nie napiszę, że miliard rowerzystów. Bo bym przesadził. Maks milion. O dziewiątej-dziesiątej rano! I co ważne - większość wiedziała co to pozdrawianie, mniej lub bardziej widoczne. No, może prócz jednego "pro" delikwenta w Sierosławie. Ale nie chcę oceniać - równie dobrze to moja wada wzroku nie pozwoliła na zauważenie prawdopodobnego delikatnego poruszenia paznokcia od małego palca lewej ręki :)

Korzystając z wolnego dnia (na które nawet mój korpopracodawca nie ma mocnych) postanowiliśmy dziś z Żoną przetestować nowe możliwości, które pojawiły się w Poznaniu, czyli popłynąć kursowym stateczkiem piękną rzeką Wartą. Lekko na czuja pojawiliśmy się w okolicach mostu Chrobrego przed godziną trzynastą i od razu, bez zastanawiania się (a i też kuszeni niewygórowaną ceną) zapakowaliśmy się na "Białą Damę", która pół godziny później pomknęła (no dobra, to nie jest właściwe słowo, ale wszystko zależy od perspektywy) na północ, niemal do granic z Koziegłowami. Kurde, jak było fajnie... Statki, stateczki, łódki, dzikie i legalne plaże, a ponadto zupełnie inne spojrzenie na Poznań od strony wody robi wrażenie i pozwala mieć nadzieję, że ruch śródlądowy tu odżyje. A chyba najbardziej zdziwione całym zamieszaniem było ptactwo, czyli wszędobylskie rybitwy, a nawet i czapla siwa, która z fochem opuściła swe żerowisko.




A na koniec jeszcze dziewięć kilometrów spaceru po Poznaniu. Między innymi - prócz centrum - Cmentarz Zasłużonych Wielkopolan. Gdzie cisza zanikłej nekropolii kontrastuje z ogarniającą ją dokoła estetyką budynków w stylu korpo. No i piwko na ulicy Szewskiej. Jako obowiązek :) Mega fajny dzień.




Sezon "parówa" rozpoczęty

Środa, 3 czerwca 2015 · Komentarze(1)
Niestety - po niezwykle sympatycznym i twarzowym pod względem temperatur maju rozpoczyna się już rzeźniczy okres spod kryptonimu "lato". Dziś jeszcze nie było tragedii, bo kreska termometru szybowała na poziomie dwudziestu kilku stopni, ale słońce już dawało mi się we znaki. No cóż, pozostaje przeżyć jakoś to cholerstwo, dokonać samohibernacji do jesieni i wtedy znów wyjść na powierzchnię niczym jakiś dorodny, tłusty robaczek. I liczyć na genialną zimę, taką jak w początkach tego roku.

Wiało - oczywiście - mocno, z kierunków południowo-zachodnich (teoria, praktyka jak zwykle swoje). Poleciałem najpierw "piątką" przez mega zakorkowane Komorniki do Stęszewa, a tam skorygowałem klasyczny "kondomik", zamiast skręcić na rondzie do Łodzi ruszyłem prosto, na Zamysłowo. Gdzie - czego chyba wcześniej nie było - zauważyłem ścieżkę pieszo-rowerową. Przepraszam, "zauważyłem" to złe słowo, bo przecież gdybym ją zauważył to z dziką rozkoszą bym się pojawił na tym cudownym, kostkowym wynalazku, prawda? Prawda? :) Więc może tak: za późno skojarzyłem, że istnieje - dokładnie w momencie gdy się skończyła :) Eh, ale znów mamy przykład, że rowerzyści swoje mogą gadać, a i tak o tym, po czym musimy kręcić decyduje jakiś sołtys czy inny cieć...

Potem nagły skręt na Będlewo i już standardowo - Dymaczewo, Mosina, Puszczykowo. Przed Luboniem jak zwykle czekał na mnie zamknięty szlaban, więc skręciłem w lewo, drogą przez to urocze miasteczko. Oczywisty błąd - znów jakiś kretyn podczas wyprzedzania z naprzeciwka potraktował mnie jak powietrze, choć po mojej werbalnej reakcji pewnie się zdziwił, że ma ono ma tak specyficzne słownictwo... A w samym centrum, przed Pajo, zakwitłem za paniusią w samochodzie z napisem "Little prince on board". Może i little prince tam kiedyś był, ale na pewno liitle brain siedział za kierownicą. Tempo swoje, za nią korek, ta ani przyspieszyć, ani przepuścić - swój świat. Kurde, co nie tak jest z tym zadupiem, że zawsze dzieje się tam coś takiego? Ktoś zna rozwiązanie tej zagadki? :)

