Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi Trollking z miasteczka Poznań. Mam przejechane 250340.53 kilometrów w tym 4.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 27.44 km/h i się wcale nie chwalę.
Suma podjazdów to 813981 metrów.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl


Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Trollking.bikestats.pl

Archiwum bloga

  • DST 54.50km
  • Czas 01:50
  • VAVG 29.73km/h
  • VMAX 41.70km/h
  • Temperatura 0.0°C
  • Podjazdy 97m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Bałwanek

Wtorek, 3 lutego 2015 · dodano: 03.02.2015 | Komentarze 17

Tak, bałwanek. Tak wyglądałem gdzieś w końcówce dzisiejszego treningu. Wyjeżdżałem w słońcu, wracałem wśród śniegu z deszczem, początkowo słabiutkim, potem już całkiem konkretnym. Pięknie ośnieżony omijałem wszelkie przydrożne szkoły i przedszkola, coby jakieś małe tałatajstwo nie zaczęło mnie gonić w celu zainstalowania marchewki na nosie i węgielków na oczach :)

Znów nie udało się wycisnąć dobrej średniej, częściowo z powodu śliskiej nawierzchni i ostrożnej jazdy, częściowo z powodu mocnego wiaterku, a częściowo z powodu... funduszy unijnych. Tak nam się PKP rozbisurmaniło z ich wykorzystywaniem, że zafundowało mi kolejny objazd - tym razem spowodowany budową wiaduktu nad przejazdem kolejowym w Mosinie. Tym samym mam komplet - podczas ruszania z domu czekam na mijankach spowodowanych podkopem pod torami, a tam - nadkopem nad nimi. Sytuacja mnie lekko zaskoczyła, bo wiedziałem, że planują tam jakieś prace, ale że zamkną cały przejazd? Zapytałem grzecznie więc panów robotników jak przedostać się na drugą stronę, na co uzyskałem równie miłym tonem: "a tu ma pan przejście, śmiało". Podziękowałem, ruszyłem z rowerem na plecach i poczułem się jak hobbit na granicy Shire i Mordoru - trzy zwodzone mostki, przepaście, czterokołowe potwory dokoła... Jakoś udało się osiągnąć wymarzony drugi brzeg, ale zmieniłem lekko trasę, żeby nie fundować sobie powtórki i zrobiłem kółko od szubienicy przez Żabno, Grzybno i Pecnę. A w Mosinie mój "ulubiony" DDR - znów zwycięski, bo pokonany w jednym kawałku.

Z dobrych newsów - Rowerowy Poznań mi napisał, że poszło pismo do ZDM-u w opisywanym też przeze mnie temacie kartofliska na Hlonda. Oby skuteczne!




  • DST 55.00km
  • Czas 01:51
  • VAVG 29.73km/h
  • VMAX 44.40km/h
  • Temperatura 0.0°C
  • Podjazdy 106m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Kapcing

Poniedziałek, 2 lutego 2015 · dodano: 02.02.2015 | Komentarze 2

Powoli zaczęły mi się kończyć pomysły na trasę spod wietrznego znaku SW. Dziś zrobiłem opcję kombinowaną, testowaną w tym kształcie po raz pierwszy. Kryptonim operacyjny - Słonik. I to nawet z trąbą zdecydowanie ku górze, co mogłoby sugerować przyjemne doznania, ale - w przeciwieństwie do wczorajszego wyjazdu - słonina okazała się bardziej pechowa niż szczęśliwa.

Zacząłem od Lubonia, potem Wiry, Komorniki, Szreniawa, w Stęszewie przejazd przez centrum i wyjazd na trasie przez Łódź i Mosinę. Na papierze trasa bezproblemowa, w praktyce - wiatr również ją sobie wybrał jako przedmiot drwin. Ze mnie. Jadę na południe - w pysk. Na zachód - w pysk. Na wschód - w pysk (!). Na północ - w boczek. Chwilowo gdzieś między Mosiną a Puszczykowem poczułem kawałek podmuchu od tyłu, ale i tak dziwnie ciężko mi się jechało. Kręcę, pocę się, walczę, a idzie mi jak po grudzie. Zagadka rozwiązała się na DDR-ce na granicy Lubonia, czyli podczas pokonywania obowiązkowo wbudowanych w nią krawężników. Łup! W tylnym kole może z 0,5 atmosfery. Maks. Do domu 5 kilometrów, zmiana dętki nie miała sensu tak niedaleko od warunków cieplarnianych, sięgnąłem więc po pompkę i uzupełniłem powietrze w kole na ile się dało. 2 kilometry dalej to samo. Jakoś dojechałem, wściekły na siebie i tę nieszczęsną gumę, z którą były problemy już od jej założenia w styczniu. Pożegnaliśmy się bez żalu.

