Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi Trollking z miasteczka Poznań. Mam przejechane 239864.60 kilometrów w tym 4.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 27.49 km/h i się wcale nie chwalę.
Suma podjazdów to 784210 metrów.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl


Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Trollking.bikestats.pl

Archiwum bloga

  • DST 32.10km
  • Czas 01:14
  • VAVG 26.03km/h
  • VMAX 51.50km/h
  • Temperatura 8.0°C
  • Podjazdy 99m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Glut okołoweterynaryjny

Piątek, 7 grudnia 2018 · dodano: 07.12.2018 | Komentarze 21

Wskoczył dziś jednak glut, w warunkach dalekich od idealnych, ale o tym później.

Dzisiaj priorytetem stał się pies – wczoraj bowiem Kropka zaczęła niepokojąco popiskiwać, chować się w ciemne miejsca, tworzyć gniazdo z koców na posłaniu, a do tego adoptowała sobie piszczącą piłeczkę – według Doktora Google to typowe symptomy ciąży urojonej. Niestety rano doszły do tego skromne wymioty białą pianą. Popędziłem więc po dziewiątej do weterynarza, który potwierdził diagnozę, dał jej na wszelki wypadek antybiotyk i lek przeciwzapalny, zakazał przez jakiś czas nadmiernego głaskania i klepania po brzuchu oraz zalecił lekką zmianę diety (na okres urojenia) oraz dużo ruchu, więc przy okazji zaliczony został pięciokilometrowy spacer po Dębinie. Patyczkowanie odchodziło jak zawsze, więc powodów do niepokoju nie ma, jednak tym bardziej potwierdziło się to, co było oczywiste – sterylizacja to rzecz niezbędna, zarówno dla psychiki psa, jak i naszej :) Za miesiąc czeka nas więc ta mało sympatyczna akcja.

Po powrocie zostało mi trochę czasu, a że w międzyczasie przestało mocno padać i "jedynie" kropiło, to ubrałem się w najgorsze ciuchy i wykonałem wspomnianego gluta crossem – w mżawce, pod silny wiatr i z taką sobie chęcią do jazdy. Kółeczko było klasyczne: Poznań – Luboń – Wiry – Komorniki – Szreniawa – Rosnowo – Komorniki – Plewiska – Poznań. Nawet na tak krótkim dystansie skasowany mogłem zostać dwa razy: raz na światłach w Plewiskach, gdy jakiś wybitny troglo stwierdził, że wpieprzy się przede mnie dostawczakiem i skręci w prawo chwilę po zapaleniu się zielonego, drugi raz na Głogowskiej, bowiem tam kolejny bezmózg skręcił sobie ot tak przede mną na śmieszkę jakbym nie istniał, mimo że musiał mnie widzieć. Jeden i drugi usłyszał co nieco o cnocie swoich rodzicielek, a także dowiedział się o tym, jak łatwo można werbalnie zostać męskim organem płciowym :)


Na koniec dedykacja dla pewnego miłośnika TYLKO I WYŁĄCZNIE polskich sklepów - syf zwany SPOŁEM (choć trzeba przyznać, że i tak zrobił on kolosalny skok do przodu względem tego, co było jeszcze kilka lat temu) w anturażu rodzimym - z tyłu kościół, obok pińcetplusy, a przy sklepie stojaki wyrwikółka :)

Relive będzie, jak będzie. Znów się toto zaczęło ślamazarzyć ostatnio.

O, jest :)




  • DST 53.30km
  • Czas 01:54
  • VAVG 28.05km/h
  • VMAX 50.40km/h
  • Temperatura 2.0°C
  • Podjazdy 201m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

MuminoNorris

Czwartek, 6 grudnia 2018 · dodano: 06.12.2018 | Komentarze 40

Jako że po jednym dniu wolności znów nadszedł znienawidzony przeze mnie motyw "do pracy, rodacy", to nie miałem możliwości wyspania się (ale do tego w sumie jestem już przyzwyczajony), ani co gorsza odczekania, aż drogi przestaną się szklić. Mimo to, odważnie niczym porucznik Borewicz czy inny Chuck, ruszyłem szosą, wiedząc jedno - szarżować nie ma co.

