Najpierw o wczorajszym koncercie, który miał swoje skutki w temacie dzisiejszego dnia i zapału do jazdy. Ten, kto interesuje się muzyką spod cięższej nuty nie może nie kojarzyć Maxa Cavalery, niegdyś frontmana Sepultury, a aktualnie zespołu Soulfly. Ja, mimo że specjalnym fanem Sepultury nigdy nie byłem, to ten drugi band idealnie wpasował się w mój muzyczny gust, choć z pierwotnego składu został jedynie słynny wokalista. Gdy więc kumpel zaczął namawiać mnie na zaliczenie koncertu w Eskulapie nie krygowałem się jak niewinna młódka - no bo w końcu mieć metalową legendę niemal pod nosem i nie pójść? Toż to grzech najcięższy.
Sam koncert zaczął się od supportu młodych "cavalerów", czyli zespołu dwóch synów Maxa, którzy powoli pracują na swoje własne konto. Tyłka nie urwało, ale po dość długim oczekiwaniu trochę energii nie zaszkodziło. Energia była też inna, bo w tłumie w większości pacyfistycznie i z humorem nastawionych fanów pojawiło się trzech nabuzowanych i narąbanych studenciaków (chyba), z których jeden, mały łysy kurdupel o zachowaniu cwaniaka zaczął kozaczyć i rozpychać ludzi, nieomal wylewając mi browara (a to by bolało, bo 8 PLN za 0,4 Warki w plastiku to była gruba przesada). Kilkoro z normalnych ludzi zainteresowanych muzyką lub po prostu zwyczajną na hardkorowych koncertach rozpierduchą pod sceną, gdzie jeśli ktoś upadnie to od razu rzuca mi się na pomoc połowa z nich, miała już mord w oczach w kierunku tego typka, do którego dołączył jeszcze włochaty karzeł i olbrzymi grubas. Prawdziwa drużyna pierścienic :) Tematu rozwijał nie będę, chłopaki przeżyli, ale jednym z ostatnich widoków z nimi związanymi był widok mentalnych zwłok utytłanych w rozlanym w przedsionku browarze. Jak mi przykro :)
Wracając do koncertu - zrobiłem jeden błąd, bo na zapowiedź wejścia zespołu wyjąłem telefon w celu uwiecznienia tego momentu. No i tak... mam nakręcone ze 20 sekund, potem jest Smoleńsk. Czyli w jednym momencie fona miałem w dłoni, a za chwilę w szoku widziałem jak leci w górę, potem w dół, trafiony pierwszym skokiem tłumu spowodowanym dziewiczym uderzeniem dźwięków. Mój błąd, więcej go nie popełnię. Udało mi się rzucić pod nogi, jak w horrorze złapałem korpus, zanurkowałem po baterię, tylna klapka przepadła. I tak miałem dużo szczęścia, bo szkło Gorilla Glass po raz kolejny się sprawdziło - upadek centralnie na wyświetlacz spowodował tylko delikatne zarysowania!
Dostałem więc lekcję, sprawdziłem czy sprzęt działa i tym razem już trzymając wszystko przy sobie polatałem z tłumem, pogrowlowałem na miarę swoich możliwości, dostałem oraz dałem kilka kuksańców i... miałem dość. Lata już nie te :) Zostawiłem kumpla po kilkunastu minutach w tłumie, a sam wycofałem się na bok, a jakiś koleś widząc, że mam telefon w dość specyficznym stanie powiedział, że "chyba twoja klapka poleciała gdzieś na scenę". No super, na pewno Max się ucieszył z takiego giftu :) Pijąc piwko kręciłem co jakiś czas koncert, mimo że tył fona wyglądał jak skazaniec obdarty ze skóry.