A to, że jechałem z kapciem jakieś 15 kilosów traktuję jako trening siłowy. Jak już muszę szukać plusów w tej czarnej d...ziurze :)




  • DST 55.00km
  • Czas 01:45
  • VAVG 31.43km/h
  • VMAX 51.70km/h
  • Temperatura 0.0°C
  • Podjazdy 182m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

PrzyLUTowanie

Niedziela, 1 lutego 2015 · dodano: 01.02.2015 | Komentarze 8

Tak to ja mogę zaczynać nie tylko luty, ale nawet i... marzec :) Sucho, na granicy zera, wiatr lekko męczący, ale bez przesady, do tego słoneczko nieśmiało wystające zza chmur. Na odkurzenie szosy idealnie. W sumie to ja tak bym mógł mieć przez cały rok, bo temperatur powyżej 20 stopni nienawidzę, a tak to nawet się spocić nie ma jak.

Wiało z południowego zachodu, czyli mojego ulubionego. Ostatnio co prawda ten kierunek jest dość częsty, więc jestem rozpieszczany, minus tego jest taki, że trasy mi się kończą, a jeżdżenie dzień po dniu swoimi śladami nie dla mnie. Trochę więc dziś pokombinowałem i do Stęszewa dotarłem przez Będlewo, wydłużając "kondomik" o pięć kilometrów. Najpierw jednak zrobiłem prezent ambitnemu rowerzyście na MTB, którego pociągnąłem na kole od Lubonia aż do granic Mosiny. Kolega, z którym chwilę pogadaliśmy na obowiązkowym postoju na przejeździe kolejowym w Łęczycy (dwa pociągi, czyli standard, 10 minut w plecy) okazało się trenował przed sezonem szosowym. W sumie nie wiedziałem, że są sezony na różne rowery, ale muszę przyznać, że dzielnie nie odpuszczał i utrzymywał tempo lekko ponad trzech dych. Mi co prawda wiatr zmasakrował facjatę, ale przecież nie codziennie jest się rowerowym Świętym Mikołajem :)

Potem już pozostało mi samotne kręcenie, momentami nie było łatwo, ale już powrót to była poezja, Wiatr w plecy złapałem co prawda dopiero na 20 kilometrów przed finiszem, za Stęszewem, ale postanowiłem wycisnąć z niego wszystko co można. Udało się - średnia (którą się jak zwykle nie przejmuję nic a nic, tjaa...) w miesiącu zimowym mega cieszy. W tym małym fruwaniu na ziemię sprowadzało mnie jedynie zachowanie puszkowców, którzy - jak to niedzielę - musieli wyprzedzać na trzeciego, na podwójnej ciągłej, na styk, etc., etc... Szczególnie na krajowej piątce ten kompleks małego cylindra był wyraźny :/

No i jeszcze tradycyjnie podsumowanie poprzedniego miesiąca. Nie będę sypał banałem, że styczeń był "lekko" walnięty i bardziej przypominał wczesny listopad niż to, co pan zbuk nakazał. Nie zamierzam zaglądać darowanej kobyle pogodowej w zęby, tylko ją pogłaszczę za możliwość zrobienia ponad 1300 kilometrów i utrzymania średniej (mimo że znaczną część treningów wykonałem na crossie) na poziomie 29 kilosów. Poproszę to samo za rok :)




  • DST 51.35km
  • Czas 01:52
  • VAVG 27.51km/h
  • VMAX 41.50km/h
  • Temperatura 0.0°C
  • Podjazdy 118m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Bezmózg z SUVA ostro zasuwa

Sobota, 31 stycznia 2015 · dodano: 31.01.2015 | Komentarze 4

Rano przed pracą miałem dylemat jaki rower wybrać na dzisiejszą jazdę - zakurzoną ostatnio szosę czy katowanego crossa? Skłaniałem się ku tej pierwszej opcji, już nawet zaczynałem przekładać moje pseudo lampki z jednej kierownicy na drugą, gdy zaczął padać śnieg. Lampki wróciły na swoje dotychczasowe miejsce, a ja - zrezygnowany jak szczeniak, któremu obiecano miskę żarcia, a nakarmiono chrupkiem - wyjechałem crossem.

