Info
Suma podjazdów to 783662 metrów.
Więcej o mnie.
Moje rowery
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2026, Maj2 - 3
- 2026, Kwiecień30 - 49
- 2026, Marzec31 - 65
- 2026, Luty28 - 51
- 2026, Styczeń31 - 72
- 2025, Grudzień31 - 80
- 2025, Listopad30 - 70
- 2025, Październik31 - 96
- 2025, Wrzesień30 - 125
- 2025, Sierpień31 - 144
- 2025, Lipiec31 - 188
- 2025, Czerwiec30 - 147
- 2025, Maj31 - 187
- 2025, Kwiecień30 - 156
- 2025, Marzec31 - 204
- 2025, Luty28 - 178
- 2025, Styczeń31 - 168
- 2024, Grudzień31 - 239
- 2024, Listopad30 - 201
- 2024, Październik31 - 208
- 2024, Wrzesień30 - 212
- 2024, Sierpień32 - 210
- 2024, Lipiec31 - 179
- 2024, Czerwiec30 - 197
- 2024, Maj31 - 268
- 2024, Kwiecień30 - 251
- 2024, Marzec31 - 232
- 2024, Luty29 - 222
- 2024, Styczeń31 - 254
- 2023, Grudzień31 - 297
- 2023, Listopad30 - 285
- 2023, Październik31 - 214
- 2023, Wrzesień30 - 267
- 2023, Sierpień31 - 251
- 2023, Lipiec32 - 229
- 2023, Czerwiec31 - 156
- 2023, Maj31 - 240
- 2023, Kwiecień30 - 289
- 2023, Marzec31 - 260
- 2023, Luty28 - 240
- 2023, Styczeń31 - 254
- 2022, Grudzień31 - 311
- 2022, Listopad30 - 265
- 2022, Październik31 - 233
- 2022, Wrzesień30 - 159
- 2022, Sierpień31 - 271
- 2022, Lipiec31 - 346
- 2022, Czerwiec30 - 326
- 2022, Maj31 - 321
- 2022, Kwiecień30 - 343
- 2022, Marzec31 - 375
- 2022, Luty28 - 350
- 2022, Styczeń31 - 387
- 2021, Grudzień31 - 391
- 2021, Listopad29 - 266
- 2021, Październik31 - 296
- 2021, Wrzesień30 - 274
- 2021, Sierpień31 - 368
- 2021, Lipiec30 - 349
- 2021, Czerwiec30 - 359
- 2021, Maj31 - 406
- 2021, Kwiecień30 - 457
- 2021, Marzec31 - 440
- 2021, Luty28 - 329
- 2021, Styczeń31 - 413
- 2020, Grudzień31 - 379
- 2020, Listopad30 - 439
- 2020, Październik31 - 442
- 2020, Wrzesień30 - 352
- 2020, Sierpień31 - 355
- 2020, Lipiec31 - 369
- 2020, Czerwiec31 - 473
- 2020, Maj32 - 459
- 2020, Kwiecień31 - 728
- 2020, Marzec32 - 515
- 2020, Luty29 - 303
- 2020, Styczeń31 - 392
- 2019, Grudzień32 - 391
- 2019, Listopad30 - 388
- 2019, Październik32 - 424
- 2019, Wrzesień30 - 324
- 2019, Sierpień31 - 348
- 2019, Lipiec31 - 383
- 2019, Czerwiec30 - 301
- 2019, Maj31 - 375
- 2019, Kwiecień30 - 411
- 2019, Marzec31 - 327
- 2019, Luty28 - 249
- 2019, Styczeń28 - 355
- 2018, Grudzień30 - 541
- 2018, Listopad30 - 452
- 2018, Październik31 - 498
- 2018, Wrzesień30 - 399
- 2018, Sierpień31 - 543
- 2018, Lipiec30 - 402
- 2018, Czerwiec30 - 291
- 2018, Maj31 - 309
- 2018, Kwiecień31 - 284
- 2018, Marzec30 - 277
- 2018, Luty28 - 238
- 2018, Styczeń31 - 257
- 2017, Grudzień27 - 185
- 2017, Listopad29 - 278
- 2017, Październik29 - 247
- 2017, Wrzesień30 - 356
- 2017, Sierpień31 - 299
- 2017, Lipiec31 - 408
- 2017, Czerwiec30 - 390
- 2017, Maj30 - 242
- 2017, Kwiecień30 - 263
- 2017, Marzec31 - 393
- 2017, Luty26 - 363
- 2017, Styczeń27 - 351
- 2016, Grudzień29 - 266
- 2016, Listopad30 - 327
- 2016, Październik27 - 234
- 2016, Wrzesień30 - 297
- 2016, Sierpień30 - 300
- 2016, Lipiec32 - 271
- 2016, Czerwiec29 - 406
- 2016, Maj32 - 236
- 2016, Kwiecień29 - 292
- 2016, Marzec29 - 299
- 2016, Luty25 - 167
- 2016, Styczeń19 - 184
- 2015, Grudzień27 - 170
- 2015, Listopad20 - 136
- 2015, Październik29 - 157
- 2015, Wrzesień30 - 197
- 2015, Sierpień31 - 94
- 2015, Lipiec31 - 196
- 2015, Czerwiec30 - 158
- 2015, Maj31 - 169
- 2015, Kwiecień27 - 222
- 2015, Marzec28 - 210
- 2015, Luty25 - 248
- 2015, Styczeń27 - 187
- 2014, Grudzień25 - 139
- 2014, Listopad26 - 123
- 2014, Październik26 - 75
- 2014, Wrzesień29 - 63
- 2014, Sierpień28 - 64
- 2014, Lipiec27 - 54
- 2014, Czerwiec29 - 82
- 2014, Maj28 - 76
- 2014, Kwiecień22 - 61
- 2014, Marzec21 - 25
- 2014, Luty20 - 40
- 2014, Styczeń15 - 37
- 2013, Grudzień21 - 28
- 2013, Listopad10 - 10
- DST 63.10km
- Czas 02:31
- VAVG 25.07km/h
- VMAX 52.40km/h
- Temperatura 16.0°C
- Podjazdy 293m
- Sprzęt Czarnuch :)
- Aktywność Jazda na rowerze
W(a)P(ie)N(nie)
Piątek, 5 lipca 2019 · dodano: 05.07.2019 | Komentarze 18
Znów zmarzłem - hurra! :)
Wiało jak cholera - nie hurra.
Rano padało - również nie hurra! Ale na szczęście słabo, więc w sumie hurra, bo dzięki temu pojawiła się motywacja do poważniejszego testu Czarnucha w warunkach zbliżonych do bojowych :)
Oczywiście kierunek mógł być jeden - Wielkopolski Park Narodowy. Żeby się do niego dostać, musiałem najpierw przebić się przez Luboń, co jak zwykle oznaczało kryzys w mojej chęci do jazdy, ale jakoś się udało. Do bram WPN-u zawitałem w Wirach...
...by już po chwili niemal wyciągać piasek z butów podczas śmigania po polnych drogach. Niestety, po opadach nie został nawet kawałek kałuży czy nawet błocka.