Merytorycznie nie będę się wgłębiał w to, co było mi dane usłyszeć, napiszę jedynie: było godnie i warte poniesionej ofiary. Tym bardziej, że po koncercie zapytałem pro forma jednego z technicznych czy nie widzieli klapki od LG i... dostałem ją do łapy! Co prawda zmasakrowaną, bez szybki od aparatu, ale jednak - była. Cud, który pozwala mi wciąż wierzyć w ludzkość, a baterii być przytwierdzoną do telefonu :)
Aaa, rozpisałem się i zapomniałem, że to blog rowerowy :) Jako że trochę wczoraj jeszcze po koncercie czasu zeszło do powrotu to dziś motywacja do wyjazdu nie była delikatnie mówiąc za duża... Gdyby nie transport obiadku od teściowej to chyba bym się nie zwlókł do południa, a tak to po dziesiątej siłą rzeczy musiałem już pedałować. Wiatr wrócił na północne tory, a do tego był silny, więc jazda przez miasto mimo niedzieli za przyjemna nie była. Nie było też niespodzianek, choć wyhaczyłem na przykład kolesia w średnim wieku, który twardo jechał po zamkniętym od jakiegoś czasu dla rowerów (fakt, że to szczyt debilizmu) odcinku "11"-tki za Złotnikami, mając gdzieś typowe polskie dźwięki klaksonów. No cóż, co kto lubi.
Średnia jak na miasto i moją motywację - do przyjęcia,
Ostatnio nie udało mi się jadąc przez Mrowino znaleźć skrętu na Rokietnicę, z powodu najbardziej banalnego z banalnych - braku jakiegokolwiek oznakowania. Dziś więc postanowiłem do tematu podejść od odbytu strony, czyli najpierw ruszyć na Rokietnicę, a tam znaleźć pożądany zjazd. Jak wymyśliłem tak zrobiłem, minąłem (stój-ruszaj-stój-ruszaj-stój-stój-stój) połowę Poznania, w Strzeszynku zaliczyłem kolejny wykwitły ostatnimi dniami remont drogi, objechałem Kiekrz i zameldowałem się gdzie trzeba, czyli na mini rondku. Po podpytaniu dwójki emerytów okazało się, że trzeba jechać po prostu przed siebie i tyle. I dzięki temu wykombinowałem sobie nową trasą, którą pewnie nie raz będę się poruszał.
W Mrowinie jest fajny przejazd praktycznie przez las, pobudowane są jakieś domki niby letniskowe, dobrze się to prezentuje. Ja cieszyłem się tym bardziej, że udało mi się przyuważyć szpaka, który przeleciał mi centralnie przed kierownicą. Powrót już typowo przez pola i wsie, czyli Napachanie i okolice, uroku w niej mniej niż zero, jedyne co godne zauważenia to wciąż coraz bardziej psujący mi się wzrok podczas zauważania ścieżek. Dziś zresztą uwieczniłem mój ulubiony znak drogowy, oj marzy się, żeby obejmował on 100% terytorium RP. Byłoby z głowy z ryzykowaniem zdrowia i psychiki: Dobrą średnią zabiły dziś trzy czynniki: wiatr, rajd ulicą Grochowską oraz El Classico tego tygodnia, czyli deszcz, który obowiązkowo pojawił się na ostatnich kilku kilometrach jazdy przez miasto.
No nic, kolejny trening zaliczony, nowa trasa wyznaczona, a dziś jeszcze przede mną długo wyczekiwany koncert Soulfly. Jak nie doznam na nim kontuzji to postaram się kontynuować rowerową pasję :)
W końcu wolny, nieweekendowy dzień, w którym nie miałem nic do zrobienia "na wczoraj" i po pierwsze mogłem się wyspać, a po drugie ruszyć gdzieś dalej. Oczywiście, jak to w takich sytuacjach bywa, istotny był czynnik pogodowy, wedle prognoz opisywany po góralsku: "będzie deszcz albo nie będzie".
