Tak sobie dziś rano jechałem... jechałem... jechałem... i nie mogłem uwierzyć, że pogoda jest tak genialna! Lekki wietrzyk (co prawda cholera wie z jakiego kierunku), milutka temperatura, opadów brak - no kurde. Jakiś żart. Jeśli tak ma wyglądać słynne globalne ocieplenie to ja poproszę, zaraz po dokonaniu tego wpisu zabieram się za opróżnianie dostępnych koło mnie dezodorantów i dalsze zanieczyszczanie atmosfery freonem :)
Zrobiłem graficznego "nochala" przez Mosinę, Rogalin do Mieczewa i z powrotem, trasę jedną z ulubionych, bo lasów tam a lasów, a przejezdność przyzwoita. Po kilku dniach utrudnień ucieszył mnie nowy asfalt na moście nad Wartą, do ideału brakuje w tym miejscu jeszcze tylko anulowania swojskiego zapaszku z tamtejszej oczyszczalni, bo co przejeżdżam to na tym kawałku zdecydowanie tracę siły :)
W lesie między Świątnikami a Mieczewem, gdzie znajduje się chyba jakiś nieoficjalny zbór pań "grzybiarek" zakwitło przy drodze kilka plakatów wyborczych, co zapewne owe damy zdecydowanie obraża, choć przyznać trzeba, że wybór miejsca jest idealny :)
Zmienia się pogoda, zmienia się wiatr, drzewa tracą liście. ale dwie rzeczy pozostają niezmienne podczas moich podróży na południe od Poznania: huk F-16-tek, zagłuszający wszystko, łącznie z aktualnie biegnącą wartko akcją w audiobooku, oraz transporty świń do rzeźni, sorry, zakładu produkcyjnego w Robakowie. Praktycznie każdego dnia prócz weekendów wielkie TIR-y o wiadomym zapachu mijają mnie i skręcają na tyły pięknego, nowoczesnego budynku z napisem "Sokołów", będącego jakimś abstrakcyjnym łącznikiem między pracującymi tam biurwami a kolesiami, których zajęciem między śniadaniem a przerwą obiadową jest podrzynanie gardeł. Czemu o tym piszę? Bo przeraża mnie ta niekończąca się powtarzalność. I zasmuca.
A teraz o samej jeździe - wiatr utrzymuje się umiarkowany, ale dziś zrobił się też nieprzewidywalny. Najlepiej o dziwo jechało mi się gdy wiał mi w pysk, bo przynajmniej wtedy sprawa była jasna. Gorzej było gdy flagi łopotały mi zachęcająco, a realnie czułem, że wciąż walczę z podmuchem. Ale nie ma co narzekać - pogoda świetna, nowy asfalt w Tulcach to taki szok, że mógłbym po nim kursować w tę i z powrotem jak żul do monopolowego, ruch (prócz Starołęckiej i - ha! - traktorów) niezbyt duży... Takie listopady to ja rozumiem i oficjalnie zakazuję jakichkolwiek zmian w tej tematyce :)
Parę dni temu byłem pewny, że podążamy konsekwentnie w kierunku pogodowego mroku, a tu proszę - 10 stopni, opadów brak, wiatr umiarkowany, a nie klasycznie urywający łby... Wiosna! Do tego powiew z południa, więc oszczędzone mi jest pchanie się przez miasto, za co osobnikowi odpowiedzialnemu za planowanie pogody jestem niezmiernie, ale to niezmiernie wdzięczny :)
Co prawda trochę już mi się nudzi jeżdżenie tymi samymi ścieżkami, więc sobie urozmaicam warianty, dziś zrobiłem tę dość dziwną wariację Poznań - Mosina - Rogalin - Radzewice - Rogalin - Czapury - Poznań, czyli trójkącik z ogonkiem, czy jak kto woli tampon. Jechało się sympatycznie mimo brakujących przełożeń (coraz mniej mi ich zostaje, ale kombinuję jak mogę na starej kasecie), średnia nie powaliła, ale nie miała z założenia - tak jak ostatnio jechałem bez spiny. Na trasie przed Wiórkiem chwilę postałem na mijance spowodowanej jakimś wypadkiem - nie wiem co tam się stało, ale wyglądało poważanie: dwa wozy strażackie wyciągały z głębokich krzaków kawałki samochodu, obok radiowóz, hm...
Zapomniałem zrobić podsumowanie października, więc nadrabiam. Wyszło gorzej niż w miesiącach poprzednich, no ale przecież to w końcu już jesień. Sorry, wiosna. Czyli jesień :) 1450 kilometrów w nogach, średnia - niecałe 30,5. Ale w sumie pochwalić się muszę za wynik czegoś, co na BS widoczne nie jest, czyli chodzenia. Przez trzytygodniowy remont torowiska na Wildzie i tak zorganizowane objazdy, że szybciej było mi zrobić spacerek niż robić z siebie kretyna w temacie oczekiwania na przesiadkę wydreptałem ponad 140 kilometrów. Uff...