Pierwsze co poczułem po wyjściu na dwór to mocny, bardzo silny podmuch wiatru, który towarzyszył mi już całą drogę, tylko pod koniec trochę pomagając. Na trzecim kilometrze pochowałem tylny błotnik pod akurat stojącym przydrożnym krzyżem - odpadło mocowanie i nie dało się już nic z nim zrobić. Trochę ze mną przejechał, ale że wyglądał jak wyglądał to specjalnie po nim nie płakałem :)

Jako że jechałem przez Górczyn to na wysokości usytuowanej tam giełdy odzieżowej jak zawsze załączył mi się radar ostrzegawczy. I bardzo dobrze  - najpierw bym przejechał paniusię idąca samym środkiem DDR-ki, a potem jakaś tępa dzida w białym SUV-ie, która ewidentnie musiała widzieć, że jadę ścieżką na jej wysokości, próbowała skręcić na giełdę jakbym nie istniał, wymuszając pierwszeństwo i w gratisie próbując zrobić ze mnie krwawy placuszek. Nie ze mną te numery, lekko tylko skorygowałem tor jazdy i krzyknąłem troglodytce obrazową krótką paralelą w języku łacińskim co myślę o jej sposobie prowadzenia. Prowadzenia SIĘ, a nie samochodu. Eh, gdyby taka sytuacja trafiła mnie tam pierwszy raz to trudno, pewnie przypadek, ale połączenie: samochód + wypindrzona paniusia + giełda odzieżowa wzbudza we mnie już po tylu latach palpitacje serca mocniejsze niż ekstremalny downhill bez ochraniaczy.

Trasa dzisiejsza - klasyk ("kondomik" przez Stęszew, Łódź, Mosinę, Puszczykowo). Średnia dzisiejsza - marność nad marnościami. Ale śnieżek (który na szczęście potem ustąpił) i wiatrzysko mnie tam jakoś tłumaczy.

A paniusię w białym SUV-ie zobaczyłem raz jeszcze wracając, w okolicach Łęczycy. Skręcała z Lubonia na Mosinę, co w pewnym sensie wyjaśniło mi kilka spraw :)




  • DST 54.14km
  • Czas 01:56
  • VAVG 28.00km/h
  • VMAX 41.00km/h
  • Temperatura 1.0°C
  • Podjazdy 118m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Crossoscalanie

Piątek, 30 stycznia 2015 · dodano: 30.01.2015 | Komentarze 2

Od kiedy mam nowy napęd (ten dziwny, co to w nim nic nie przeskakuje) to w sumie... polubiłem crossa. Wygodne siodełko, szeroka kiera, opony, których nie powstydziłby się średniej wielkości walec drogowy, a do tego plecki nie bolą i w ogóle jest wszystko och i ach. Oczywiście prócz prędkości, bo gdy przesiadam się z szosy na tego mojego grubasa to czuję się jakbym poruszał się w zwolnionym tempie, coś jak replay w niskiej klasie kanale TV. I pomyśleć, że jeszcze nieco dalej niż rok temu był to mój podstawowy rower, a alternatywą był jedynie rozpadający się góral... Łezka w oku :)

Nie miałem dziś więc specjalnie wyrzutów sumienia wybierając właśnie ten środek transportu - zmrożona nawierzchnia pod oknem nie zachęcała do śmigania szosą, a widoczne gdzieniegdzie lodowe placki tylko mnie upewniły, że dobrze robię. Stuprocentowe potwierdzenie otrzymałem - jak zwykle - na DDR-ce. Ślizg w lewo, ślizg w prawo, niczym Justyna Kowalczyk pokonywałem te kolejne usyfione "udogodnienia" dla rowerzystów, na Starołęckiej, standardowo usytuowane po drugiej stronie względem mojego kierunku jazdy. Postanowiłem odświeżyć dawno nie pokonywaną z powodu remontów na Głuszynie trasę przez Koninko, potem koło Rabena w Gądkach, górka do Szczodrzykowa i powrót przez Śródkę, Tulce i Krzesiny. Jednym słowem - biedny, kaleki foksterier bez nóżek :) Mega plus (kolejny w tym roku) - Głuszyna jest już całkowicie przejezdna! Żadnych szykan, żadnych objazdów, żadnych wahadeł. Aż się odnaleźć nie mogłem.