Na początku nie było, był za to wiatr. Niby zachodni, niby północno-zachodni, a na pewno bardzo silny. Stwierdziłem, że ruszę przez Zakrzewo na Buk, a potem się postanowi co dalej. Zapakowałem sobie w plecaczek batonika i ruszyłem praktycznie na czczo, w żołądku mając pod kategorią "konsumpcja" tylko punkcik "kawka". Jechało się ok, choć wiatr chłostał i masakrował jak Markiz de Sade swoje ofiary. Dość powiedzieć, że jak udało mi się przydepnąć do 29 km/h to się bałem prędkości :) Bałem się też tego naszego debilnego narodu, który reprezentują kierowcy, dla których podwójna ciągła nie istnieje, a to że jadę z naprzeciwka nie jest żadną przeszkodą, żeby wyprzedzić ciężarówkę. Tak sobie z dystansem patrzyłem na zachowanie tego naszego społeczeństwa i analizowałem ilość przydrożnych krzyży, którymi cała trasa jest po prostu upstrzona. No cóż, do cywilizacji nam sporo brakuje.
Dojechałem do Buku, gdzie jak wszędzie ostatnio jakiś remont, objazd, cholera wie. Zjechałem więc tylko ostrożnie pod prąd do rynku, pokręciłem się po nim, a następnie zatrzymałem się przy kolejnym drewnianym (pięknym) kościele do kolekcji.
No i tu właśnie się zaczęło - nad Bukiem zaczęły zbierać się chmury. Co prawda już wcześniej na trasie czułem delikatne krople, ale myślałem sobie, że to właśnie ten zapowiadany - lub nie - deszczyk, więc niespecjalnie się tym martwiłem. A jednak - Buk mnie ostrzegał :)
Jako że cel wstępny osiągnąłem to postanowiłem ruszyć dalej na północ, być może nawet na Pniewy - tak mi się zamarzyło. Jechałem więc całkiem dobrym asfaltem pod wiatr, noga za nogą, z koszmarną prędkością 27-28 km/h. W pewnym momencie spojrzałem przed siebie, a tu taki obrazek: Hmmm... No dobra, optymizm mi się włączył i pomyślałem: "z dużej chmury mały deszcz". To ten... jakby ktoś znał jeszcze jakieś kompletnie nieżyciowe przysłowia to proszę ich tu nie cytować.Był czterdziesty kilometr, kropel coraz więcej, ja praktycznie już przed Dusznikami i we krwi czułem, że cały misterny plan... ten, tego.
Dojechałem do tych nieszczęsnych Dusznik, minąłem je i stwierdziłem, że jechać dalej nie ma sensu, skręcać w jakieś boczne dróżki też, bo prowadzą do remontowanej "92"-ki, a jeszcze mi tylko tarki tego dnia brakowało. Już w zacinającym deszczu zawróciłem, zatrzymałem się przed spożywczym, kupiłem dwie bułki i postanowiłem przeczekać, może minie. Dwie bułki dalej zmieniły się tylko dwie rzeczy - miałem w końcu pełny żołądek, a asfalt zrobił się też pełny od kałuż. Dobra, drugi raz w tym tygodniu zmoknę, pomyślałem, nie ma wyjścia, wracam swoimi śladami.
Powrót to zamiast radosnego kręcenia z wiaterkiem z tyłu slalomik między dziurami z wodą, podmuchy raz z boku, raz po raz nawet faktycznie sprzyjające, ale najfajniejsze były te pełne ochłody kaskady wody uderzające we mnie spod kół ciężarówek....................................
To może tyle na temat tej części. Ważne, że wróciłem i udało mi się nadrobić ze średniej 27,9 w połówce do tej trzydziestki na końcu. Biorąc pod uwagę, że w sumie prawie sześć dych jechałem w deszczu, a połowa drogi zmasakrowała mnie pod względem wiatru czuję się kontent z tej stówki.
Buty się suszą, strój się szuszy, rower usyfiony - no to piąteczek trzynastego mam za sobą :)
Po nocnych opadach rano w końcu było czym oddychać, co niezmiernie mnie ucieszyło, nic mnie bowiem tak nie zniechęca do jakiejkolwiek aktywności jak upały. A tu proszę - niecałe 20 stopni, chmurki przeplatane z niebieskim niebem i słońcem - ideał. No, z jednym poważnym defektem: wiatrem, który znów stał się konkretny (w okolicach 20 km/h). Kierunek północno-zachodni, czyli konieczność jazdy przez moje ukochane MIASTO.