No i nie szarżowałem. Spokojnie, powolutku i bez stresu wykonałem "muminka", czyli trasę z Dębca przez Lasek Dębiński, Starołękę, Krzesiny, Jaryszki, Koninko, Szczytniki, Sypniewo, Głuszynę, Babki, Czapury, Wiórek, Sasinowo, Rogalinek, Mosinę, Puszczykowo, Łęczyce i Luboń do domu. Mimo solidnego wiatru był to prawdziwy Muminek, nie żaden Paszczak czy Buka, bo było - co prawda lekko, ale jednak - powyżej zera.

Średnia jest masakrująco słaba, ale na lepszą nie było dziś szans. Tym bardziej, że między Łęczycą a Luboniem zakwitłem sobie za traktorem, którego nie było jak wyprzedzić, a dodatkowo trafiła się górka, którą ten genialny wymysł polskiej myśli technologicznej pokonywał ledwo zipiąc z maksymalną prędkością 10 km/h. Dzięki temu mogłem sobie poczytać naklejki na autach, między innymi na tym:

W prawym dolnym rogu szyby stało: "Nie trąb - maluję paznokcie". Nawet by mnie to śmieszyło, gdyby nie było zbyt realne :)

Jutro deszcze i chyba to będzie ten dzień, w którym przywitam się w końcu z chomikiem :/




  • DST 53.20km
  • Czas 01:52
  • VAVG 28.50km/h
  • VMAX 52.00km/h
  • Temperatura 3.0°C
  • Podjazdy 126m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Szkląco

Środa, 5 grudnia 2018 · dodano: 05.12.2018 | Komentarze 10

Dziś krótko, bo wolne i czasu nie ma :)

W końcu - po ośmiu dniach w pracy pod rząd - mogłem się w miarę porządnie wyspać, zjeść śniadanie i ruszyć o jakiejś cywilizowanej godzinie, a nie skoro świt. W związku z tym start nastąpił koło jedenastej (wciąż rano), przy temperaturze lekko powyżej zera oraz - jak mi się wydawało - drogach odpowiednich na szosę, za którą już się stęskniłem.

Jak się okazało, tak różowo nie było - a bardziej szkląco-czarno. Jechałem więc nad wyraz ostrożnie, zakręty i ronda pokonując z prędkością zmulonego ślimaka. Mimo wszystko cieszyłem się z możliwości kręcenia na tych wąskich kółkach - wynika z tego, że chyba wciąż to lubię :)

Wykonałem jedną z zachodni wersji pętelek: Dębiec - Plewiska - poznańskie Junikowo - Skórzewo - Wysogotowo - Dąbrowa - Zakrzewo - Sierosław - Więckowice - Fiałkowo - Dopiewo - Dopiewiec - Palędzie - Gołuski - Głuchowo - Plewiska - Poznań.

A tu mały kamyczek do mojego "ulubionego" ogródka spod szyldu "czemu ścieżki rowerowe zagrażają życiu i zdrowiu obywateli". Na szczęście zwykła droga była całkiem przejezdna.

Tutaj (będzie) Relive (jak powstanie). O, jest :)

No i na koniec motyw z popołudniowego spaceru po Lasku Dębińskim...

...oraz czworonożne wydanie Venoma w akcji :)




  • DST 53.20km
  • Czas 02:06
  • VAVG 25.33km/h
  • VMAX 43.00km/h
  • Temperatura 4.0°C
  • Podjazdy 146m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Zniechęcacz

Wtorek, 4 grudnia 2018 · dodano: 04.12.2018 | Komentarze 57

Największym pozytywem dzisiejszego wyjazdu było to, że... w ogóle do niego doszło :) A poza tym - jedna wielka męczarnia, walka z cholernie silnym wiatrem, mokrymi ulicami, korkami i innymi upierdliwościami, które jakby się skumulowały, żeby mi przekazać, że to całe rowerowanie jest w sumie g...rosza (nie)warte, przecież jest tyle ciekawszych zajęć w życiu... No ale nie ze mną to numery, gnojek, tak łatwo się nie dam!