Następnie, już terenami leśnymi...

...dopchałem się nad Jezioro Jarosławieckie. Ciche, spokojne, bez ludzi... Tak jak lubię.

Kolejnym etapem były Jeziory oraz rezydencja użytkowana przez niemieckiego zbrodniarza Arthura Greisera, w czasie II Wojny Światowej pełniącego funkcję Namiestnika Kraju Warty (akurat jestem świeżo po lekturze "Biednych ludzi z miasta Łodzi", książki o łódzkim getcie, więc w miarę na bieżąco). Aktualnie znajduje się w nim Muzeum Przyrodnicze, z całkiem pokaźnymi zasobami zwierzęcego truchła.

A zaraz za nim rozpościera się zacny widoczek na Jezioro Góreckie, nad którym oczywiście się pojawiłem, szukając na próżno możliwości dostania się na Wyspę Zamkową - niestety, czymś innym niż łódką można wykonać to jedynie zimą, po lodzie.




Na i w końcu popełniłem błąd taktyczny - skierowałem się w kierunku Trzebawia. To znaczy - chciałem się skierować. Niestety, rzeczywistość okazała się bardziej brutalna niż to pamiętałem - to, co uznane jest tam za drogę, śmiało mogłoby być narzędziem tortur, i to tych cięższych :) Po jakimś kilometrze walki z tym miksem kolein, piachu i wysuszonej, mega twardej ziemi, poddałem się i zawróciłem. Co łatwe nie było, a pewnie gdzieś w Stęszewie słyszano moje jąkające się "ku...ku...ku...kurr...cz...cz... e..." (no, załóżmy)... :) Istny trenażer Parkinsona...
Miałem już dość lasu :) Mój misterny plan, żeby nim dotrzeć do połowy drogi i wrócić asfaltem z wiatrem, się rypnął. Trzeba było więc powziąć awaryjny, którym był dojazd Greiserówką do Komornik i Szreniawy, a stamtąd wykonać objazdówkę przez Rosnowo, Gołuski, oraz Plewiska do domu, już niestety na otwartym terenie, co oznaczało męczarnie wietrzne, od których odpocząłem dopiero na ostatnich ośmiu kilometrach.
Test wyszedł pozytywnie - Czarnuch jest zwrotny, dobrze radzi sobie z korzeniami i piachem, hamulce się dotarły. Raz tylko spadł mi łańcuch, ale z mojej winy, bo zbyt szybko zmieniłem przełożenie z przodu z najcięższego na najniższe. Poza tym innych problemów nie odnotowano. Czarnuchu, oficjalnie mianuję Cię już na pełnoprawny dwukołowy pojazd w trollowej stajni :)
Relive TUTAJ.
Oczywiście do pracy bym nie zdążył, gdyby nie rower. Dojazd w obydwie strony doliczony do dystansu.
- DST 64.00km
- Czas 02:16
- VAVG 28.24km/h
- VMAX 50.80km/h
- Temperatura 16.0°C
- Podjazdy 144m
- Sprzęt T-rek(s)
- Aktywność Jazda na rowerze
Kredki, Kiciuś i ameba
Czwartek, 4 lipca 2019 · dodano: 04.07.2019 | Komentarze 27
Rano zmarzłem :) Fajne to uczucie, szczególnie po koszmarnych doznaniach upalnych czerwcowych dni.
Niestety odczucie chłodku to jedno, ale potęgowanie go przez mocny i zimny wiatr drugie. I tak jak pierwsze to rozkosz, tak drugie jest demotywatorem kompletnym, co widać po wyniku. W sumie zwycięskim, patrząc na przykład z perspektywy poczynań naszych rodzimych rządowych inteligentów ostatnio w Brukseli :)
Trasa to zachodni coś: Poznań - Plewiska - Skórzewo - serwisówki - Sierosław - Węckowice, tam nawrotka - Sierosław - Zakrzewo - serwisówki - Plewiska - Poznań. Tak jak na Relive,
Gdy już udało mi się przeczłapać przez korki w Plewiskach (one się nigdzie nie kończą) i dotrzeć do Skórzewa, najpierw zaliczyłem klasyczny postój przy kredkach...
...a pod koniec styk śmieszki gównianej oraz tej fajnej, też klasycznej...
...ale najciekawiej było pośrodku. Gdzieś za kościołem usłyszałem za sobą upojny dźwięk klaksonu, już wiedząc, że zapewne chodzi o kostkowane coś po drugiej stronie drogi, co staje się obowiązującą mnie DDR-ką dopiero za jakieś pół kilometra, gdy magicznie pojawia się po mojej prawej. Początkowo zignorowałem, ale pierdnięcie się powtórzyło. więc skwitowałem to staropolskim stwierdzeniem, hmmm..., "oj, oj, oj, a kysz, idź sobie, motyla noga". No dobra, może nie do końca tak to brzmiało :) No i wtedy zobaczyłem tył Pana Kotka. Zapewne z jakimś sporym kompleksem.