Już na start na skrzyżowaniu Czechosłowackiej z 28 Czerwca o mało nie wpadłem jadąc tą pierwszą, uprzywilejowaną ulicą pod koła idioty, który mając idealną widoczność (musiał mnie widzieć) wyjechał z piskiem opon z tej drugiej. Gdybym nie przyspieszył i nie zjechał na prawo to byłoby po ptokach. Moje pierwsze wypowiedziane tego dnia na rowerze słowo nie nadaje się do cytowania.
Potem czekała mnie droga przez mękę, której nie ma co opisywać ze szczegółami. Powiem tylko tyle, że robiłem co mogłem, a na 10-tym kilometrze przy Ogrodach moja średnia i tak jedynie delikatnie przekraczała 27 km/h. Wiedziałem co mnie czeka dalej - tarka na "92", więc tak zaplanowałem sobie trasę, żeby trafić na nią tylko przez chwilę i odbić na północ. Tak zrobiłem, trochę mnie potrzęsło, do tarki doszły jeszcze niezwykle atrakcyjne wielkie regularne dziury, w które wpadłem z impetem niemal nie urywając kół.
Droga przez Baranowo i Napachanie do Mrowina w większości ma fajny asfalt, pod warunkiem, że nie zauważa się ścieżki z kostki, ciągnącej się na całej długości Napachania, zmieniając jedynie położenie z lewa na prawo. No nie zauważałem :) Kiedyś muszę tam wybrać się z kamerką i przejechać ten kawałek zgodnie z przepisami, oj byłby niezły materiał.
Pierwotnie chciałem zrobić kółko przez Rokietnicę, ale przejechałem zjazd, bo nikt nie raczył zrobić kierunkowskazu. Po co, przecież miejscowi wiedzą co i jak... ;/ Gdy więc już dojechałem do Cerekwicy to stwierdziłem, że nie mam czasu kombinować, bo do pracy trzeba i zawróciłem tą samą trasą, mając nawet kawałek wiatr w plecy. Oczywiście tylko kawałek :)
Jest dobry news - po zjeździe z Przeźmierowa pod wiaduktem tarka w stronę Poznania została już przykryta asfaltem. Jupi! Co prawda korki i tak są, bo 2/3 drogi zajmuje sprzęt remontowy, ale jest nadzieja, że teraz zajmą się drugą stroną.
Ostatni kawałek to ulica Grochowska, niezmiennie mnie fascynująca. Nigdy w życiu nie udało mi się nią przejechać nie stając na światłach, wręcz przeciwnie - i ja, i samochody, które startują ze mną spotykamy się co kilkaset metrów na czerwonym. Niby droga główna, a stoi się na niej częściej niż na tych podporządkowanych. Poznań - miasto know-how ;)
Nauczony wczorajszym doświadczeniem dziś nie patrzyłem w prognozy tylko w niebo. Nic nie wzbudziło mojego niepokoju, więc zgodnie z tradycją pięć dych rano przed pracą musiało zostać wykonane, nie ma zmiłuj. Zerknąłem tylko na wiatr (wschodni według portali) i zaplanowałem sobie w głowie trasę.
Etap pierwszy to walka o życie na Starołęckiej, gdzie jak zwykle korek na korku, zamknięte szlabany i inne atrakcje. Ale jakoś poszło i guzdrząc się pod wiatr dojechałem do Krzesin, potem do Tulec i skierowałem się do Krzyżownik i Śródki, bo w planach miałem zgrabne kółeczko. Jechać jechałem, a wiatr uparł się, żeby za każdym razem wychodzić mi na przeciw. Co zakręt w jakąkolwiek stronę to czułem jego oddech na twarzy. Miałem sprytny plan nadrobić słabą pierwszą połowę ostrym, szybkim zjazdem przez miejscowość Dachowa, ale udało mi się wykręcić żałosne 44 kilosy (w dół!!!), bo co chwilę mnie hamował jakiś podmuch...