Bo "pro" ma się w sercu :P

Wtorek, 2 czerwca 2015 · Komentarze(12)
Ranek po nocnych opadach przywitał mnie genialną pogodą - pochmurne niebo, temperatura na poziomie kilkunastu stopni (ale tych z dolnej części tabeli) i południowy wiatr - jeszcze niespecjalnie silny. A jako że dziś w pracy musiałem być wcześniej niż zazwyczaj to już o ósmej rano raźnie siedziałem w siodle. Niestety w miarę czasu robiło się coraz cieplej i słoneczniej, ale w końcu idylla nie może trwać wiecznie.

Pierwotny plan był prosty - do Żabna i z powrotem, bez kombinacji. No i żarło dobrze, minąłem Puszczykowo, minąłem Mosinę (rajd mtb po remontowanym torowisku), Żabinko i w końcu dotarłem do Żabna, gdzie... musiałem lekko zredukować plany. Na wysokości kościoła, na zakręcie, wyłonił mi się bowiem przed oczyma zaparkowany radiowóz z dwoma odblaskowymi panami. Jako że akurat w tym czasie dziarsko gnałem asfaltem, kompletnie olewając ddr-kę położoną po drugiej stronie (więc jakoś bm się pewnie wybronił w razie "w"), to szybko nastąpiła korekta co do powrotu -  Szanownych Stróżów Prawa postanowiłem już nie widzieć w momencie gdy kostkowana ścieżynka, którą i tak bym nie pojechał, będzie po mojej stronie i skręciłem w prawo, na Grzybno, przez wiochy, zadupia i lasy dojeżdżając do Pecnej.

W pewnym momencie zatrzymałem się w zalesionym terenie, z przyjemnością wdychając genialny zapach ściółki i drzew, będący połączeniem parującego deszczu i rosy. Najchętniej bym tam sobie został, ale wiadomo, są rzeczy ważniejsze - przecież ludzkość nie obędzie się bez mojej obecności w robocie, słodkie szczeniaczki zaczną masowo zdychać oraz wybuchnie jakaś wojna nuklearna z tego powodu. Poświęciłem się i wróciłem :)

Końcówka trasy - o dziwo! - z wiatrem w plecy. Nieprzyzwyczajony do takich ewenementów czułem się lekko zestresowany, ale jakoś udało się dotrzeć do domu :) W Mosinie wyjechał mi z bocznej dróżki dziadek a aparycji zatwardziałego działkowicza, na starej kozie, ale za to z sercem "pro"-rowerzysty - elementem bowiem takiego podejścia do zawodowstwa były rękawiczki. A że ogrodowe - nie ma się co czepiać, każdy musi się przeszkolić w detalach zanim zostanie Contadorem :)

Czerwiec rozpoczęty, maj zamknięty

Poniedziałek, 1 czerwca 2015 · Komentarze(3)
Jeśli przez cały czerwiec wiatr będzie zachowywał się tak jak dziś - czyli wymordował mnie w pierwszej części, żeby w drugiej, podczas powrotu, sukcesywnie i miarowo chlastać - średnio widzę swoje osiągnięcia w tym miesiącu. Co prawda taka wredność jest immanentną częścią słowa "wiatr", ale czemu, choćby jeden jedyny raz, nie może być odwrotnie - wiałoby mi w plecy, a potem w plecy? Eh, rozmarzyłem się w temacie utopii... :)

Dobre było to, że nie musiałem dziś telepać się przez miasto. Pojechałem na południe, przed pracą, bez konkretnych założeń. Początkowo do Mosiny przez Stare Puszczykowo, potem skierowałem się na Sowiniec i dokręciłem do Sowinek. A że było stać mnie na ekstrawagancję to zawróciłem w połowie, znów pokonałem mosińskie wertepy udające asfalt, poleciałem na Rogalinek i wróciłem przez Wiórek, Czapury oraz "uwielbianą" Starołęcką do domu. Nieźle się napociłem, żeby nie wstydzić się za bardzo za ostateczny wynik.