Niestety zobaczyłem go zbyt blisko, bo Mruczuś zaczął mi hamować centralnie przed kołem. I tak kilka razy - nagłe hamowanie i moja reakcja werbalna. Cwaniaczek nawet nie odważył się wysiąść, tylko zrobił z siebie debila, stworzył zagrożenie w ruchu (a ja znów nie miałem kamerki, tylko zrobione zdjęcie z dowodem, że powodu do zatrzymywania się nie miał) i poleciał dalej. Dodaję więc Kiciusia do kolekcji istot o IQ ameby. A ja oczywiście na śmieszce - chcąc nie chcąc - się pojawiłem, gdy tylko zaczęła mnie obowiązywać.
Do dystansu dodaję odcinek do pracy w tę i z powrotem.
- DST 53.30km
- Czas 01:50
- VAVG 29.07km/h
- VMAX 51.20km/h
- Temperatura 20.0°C
- Podjazdy 137m
- Sprzęt T-rek(s)
- Aktywność Jazda na rowerze
Płaskości i jeleniogórskie reminiscencje
Środa, 3 lipca 2019 · dodano: 03.07.2019 | Komentarze 12
Nadszedł czas na powrót do wielkopolskich płaskości. Czyli nudy, ale też potrzebne, coby się góry za bardzo nie opatrzyły.
Poranny kursik odbywał się w w genialnej - jak na ostatnie dni - temperaturze oraz przy typowo poznańskim wietrze :) No dobra, wiało dzisiaj pewnie wszędzie podobnie, czyli mocno i średnio przewidywalnie, a będzie gorzej. To na początek, jako niezbędna dawka optymizmu :)
Trasa - zachodnia, głównie serwisowo-polna pętelka: Poznań - Plewiska - Zakrzewo - Sierosław - Więckowice - Fiałkowo - Dopiewo - Dopiewiec - Palędzie - Dąbrówka - Plewiska - Poznań. Brakowało przewyższeń, na szczęście bywały wiadukty. Chociaż to :)
W Dopiewie zakwitłem sobie (nie tylko ja) za kombajnem. I mimo że był nowoczesny, piękny, zielony i w ogóle Johny Deere, to te czołganie się 20 km/h po jakimś kilometrze lekko mnie zmęczyło. Trzeba więc było sobie radzić. A że się nie za bardzo dało inaczej, to wyjątkowo pojawiłem się na przedłużeniu śmieszki, który w sumie nie wiadomo czym jest. I po problemie :)
Tyle z równin. Żeby jednak jakoś płynnie i mniej okrutnie (na potrzeby bloga) pożegnać się z Sudetami, jeszcze kilka fotek ze spacerku, który wykonałem z Żoną i Kropą w niedzielę, jakieś dwie godziny po wypadzie na Karkonoską. I dopiero to, czyli ponad 11 kilometrów w temperaturze około 35 stopni, mnie zmęczyło :) Miejscem wypadu była Perła Zachodu, a trasa do połowy wykonana szlakiem cywilizowanym, a powrót praktycznie dzikimi terenami po drugiej stronie Bobru. 














Polecam Perłę Zachodu z każdej strony, choć wersja "dzika" usiana jest powalonymi drzewami i trzeba skakać po skałkach. Rowerem odradzam, ale piechotką - jak najbardziej. TUTAJ Relive z tej wycieczki.
- DST 51.40km
- Czas 02:03
- VAVG 25.07km/h
- VMAX 53.00km/h
- Temperatura 20.0°C
- Podjazdy 683m
- Sprzęt Zimówka - góral (na emeryturze)
- Aktywność Jazda na rowerze
Bobrzym szlakiem
Wtorek, 2 lipca 2019 · dodano: 02.07.2019 | Komentarze 18
Dzisiaj w końcu temperatura wyluzowała, niestety jak zwykle nie odbyło się bez ofiar, bo zaczęło konkretnie wiać, niemal jak w Poznaniu :) Jednak mimo wszystko uważam tę zmianę na plus, mimo że chodziło o to, żeby było ileś tam stopni in minus.
Kierunek powiewu był z grubsza północno-zachodni, a właśnie tam, patrząc z perspektywy Jeleniej Góry, położone są malownicze Góry Kaczawskie, kolejne z tych mniej popularnych wśród ludożerki. Znaczy się – cieszyłem się, iż nie czeka mnie jakiś tam banalny Karpacz czy Szklarska.
Ruszyłem wpół do dziewiątej, z radością przyjmując na klatę poranny chłodek (cudowna rzecz!). Jako pierwszy etap wypadu zaplanowałem Perłę Zachodu, do której prowadzi leśny, cywilizowany (aż za bardzo, kiedyś było dziko i miało to swój urok) szlak pośrodku malowniczego wąwozu nad Bobrem. Rzeka ta będzie mi dziś towarzyszyć od początku do końca wyjazdu.