W Robakowie, gdzie znajduje się zakład Sokołowa, na zakręcie zaparkowane były trzy albo cztery tir-y ze świniami czekającymi na rzeź, bo przecież nie przywieziono ich tam na wycieczkę krajoznawczą. Smutny widok, a jak dla mnie takie obrazki powinny być puszczane już w przedszkolach - żeby najmłodsi mieli świadomość, że przepyszna uśmiechnięta paróweczka nie urosła sobie na krzaczku, tylko powstała właśnie w ten sposób. Tak do przemyślenia i może do samodzielnego wyboru w przyszłości.
Cała droga powrotna dłużyła mi się przez wiatr, dziury i objazdy, a do tego jeszcze Endomondo mi się wyłączyło w kieszonce i urwało trening w Gądkach - skapnąłem się dopiero w Poznaniu, więc z pięknego kółeczka wyszedł niedomknięty plemnik :) Średnia słabiutka.
Rano jak zwykle ogarnąłem kilka prognoz pogody. Jak zwykle też w ostatnich dniach pokazały mi się wszędzie piękne ikonki ze słoneczkiem, max co mogło mnie zaniepokoić to ewentualnie informacja o chwilowym zachmurzeniu. No to git, była dziewiąta, za oknem ładnie, jeszcze przed ukropem - ruszam!
Aha, zapomniałem napisać. że wiatr miał być wschodni, przez co zaplanowałem trasę "92"-ką do Kostrzyna i powrót przez Tulce. Żarło dobrze przez jakieś... 15 minut. W okolicach Malty nagle zrobiło mi się ciemno, ale nie przed oczami z wysiłku, tylko z powodu wielkiej, ciemnej chmury nad głową. O co chodzi? Przecież miało być tak pięknie, pewnie zaraz się rozchmurzy - pomyślałem, a w tym momencie dostałem smsa od Żony z pracy, że u nich jest burza. Jaka burza? Przecież to tylko chmurka...
Jechałem dalej, o dziwo z wiatrem, który zupełnie nie był wschodni, a jakiś północno-zachodni. No ale jak dają to się nie będę kłócił :) Najgorsze, że chmura zaczęła mnie gonić, choć jeszcze nie spodziewałem się, że cokolwiek się przez nią wydarzy. Dojechałem do Kostrzyna, zakręciłem na Gowarzewo i w tym momencie się zaczęło... W ciągu jakiejś minuty od pojawienia się delikatnych kropel niebo przecięły błyskawice i grzmoty, a za chwilę zaczęła się regularna megaulewa. Szczęście w nieszczęściu, że skojarzyłem, że za 1-2 kilometry w Gowarzewie jest jakieś mini centrum i popędziłem tam pod wiatr najszybciej jak mogłem, choć opony już latały w kałużach.
Mokry schowałem się przed wejściem do sklepu Lewiatan, licząc na to, że burza szybko przejdzie, a ja wyrobię się do 13 do pracy. Czekałem, czekałem, czekałem, a deszcz zamiast się kończyć to się nasilał. Wyglądało to dokładnie tak:
Czekałem ponad pół godziny, będąc na linii z pracą, Żoną i sympatycznym chłopakiem z pobliskiego kebaba, który jak się okazało ostro trenuje, chodząc kilkanaście kilometrów dziennie w tę i we wte do pracy z Kostrzyna. Ot, bo lubi :) Do tego znam już na pamięć ofertę promocyjną Lewiatana jakby ktoś pytał.
I co najlepsze - dzień z temperaturą ponad 30 stopni, a ja... zmarzłem. Tak byłem przemoczony, a stanie w miejscu jeszcze potęgowało wrażenie, że mamy listopad, a nie upalny czerwcowy dzień.
