Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi Trollking z miasteczka Poznań. Mam przejechane 242521.15 kilometrów w tym 4.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 27.47 km/h i się wcale nie chwalę.
Suma podjazdów to 791174 metrów.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl


Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Trollking.bikestats.pl

Archiwum bloga

  • DST 32.00km
  • Czas 01:15
  • VAVG 25.60km/h
  • VMAX 40.50km/h
  • Temperatura 1.0°C
  • Podjazdy 101m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Glut paraodwilżowy

Niedziela, 27 stycznia 2019 · dodano: 27.01.2019 | Komentarze 11

Na wstępie chciałem zaznaczyć, że ten wpis tylko wydaje się taki długi - jego drugą połowę śmiało mogą pominąć niezainteresowani tematami pozarowerowymi :)

Po wczorajszym nagłym ataku białego gów... to znaczy puszku, przez który finalnie skończyłem na chomiku (32 kilometry w około godzinę), dziś odczuwałem już całkiem spory rowerowy głodek. Niestety, w nocy wciąż był przymrozek, więc nad ranem przywitał mnie za oknem widok znienawidzony - białych dróg zmieszanych z już powoli pojawiającą się ciapą. I pewnie gdybym miał wolne, spokojnie odczekałbym do popołudnia i wtedy ruszył, ale że trafiło mi się błogosławieństwo weekendowego egzystowania w pracy, nie za bardzo miałem pole manewru.

Ruszyłem więc... na spacer z psem :) Miał on jeszcze jeden cel (prócz oczywistego, patykowego) - oceny tego, ile paskudztwa zalega jeszcze na szosach, a co za tym idzie: czy jest nadzieja choćby na gluta. Jak się okazało, początki odwilży zaczęły robić swoje, po powrocie zaprzęgłem więc crossa i opakowany w strój z kolekcji "do usyfienia" wystartowałem.

Wykonałem z grubsza ten sam zestaw, co przedwczoraj: Poznań - Luboń - Wiry - Komorniki - Szreniawa - Rosnowo - Komorniki - Plewiska - Poznań. Gdzieś w połowie drogi zaczęło już być nawet sucho, co bardziej mnie zirytowało niż ucieszyło, bo zachęcało do dalszej jazdy, a nie było na nią już czasu.



Jak zwykle z nieustanną fascynacją podziwiałem rodzime śmieszki. Z daleka prezentowały się o niebo lepiej niż podczas kręcenia po nich, ale dziś akurat nie miałem ku temu okazji :)

TUTAJ zapraszam do Relive.

Uwaga, nadszedł ten czas - będzie trochę o polityce, ostrzegam. Zgodnie z zapowiedzią można przestać czytać, nie obrażę się :)

Podczas spaceru z Kropą słuchałem bardzo ciekawej audycji Grzegorza Sroczyńskiego w TOK FM. A wręcz szokująco odświeżającej. Gdybym bowiem zapytał kogoś znającego polskie realia, kto napisał takie oto słowa...:

"(...) po raz kolejny trafiłem na prawicowe heheszki z tego, że zwierzęta boją się wystrzałów w petard, kulą się, sikają pod siebie i uciekają właścicielom. To kolejna tradycyjna beka, po rechocie z cierpienia karpi, szukających powietrza w worku foliowym i przekonywaniu nas, że futro jest fajne, bo "goła baba w samym futrze jest ładna, hehe". Tradycyjnie bekają ze zwierzęcego strachu samce alfa polskiej prawicy z Rafałem Ziemkiewiczem i Łukaszem Warzechą na czele, a wtóruje im chór kipiących testosteronem członków titterowej husarii, oraz szukające w mediach społecznościowych męża "prawe" ciotki - klotki w wieku przed i popoborwym. Nie mam złudzeń - ci ludzie to se tak na serio myślą. Podczas śledzenia dyskusji na temat zakazu hodowli futerkowych doskonale zorientowałem się, jakąż to empatię do zwierząt posiadają opaśli w sało, folołersów i opinię na każdy temat specjaliści - publicyści. Cepy argumentacyjne przemieszane z jadem i wiadrami cykuty, przyprawione paralelami o aborcji i lewactwie i - jak w przypadku strzelania w Sylwestra - żarcikami w stylu "lubię zwierzęta, są smaczne". Haha, super żart, taki nie za śmieszny. Prawie tak śmieszny jak redaktor Terlikowski piszący, że "zwierzęta to nie ludzie, więc nie mają praw".