I jeszcze krótko podsumowanie maja. Ze zdziwieniem stwierdzam, że jeździłem codziennie! Krócej (bo gluty się zdarzyły) i dłużej, w sumie wszystkimi trzema rowerami, ale każdego dnia - po płaskim, po górach, w wietrze i w przeróżnych mżawkach. W sumie wyszło ponad 1760 km, z prędkością średnią prawie 30 km/h. W związku z czym piąty w kolejności miesiąc zamykam z piątką w Dzienniku Uzależnionego Rowerzysty :)

Aaa, i jeszcze jedno. Pobiłem swoisty osobisty rekord. Ponad sześć wysłuchanych audiobooków jednego miesiąca samego mnie zdziwiło. Jeśli dodam do tego, że jeszcze przeczytałem w międzyczasie dwie książki (nie na rowerze :) - aż takich zdolności nie mam) to nasuwa się pytanie - gdzie ten mityczny kryzys czytelnictwa? I bardziej egzystencjalne - jak do cholery znalazłem na to czas? :)

Family guy

Niedziela, 31 maja 2015 · Komentarze(4)
W końcu wolna niedziela... W teorii jest to oczywista oczywistość, ale w czasach zgniłego kapitalizmu - wyjątek potwierdzający chorą regułę. Oczywiście - zgodnie z rodzinnym savoir vivre - wydostanie się w takiej sytuacji rano na rower łatwo nie poszło, ale jednak się udało :)

Dzisiejsza trasa to nic więcej jak kopia "słonika" z czwartku - Luboń, Wiry, Komorniki, Stęszew, Dymaczewo, Mosina i na Poznań. Z jedną korektą - na wysokości cmentarza w Puszczykowie trafiłem na zamkniętą drogę, straż pożarną, ambulans i radiowozy - potem wyczytałem, że kilka minut wcześniej było tu zderzenie czołowe i zginął jakiś osiemdziesięcioletni kierowca. Niestety - niedziela w naszym kraju nie jest wolna od tego typu tragicznych zdarzeń. A może nawet proporcjonalnie bardziej zapełniona?

Pokręciłem objazdem przez Stare Puszczykowo - w sumie po raz pierwszy w tę stronę. I przyznam, że mimo ostrych skrętów i konieczności zachowania uwagi na podporządkowanej zjeżdża się znakomicie. Szkoda, że przekonałem się o tym w dość przykrych okolicznościach...

Pomimo tego, że wiatr wciąż masakrował i masakrował (nie ściemniając - wciąż albo w pysk, albo z boku, prócz może samej końcówki), udało się wyrzygać te zero pięć ponad trzy dychy. Moje osobiste małe zwycięstwo. Które mógłbym zapewne ogłosić na trasie mijanym rowerzystom, gdyby chcieli współpracować w temacie pozdrawiania, ale takich z miliardów dziś widzianych było zaledwie kilku. I chwała tym zacnym jednostkom.

A po południu spacer z Żoną po Lasku Dębińskim. Kurde, jak fajnie mieć takie miejsce pod nosem, a nawet pod zmarszczką w okolicach lewego oka :)



-ło.

Sobota, 30 maja 2015 · Komentarze(4)
Wia-...

............

...ło.

Czyli wiało. I to jak!

Połowę drogi urywało mi łeb centralnie z przodu, drugie pół z boku. Choć przyznać trzeba, że był i moment, gdy duło mi przyjemnie w plecki (kilka kilometrów) i udawało mi się na płaskim rozpędzić do zawrotnej prędkości ponad 52 km/h. Co nie zmienia faktu, że na dzisiejszej trasie (Poznąń - Mosina - Dymaczewo - Będlewo i nawrót) osiągnąłem dawno niespotykaną średnią. In minus. Masakra.

Ale za to było cieplutko, nawet o ósmej rano, kiedy startowałem. No i pusto, puściutko - jak na zdjęciu. Dodaję te informację, żeby nie było, że narzekam :)

Buking

Piątek, 29 maja 2015 · Komentarze(8)
Znalazło się dziś ciut więcej czasu, żeby: a) trochę się wyspać, b) pokręcić nieco więcej ponad dystans codzienny, czyli wyjść poza rowerowy standard 50+. Pierwotnie miało być około 70 kilometrów, ale wyszło więcej - czemu, o tym za chwilę.

Podpunkt "a" wykonałem z niezwykłym zapałem, starannością i zaangażowaniem, którego mogliby się ode mnie uczyć młodzi sztabowcy, którzy podczas ostatnich wyborów chcieli, niczym pieski rywalizujące o pogłaskanie, pokazać dowolnemu kandydatowi, że są i potrafią. Z częścią "b" już tak łatwo nie było, ale po wypiciu kawy i spojrzeniu za okno decyzja została podjęta - kierunek Buk. Dawno mnie tam nie było - primo, wiatr ne dawał innego wyboru - secundo.