W końcu się przejaśniło i mogłem ruszać, choć zrobiłem to jeszcze w deszczu, bo musiałem się spieszyć. I dobrze zrobiłem, bo już w Poznaniu znów zagrzmiało i gdy wylądowałem w domu to kilka minut później nastąpiło kolejne oberwanie chmury. Jechałem pod wiatr, bo jak już wiemy dla naszych synoptyków wschód oznacza zachód, a słońce - burze z piorunami :)
Nauczony wczorajszym doświadczeniem zmobilizowałem się i wyjechałem dziś wcześniej o godzinę, dzięki czemu zdążyłem jeszcze przed najgorszą parówą. Konsekwencją jednak był dość mocny jeszcze wtedy wiatr, który wiał z kierunku W+S+N+E (oraz jego wariacjami), przez co nie wiedziałem za bardzo dokąd jechać. Choć mając dylemat: "przez miasto lub nie" zastanowiłem się przez 0,0000001 nanosekundy i ruszyłem na południe.
Na początek remont koło Lidla przy A2, ruch sterowany ręcznie i korki. Dokładnie na pierwszym kilometrze. Potem w Luboniu ten sznureczek jeszcze się kumulował, aż do przejazdu w Łęczycy, gdzie, podobnie jak wczoraj, ścieżka rowerowa zaanektowana przez służby remontowe, a obok zakaz jazdy rowerem. Miałem dość, a gdy pomyślałem sobie, że jadąc dalej na południe czeka mnie jeszcze choćby masakra samochodowa w Mosinie i na przykład znów czekania na kolejnej remontowanej trasie w Krośnie, podjąłem szybką decyzję i skręciłem w Puszczykowie w lewo, potem na Rogalin i prosto aż do Mieczewa. O tyle fajnie, że trasa prowadzi w 70% przez lasy, więc udało się uniknąć najgorszego, czyli masakrującego słońca. Wiatrem się nie przejmowałem, bo wiedziałem, że to, że teraz wieje mi w twarz powtórzy się podczas powrotu tą samą drogą, bo to przecież nieuniknione :)
O dziwo dziś żadnych hardkorów nie było, nikt z zapuszkowanych mnie nie wkurzył ani nie zirytował, pojedynczy kolarze (choć była też jedna trzyosobowa grupka) ładnie się pozdrawiali. Kulturka. Wróciłem lekko zdechnięty od temperatury, tempa specjalnie nie forsowałem, bo szkoda serca. Bosh, jak dobrze, że w pracy działa klima...
Być może dla miłośników leniwego stapiania tłuszczu na plaży taka pogoda jak dziś (i przez kolejne dni) jest wymarzona, natomiast ja czuję się przy niej jak usmażony kawałek mięcha, a najlepiej mnie podawać z frytkami i bukietem surówek. Po prostu poziom witalności spada mi do ilości zagrażającej życiu i nie ma mocnych, żeby było inaczej.
Dzień wolny obiecałem, że będzie rodzinny i tak się stało, jednak nie mogło zabraknąć szybkiego kursu z rana, co prawda planowałem wcześniej, ale leń wygrał :) Ruszyłem klasycznie po 9-tej, kiedy dało się jeszcze oddychać, choć już było dla mnie o jakieś 10 stopni za gorąco. Trasę wybrałem "kondomową" i po raz kolejny okazało się, że jeśli przyznawano by nagrody za takie wybieranie trasy, żeby najpierw było pod wiatr, a potem pod wiatr to byłbym niekwestionowanym mistrzem - wiało mi w pysk gdy jechałem na południe, wiało gdy skręciłem na zachód i wiało gdy wracałem na północ. Aż nie wierzyłem w to, co czuję, ale flagi, na które zerkałem w Komornikach nie kłamały. No cóż, ma się ten talent :)
Zaparłem się jednak, żeby utrzymać dobrą passę jeśli chodzi o średnią i z zaciśniętymi zębami powalczyłem choćby o 32 km/h. Udało się praktycznie co do jednej dziesiętnej. Nie powiem, miałem satysfakcję.