Na miejscu klasyczne fotki z widokiem na kładkę nad Jeziorem Modrym oraz te z tarasu…


...jak i z dołu, z wysokości zapory. Nie ostatniej dziś.


W Siedlęcinie szybkie cyknięcie historycznej wieży rycerskiej oraz zdziwienie, jak to ta zła Unia nas zniewala, głównie przez remonty jeszcze jakiś czas temu kompletnie dziurawych dróg… :)

Kolejny etap to najpierw wspinaczka do Strzyżowca, a następnie długaśny zjazd do Pilchowic, które wstępnie ominąłem i skierowałem się dalej na północ, wciąż wzdłuż rzeki.

Miejscem nawrotki było wciąż zapyziałe miasteczko Wleń, choć – wbrew nazwie, nawiązującej do mojego ulubionej aktywności, czyli ”nicnierobienia” - wyjątkowo robotnicy nie oddawali się (w)len-istwu, tylko gorliwie dokonywali remontowego Armageddonu na rynku.

W jednej z bocznych dróg uwieczniłem jeszcze wakacje z duchami…

...i ruszyłem swoimi śladami z powrotem do Pilichowic, w których wykonałem recz jedynie słuszną, czyli wdrapałem się najpierw pod…


...a następnie na tamtejszą elektrownie oraz zaporę, drugą pod względem wysokości w Polsce, zbudowaną, jak to tu bywa, przez Niemców na początku XX wieku. I nawet mnie, stałego bywalca, wciąż przytłacza ogrom tego przedsięwzięcia.





W poczuciu dobrze spełnionego obowiązku wróciłem na swój szlak…

...i doczłapałem do Jeleniej, już z wiatrem w plecy, dzięki któremu nadrobiłem to, co straciłem na… zjazdach, gdy masakrował mnie z boku i w pysk :)
Brakowało mi jeszcze troszkę do wiadomego dystansu, więc pokręciłem się jeszcze chwilę po Zabobrzu, paskudnym jak zawsze, ale za to z fajną perspektywą na stare miasto.

No i… koniec tego krótkiego wypadu w góry. Milo było, ale się skończyło. Akumulatory częściowo naładowane, a jak się wyładują i znajdzie się chwila wolnego, to zawsze mam dostępną ładowarkę z energią sudecką na wyciągnięcie ręki. Dość długiej, ale jednak :)
Relive TUTAJ.
- DST 52.30km
- Czas 02:05
- VAVG 25.10km/h
- VMAX 61.50km/h
- Temperatura 28.0°C
- Podjazdy 723m
- Sprzęt Zimówka - góral (na emeryturze)
- Aktywność Jazda na rowerze
Rudawy, czyli u siebie :)
Poniedziałek, 1 lipca 2019 · dodano: 01.07.2019 | Komentarze 15
Po wczorajszym
atakowaniu tego, co miało być zaatakowane, o godzinie nieludzkiej,
musiałem dzisiaj się wyspać. Jako tako się udało, choć w pewnym
momencie miałem ochotę wystrzelać bydło... wrrrroć, nie chcę
obrażać bydła... ludzi drących ryje w środku nocny na Placu
Ratuszowym.
Wyruszyłem dopiero
o dziewiątej, gdy już robiło się ciepło, a w sumie za ciepło.
Wiedziałem, że będę cierpiał, lecz cóż zrobić – górki same
się nie wyjeżdżą :) Miałem zaplanowane niewysokie, ale za to ukochane Rudawy Janowickie (które powinny być reklamowane sloganem "cycuchy są wszędzie"), póki co dopiero w minimalnym
stopniu przeżarte komerchą. I niech tak będzie po wieki wieków.
Kurs zacząłem od
okolic jeleniogórskiego lotniska i drogi na Łomnicę, remontowaną (na szczęście) i z widocznymi (niestety) zalążkami
DDR-ki (plus, że asfaltowej, ale będą fale, oj będą…), by
następnie piąć się pod górkę do Wojanowa…


...i mijając
Jasiową Dolinę dostać się do… No właśnie. Chciałem do
Maciejowej, ale okazało się, iż skończono robić jej obwodnicę
(w końcu!) i teraz da się ominąć tę jedną z najbardziej
paskudnych dzielnic Jeleniej. Droga jest godna, choć nie zaplanowano
szerokiego pobocza, poza tym wolę nie myśleć, ile drzew poległo,
żeby powstała.
Następnie już
klasyk: droga z Radomierza do Janowic…

...w których jak
zwykle pogłaskałem jednego ze swoich…
...lekko nawet
dostosowując go do wersji ”pro”:)
A skoro Janowice, to
oczywiście Miedzianka, czyli odżywające miasteczko-trup, o którym
rozpisywałem się już wielokrotnie (najszerzej TU). Tym razem
wdrapałem się ”tylko” do browaru, w którym na chwilę
zawitałem, zadając nawet niestosowne pytanie, czy jakimś cudem
dostanę piwo bezalkoholowe (wiem, potwarz). Nie było, jedynie
radlerki, więc podziękowałem, cyknąłem fotki i poleciałem w
dół, z prędkościami 60+.

Zahaczyłem jeszcze
o moją uwielbioną leśną lokalizację, czyli strumyk płynący
gdzieś z głębi gór, cudownie zimny i czysty, niestety też dość
wysuszony.