Najpierw klasycznie, przez Plewiska i Zakrzewo do trasy numer 307, która - tak baj de łej - jest chyba najbardziej ze znanych mi upstrzona przydrożnymi krzyżami. Co jadąc i obserwując manewry niektórych bezmózgów przestało mnie dziwić. Do samego Buku dojechałem jednak w jednym kawałku, głównie dzięki temu, że istnieje taki genialny wynalazek jak pobocze, na którym można się schować przed naszymi mistrzami kierownicy.

Buk zaczyna się zawsze tak samo - dziwne :) Górka, stadion, cmentarz. Komplikacja zaczyna się na pierwszym skrzyżowaniu, który najczęściej kierował mnie w prawo, a tym razem stwierdziłem, że będzie inaczej. Oczywiście nie mogłem sobie odmówić przyjemności zatrzymania się przy ślicznym drewnianym kościele św. Krzyża z 1760 roku, otoczonym nagrobkami i... automatem do zniczy. Monitorowanym zresztą - ciekawe mamy czasy :)

Chwilę później ruszyłem i zgodnie ze znakami nakazu znalazłem się... poza centrum. No dobra, trzeba było wrócić, bo chciałem na chwilę usiąść sobie przy placyku, który jak kojarzyłem gdzieś tu był. Tym samym... wróciłem do drogi, którą przyjechałem, czyli na Poznań. Dobra, raz jeszcze - tym razem już trafiłem, wybierając losowo jedną z uliczek. Zatrzymałem się, cyknąłem fotkę z daleka specyficznemu budynkowi Ratusza (z tyłu) oraz.... miejscowym żulikom (z przodu).

Kręcąc się dokoła spodobały mi się wąskie uliczki - zresztą w całej Wielkopolsce co miasteczko to są one bardzo urokliwe. A zahamować musiałem - bo jak odpuścić? - przy sklepie "Biała Damka", która z tego co udało mi się wywnioskować jest miejscem zaopatrzenia w ciekawe prezenty i pamiątki.

Czas było powoli kierować się do domu, ale jako że postanowiłem zrobić to naokoło, przez Stęszew, to dzięki jednokierunkowym ulicom musiałem... znów okrążyć centrum. Tym samym zupełnie bez sensu zostałem zmuszony do zrobienia trzech Wielkich Pętli Bukowskich :)

Buk sam w sobie jest sympatycznym miasteczkiem, ale piesi i kierowcy... jak w Indiach. Wchodzenie na ulicę bez patrzenia to chyba jakiś miejscowy rodzaj sportu. A nieinformowanie o skrętach, nawrotach i przecinanie drogi przed rowerzystami ulubioną zabawą ludzików za kierownicami. Brr.

Odnalazłem kierunkowskaz na Stęszew, w ramach spokoju psychicznego przejechałem się nawet kawałkiem kostkowanego czegoś ze znakiem roweru, dotarłem do ronda, skręciłem gdzie trzeba i.... nie wiem jak to się stało, ale nie zauważyłem rozjazdu dróg za (a może przed?) torowiskiem. A że jechało się fajnie to już tym razem olewając znak drogi pieszo-rowerowej (no co, nie zauważyłem :)) a że był tylko na początku i końcu to przecież nie moja wina) to kręciłem dalej bezmyślnie przed siebie. "Fajnie" skończyło się nagle w połowie Dobieżyna, gdzie sympatyczna droga zamieniła się, no właśnie, w co? Kartoflisko? Za łagodnie. Ser szwajcarski? Zbyt lajtowo. Krajobraz po wybuchu Wezuwiusza? O, to już bliższe prawdy :) Momentami udawało mi się nawet zauważyć kawałki asfaltu spomiędzy dziur, ale co z tego, skoro centymetr dalej pojawiała się skała magmowa? Masakra. Wytrzęsło mnie za wszystkie czasy, a to że nie poszły mi kolejne szprychy w szosie traktuję jako cud. Zresztą akurat na uszach miałem audiobooka duetu Czubaj/Krajewski o idealnie pasującym tytule "Aleja samobójców". Tak było przez jakieś 6-7 kilometrów, aż w końcu wybawienie - skrzyżowanie! Z asfaltem! Bocian, bocian!!!!

Wtedy też zorientowałem się, że nadłożyłem drogi, i to w jakich warunkach! Jednak w miarę szybko się ogarnąłem i przez Jeziorki dotarłem do wymarzonej trasy na Stęszew, której jakość też pozostawia dużo do życzenia, ale po tym co przeżyłem traktowałem ją jak spacer boso po askamicie :) Od Stęszewa do Poznania przejazd "piątką" to już moje rejony. Bez przygód, z o dziwo czasami pomocnym powiewem.