Wykonałem (crossem, bo rano jeszcze lekko padało), a bardziej wyrzygałem, zachodnie kółeczko, z Poznania przez Luboń, Wiry, Komorniki, Szreniawę, Rosnowo, Chomęcice (zapomniałem, ze tam zakwitł jakiś remont), Konarzewo, Trzcielin, Dopiewo, Dopiewiec, Palędzie, Dąbrówkę, serwisówki i Plewiska do domu. Przewiało mnie z każdej strony, bo oczywiście kierunki podmuchu były tylko dwa - wmordewind oraz wmordewind, ale finalnie jakoś dojechałem. I na tym zakończmy opisywanie tej traumy :)


Jako że pod tyłkiem miałem czołg, postanowiłem kontrolnie (i zapewne ostatni raz w życiu) pyknąć się nowiusieńką, oddaną we władanie miliardom rowerzystów jakieś tydzień czy dwa temu śmieszką wzdłuż obwodnicy Dopiewa, które za pomysł jej wybudowania będzie już u mnie zawsze Dupiewem. Kosteczka turkoce aż miło, barierki oczywiście są, piktogramy biją po oczach...


...ale mnie najbardziej zaciekawił ten właśnie fragment stykowy z drogą.

Wykonawcy nawet zapewne chcieli obniżyć podjazd, ale... jakoś nie wyszło. Ups :)

Byłem, zobaczyłem, będę olewał - czyli zgodnie z założeniami :) Za to położony równolegle pusty asfalcik trzyma poziom - polecam!

Relive TUTAJ.




  • DST 53.00km
  • Czas 02:01
  • VAVG 26.28km/h
  • VMAX 51.00km/h
  • Temperatura 4.0°C
  • Podjazdy 189m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Pan/kon/dominium

Poniedziałek, 3 grudnia 2018 · dodano: 03.12.2018 | Komentarze 19

Na początek zagadka - co się dzieje człowiekowi, któremu udaje się trafić na lukę między opadem nocnym, porannym i tym przedpołudniowym, wycyrklować prawie idealnie dwie godziny między deszczem, który według prognoz miał przestać padać, a tym, który dopiero ma zacząć, ubierze się odpowiednio na rower, a nawet zdąży wyprowadzić psa i sięgnąć po dwa kółka?

Żeby nie trzymać w napięciu odpowiadam - odkrywa on (ów anonim) w tylnym kole panę, której wieczorem nie było, więc się jej nie spodziewał. Tym samym czas mi (bo chodziło o mnie, co za zaskoczenie) się skurczył o dobre dziesięć minut, z czego wymiana gumy trwała chwilę, a szorowanie łap - zdecydowanie dłużej :)  Widziałem jednak w tym jeden plus - zawsze lepiej, jak dętka pójdzie w domu niż na dworze. I za to stwierdzenie dodaję sobie te 0,00000002% do skali optymizmu :)

Gdy w końcu ruszyłem, to kałuże częściowo obeschły, jednak warunki były dalekie od komfortowych - mokro, buro, dość wietrznie. Mimo to cieszyłem się, że w ogóle jadę. Minąłem dość płynnie (o dziwo!) Luboń, przez ścieżkę w Łęczycy dotarłem do Puszczykowa...

...a następnie do Mosiny, gdzie wpadłem na pomysł wykonania miliardowego podejścia do tematu spod hasła "czy może już jakimś cudem da się wykonać moje ulubione 'kondominium'". Nie dawałem sobie wielkich nadziei, ale że te umierają ostatnie, to doczłapałem sobie przez Krosinko i Dymaczewo do granic absur... to znaczy objazdu, gdzie jak zwykle przywitało mnie wahadło. Jednak tym razem zaraz za nim zauważyłem, że jeden z pasów jest częściowo zrobiony, więc postanowiłem kontynuować eksperyment.

I - ku memu zdziwieniu - prócz kilku takich niespodzianek...