Powrót to objechane
wiele (w sumie to ciekawe ile?) razy: Trzcińsko, Przełęcz
Karpnicka, Karpniki, Krogulec, Bukowiec, Mysłakowice i powrót trasą
na Karpacz.

Powolutku, bez
szaleństw, z uwagą, coby się nie przegrzać – tak jak
zaplanowałem, tak wyszło. No, może prócz ostatniego elementu, bo
pod koniec dosłownie parowałem.
Relive TUTAJ.
Niestety, znów muszę się powtórzyć - tak BS-a, jak i komentarze (dziękuję!) - dogonię, zapewne już jutro. A pewnie i literówki :) Znów cud, że relacja powstała tego samego dnia, bo nadrabiane jeleniogórskich zaległości towarzyskich samo się nie wykona.
- DST 53.10km
- Czas 02:21
- VAVG 22.60km/h
- VMAX 53.50km/h
- Temperatura 30.0°C
- Podjazdy 1047m
- Sprzęt Zimówka - góral (na emeryturze)
- Aktywność Jazda na rowerze
Przełęcz Karkonoska
Niedziela, 30 czerwca 2019 · dodano: 30.06.2019 | Komentarze 37
Jako że udało się
w gorącym (dosłownie) urlopowym okresie wygenerować kilka marnych
dni wolnego, postanowiliśmy jak zwykle wybrać się w moje rodzinne
rejony. Tym samym wczoraj wieczorem zameldowaliśmy się w Jeleniej
Górze.
Na dzisiejszy
dzionek plan miałem jeden, za to zdecydowany: nie umrzeć.
Zapowiadane temperatury bowiem znów miały przekraczać miliardy
kresek na plusie, co przeraża mnie tak, jak preferencje wyborcze
Polaków.
Żeby powyższy się
udał, musiałem wstać w środku nocy (po szóstej) - udało się,
choć trochę mi zeszło na wyprowadzeniu psów i wyjazd nastąpił "dopiero” po siódmej. Taki z tego plus, że było jeszcze w
granicach dwudziestu stopni, czyli dało się oddychać. A kierunek?
Opcje były dwie: albo pokręcę się gdzieś w upale po płaskich
rejonach, albo – jeśli jednak tragedii pogodowej nie będzie - pyknę sobie na Przełęcz Karkonoską (od razu wiedząc, że
psychicznie muszę nastawić się na koszmarną średnią). To taki –
mitologizowany w "pewnych kręgach” podjazd, z nachyleniem faktycznie dochodzącym do 29%, najcięższy w Polsce, ale czy aż
tak warty uwagi? Ja pamiętałem go sprzed dobrych kilkunastu lat (a
może nawet ponad dwudziestu? Cholera wie) i szczerze mówiąc nie wrył mi
się jakoś pozytywnie w pamięć, bo widokowo dupy od pewnego momentu
nie rwał, a poza tym bardziej od samego (trzeba przyznać –
godnego) przewyższenia na krótkim odcinku, męczyły mnie tam
dziury, których momentami więcej było niż asfaltu.
Z centrum
skierowałem się najpierw na Cieplice, następnie na chwilę
przysiadłem przy Stawach Podgórzyńskich, okrutnie oszpeconych nowym
budynkiem smażalni…

...bo po chwili
znaleźć się w Podgórzynie, gdzie przywitałem się z sympatycznym
muflonem.
Po pogłaskaniu
czworonoga zacząłem wspinaczkę, bo słońce, choć coraz bardziej
okrutne, dawało nadzieję, że nie zabije mnie w ciągu najbliższej godziny. A jeśli miałem jakiekolwiek wątpliwości co
do dalszego kierunku, to nagle mi się one rozwiały. Czemu? Bo na
horyzoncie zauważyłem pewną sylwetkę idącą z rowerem. W dół.
Gdzie oczywiście można się było nieźle rozpędzić. Już
wiedziałem – w końcu natknąłem się na… Morsa :)
Zaskoczenie – jak
widziałem – było obustronne. Jednak po przedstawieniu się
nastąpiło uroczyste cofnięcie "pod tramwaj”, w celu wykonaniu
historycznej foty. Z wielu względów :) 
Myślę, że do annałów
przejedzie zaproponowane przeze mnie, porównywalne niemal do
podania łapy przez Kaczyńskiego Tuskowi (lub odwrotnie), zbliżenie
na stojące kolo siebie opony Dębicy i Schwalbe. Moja to ta po lewicy :)
W sumie podczas
powrotu zauważyłem, że byłaby jeszcze lepsza miejscówka, ale
było już po ptakach :)
Pogaworzyliśmy
trochę o typowo rowerowych tematach: Ukraińcach, sytuacji na
jeleniogórskim rynku czy chromach w BMW. Sam Mors wracał z
jakiejś eskapady górskiej rozpoczętej o piątej rano. Szkoda, bo
zaproponowałem wspólny wjazd na Przełęcz, jednak odmowę z tego
powodu jestem w stanie nawet zrozumieć.
W międzyczasie
dokręcił do nas sympatyczny kolarz, który jak się okazało już
chyba 102 razy zdobywał Karkonoską. Nie powiem, podziwiam i nie rozumiem
:) Dzisiaj jednak robił tylko okrętkę "dolnych rejonów”. Aha,
jeździ też do córki do podpoznańskich Komornik, co było pewnym
spoiwem porozumienia – wszystko fajnie, tylko za płasko :)
Czułem rosnącą
temperaturę, więc trzeba było zakończyć spotkanie na szczycie.
Na pożegnanie zostało mi jeszcze udowodnione, że zbieranie puszek
i innych śmieci ze szlaków to nie ściema (to szanuję) i sprzedany
patent z trzymaniem licznika w torbie przy ramie, żeby nie zarysować
kiery (hmmm…), po czym każdy ruszył w swoją stronę. Mi los
wylosował wspinaczkę.
Odcinek do końca
Przesieki kręciłem już wiele razy, choć ostatnio nieczęsto, więc
zatrzymałem się jedynie na fotę z cyklu klasyk...
...oraz przy…
morsie. Obiecałem w końcu. Foczka poszła gratis :)
Za szlabanem,
cudownie zamkniętym dla ruchu samochodów, zaczął się konkrecik.
I teraz te emocje, pytania zadawane w przestrzeń: wjechał czy nie
wjechał? Dal radę czy nie dał rady?
Oczywiście, że
wjechałem! Czemu miałbym tego nie zrobić? :)
Małe podsumowanie "przyjemności” z tej jazdy, którą miałem okazję dziś sobie
przypomnieć: po ostrzejszych kawałkach trzeba faktycznie momentami
kursować „pijanym wężykiem”, bo kiera leci do góry. Jednak da
się to ogarnąć. Ja musiałem zatrzymać się raz, przez swój
głupi błąd, bo chciałem zrobić jednocześnie fotę widoczku z
tyłu i kręcić dalej. Nie wyszło, bo wjechałem w muldę :) Poza
tym był jeszcze jeden stop, na niemal płaskim, w celu wymiany
baterii w kamerce – jednak z filmiku i tak raczej nic nie będzie,
bo zapomniałem wziąć z Poznania mocowania na kask, który jako
rezerwowy trzymam w Jeleniej. A nagrania "z cyca” w górach
wychodzą tak, że widać tylko drogę. No ale w wolnej chwili
sprawdzę, może coś się z tego uratuje.
Poza tym Przełęcz
Karkonoska jest jak najbardziej do ogarnięcia dla osoby, która ma
jako taką kondycję, bo tu od niej ważniejsza jest głowa. Sporo
oczywiście pomagają motywujące napisy, szczególnie na końcowym
odcinku, gdzie jest "najciekawiej”.