...to? Myślę, że zaskoczę większość, tak jak i ja zostałem zaskoczony. To nie słowa "proaborcyjnego lewaka", czy kim to podobnie myślący do mnie stają się w oczach prawicy, ale Wojciecha Muchy, kierownika działu opinii... "Gazety Polskiej", jakby na nią nie patrzeć, tuby rządowej :) Jak dobrze wiedzieć, że i tam są osoby, które myślą inaczej niż myśleć muszą, bo tak trzeba, i nie boją się tego mówić głośno. Brawo dla tego pana! Zainteresowanych odsyłam do źródła cytatu, a dla tych, którzy mają wykupiony dostęp do podcastów - do samej audycji. A ja na koniec oddam raz jeszcze głos wspomnianemu:

"Wolę być po stronie zwierząt, niż po stronie heheszków piszących non stop o sobie, cytujących się nawzajem, wszechwiedzących bufonów ogoniastych, ich klakierów i potakiwaczy i całej prawicowej ferajny. Ten rok (a przede wszystkim kwestia zwierząt) mnie skutecznie wyleczył ze złudzeń, że to moja bajka. Więcej mam sympatii do uratowanej z rzeźni krowy, niż do gburów rechoczących z cierpienia zwierząt i ich anonimowych potakiwaczy i potakiwar. Jeśli tak myślą i mówią o zwierzętach, pieron wie, co gra im w duszy. To mnie jednak nie interesuje, nie chcę wiedzieć. Strzelajcie se w sylwestra, kupujcie se pistolety, piszcie o tym sążniste felietony, okraszajcie je przeczytanymi teoretykami lat minionych. Jedzcie se krwiste steki, niech wam cieknie po kolejnych podbródach. Walczcie z listonoszami, lewakami, i maratonami, jeździjcie siedmiolitrowymi samochodami, nie wierzcie w zmiany klimatu, bratajcie się z sadystami zbijającymi hajsung na krzywdzie zwierząt. Ale nie nazywajcie tego proszę, konserwatyzmem, a już na pewno człowieczeństwem". 

Piękne.




  • DST 32.00km
  • Czas 01:16
  • VAVG 25.26km/h
  • VMAX 41.50km/h
  • Temperatura -5.0°C
  • Podjazdy 99m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Glut menu-alny

Piątek, 25 stycznia 2019 · dodano: 25.01.2019 | Komentarze 6

Menu na wolny dzień, godziny poranne:

- od około siódmej podawane są płatki (a i płaty) śniegu, pod pierzynką z mrozu, okraszone ślizgawicą;
- przed południem, w ramach wczesnego obiadku, serwuje się potrawkę z paragrafów, autorstwa radcy prawnego. Danie to spożywane jest w towarzystwie osobistej Teściowej, której ów kąsek się tyczy.

Po takim zestawie miałem ochotę szukać najbliższego pochyłego drzewa, ale raz, że dzięki panu Szyszce i kolejnych środowiskowo inaczej uwrażliwionych kreatur nie za bardzo było w czym wybierać, a dwa, że - na szczęście - lekko zmienił się szef kuchni i można było choć przez chwilę skorzystać z dnia, trafiło mi się bowiem pogodowe okienko.

Polegało ono na tym, iż przestało mocno prószyć, za to zaczęło wiać, co miało ten plus, że drogi przeschły i całkiem sympatycznie dało się wykręcić choć gluta. Był on w jednej z często powtarzanych wersji: Poznań - Luboń - Wiry - Komorniki - Szreniawa - Rosnowo - Komorniki - Plewiska - Poznań, tak jak na Relive.

Najgorzej - o dziwo - było w mieście, jakby chmury skumulowały się właśnie tu. Oczywiście na pierwszym planie nieprzejezdności znajdowały się śmieszki.

Aha, nie obyło się bez wymiany uprzejmości z jakimś frustratem, który zawiesił przy Głogowskiej bebech na klaksonie - niestety mimo mojego intensywnego stukania ręką w puszkę nie udało mi się zmusić go do otwarcia szyby i wyjaśnienia, co łaziło mu po łbie.