Ostatnie pół godziny jechałem tak, jak powinno się jeździć zimą - wśród pięknie wirujących śnieżynek. No dobra, to nie szajs od Disneya - wściekle atakujących, upierdliwie kąsających szpilek, bo wiatr dawał znać o sobie. 




  • DST 51.40km
  • Czas 01:52
  • VAVG 27.54km/h
  • VMAX 41.50km/h
  • Temperatura 2.0°C
  • Podjazdy 101m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Powstania styczniowe

Czwartek, 29 stycznia 2015 · dodano: 29.01.2015 | Komentarze 6

W tym miesiącu każde moja wcześniejsza pobudka to prawdziwe powstanie styczniowe. Ciężko się zwlec, dotarcie do kuchni w celu urodzenia kubka kawy to prawdziwy heroizm, a zebranie się w sobie w temacie rowerowym wymaga ode mnie spojrzenia w głęboko ukrywane mroki psychicznej motywacji. Dziś się udało jednak wyjechać nawet mimo tego, że w pracy musiałem być już lekko po jedenastej, a po nocnych opadach drogom bliżej było tym w Wenecji niż w Polsce.

Oczywiście ruszyłem crossem, bo nie tylko opony, ale i siodełko szersze, więc tyłek mniej narażony na dyskomfort. Nie zmienia to faktu, że po powrocie pierwsze co zrobiłem to... umycie zębów :) Szlifowanie klawiatury kamyczkami i błotem to niby norma zimą, ale jakoś nie mogę się do niej przyzwyczaić. Wrócił mocny wiatr, tym razem z południowego zachodu, więc z prędkościami nie poszalałem, wymyśliłem za to nową trasę - pojechałem przez Mosinę do Dymaczewa, gdzie skręciłem na Bolesławiec i wyjechałem w Drużynie. Zabrakło kilku kilometrów do pięciu dych, więc dokręciłem do Pecnej i wróciłem przez Krosinko, zaliczając z narażeniem życia tamtejszego DDR-a, który na szczęście przy jeździe crossem mniej boli.

Skończyłem słuchać "Niespokojnego człowieka" Henninga Mankella i na końcówkę trasy zafundowałem sobie powrót do dzieciństwa - "Zagładę domu Usherów" Edgara Allana Poe. Tak, miałem specyficzne dzieciństwo :)




  • DST 53.00km
  • Czas 01:46
  • VAVG 30.00km/h
  • VMAX 50.90km/h
  • Temperatura 1.0°C
  • Podjazdy 85m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Pan Samochodzik i Napoleon

Środa, 28 stycznia 2015 · dodano: 28.01.2015 | Komentarze 12

Wczoraj z powodu pogody przerwa, jedynie godzinka na chomiku (31 km w godzinę i pół minuty, ale wpisywać w statystyki tego nie będę, bo dla mnie osobiście jak nie ma wiatru we włosach to jest popierdółka, a nie rower), dziś więc już pojawił się głodek. Gdy okazało się rano, że nie pada i można ruszać - i to szosą! - to nawet kawka spożyła się szybciej i już mnie w domu nie było.