A popołudniu zawędrowaliśmy z Żoną na naszą ukochaną Dębinkę (o dziwo niemal pustą!) i tak z piwkiem obserwowaliśmy siedząc nad wodą bogactwo przyrody na tym genialnym kawałku zieleni. No i tak: o banałach typu zaskroniec i żaby nie ma co wspominać, ale bocian czarny dumnie lecący niedaleko nad nami to już było coś. Do tego obowiązkowe stada kaczek i zaprzyjaźniony już chyba z nami po tym dniu kos: Generalnie - jeśli ktoś z Poznania nie był jeszcze w Lasku Dębińskim to polecam to szybko nadrobić. Byle nie reklamować tego miejsca tłumom, bo póki jest tu cicho i swojsko to jest ono nie do zastąpienia... A mamy je jakiś kilometr od domu. Zresztą - co będę pisał :)
Ufff... już dla mnie robi się zdecydowanie za ciepło. Nie jest to co prawda jeszcze typowy letni hardkor, ale i tak wróciłem dziś z treningu z lekkim bólem głowy spowodowanym temperaturą i wiatrem. A wyjechałem po 9-tej (bo praca, praca, praca), więc nie chcę wiedzieć co by się ze mną działo w przypadku wyruszenia na etapie pełnej smażalni.
Zapowiada się, że jak na razie to niestety ostatni dzień z południowym wiatrem, więc odpuścić sobie nie mogłem radochy jazdy bez miejskich atrakcji. Nie oznacza to, że nie było niespodzianek. W Łęczycy zaczęli coś wycinać/remontować przy przejeździe kolejowym, a ja zrobiłem błąd, że wjechałem na ścieżkę (w sumie to mój permanentny błąd ;D), przez co znalazłem się między ciężarówką a koparką, z których żadna nie miała zamiaru mi ustąpić. No bo to taka wygodna ścieżka dla służb remontowych w końcu. Ale dzięki temu mogłem niemal na legalu ruszyć sobie zwykłą drogą, ignorując debilny zakaz jazdy rowerem, nad sensem którego zastanawiam się od dawna i odnaleźć go nie mogę.
W Mosinie zakręciłem klasycznym kółeczkiem na Rogalinek, wdychając przy okazji aromaty nadwarciańskiej oczyszczalni, przejechałem Rogalin i trafiłem do Radzewic, wyprzedzając grupkę całkiem ambitnie pedałujących, choć amatorsko rozwalonych na całej szerokości drogi rowerzystów. Czas mnie naglił, trzeba było zawracać, ale postanowiłem zatrzymać się na chwilkę... na maluteńkim tutejszym cmentarzu. Czemu? Bo lubię, poza tym był cień :) Zacząłem cykać zdjęcia nagrobków, gdy nagle zagadała mnie jakaś pani, mówiąc, że "o tam, jest ciekawie, bo jest Jednooki Chrystus". Podziękowałem, bo zabrzmiało fajnie i mrocznie, więc bez zastanowienia ze swoją ateistyczną ciekawością podszedłem do wskazanego krzyża, gdzie ukazał mi się faktycznie obrazek rodem z "Piratów z Karaibów" :) Wracałem początkowo tą samą trasą, ale w Rogalinku odbiłem na Wiórek i Czapury. Ilość kolarzy na kilometr kwadratowy przekroczył dziś chyba już wszystkie dopuszczalne normy, pozdrawiałem, mijałem, wymijałem solistów, duety, większe i mniejsze grupki, amatorów, zespoły, no pełen wybór. Fajnie, że większość wiedziała co to pozdrowienie.
O Chrystusie już wspomniałem, teraz o drugiej części tytułu. Bezmózgi były dziś dwa, płci obojga. Ta niby piękna, reprezentowana przez grube babsko w terenówce, wyjechało mi z posesji na wstecznym przed koło w momencie gdy pędziłem jakieś 38 km/h. Drugim "nołbrejnem" był koleś, którzy wyprzedzał na wąskiej Drodze Dębińskiej na drugiego całkiem sporą ciężarówkę, przez co gdybym nie zjechał na pobocze to byłaby czołówka.
Średnia wyszła ciut-ciut lepsza niż wczoraj. Miałem marzenia o 33, ale zostały one pogrzebane przez Starołękę...