...jest całkiem ok. Nawet w Łodzi. Radujmy się :) 

Praktycznie do samego Stęszewa asfalcik gładki i pusty niczym słowotok premiera. Pięknie, prawda? No ale niestety - tak jak już kiedyś pisałem, dowiedziałem się u źródła, że zakwitnie tu śmieszka - na całej długości :( Na razie do tego momentu na szczęście daleko, ale już powstają jej podwaliny, a pewnie polecą i kolejne drzewa, żeby zrealizować ten debilny pomysł. Na dzień dzisiejszy więc w ten sposób wyraziłem swoje zdegustowanie:

To powyżej to wersja oficjalna. Zamieszczam też tę bardziej z serduszka, więc proszę o zamknięcie oczu wszystkich czytających ten wpis małoletnich, mimo lekkiego ocenzurowania :) Właśnie skończyłem "Ślepnąc od świateł" Żulczyka (rewelacja), więc dość naturalnie przyszedł mi ten sposób przekazu :)

Powrót już prostą drogą, przez Trzebaw, Rosnówko, Szreniawę i Komorniki do domu. Wiatr się oczywiście zmienił na boczny, ale kręcąc crossem mam na to ciut większą tolerancję. A za deszcz na ostatnich kilometrach specjalne podziękowania dla pękniętej dętki.

Kondominium powoli wraca, i - póki nie zrobią DDR-ki - będzie wciąż moją ulubioną podpoznańską trasą.

Relive TUTAJ.

Jutro znów deszcz, niestety z mojej analizy wynika, że na wyhaczenie podobnej dziury jak dziś szanse są bardzo małe, by nie napisać, że zerowe.




  • DST 51.40km
  • Czas 02:02
  • VAVG 25.28km/h
  • VMAX 41.50km/h
  • Temperatura 1.0°C
  • Podjazdy 207m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Mi to lotto

Niedziela, 2 grudnia 2018 · dodano: 02.12.2018 | Komentarze 10

Dzisiejszy rowerowy dzionek sponsorować miało lotto. Kładąc się bowiem wczoraj spać nie wiedziałem, czy w godzinach porannych drogi będą na tyle przejezdne, że uda mi się we w miarę bezpiecznych warunkach pokręcić przed pracą.

Gdy otworzyłem oczy, za oknem zobaczyłem nieśmiało świecące słońce. Dobry znak. Niestety spacerek z Kropą lekko mnie sprowadził na ziemię, gdyż to ”zero plus” na termometrze nie załatwiło całkowicie sprawy gdzieniegdzie śliskich dróg, postanowiłem więc odczekać jeszcze pół godziny, a w tym czasie odskrobałem crossa z całego syfu, który pozostał po ostatnim wyjeździe. Wybór bowiem tylko tego sprzętu dawał jako takie nadzieje, że wrócę w całości.

Ruszyłem koło dziewiątej, od razu stawiając czoła nie tylko jeszcze mokrym (ale już tylko fragmentami oblodzonym) ulicom, ale przede wszystkim wmordewindowi z gatunku ”umiarkowany z plusem”. Na szczęście na początek jednak miałem od niego chwilę oddechu, bo zacząłem od małego kursu po Lasku Dębińskim.


Od Starołęki zaczęła się klasyczna trasa w tę i nazad, bez żadnych korekt. Po wyjeździe z Poznania zaliczyłem Czapury, Wiórek, Sasinowo, Rogalinek, Rogalin, Świątniki i w końcu Radzewice, w których zawróciłem.

Po drodze podziwiałem coraz śmielej pojawiający się na Warcie śryż…

...jednak kumulację fajności miałem w ulubionych Radzewicach, tam jak zwykle zawitałem do rzecznego portu, gdzie lekko zasmucił mnie widok usuniętego pomostu. Jednak poza nim – bajka. Trochę zimna, ale bajka :)





Były też i takie momenty.

Jak zwykle w okresie od grudnia do końca lutego cieszę się z każdego wyjazdu, bo czasem to istna walka. Dziś została ona po raz kolejny wygrana, choć w mało imponujących warunkach :) Jednak analiza prognoz na kolejne dni zmusza do pesymizmu – deszcz, deszcz, a poza tym jeszcze deszcz… Chomik już zaciera łapki.

Tutaj Relive.