Największym minusem
– i tu się nic nie zmienia od wieków – jest koszmarny stan
asfaltu. Podczas jazdy w górę przeszkadza mniej, ale już podczas
jazdy kilka razy miałem ciepło w pewnych strategicznych miejscach,
bo dziury po zimie są jedynie zrównane piachem (czy co to tam
jest), więc tylko jako taki refleks uratował mnie przed upadkiem,
tym bardziej, że moje hamulce wzbudzają przerażenie nawet na
płaskim. Zamiast rekompensaty za wspinaczkę jest więc mały
koszmarek, który kończy się dopiero po kilku kilometrach.
Kilka zdjęć z
góry, robionych na szybko, bo zeszło mi trochę na pogaduchach z
Morsem, a gonił mnie czas (planowany wypad "póki jeszcze się da”
na Perłę Zachodu) oraz temperatura. Z tych względów już
odpuściłem sobie Odrodzenie. Wpadnie następnym razem, choć w
sumie nie wiem po co miałbym się tam pojawiać, bo znam wiele
ciekawszych, szczególnie widokowo, miejsc w Sudetach :)




Wracałem przez
Borowice, gdzie spotkałem wspomnianego sympatycznego "rekordowego”
kolarza, który podał mi jeszcze rękę z gratulacjami (tylko za co?
Przecież to tylko Karkonoska, hehe), Podgórzyn, Zachełmie,
Sobieszów i Cieplice.
Karkonoska została zaliczona, po latach. Wniosek/retrospekcja - to jedno z niewielu miejsc, gdzie wolę podjazd od zjazdu, przynajmniej od/do granic "przełęczy właściwej". Czyli nic się nie zmieniło :) Przynajmniej przypomniałem sobie, czemu nie chciało mi się tu wracać :) No i ta średnia... :)
Największy sukces? To, że ten wpis powstał tego samego dnia :) Sorry za ewentualne błędy (tablet rządzi się swoimi prawami) - poprawię. Kiedyś. A zaległości na BS oczywiście nadrobię. Kiedyś. Na razie idę spać :)
Relive (niestety GPS trochę poszalał) TUTAJ.
- DST 52.40km
- Czas 01:48
- VAVG 29.11km/h
- VMAX 50.80km/h
- Temperatura 21.0°C
- Podjazdy 121m
- Sprzęt T-rek(s)
- Aktywność Jazda na rowerze
Milicyjnie
Sobota, 29 czerwca 2019 · dodano: 29.06.2019 | Komentarze 6
Dzisiaj rano jeszcze dało się żyć i oddychać. Z akcentem na "jeszcze".
Najpierw o trasie, żeby mieć to już za sobą :) Weszła lekko północna zachodnia pętelka: Poznań - Plewiska - Skórzewo - Wysogotowo - Dąbrowa - Sierosław - Więckowice - Fiałkowo - Dopiewo - Dopiewiec - Palędzie - Gołuski - Plewiska - Poznań.
Relive TUTAJ.
Końcówka wczoraj wspominaną Głogowską, dziś bez debila, choć trafił się inny kretyn, ale szkoda słów na opisywanie :) Wiało, może nie jakoś mocno, lecz upierdliwie, bo znów bez chęci pomocy.
Na drodze technicznej wzdłuż DK307 przyuważyłem starszego pana, który coś tam kombinował przy rowerze, więc zatrzymałem się, pytając czy w czymś mogę pomóc. Okazało się, że dziadkowi "coś tam obciera" w kole - niestety nie było rady, gdyż koło miał tak scentrowane, że mogłem jedynie polecić wizytę w serwisie. Pan podziękował za poradę i stwierdził, że "jakoś tam się dokula" do Zakrzewa.
W Fiałkowie wystawiono tym razem milicyjny radiowóz - zapewne z okazji wczorajsze rocznicy Czerwca 1956 roku. Miło.
No i informacja, która może komuś się przyda: na nowym skrzyżowaniu w Więckowicach światła nie "łapią" rowerzystów. Ja odczekałem trzy cykle, podczas których wjechało z boku kilka samochodów, a w końcu i tak musiałem jechać na czerwonym, oczywiście po upewnieniu się, że nic mi nie grozi.
- DST 65.40km
- Czas 02:19
- VAVG 28.23km/h
- VMAX 50.80km/h
- Temperatura 22.0°C
- Podjazdy 139m
- Sprzęt T-rek(s)
- Aktywność Jazda na rowerze
Pałacowo, rogalowo i klaksonowo
Piątek, 28 czerwca 2019 · dodano: 28.06.2019 | Komentarze 13
Przyjemny chłodek (bo w "tych czasach" lekko ponad dwadzieścia stopni na plusie musi być za takowy uważany) się dziś utrzymał, tak samo jak mocny wiatr, taki niby z północy, ale jednak bardziej z zachodu, z momentami, gdy był bardziej z północy, lecz przy okazji z zachodu. Skomplikowane? To uproszczę - po prostu nie chciał pomagać :) No i najważniejsze - jednak nie padało.
Trasa - w tę i z powrotem po serwisówkach: z Dębca przez Plewiska, Dąbrowę, Zakrzewo, Batorowo i Swadzim. Miejscowości niby sporo, ale to głównie kurs po samych drogach technicznych, z małymi elementami cywilizacji po drodze. Nie muszę dodawać, że jak trafiło się na nich jakiekolwiek drzewko sięgające wyżej niż do kolan, było to święto - nomen omen - lasu. Tu jedno z nich.