Oj, dobrze było przemęczyć się przez ten tegoroczny maj, z pogodą, na którą pomstowałem praktycznie codziennie, żeby docenić warunki takie jak dziś. Niecałe 20 stopni na termometrze, wiatr delikatnie zmienny, ale ani nie przeszkadzający ani nie pomagający, niebiesko niebo, fantazyjne kształty białych chmurek, zapach zieleni... Po prostu rowerowy ideał. Nic tylko ruszyć z kopyta.
Tyle o warunkach naturalnych. Te zafundowane mi przez szeroko rozumiany czynnik ludzki to już zupełnie inna, dużo mniej przyjemna bajka. Ale po kolei. Trasę (oczywiście przed pracą, wyjazd około 8:30) zaplanowałem dziś, zgodnie z prognozami (trzema) na zachód, czyli teoretycznie pod wiatr, z odchyłami w każdą możliwą stronę. A mówiąc konkretnie: znów przetestowana już miliard razy "rybka": Poznań - Luboń - Komorniki - Szreniawa - Trzcielin - Dopiewo - Skórzewo - Poznań. No to ruszam. 300 metrów i... obowiązkowo zamknięty przejazd przy stacji Poznań Dębiec (według statystyk jest on w takim stanie co 5 minut). Co dziwne, nikt nie leciał - jak to jest tu w zwyczaju - pod szlabanem, a wszyscy spokojnie i grzecznie stali przed nim. Dziwna i podejrzana sprawa, więc ja też stanąłem, swoje odczekałem i kiedy przejazd się otworzył to rozwiązała się zagadka - dwa smerfy (a może SOK-i, nie wiem, byli na czarno, ale jacyś na tych z kolei za chudzi) czatowały ukryte za budką z dyżurnym. Zawiedzione pysie ustawiły mi dzień na plus :)
No ale potem dojechałem do Lubonia (nienawidzę tej wsi na prawach miejskich) i natrafiłem na remont - zamkniętą ulicę Sobieskiego, oczywiście bez żadnego ostrzeżenia. Po prostu zryty asfalt i znak wjazdu. Bo tak. Dwa samochody właśnie wracały na wstecznym, mi tez to groziło, ale znalazłem lukę - uwalony piaskiem kawałek chodnika, po którym przejechałem, modląc się do Świętego Agnostyka o brak szkła. Modlitwy zostały wysłuchane i mogłem ruszyć dalej.
Z atrakcji dnia codziennego zdarzyły się oczywiście kosmiczne dziury koło Konarzewa, kolejne remonty obok Dopiewa i w Skórzewie, dwa busy, który wyjechały mi z bocznej centralnie przed koła, żeby 10 sekund później zgodnie zablokować drogę z powodu skrętu w lewo, kolejny zamknięty szlaban za Skórzewem (z kolejnymi smerfami, to chyba jakaś zorganizowana akcja była) oraz objazdy upstrzone światłami w Plewiskach. I to wszystko na zaledwie 50 kilometrach. Czemu się jeszcze do tego nie przyzwyczaiłem? :)
Zauroczyły mnie na trasie dwa przepiękne konie, które kiedy je mijałem radośnie skakały i szalały, niestety gdy się zatrzymałem, żeby je sfotografować to egoistycznie udawały, że są oazą spokoju a skubanie trawki to bardzo inspirujące zajęcie, natomiast ja otrzymałem jedynie pełne pogardy i końskiej ironii spojrzenie spode łba :) Jako że średnia, którą wtedy miałem (na 30-tym kilometrze) oscylowała około 31,5 km/h to stwierdziłem, że jak ma być z kopyta to niech będzie. I mimo wszystkich wspomnianych przeciwności udało mi się wykręcić chyba całkiem przyzwoity wynik, ale w sumie nie z niego jestem dumny, a z faktu, że się zmobilizowałem i nie odpuściłem, choć miałem kilka kryzysów mentalnych na widok choćby znów włączającego mi się czerwonego przed nosem.
Naprawdę fajna jazda, gdyby takie warunki panowały cały rok to chyba bym dostał na mózg ze szczęścia. Jednak wiem, że mi to nie grozi, a moja psychika wróci do równowagi :)
Na koniec - jako że już się i tak lekki zwierzyniec zrobił - kolejny bocian.
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"