  • DST 53.70km
  • Czas 01:58
  • VAVG 27.31km/h
  • VMAX 51.10km/h
  • Temperatura -3.0°C
  • Podjazdy 202m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Sinusoida

Sobota, 1 grudnia 2018 · dodano: 01.12.2018 | Komentarze 17

Tytułowa sinusoida to chyba jedyne słowo, które pasuje mi do dzisiejszego wyjazdu. Ze szczególnym uwzględnieniem członu ”sin”, bo w pewnym momencie zadałem sobie pytanie – za jakie grzechy? :)

Gdy wstawałem, lekko po wpół do ósmej rano, zerknięcie za okno spowodowało, że ryj mi się uśmiechnął – wbrew prognozom bowiem nie zobaczyłem tam ulic zamienionych w lodowisko, a zwykłe, przejezdne trakty. Dla pewności jeszcze zweryfikowałem temat podczas krótkiego spaceru z psem i pełen nieplanowanego optymizmu zabrałem się przygotowania do wyjazdu, a w końcu przeszedłem do czynu.

Początkowo wydawało się, że czeka mnie całkiem sympatyczny wyjazd – było co prawda te minus cztery na termometrze, ale powoli się już do takich wartości zacząłem przyzwyczajać, do tego wiatr już nie miażdżył tak jak ostatnio. Dość zgrabnie minąłem Luboń, zjechałem do Łęczycy, przedarłem się przez Puszczykowo, ciesząc się, że w ogóle jadę. Aż tu nagle, gdzieś przed granicą Mosiny, zaczęło prószyć. Ok, pewnie zaraz przeleci, uspokajałem się. Niestety… Na asfalt zaczęło nawiewać śniegu, pojawiały się wysepki lodu, co przy wąskich oponkach było zdecydowanie średnio komfortowe. Decyzja mogła być jedyna słuszna – zawracam. Rodziła się również w głowie opcja powrotu pociągiem lub autobusem podmiejskim, jednak stwierdziłem, że luzerem nie będę i jakoś dam radę.

Zwolniłem z grubsza o połowę i wzdłuż Mocka dotarłem do Puszczykowa, gdzie częściowo drogą, częściowo śmieszką zacząłem ostrożną podróż powrotną. No i, przy zachowaniu sporej dozy rozsądku, okazało się, iż da się jechać.

Były nawet fragmenty, gdzie dzięki drzewom (ponownie – chwała im!) w ogóle śnieg nie dotarł.

Gdy wspinałem się ulicą Łęczycką do Wirów, ze zdziwieniem stwierdziłem, że te okolice zostały potraktowane o wiele lepiej, postanowiłem więc zrobić eksperyment i sprawdzić, jak będzie wyglądała sytuacja na głównych drogach Komornik i Lubonia, którymi finalnie doczłapałem do Poznania, a w sumie to pod sam dom. Tam stwierdziłem, że na liczniku jest dopiero spory glut, czyli lekko ponad 35 km, czasu przed pracą jeszcze trochę mam, mój rowerowo uzależniony mózg dodał jedno do drugiego i… Tym samym kręciłem dalej, ale już tylko małe kółko dokoła Lubonia, z zahaczeniem ponownie o Wiry. To był zdecydowanie akt desperacji, bo w normalnych warunkach jazda przez te okolice to tortury porównywalne z dźganiem miękkimi podusiami.

Finalnie skończyłem na jedynym słusznie dystansie, kilka momentów sprawiło, że mimo mrozu było mi nawet ciepło, a średnia zeszła na nie tylko daleki, ale nawet na ostatni istotny plan. Ważne jest jedno – otworzyłem grudzień na dwóch kółkach, czego w sumie się nie spodziewałem, więc sinusoida kończy się górką :) A Relive TUTAJ.

No i jak zwykle podsumowanie poprzedniego miesiąca – łącznie wszyło 1577 km, ze średnią 28,7 km/h, na co złożyła się znakomita pierwsza połowa listopada oraz koszmarna druga (wichury, mrozy, deszcze). Kręcenie głównie odbywało się szosą, ale były i epizody crossowe. Odbyte, zapomniane.