Aktualnie znów mocno śnieży, co oznacza, że jutro na 99,9% nie pokręcę, tym bardziej, że idę do pracy :/




  • DST 31.50km
  • Czas 01:12
  • VAVG 26.25km/h
  • VMAX 50.20km/h
  • Temperatura -6.0°C
  • Podjazdy 110m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Glut oraz RYŚ

Czwartek, 24 stycznia 2019 · dodano: 24.01.2019 | Komentarze 12

Glutowania (a może bardziej glutostyczniowania) ciąg dalszy. Wyruszyłem spokojnie przed dziewiątą, wiedząc już z góry, że moja ochota do jazdy pryśnie przy pierwszym podmuchu wichru na polach, i tak się właśnie stało. Bez wyrzutów sumienia wykonałem więc powolutku minimalne minimum, z takim samym (czyli niemal zerowym) zaangażowaniem w temat, jak nigdy ciesząc się, że jestem już w domu i jak zawsze cierpiąc z powodu perspektywy wyruszenia do pracy.

Było ciut cieplej niż wczoraj - zaledwie minus sześć :) Ale wiatr duł jeszcze mocniej, więc odczuwalna temperatura oscylowała w granicach kilkunastu stopni poniżej kreski. To właśnie w takich warunkach wykonałem wschodniego "jajnika": Dębiec - Lasek Dębiński - Starołęka - Krzesiny - Jaryszki - Żerniki - Jaryszki - Krzesiny - Starołęka - Lasek Dębiński - dom.

Przy okazji wyjaśniam tytuł - póki jeżdżę na wschód, mogę prowadzić RYŚ-a, czyli, z lekka staropolsko, Raport Yinwentaryzacyji Śryżu :) Dziś prezentował się on następująco:

Powoli idzie w masę :)

A skoro już przy masie jesteśmy...

Cała seria tych fajnych plakatów oblepiła ostatnio miasto. Jednak żeby zrobić to zdjęcie musiałem na chwilę wjechać (brrrr) na to coś, co za czasów ekipy poprzedniego prezydenta oznaczono jako ciąg pieszo-rowerowy, a ekipa aktualna wciąż nie może się zebrać, żeby ją skasować lub wyremontować (choć trzeba przyznać, że po drugiej stronie wyrosła jakiś czas temu całkiem fajna asfaltówka, jednak z kretyńskim rozwiązaniem kierującym rowerzystów na właśnie te wyboje).

Jak zwykle stanąłem sobie na jednym z kilku(nastu?) przejazdów kolejowych, którymi naszpikowana jest każda z moich tras. I ze smutkiem przyuważyłem kolejną zlikwidowaną budkę dróżnika, tym razem na Sandomierskiej. Teraz i te rogatki podlegają pod centralny system, czyli czas się nastawić na dwukrotnie dłuższe oczekiwanie :/

Za to jak widać jakiś półmózg już znalazł sobie pole do manewru na usyfienie okolicy swoim "dziełem".




  • DST 31.80km
  • Czas 01:12
  • VAVG 26.50km/h
  • VMAX 50.20km/h
  • Temperatura -7.0°C
  • Podjazdy 117m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Glut planowy

Środa, 23 stycznia 2019 · dodano: 23.01.2019 | Komentarze 8

Tak jak wczoraj zapowiadałem: póki srogo mrozi, a ja muszę znaleźć się w przybytku rozkoszy wątpliwych, zwanym pracą, najpóźniej w samo południe, gluty będą leciały nie tylko z nosa, ale i w podsumowaniu dziennego dystansu. Starość nie radość, o zdrowe (również to psychiczne) trzeba dbać :)

Wyłoniłem się z domu wpół do dziewiątej, z radosną świadomością, iż czeka mnie przywitanie z temperaturą minus siedem oraz wiatrem, który już dziś zaczął sobie całkiem solidnie pozwalać. I jak jeszcze kilka dni temu taka wartość na termometrze była rekompensowana słabiutkimi podmuchami, tak dziś na podpoznańskich polach zostałem konkretnie sponiewierany. Nie było więc ani ciśnienia na średnią, ani na zwiększanie dystansu. Był tylko jeden moment, gdy przyspieszyłem, bo zirytował mnie fakt, iż na śliskim wiadukcie wyszedł mi Vmax 49 cośtam, a nie 50, więc musiałem nadrobić na płaskim, gdy na chwilę wiatr raczył mi pogłaskać plecki :)

Trasa to kwadratowe kółeczko: Dębiec - Lasek Dębiński - Starołęka - Krzesiny - Żerniki - Koninko,- Szczytniki - Sypniewo - Głuszyna - Starołęcka - Lasek Dębiński - dom. W smożku, szarości, zimności, brrr...