Optymiści od znaków drogowych ostrzegli, że mogę trafić na jakąś dziką zwierzynę...
...i faktycznie. Normalnie czułem się jak na safari :)
Zajechałem też pod bramę "pałacu", jak dumnie nazwano współcześnie powstały klocek z kolumnami w Batorowie. Jednak dobra nazwa to podstawa skutecznego marketingu :)
Aha, zgłodniałem, więc trzeba było wlecieć do pewnego przybytku z pieczywem. Dzięki temu wiem, że kieszeń w koszulce rowerowej jest w stanie pomieścić rogala, a nawet dwa, skonsumowane zresztą podczas jazdy :)
A przy okazji znalazłem coś, co - gdybym wysłał jednemu ze znajomych, bez uszczegółowienia, o co dokładnie chodzi - skończyłoby się tym, że pewnie już zbierałbym zamówienia w ilościach hurtowych :) W sumie ciekawe, co marketingowiec miał na myśli wymyślając ów źródlany slogan...
I w sumie tym optymistycznym akcentem powinienem zakończyć wpis, ale nie było mi dane. Czemu? Zaraz wytłumaczę, jednak najpierw mały rys topograficzny.
Ulica Głogowska w Poznaniu to bardzo długa arteria, granicząca z miejscowością Komorniki, na południowym odcinku prowadząca między innymi do zjazdu na A2 i przechodząca w drogę wojewódzką. Jest tam ograniczenie do osiemdziesiątki oraz pas zieleni pośrodku, jednak nie ma żadnych zakazów tyczących się pojazdów typu rower czy furmanka. Jeżdżę nią regularnie, bo jest przedłużeniem moich codziennych tras i ma szerokie pobocze. Dzięki "panu Góglu" mogę ją nawet zaprezentować, z odpowiednią, w pełni profesjonalną jak na poziom przedszkolaka, ikonką prezentującą moje standardowe położenie :)
No i tu właśnie usłyszałem klakson. Ten dźwięk pojawia się średnio co kilkanaście wyjazdów, jednak tym razem nie odpuściłem i zacząłem gonić istotę, która raczyła wydobyć takowy ze swojego Forda Transita. Udało się na ulicy Ostatniej, w takich oto okolicznościach:
Skorzystałem z czerwonego i poprosiłem klaksonowego do szybki, grzecznie (jeszcze) pytając, co chciał przekazać tym magicznym pierdnięciem. No i się zaczęło: że nie mam prawa tamtędy (czyli po tym, co na wcześniejszym zdjęciu) jeździć, że wzdłuż jest "ścieżka" rowerowa (kłamstwo - zaczęła się dopiero na Ostatniej i nią właśnie jechałem, co widać), że coś tam, coś tam. I tak od słowa do słowa wdała się pyskówa, podczas której padła sugestia z mojej strony, że skoro przewozi ludzi (akurat teraz miał pusto) zawodowo, to wypadałoby znać podstawowe przepisy, nawet przy kupionym prawie jazdy. A wszystko w otoczce mało subtelnej łaciny :)
I pewnie nawet bym o tym nie wspominał, bo takie dyskusje się zdarzają i najczęściej o nich po chwili zapominam. Jednak najciekawiej się zrobiło kawałek dalej, gdy pojawiły się kolejne światła, a ja musiałem zjechać z DDR-ki, bo się skończyła. Ten debil, bo już nie mam zamiar szczypać się z nazewnictwem, gdy tylko zobaczył, że zgodnie z prawem zamierzam wyprzedzić go z prawej, chcąc przesunąć się do przodu w mini korku... zajechał mi drogę, do tego ustawiając się ukosem tak, żebym nie mógł wyprzedzić i z lewej (co finalnie się udało, ale w pędzie i na sporym ryzyku). Oj, żałowałem, że nie miałem kamerki, bo gnojowi bym nie darował zagrożenia, które spowodował, już nie mówiąc o całokształcie sytuacji... Niestety już nie udało mi się go dogonić. Tego w sumie żałuję jeszcze bardziej :)
No nic, adrenalinka skoczyła, można było spokojniej jechać do pracy. Dystans dołączam, w obydwie strony.
- DST 53.00km
- Czas 01:53
- VAVG 28.14km/h
- VMAX 53.00km/h
- Temperatura 21.0°C
- Podjazdy 208m
- Sprzęt T-rek(s)
- Aktywność Jazda na rowerze
Wietrzne susy i Ursusy
Czwartek, 27 czerwca 2019 · dodano: 27.06.2019 | Komentarze 11
Zgłupieć można. Wczoraj Polska była drugą Afryką, dziś za to drugą Skandynawią. Bo co prawda w końcu pojawiło się błogosławieństwo w postaci znacznego spadku temperatury, ale w zamian dostaliśmy huraganowy wiatr z północnego zachodu i zachodu. Z dwojga złego oczywiście wolę tę drugą wersję, ale czy nie może po prostu być normalnie - umiarkowanie ciepło i niezbyt wietrznie?
Wiem, wiem, nie może być :)
Chcąc nie chcąc, musiałem wykonać pętęlkę w znacznej mierze po miejskich duktach: Dębiec - Górczyn - Grunwald - Jeżyce - Golęcin - Strzeszyn - Kiekrz - Rogierówko - Kobylniki - Sady - Swadzim - Batorowo - Lusowo - Zakrzewo - Dąbrowa - Skórzewo - Poznań. Tak jak na Relive.