  • DST 54.20km
  • Czas 01:52
  • VAVG 29.04km/h
  • VMAX 53.40km/h
  • Temperatura -3.0°C
  • Podjazdy 215m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Paszczakowo

Piątek, 30 listopada 2018 · dodano: 30.11.2018 | Komentarze 17

Muszę przyznać, że było dziś CIUT lepiej niż wczoraj - czyli już nie Buka, a maksymalnie Paszczak :) Ze dwa stopnie cieplej (czyli minus trzy), wiatr niestety porównywalny, czyli mocny, ale mimo wszystko jechało się jakoś lżej. I niech nikt nie mówi, że nie jest mi bliskie (uwielbiam podwójne zaprzeczenia) motto "always look on the bright side of life" :)

Skoro Paszczak, to musiało być coś okrągłego. I w ten sposób wykonałem kółeczko w wersji: Poznań - Luboń - Puszczykowo - Mosina - Rogalinek - Rogalin - Świątniki - Mieczewo - Kórnik - płyyyyyyytyyyyy od Skrzynek do Borówca - Koninko - Jaryszki - Krzesiny - Starołęka - Lasek Dębiński - dom.

Kilka kilometrów, od Rogalina do świateł w Kórniku, kręciłem sobie z sympatycznym kolarzem z Puszczykowa (dzięki temu i zmianom udało się jakoś przetrzymać najgorszy wmordewindowy etap), który w tym mrozie założył sobie coś koło stówki do Środy i z powrotem. Jako że ostatnio na tapecie w BS jest temat spd-ów, to dopytałem, czy nie jest mu zimno w tym rodzaju obuwia - jak się okazało może być całkiem komfortowo, pod warunkiem, że wyda się coś około sześciu stów. W związku z tym wciąż podtrzymuję swoje zdanie i pozostaję przy platformach :) 

Z rzeczy przyziemnych: DDR-ka w Łęczycy o dziwo wciąż pozostaje czysta, ciekawe jak długo?

A jadąc przez Puszczykowo (które uwielbiam pod każdym względem, tylko nie tym dwukołowym) postanowiłem uwiecznić, jak ciężkie życie mieliby tamtejsi rowerzyści, gdyby stosowali się do durnych przepisów. W tym celu nawet zjechałem na chwilę na rozklekotany chodnik, przepraszam, specjalnie oznaczoną drogę pieszo-rowerową, cyknąć fotkę.

Jak się po tym jeździ? Nie mam pojęcia, a nie było kogo zapytać :) W każdym razie niedawno odświeżono znaki, co oznacza, że urzędasy mają tu spore poczucie ponurego humoru. Ciągnie się toto aż do skrzyżowania za granicą miejscowości, raz zanikając, raz wracając, jednym słowem - polskie standardy w pełnej krasie :)

Relive TUTAJ.

Wszystko (czyli prognozy) wskazują na to, że grudzień zacznę na chomiku :( Weekend mam pracujący, a na noc i godziny poranne zapowiadany jest śnieg i mżawka, a co za tym idzie - gołoledź, A od poniedziałku ocieplenie i... deszcze. Chlip :(




  • DST 51.00km
  • Czas 01:53
  • VAVG 27.08km/h
  • VMAX 50.70km/h
  • Temperatura -3.0°C
  • Podjazdy 276m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Buka

Czwartek, 29 listopada 2018 · dodano: 29.11.2018 | Komentarze 11

No dobra, czas to przyznać wprost - są pewne granice, do których docieram, wyznaczających moment, gdy jazda przestaje być przyjemnością, a zaczyna być męczarnią. I właśnie te minus pięć stopni w chwili wyjazdu, a całe minus trzy pod jego koniec, to z grubsza ten moment. Sama temperatura byłaby jeszcze ewentualnie do przyjęcia, ale już przez koszmarnie zimny i mocny wiatr zostałem zmiażdżony psychicznie i fizycznie oraz zamieniony w sopelek.

Trasa leciała według schematu: dom - Lasek Dębiński - Starołęka - Krzesiny - Jaryszki - Koninko - Sypniewo - Głuszyna - Babki - Czapury - Wiórek - Sasinowo - Rogalinek - Mosina - Puszczykowo -Łęczyca - Luboń - Poznań. Czyli... klasyczny "muminek", tyle że dzisiaj była to raczej Buka :) 

Jak widać, po tym spotkaniu zamarzła nawet woda w Lasku Dębińskim :) A przy okazji - z całej ferajny w Muminkach to moja ulubiona postać, co sporo - jak sądzę - tłumaczy :)

Znów najprzyjemniejszym momentem był ten, gdy wylądowałem w domu. Co za czasy :)

Rozpisywać się dalej nie ma sensu, bo bym się namarudził o ciężkiej i bezsensownej jeździe, a i tak skończył z bluzgami na temat lubońskich korków. Więc jedynie Relive na koniec.