No i śryż z dnia na dzień coraz większy,

Zamiast dobijać na siłę do słusznego dystansu, udało mi się jeszcze zaliczyć spacer z Kropą, która już wie, że woda zamarznięta to nie jest woda, którą da się wypić :)


A w drodze do pracy...

To się nazywa desperacja :) A można było po angielsku napisać, choć coś czuję, że wtedy i tak docelowi odbiorcy niewiele by zrozumieli :)




  • DST 51.80km
  • Czas 01:53
  • VAVG 27.50km/h
  • VMAX 51.80km/h
  • Temperatura -5.0°C
  • Podjazdy 202m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Muminkowe bajlando

Wtorek, 22 stycznia 2019 · dodano: 22.01.2019 | Komentarze 9

Dzisiaj niestety nie mogłem pozwolić sobie na komfort wyruszenia przy temperaturze bliższej zeru niż minus dziesięciu, więc start nastąpił przy średnio idealnej wartości minus siedmiu stopni. Cóż, pamiętam bardziej milusie swoje wyjazdy, ale i tak lepsze to niż plus trzydzieści kilka :)

Pierwsze, co zauważyłem na dworze to to, że... niewiele widzę. Po powrocie wyczytałem, że to była nie mgła, a smog - Poznań pod tym względem znajdował się w czołówce światowej. Super :/ Dzięki wielkie, kopciarze i genetyczni wrogowie publicznego transportu.

Gdy minąłem A2 i wjechałem do Lubonia, nagle jakbym znalazł się w innym świecie, niestety jeszcze gorszym (w sumie najczęściej tam tak jest), bowiem na całym odcinku od ronda do Maka i okolic centrum handlowego sypał regularny śnieg. Jako że miałem pod tyłkiem szosę, to lekko zwątpiłem, ale postanowiłem jechać dalej i ewentualnie zawrócić jeśli sytuacja się utrzyma. Na szczęście ulicę dalej było już w normie, a im bliżej wyjazdu z tej miejscowości, tym lepiej. I jak tu nie uważać Lubonia za czyste zło? :)

Pierwotnie chciałem wykonać trasę w tę i z powrotem do Żabna, ale jak pomyślałem sobie o powtórce z powyższego i dwukrotnie jednego dnia zaliczanym kursie po solance na śmieszce w Łęczycy, po dojechaniu przez Puszczykowo do Mosiny zmieniłem zdanie, kierując się na Rogalinek. Tam chwila przerwy na spojrzenie na Wartę i śryż...


...a przy okazji na dwóch gówniaków (widać ich po lewej w tle), z których jeden zaczął się popisywać na oblodzonym moście jadąc na jednym kole, gdy z naprzeciwka toczył się tir. Co kto lubi :)

Finalnie wykonałem "muminka", kręcąc dalej przez Sasinowo, Wiórek, Czapury, Babki, Głuszynę, Sypniewo, Koninko, Krzesiny, Starołękę i Lasek Dębiński do domu. Jechałem powoli, ostrożnie i... anonimowo. Przez mróz pewnie bym sam siebie nie poznał podczas mijania :)

W poznańskich Krzesinach trafiło mi się prawdziwe bajlando :)

A i tak najbardziej podobały mi się dzisiaj drzewa, te, które jeszcze pozostały. Choć przez smog niestety mało wyraźne.


Jutro chyba - jeśli uda się w ogóle wyruszyć - skrócę dystans do gluta. Takie zamarzanie na żywca to średnia przyjemność, która niestety jeszcze ma trwać kilka dobrych dni :/




  • DST 52.25km
  • Czas 01:48
  • VAVG 29.03km/h
  • VMAX 52.20km/h
  • Temperatura -4.0°C
  • Podjazdy 173m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Mój niebieski przyjaciel

Poniedziałek, 21 stycznia 2019 · dodano: 21.01.2019 | Komentarze 16

Jazda przy niezłym minusie (w najcieplejszym momencie jazdy cztery stopnie poniżej zera), do tego z mroźnym wietrznym oddechem, a ja oceniam dzisiejszy wypad na plus. Odbiło mi? Owszem, już dawno, ale nie w tym przypadku :)

Dzionek miałem ostatni z wolnych, mogłem więc sobie odczekać na przyjście upału, wrrrróććć, zminimalizowanie temperatur rodem z Arktyki. Profilaktycznie wypiłem nie tylko ciepłą kawę, ale i taką samą herbatę, zjadłem coś na kształt śniadania i dopiero ruszyłem. Było po dziesiątej, a dłużej czekać nie było sensu, gdyż szans na Afrykę nie widziałem (i w sumie to dobrze).