W Sadach spotkałem dziadka :) Pięknie utrzymany (choć czy aby nie zbyt nowocześnie?) Ursus C-28 z 1963 roku sobie czekał i reklamował spęd. No i dobrze, że stał, bo na trasie nie chciałbym za takim zakwitnąć.


Przez to podziwianie niemal spóźniłem się do pracy. No i przez wiatr oraz korki. Te ostatnie nieźle mnie zdziwiły, bo przecież są wakacje i powinno być luźno, tymczasem...
Ot, Polska.
Na jutro zapowiadają... deszcze. Tak do zestawu.
- DST 53.80km
- Czas 01:54
- VAVG 28.32km/h
- VMAX 50.00km/h
- Temperatura 32.0°C
- Podjazdy 197m
- Sprzęt T-rek(s)
- Aktywność Jazda na rowerze
Żar pe el
Środa, 26 czerwca 2019 · dodano: 26.06.2019 | Komentarze 13
W tytule powinno być żar.pl, ale - jak sprawdziłem - jest taka strona z artykułami do wentylacji, a że jej nie znam, to nie zamierzam robić kryptoreklamy :)
Generalnie wydaje mi się, że sensu tłumaczyć nie muszę - to, co dziś lało się z nieba, przyszło do nas prosto z Sahary, i z grubsza dawało taki sam efekt, jaki można było odczuć tam. Świadom rzezi, która mnie czekała, wstałem (a przynajmniej próbowałem) z wyra koło 6:30, a wyruszyłem godzinę wcześniej niż mam w zwyczaju, czyli wpół do ósmej.
Początkowo nawet nie było tragicznie - 27-28 stopni to przecież już standard, do którego chcąc nie chcąc człowiek przywykł (choć nienawidzi wciąż). Niestety im później, tym gorzej. Komfortu nie dodawali też kierowcy, którzy jak zwykle o tej porze transportowali się - używając lub nie używając mózgów - ze wsi do Poznania. A sama jazda, jak to ostatnio - powolutku, bez pośpiechu, żeby przeżyć. Jakoś się udało.
Trasa to "szubeniczka": Poznań - Luboń - Wiry - Łęczyca - Puszczykowo - Mosina - Sowiniec - Baranowo - Żabno - Żabinko - Mosina - Puszczykowo - Łęczyca - Luboń - Poznań.
Czułem się na tych wielkopolskich stepach jak na dzikim zachodzie - i w sumie częściowo tak było :)
Nawet gdy były momenty leśne (koło Żabna, na Szosie Poznańskiej i za Mosiną), to ewidentnie widać było, ze las aż krzyczy z pragnienia wody. W sumie wiedziałem, że tak będzie, więc nie wybrałem się Czarnuchem, tym bardziej, że wtedy jeszcze opóźniłbym godzinę powrotu.
Dwa niezależne źródła informacji o ukropie potwierdziły to samo:

To drugie zawiera również info o hordach muszek, próbujących wleźć mi do mieszkania :) W sumie się nie dziwię, mamy wentylator stojący, one nie :)
Jakiś czas temu znalazłem luboński objazd głównych, zawsze zaczerwienionych i zakorkowanych ulic. Ma on dodatkowy walor - estetyczny, pasujący bardziej do całokształtu tej miejscówki. I taki Luboń to ja szanuję :) Życzę, żeby reszta też tak wyglądała.
Miało być więcej Kropki, to niech będzie :) Dzisiaj pies początkowo cwaniakował, ale po jakichś dziesięciu minutach "patyczkowania" jęzor wisiał do ziemi.
A po powrocie, jeszcze przed pracą, zostawiałem czworonoga już spokojnego i wyczerpanego - normalnie ideał :)