  • DST 52.10km
  • Czas 01:50
  • VAVG 28.42km/h
  • VMAX 50.40km/h
  • Temperatura -2.0°C
  • Podjazdy 236m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Trójpak

Środa, 28 listopada 2018 · dodano: 28.11.2018 | Komentarze 14

Łatwe to nie było, ale się udało. Założyć trzy pary skarpet :) Co prawda musiałem odnaleźć jakieś stare, rozklekotane adidasy, żeby stało się to wykonalne, jednak mój eksperyment pokazał, że się da. Dzięki temu jakoś przeżyłem te minus trzy na starcie i delikatne zero na finiszu.

W sumie nie jechało mi się dziś najgorzej - zimno jak zimno, ale wiatr nie miażdżył, tylko lekko gnoił, jednak cisnąć i tak nie zamierzałem - w końcu mrozy są od tego, żeby delektować się jazdą, hehe :)

Ruszyłem po ósmej, najpierw zaliczając obowiązkową Starołęcką, gdzie jak zwykle zakwitłem na miliardach potencjalnych stopów, z zamkniętymi rogatkami włącznie. A gdy już ruszyłem, to... stanąłem, żeby przepuścić pieszych na zebrze, a przy okazji zrobiłem miejsce dla włączających się samochodów z podporządkowanej. Bardzo się to nie spodobało taksiarzowi, który ewidentnie miał zamiar zignorować uprzywilejowanych na pasach, co zakomunikował mi moim ulubionym dźwiękiem klaksonu. Wytłumaczyłem co i jak gestami, ale że z natury jestem osobą niezwykle uczynną i troskliwą, to pozwoliłem mu jeszcze poćwiczyć wciskanie tego niezbędnego elementu wyposażenia olewając położoną kawałek dalej DDR-kę :) Zawsze to jakaś forma ruchu, praca jest siedząca, więc się przyda. Podziękowań nie odnotowałem :)

Wydostałem się z Poznania drogą przez Krzesiny i Jaryszki, by pojawić się na tych jałowych polach, które wypełniają przestrzenie między autostradą a eską. 


W Robakowie (tym słynnym, od rzeźni) wciąż jestem na etapie testowania nowej śmieszki. Nie tylko ja (sorry za jakość zdjęć) zresztą :)

Stwierdziłem, że wyedukuję ludzi na wsi i podczas wyprzedzania rzekłem spokojnym głosem: "halo, halo, to jest ścieżka dla rowerów, chodnik jest obok!". W odpowiedzi usłyszałem przerażone: "łojej", a następnie coś w stylu: "Але я не знав!". No tak... :) A jakieś dwieście metrów dalej...

Tu już nawet nie próbowałem tłumaczyć, bo wystarczyło mi jedno spojrzenie na te dziwne rysy, pół słowiańskie, pół mongolskie, żeby wiedzieć, kto zacz :) Cóż, widocznie na Ukrainie coś takiego jak asfalt dla rowerów to wciąż rzecz niespotykana.

Wspomniana DDR-ka w sumie aż taka zła nie jest, prócz jakieś cholernej mody z tych okolic, nakazującej budować tego typu przybytki raz po prawej, raz po lewej, raz po prawej, raz po lewej... Tu nie jest inaczej. Chodzą legendy, że ktoś kiedyś jechał tym kawałkiem po drugiej stronie, ale czy to prawda - nie mam pojęcia :)

Dachowa, Robakowo, Szczodrzykowo, chwila nad stawem położonym koło gospodarstwa rolnego, gdzie zawsze jest masa ciekawego ptactwa...

...następnie Śródka, Krzyżowniki, Nagradowice, Komorniki, Tulce, Żerniki, Jaryszki, Krzesiny, Starołęka, Lasek Dębiński i do domu. Tak jak na Relive.

Cóż, kolejny rowerowy dzień zaliczony. Przyjemności z tego za wiele nie było :)