Wiało niezbyt mocno, ale jak wspomniałem - męcząco, z zachodu, tam też skierowałem swe koła, robiąc jedno z klasycznych kółek, czyli: Poznań - Luboń - Łęczyca - Wiry - Komorniki - Szreniawa - Rosnowo - Chomęcice - Konarzewo - Trzcielin - Dopiewo - Dopiewiec - Palędzie - Gołuski - Plewiska - Poznań. Tutaj Relive.

Jednym z plusów była suchość - śnieg leżał na polach, na drzewach, gdzieniegdzie na wiaduktach, ale nie na drogach. W to mi graj.



No i są jeszcze dwa - jeden zasługujący na wpis do Księgi Guinessa: udało mi się przejechać przez Luboń bez ani jednego czerwonego światła! Oraz jeszcze taki bardziej przyziemny - przez kilka kilometrów, od Chomęcic do Konarzewa, podpiąłem się pod tytułowego niebieskiego przyjaciela :)

Marki nie znam, ale samo to, że jechał równo 30+, gdy miałem pod wiatr, spowodował, że go wielbię :) Szkoda tylko, że tak szybko skręcił.

A po południu jeszcze krótki spacer z Kropą (powoli wraca normalność), zakończony wizytą u weterynarza w celu zdjęcia zewnętrznych szwów (na psa z ADHD podobno takie są lepsze niż te samorozpuszczalne). To już na szczęście jeden z ostatnich dni z kloszem na głowie :)




  • DST 53.10km
  • Czas 01:51
  • VAVG 28.70km/h
  • VMAX 50.50km/h
  • Temperatura -1.0°C
  • Podjazdy 227m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Śliskie ulice i Radzewice

Niedziela, 20 stycznia 2019 · dodano: 20.01.2019 | Komentarze 12

No, to w sumie na tytule mógłbym zakończyć ten wpis, bo większość została w nim zawarta :)

Ale... nie tak łatwo ze mną :) Coś napisać muszę, żeby nie było łyso.

Ruszyłem koło jedenastej, sądząc mylnie, iż wszystkie drogi są już czarne. I w większości przypadków tak było, lecz oczywiście za wyjątkiem tych dla rowerów. Pierwsza konfrontacja szosowych opon z białym czymś na Czechosłowackiej uświadomiła mi, że dziś nie ma co szaleć, do czego się grzecznie dostosowałem. Jednak im dalej w las (nawet dosłownie, bo trasa, mimo że asfaltowa, to w znacznej części prowadziła przez moje ukochane leśne szlaki Rogalińskiego Parku Krajobrazowego), tym bardziej przyjaźnie pod tym względem.

Wykonałem południowo-wschodniego "szczurka", w wersji: Dębiec - Hetmańska - Starołęcka - Czapury - Wiórek - Rogalinek - Rogalin - Świątniki - Radzewice, tam nawrotka - Świątniki - Rogalin - Rogalinek - Mosina - Puszczykowo - Łęczyca - Luboń - Poznań. Jechało się, jak na zimę, świetnie. Bo mimo przymrozku nie wiało mocno (!), choć z każdej strony i zmiennie, czyli głównie w pysk. Taka zima niech żyje, żyje nam!

Dzisiejsze fotki jak zwykle zdominuje port rzeczny w Radzewicach, moja ukochana miejscówka zresztą :)





Jednak i inne lokacje dawały radę. Bo dziś było po prostu i fajnie, i ładnie.


Choć i brzydoty nie zabrakło :)

W Łęczycy na śmieszce soli tyle, że zacząłem się rozglądać za frytkami :) Wolałbym w sumie, żeby była oblodzona, wtedy bowiem łatwo by się dało wymigać od ewentualnego mandatu za ignorowanie zakazu jazdy rowerem wzdłuż niej, a tak... Hmmm.