Ruszyłem często uczęszczaną przeze mnie trasą - Samochodzikiem, przez Wiry, Komorniki, Szreniawę, Trzcielin, Dopiewo i Skórzewo. Graficznie w sumie większości kojarzy się to z rybką, ale dla mnie jest to samochodzik i kropka. A gdzieś w lewej części podwozia, nad niewidocznym przednim lub tylnym kołem, znajduje się miejscowość o nazwie Konarzewo. Dziś nawet poświęciłem chwilkę czasu na to, żeby zatrzymać się tam na pewnej górce i cyknąć zdjęcie pewnemu obiektowi. Czemu? Tak, tak, drogi Remiku, byłeś tu ostatnio i stwierdziłeś, że i tak nie ma nic ciekawego jeśli dobrze pamiętam. Ano chyba jest :)

I nie piszę o kościele, który zbyt imponująco faktycznie się nie prezentuje, ale o pałacu z końcówki XVII wieku, który w 1806 roku nawiedził swą kurduplowatą i bambaryłowatą obecnością sam Napoleon Bonaparte. Taki drobiażdżek :) Niestety, sam pałac aktualnie wygląda gorzej niż ruina, co jest zasługą naszych kochanych PRL-owskich włodarzy, którzy - a co - urządzili sobie tutaj zgrabny PGR....

Cyknąłem fotkę, gdy nagle poczułem się jak jakimś Dombasie czy innym Doniecku. Znienacka bowiem na dachu zaczęli pojawiać się zakapturzeni osobnicy... Szykowałem się już na ostrzał, kombinowałem czy lot nurkowy zrobić na lewo czy na prawo, aż tu... ufff....

To po prostu służby remontowe zabrały się za odnawianie pałacu... Najwyższy czas! Podjechałem bliżej i stwierdziłem, że powstało już rusztowanie oraz częściowo położono nowe dachówki - pięknie. Zdziwiło mnie tylko czemu tutejsi separatyści latają po dachu bez zabezpieczeń, ale to już nie mój problem :)

Z nadzieją w sercu, że żywot odzyskuje kolejna perełka ruszyłem dalej, już bez zdjęć, bez wzruszeń, a nawet średnia wyszła mi niestyczniowa. Jutro prawdopodobnie znów przerwa.




  • DST 54.20km
  • Czas 01:48
  • VAVG 30.11km/h
  • VMAX 50.60km/h
  • Temperatura -1.0°C
  • Podjazdy 102m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Z błogosławieństwem Babci Śmietnikowej

Poniedziałek, 26 stycznia 2015 · dodano: 26.01.2015 | Komentarze 2

Dziś suchutko. Niebo ciemne, zachmurzone, ale bez niespodzianek w temacie białego gnoju spadającego z nieba, więc ruszać można było rano szosą. W to mi graj.

Pierwsze co zobaczyłem na dworze to sąsiadka wchodząca do swojego mieszkania na parterze... po drabinie. Babcia Śmietnikowa, bo tak roboczo została ona przez nas nazwana, to Cerber Osiedlowy, wiedzący wszystko o wszystkim i wszystkich, co jest dość przydatne w temacie bezpieczeństwa, ale upierdliwe o tyle, że rejon śmietnika to jej - i tylko jej - terytorium. Odkłada sobie kartony, żelastwo i inne "cenne" rzeczy, czyta swoim przeraźliwie skrzeczącym głosem wyrzucane paragony, znajduje skarby etc., więc każdy przyjazd śmieciarki to dla niej jak wizyta obcego wojska na terytorium partyzanckim. No i właśnie dziś, podczas próby obrony swoich okopów spadł jej klucz do śmietnika i pojechał razem z resztą smaczków wywożonych przez Remondis. Skąd o tym wiem? Bo ta wojenna historia obowiązkowo została mi opowiedziana z pozycji parapetu gdy załączałem Endomondo :)

A o samej jeździe będzie niedużo - "kondomik" przez Mosinę, Łódź i Stęszew, bez przygód, bez specjalnej pasji, za to z narażeniem życia, bo po co przy cofaniu samochodem z posesji przy DDR-ze patrzeć w lusterko? Mam nadzieję, że koleś nie miał włączonego radia i usłyszał litanię do Marii Magdaleny sprzed nawrócenia, gdy jeszcze zajmowała się swoim wyuczonym zawodem :)




  • DST 33.40km
  • Czas 01:13
  • VAVG 27.45km/h
  • VMAX 40.50km/h
  • Temperatura 1.0°C
  • Podjazdy 42m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Chomicross