Podsumowując - wycieczka udana, bez spinki, bez szaleństw, bez aparatu, a jedynie z komórką, Dycha więcej wpadła dzięki mojemu gapiostwu, za co powinienem być ukarany rytualnie przez własny rower. Z ciekawostek - podczas powrotu włączył mi się losowo sam na empetrójce najnowszy album Kata i Romana Kostrzewskiego o nazwie... "Buk akustycznie". Bóg tak chciał? :)

Słonina indyjska :)

Czwartek, 28 maja 2015 · Komentarze(3)
Wiatr w końcu dostał trochę po łbie i zmienił kierunek na bardziej południowy, co niezmiernie mnie ucieszyło, bo każdy dzień bez jazdy przez Poznań jest dniem pięknym i radosnym. Tak więc w różowych okularach (no dobra, ciemnych) ruszyłem przed siebie, mając zamiar zaliczyć dobrze znany i sprawdzony miliard razy wariant trasy, dotychczas nazywany roboczo "kondomikiem". Jednak postanowiłem wyjątkowo dokonać pewnej korekty i zamiast jechać najprostszym wariantem, czyli cały czas krajową "piątką" do Stęszewa, najpierw pokręciłem przez Luboń i Wiry, w ten sposób dojeżdżając do Komornik, a dopiero potem już klasycznie, na Stęszew, powracając przez Dymaczewo, Mosinę i Puszczykowo.

Gdy w domu zobaczyłem mapkę - zostałem oświecony. Czemu - o tym za chwilę. Najpierw o tym, że kształt, który się z niej wyłonił ewidentnie skojarzył mi się z kawałkiem słoniny. I to tej indyjskiej, z małymi uszami - w przeciwieństwie do klasycznej afrykańskiej, słynącej z wielgachnych organów usznych, na czyszczenie których trzeba by było użyć jakichś pięciu tirów z patyczkami do uszu. Jako że Endomondo wciąż nie chce współpracować to pozwoliłem sobie na wersję autorską :)

A skoro Indie, skoro słoń, to moje oświecenie mogło być tylko jedno i w tym klimacie - to pewnie znak od Kriszny, który zesłał na mnie objawienie w postaci bożka Ganesha z mitologii indyjskiej. Jak kiedyś zobaczycie mnie na mieście latającego w pomarańczowym wdzianku, wrzeszczącego "hare, hare" to błagam, dajcie mi w pysk, żebym wrócił do równowagi psychicznej :)

Patent na nieśmiertelność

Środa, 27 maja 2015 · Komentarze(4)
Zimno - wyjeżdżając w okolicach 7:30 musiałem opatulić się w dwie warstwy stroju. Wietrznie - wyjeżdżając w okolicach 7:30 musiałem nisko pochylać kask, żeby utrzymać kierunek jazdy. Znów północno-zachodnio - wyjeżdżając w okolicach 7:30 rano zdecydowałem się jednak olać jazdę w tym kierunku. Bo wyjeżdżałem o 7:30 rano. A wczorajsze doświadczenie z przebijaniem się przez miasto o tej porze podpowiedziały mi, że gdybym miał do pracy na 23:00 a nie na 11:00 to może bym się wyrobił :)

Zmodyfikowałem więc trasę na zachodnią - zrobiłem "ciężarną glizdę" (ach, jakby się przydały ś.p. linki do Endomondo) przez Skórzewo, Zakrzewo, trasą na Buk do Drwęsy, potem Fiałkowo, Dopiewo i powrót przez Gołuski oraz Plewiska. Wiatr poszaleć nie dał, ale biorąc pod uwagę, że miałem go albo jako przeciwnika albo "zboczeńca" to ze średniej jestem zadowolony.

Spostrzeżenie socjologiczne. A może bardziej psychiatryczne. W sumie mało odkrywcze. Wczoraj jechałem z zamontowaną na kierownicy kamerką i mimo przejazdu przez cały Poznań nie zdarzyło mi się, żeby ktoś wyjechał mi przed pyskiem z podporządkowanej (a jeśli miał zamiar to mój znaczący wzrok na mostek, gdzie sterczało GoPro, działał lepiej niż cała komenda Policji i jakieś niedobitki Straży Miejskiej w pakiecie). Dziś, gdy rejestrator został w domu - hulaj dusza, piekła nie ma. Wniosek - ludzie, kupcie sobie cokolwiek, nawet atrapę - dopiero wtedy będziecie traktowani na drogach jak pełnoprawni uczestnicy ruchu.