Dzisiaj zamiast dziadygi był tam taki oto zacny pro-duet:

Wyprzedzenie go łatwe nie było (a i fota niewyraźna, to z emocji), bo komunikaty głosowe wywołały niezłą panikę, ale przy zwolnieniu niemal do zera jakoś się udało.

Pozdrawiam! :)




  • DST 53.40km
  • Czas 01:54
  • VAVG 28.11km/h
  • VMAX 50.40km/h
  • Temperatura 0.0°C
  • Podjazdy 177m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Przeczuciowo?

Sobota, 19 stycznia 2019 · dodano: 19.01.2019 | Komentarze 8

Jednostopniowy minus na termometrze z samego rana średnio zachęcał do wyruszenia na rower czymś innym niż pług śnieżny, ale że takowego póki co jeszcze nie posiadam, to wybrałem szosę :) Nie powiem, były lekkie obawy, bo mimo słońca na niebie i generalnie suchych dróg, widziałem przez okno lodowe placki. A w myślach - swój potencjalny fikołek na nich.

Szybko przeskakując do finiszu zdradzę, iż obyło się bez. Głównie dzięki bardzo ostrożnej jeździe, jak i powoli rosnącej temperaturze, która zamieniła lodowiska w kałuże. W sumie najlepiej jechałby się dzisiaj po lesie, jakimś wypasionym MTB, ale również nie posiadam. Za to poholowałem kilka kilometrów sympatycznego użytkownika takowego sprzętu, z którym nie omieszkaliśmy ponarzekać sobie na polskich kierowców (nie ja zacząłem!) oraz rodzime śmieszki antyrowerowe (to już oczywiście moja inicjatywa).

Trasa wyszła mi spontanicznie dziwna: Poznań - Luboń - Wiry - Komorniki - Szreniawa - Rosnowo - Chomęcice - Konarzewo - Trzcielin - Lisówki - Trzcielin - Konarzewo - Dopiewiec - Palędzie - Gołuski - Plewiska - Poznań. Co widać na Relive.

Bardzo lubię okolice Lisówek, bo na tych pustynnych zachodnich rewirach stanowią oazę zieleni i dzikości.


A że tamtejszy DPS aż nęci w temacie przetestowania przez jeden czy dwa dni opcji gościnno-noclegowej, to zapewne kiedyś nie omieszkam.

Jadąc do pracy słuchałem sobie fragmentów relacji z pogrzebu Pawła Adamowicza. Sporo mądrych słów tam zostało wypowiedzianych. A ja sam mam z tą śmiercią dziwną, hmmm, jak to nazwać? Korelację? Choć to chyba złe słowo. W każdym razie w dniu zamachu (13 stycznia) akurat czytałem sobie książkę Jerzego Karwelisa "Trzeci sort", która została mi pożyczona i polecona jako "rewelacyjny i obiektywny głos na temat zakończenia wojny polsko-polskiej" (co oczywiście kompletnie nie trzyma się kupy, a jest raczej poradnikiem dla partii rządzącej jak utrzymać władzę) na rozdziale, w którym autor gdyba sobie, co by było, gdyby ktoś... zamordował jakiegoś znanego działacza opozycji "w siedzibie partii lub na ulicy" i jakie od razu zrobiłoby się larum. Hmm.
To jeszcze nie koniec - wieczorem dzień wcześniej słuchałem sobie nowej płyty Disturbed, zespołu, którego - jestem w stanie się założyć - nie kojarzył do tej pory w Polsce prawie nikt (choć już dziś widziałem, że wypowiadali się domorośli muzykolodzy w gównianych programach TVN-u) spoza sceny metalowej (bo to właśnie taka grupa, a nie specjaliści od coverów a capella), w tym oczywiście "The sound of silence", ale nie w wersji z poprzedniego albumu, tylko z koncertu w Houston (TĘJ, chyba jeszcze lepszej). Katowaliśmy ją zresztą z Żoną wtedy kilkanaście razy, tak się spodobała (poniżej screen z Last.fm). 

Gdy usłyszałem ten utwór niewiele później w telewizji podczas żegnania prezydenta Gdańska na Długim Targu, poczułem się... specyficznie. Pewnie, jedno i drugie to przypadek, bo w przeczucia nie wierzę, ale... daje do myślenia.