Niedziela, 25 stycznia 2015 · dodano: 25.01.2015 | Komentarze 29

33 kilometry na powietrzu. Tyle zaledwie udało mi się dziś wykręcić z powodu pojawienia się późnym rankiem tak niespotykanego w styczniu zjawiska jak śnieg. Tegoroczna zima tak mnie już przyzwyczaiła do wszystkiego: megawiatru, deszczu, wirujących liści, suchego asfaltu, temperatury pod 10 stopni, ale przecież nie do białego puchu! Gdy dziś pojawił się więc za oknem patrzyłem zdziwiony jak Murzyn złapany gdzieś w dżungli i zaprzęgnięty do czwartoligowego zespołu piłkarskiego podczas przerwy sezonowej. Co to jest?? :)

A że gdy zaczęło padać (około 10-tej) byłem już w sumie przygotowany na rower to najpierw chwilę postałem sobie z otwartym pyskiem, potem wykonałem próbę samobójstwa pijąc kawę bez mleka, aż w końcu postanowiłem dokonać heroicznego czynu testowania niedawno zakupionego nowego chomika. Chomik jest stacjonarny, kupiony niewielkim kosztem (historia jego zamawiania śmiało mogłaby być osobnym wpisem) i wybrany świadomie - nie chciałem fundować sobie trenażera, bo po pierwsze szkoda mi roweru, a po drugie bawienie w przepinanie licznika i innych rzeczy, które umożliwiłyby pokazywanie prędkości i dystansu to dla mnie, jako dumnego z siebie lenia, to za dużo. Tak wygląda chomik:

Zrobiłem sobie nim 10 km w niecałe 20 minut, co dało średnią lekko ponad trzy dychy. Jednak cały czas tęsknie zerkałem za okno - i... stało się! W końcu przestało sypać. W pędzie założyłem bluzę, przełożyłem bidon z szosy na crossa i już mnie nie było. Czasu miałem mało, niewiele ponad godzinę, bo - tradycyjnie - na wczesne popołudnie znów zaplanowana była Misja Teściowa.

Ślisko, mokro - taaa, to lubię. W dodatku na trzecim kilometrze znów zerwała się śnieżyca, która utrzymała się praktycznie do połowy wypadu. Jechałem ostrożnie, szczęśliwy, że jednak się udało choć tak pokręcić. Odwiedziłem Plewiska, Gołuski, Palędzie i wróciłem przez Dąbrówkę i Skórzewo. Średnia - a co to? :)

Po południu po śniegu nie było śladu.

Teściowa pozdrawia.




  • DST 53.00km
  • Czas 01:46
  • VAVG 30.00km/h
  • VMAX 43.20km/h
  • Temperatura -2.0°C
  • Podjazdy 130m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Na zachodzie bez zmian

Sobota, 24 stycznia 2015 · dodano: 24.01.2015 | Komentarze 2

No i proszę. Jednak co zachód to zachód. Wystarczyło wybrać się przez miasto lewą stroną Warty, by odczuć różnicę pomiędzy zgniłym, ale jednak zachodem (Poznania) a usyfionym DDR-ami i innym gnojem wschodem (Poznania). Wszelkie podobieństwa do sytuacji geopolitycznej świata oczywiście jak najbardziej zamierzone ;)

W sobotę byłem w... Sobocie. Zgrabne kółeczko mi wyszło, najpierw przepychanka miejska, potem Suchy Las, Złotkowo i skręt na Rokietnicę, a potem już Kiekrz i Strzeszynek. Parę hopek zaliczyłem, powalczyłem z wiatrem, słabym, ale za to zmiennym i tyle. Ścieżki miażdżyły mnie tylko minimalnie, bo było ich mało, a do tego jakoś "zapomniałem" o części z nich :) Było też zaskoczenie - świeżo oddana obwodnica chyba faktycznie odkorkowała częściowo miasto, bo Obornicka pusta, aż musiałem spojrzeć na datę, żeby się upewnić czy ktoś mnie nie przetransferował do roku np. 1925...

Aha, na Grunwaldzie wprowadzono już nowy, superinteligentny system zarządzania ruchem. Po czym poznałem? Po tym, że tam, gdzie od jakiegoś pół roku miałem zazwyczaj zieloną falę (od Przybyszewskiego do Górczyna) dziś stałem na wszystkich, pięciu czy sześciu światłach. Dziękuję :)