  • DST 31.40km
  • Czas 01:15
  • VAVG 25.12km/h
  • VMAX 42.00km/h
  • Temperatura 1.0°C
  • Podjazdy 80m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Glut rasowy

Piątek, 18 stycznia 2019 · dodano: 18.01.2019 | Komentarze 12

Tytuł jest nieprzypadkowy, gdyż z grubsza oddaje wyśnione nadzieje tej łysej i prawilnej do kwadratu części ludzkości ("rasowy glut" już by tak dobrze nie brzmiał) - od rana białe zdecydowanie górowało nad czarnym. Miałem już spore momenty zwątpienia, czy uda mi się dziś cokolwiek innego niż chomik, ale jednak - trochę po wpół do dziesiątej zrobiło się jakoś tak normalniej, czyli białe z czarnym się wymieszało :)

Ruszyłem w te pędy, żeby przed pracą zdążyć wykręcić cokolwiek, choć już na starcie odechciało mi się jakiejkolwiek walki, bo nie tylko wiało koszmarnie, ale przy okazji zwiewało to w kałuże,to w pośniegowe błoto. A śmieszki... Hmmm, klasycznie. Nie żebym po nich jeździł, ale raz zatrzymać się na takowej, coby cyknąć fotę dla potomnych (czyichś), wypadało :) 

Wykonałem kółeczko zachodnie skrócone, czyli: Poznań - Plewiska - Poznań Junikowo- Wysogotowo - Skórzewo - Plewiska - Poznań. Tak jak na Relive.

Jazda jak jazda, asfalty nawet o dziwo całkiem przejezdne, ale klimacik robiły dziś śniegowe perspektywy, całkiem ładnie się prezentujące. Byle mi nie właziły na drogi, niech sobie będą częściej :)





Jeśli kojarzy ktoś genialne reklamy aplikacji Pracuj.pl (na przykład ) oraz zaznał życia, ten wie, że zmiana pracy to czasem jedyne wyjście. Ale można też skończyć znacznie gorzej, czyli na przykład zostać grzybiarką. Tu nie ma zmiłuj, zima nie zima, zbierać trzeba. Dowód - dla spostrzegawczych - poniżej :)




  • DST 51.70km
  • Czas 01:54
  • VAVG 27.21km/h
  • VMAX 52.00km/h
  • Podjazdy 156m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Znów szosowanie oraz "Akcji Telefon" ciąg dalszy

Czwartek, 17 stycznia 2019 · dodano: 17.01.2019 | Komentarze 24

Wczoraj wieczorem cieszyłem się, że prognozy zapowiadały na dziś umiarkowane ciepełko oraz suche drogi. Rano z grubsza wszystko się potwierdziło, zacząłem więc przygotowywać do jazdy szosę, która dość długo czekała sobie w cieple na odkurzenie. Zdjąłem między innymi błotnik, o którym można powiedzieć wiele dobrego, ale nie to, że dodaje rowerowi uroku.

Po chwili spojrzałem ponownie za okno i zobaczyłem, że... pada. Grrr... Na szczęście po odczekaniu jakichś trzydziestu minut sytuacja się unormowała na tyle, że mogłem... zamontować błotnik :) Byłem już bowiem tak nastawiony na przejazd wąskokołówką, że olałem temat kolejnego usyfienia sprzętu.

Wykonałem zachodni wariant w wersji: Poznań - Luboń -Wiry - Komorniki - Szreniawa - Rosnowo - Chomęcice - Konarzewo - Trzcielin - Dopiewo - Dopiewiec -Palędzie - Gołuski - Głuchowo - Komorniki - Plewiska - Poznań.

Tutaj Relive.

Zaliczyłem podczas jazdy kolejne świeżutkie wahadło w Chomęcicach, które powstało w miejscu, gdzie niedawno wahadło zlikwidowano, ale widocznie asfalt był zbyt równy i trzeba go było zamienić na gruntówkę z błockiem gratis :) Pojawiłem się też ponownie na katowanej od niedawna alternatywie do "piątki", chcąc się przekonać, jak się jeździ tym czymś rowerem szosowym. Zaskoczenia nie było - odpowiedź brzmi: do dupy. Ale przy okazji zrobiłem fotę przy znaku, który jakoś dziwnym trafem do tej pory nie rzucił mi się w oczy. I chyba cały czas nie będzie się rzucał :)

Wiało koszmarnie, więc nie starałem się nawet spieszyć - wyszło więc ponownie tempo kontuzjowanego ślimaka.

Teraz - uwaga, uwaga! - kontynuacja tematu zaginionego smartfona, opisywanej TU. Wczoraj późnym popołudniem odebrałem połączenie z numeru stacjonarnego (!) od jakiegoś starszego waćpana, który zapytał mnie, czy przypadkiem nie zgubiłem telefonu. No kurde, oczywiście, że zgubiłem. Na to dziadek opowiedział mi następującą historię: wracał sobie w poniedziałek z zakupów, poślizgnął się i upadł na mój sprzęt do dzwonienia, który widocznie wypadł mi z kieszeni (to akurat jest możliwe, choć raczej staram się go pilnować). Ktoś, kto mu pomagał wstać, zapytał, czy to jego, a on w szoku wziął go ze sobą odruchowo (ekhm). Ale to nie koniec :) W domu okazało się, że musi jechać do szpitala na zastrzyk, bo plecy go strasznie bolały i nie miał głowy do niczego tego dnia. Potem zorientował się, że ma moją komórkę, próbował dzwonić do mnie intensywnie, ale dopiero teraz się udało i on gorąco zaprasza po odbiór.

No i faktycznie - podjechałem jeszcze tego samego wieczora, pan okazał się nawet sympatyczny, ale zacząłem drążyć temat, bawiąc się w domorosłego detektywa, bo kilka rzeczy mi w tym wszystkim śmierdziało. Dziadek nie był w stanie mi odpowiedzieć, czemu jego usilne próby kontaktu ze mną nie miały odzwierciedlenia w realnych połączeniach (pierwsza widziana przez mnie próba nastąpiła wczoraj - i od razu zakończona rozmową), ani czemu nie odebrał żadnego z ponad osiemdziesięciu (specjalnie zweryfikowałem ilość) moich telefonów (a jak sprawdziłem, wiedział, jak to zrobić, gdyż bynajmniej nie był użytkownikiem klawiszowca). Resztę historii powtórzył ponownie, dodając jeszcze, iż radził się znajomego policjanta, który sugerował, że najlepiej sprzedać, ale on, szczęśliwy znalazca już wielu rzeczy, stawia na uczciwość. Pogadaliśmy sobie jeszcze chwilę, postanowiłem, że dam mu mimo wszystko jakieś znaleźne, pożegnaliśmy się i znów byłem posiadaczem swojej własności.

A teraz moja wersja całej tej farsy, tak, jak ja ją rozumiem. Pana dziadka wydawało mi się, że kojarzę z kolejki w jednym z odwiedzonych tego dnia sklepów, choć pewności nie mam. Jeśli telefon mi wypadł, a musiało to być jakąś minutę czy dwie przedtem, to żadnej akcji z przewróconym emerytem nie widziałem, a bym raczej musiał. Po mojej intensywnej akcji poszukiwawczej, zlokalizowaniu dzięki googlowej apce "znajdź moje urządzenie" bloku, gdzie on się znajdował (potwierdziło się), wizycie na policji oraz zablokowaniu online smartfona w ten sposób, że na ekranie blokady pojawiał się komunikat, iż telefon został skradziony, jest w danej lokalizacji i zgłoszono to odpowiednim służbom, więc proszę o kontakt, nasz sprytny znalazca się przestraszył (i upewnił, iż jest całkowicie bezużyteczny) po prawie trzech dniach oraz postanowił, że najlepiej będzie jednak dać znać. I tylko za to - oraz całkiem barwną historyjkę - temat zamykam polubownie. A gdyby raczył od razu odebrać choć jedno z tej prawie setki połączeń, grubsze znaleźne byłoby rzeczą intuicyjną. A tak poszło z pewnym niesmakiem, choć ewentualna próba przywłaszczenia to jednak lepsza rzecz niż kradzież :)

Tym samym odzyskałem to, co najważniejsze - zdjęcia i kontakty, których nie udało mi się sklonować. To plus. Mam już nowy telefon - plus i minus :) Trochę się bowiem pospieszyłem, ale i tak miałem w głowie wymianę, więc za bardzo nie cierpię z tego powodu, choć co innego krzyczy mój portfel. A stary pozostanie jako kolejna rezerwa na wypadek następnej tego typu akcji :)