Po dwóch wolnych dniach dziś czekała mnie upojna niedziela w pracy, więc chcąc nie chcąc musiałem wyruszyć wcześnie, mimo ostrego zamglenia - znów przydał się Lidlowy kask, przeze mnie wyśmiewany, ale mający na tym forum swoich zagorzałych fanów :)
Nie jechało się dziś już tak fajnie jak wczoraj, bo mimo względnego ciepła powietrze było dość ciężkie, a wiatr, który w teorii miał być południowy okazał się wściekle północny i wschodni, niezbyt silny, ale upierdliwe jest jak banan z ryja schodzi po każdym tąpnięciu w pedały z banalnego powodu, że miałem wracać z, a wracam pod wiatr. Trasa "wisielcza" przez Mosinę, Grzybno i Żabno - dziś pokonana po raz pierwszy od tyłu.
No i jeszcze napęd, który już kompletnie dogorywa - staram się korzystać zamiennie tylko z 2-3 tylnych zębatek, ale coraz częściej i te przeskakują, a dziś nawet musiałem stanąć, gdy łańcuch spadł między ośkę a widelec (czy jak to to się nazywa) i uniemożliwił mi jazdę. No cóż, mam nadzieję, że uda mi się przemęczyć do pierwszych poważnych mrozów i wtedy szosa powędruje na wygnanie do serwisu.
Cytując klasyka: dziś pełne życia są tylko cmentarze.
Wyjeżdżając rano spodziewałem się zapowiadanych korków, ale okazało się, że obawy były niepotrzebne - we wczesnych godzinach ruch był znikomy, wąskie gardła robiły się tylko przy małych nekropoliach w Luboniu, Puszczykowie czy Żabnie, a poza tym jeździło się rewelacyjnie. Nie wiem jak było po południu, ale dla mnie poezja, tym bardziej, że od wczoraj "akcja znicz" jest moją ulubioną - dziś znów drogi byłe puste od policji i innych strażników wiejskich, więc mogłem bezstresowo omijać wszelakie DDR-y... Doszła do tego jeszcze pogoda spod znaku wczesnej zaskakującej wiosny - około 10 stopni i niemal bezwietrznie. Trasa bez kombinacji do Sulejewa i z powrotem poszła sprawnie, choć bez spiny.
Jeszcze kilka słów w temacie tego, co się dzieje teraz dokoła nas. Mam porównanie z dnia wczorajszego, który dzięki możliwości wzięcia wolnego poświęciłem na odwiedzenie grobu Babci w Obornikach Śląskich, położonego na dość niewielkim cmentarzu na dolnośląskiej prowincji. Tam z powodu "dnia przed" i ciszy mogłem poczuć osobistą relację z osobą, po której prawdopodobnie odziedziczyłem tę bardziej zadziorną część charakteru oraz posiadanie zawsze własnego zdania. Dziś, gdy z Żoną jak co roku z trudem dostaliśmy się na poznańskie Junikowo nie było nawet szansy na głębszą refleksję - chyba że tę typowo polską, znad golonki, szaszłyka i flaków. Jeśli zadumę nad śmiercią ma podkreślać smród grilla to ja zdecydowanie dziękuję.
Bardzo podobała mi się dzisiejsza "akcja znicz" - na swojej drodze nie spotkałem ani jednego policjanta ani radiowozu. Piękna rzecz :)
Ruszyłem wcześnie, bo grafik dziś napięty i miałem wrażenie, że jestem na planie akcji "pij mleko, będziesz wielki" - mgła momentami tak szczelna, że mógłbym tu wkleić zdjęcie białej kartki z czarnym punkcikiem i nikt by się nie zorientował, że to nie ja.
Trasa była zaplanowana na to, żeby dojechać i wrócić (Poznań - Robakowo - Szczodrzykowo - Dziećmierowo i nawrót), w terenie niezabudowanym jechało się nawet fajnie, ale co chwilę z innych powodów musiałem się zatrzymywać, czekać, no i skończyło się jak zawsze. Dobiła mnie Starołęka oraz na zjeździe w Dachowej dwa wlokące się traktory. Dla mnie to fenomen tej jesieni - jak to możliwe, że tych zawalidróg jest więcej na przełomie października i listopada niż podczas sianokosów?
Szaro, buro i ponuro dzisiaj, czyli... w to mi graj :) Mogłoby być tylko trochę cieplej i jak dla mnie zachmurzone niebo niech sobie będzie cały rok - byle nie padało. "Kondomik" przez Mosinę i Stęszew zrobiłem bez specjalnego zaangażowania w temat, bo jakiś przemęczony ostatnio jestem, ale trzy dychy z plusikiem utrzymać się udało. W Krośnie chyba (chyba i jeszcze raz chyba, bo już kilka razy zrobiłem falstart w tym temacie) kończy się w końcu remont, asfalt już przypomina to, czym powinien być, a nie wulkan Eyjafjallajökull w najlepszej formie, do tego wahadła odeszły do krainy wiecznych łowów. Oby! Za to korek w Komornikach dziś zmierzyłem - ma dokładnie 3 kilometry, zaczyna się już w Szreniawie i każdego dnia gdy tamtędy jadę wygląda tak samo, niszcząc mi wynik bez żadnych skrupułów.
Rozpoczęty kolejny audiobook w skandynawskim klimacie idealnie pasował mi do dzisiejszej aury, choć chyba mam już pewien przesyt kryminałów z Kurtem Wallanderem, bo są strasznie nierówne jeśli chodzi o poziom. Albo to ja już zbyt wybredny się stałem.
Kompletnie dziś bez mocy. Ciężko mi było wstać i się zmobilizować, w końcu się przemogłem, ale nastawiony byłem na kręcenie bez spiny. Pierwotnie miałem jechać kółkiem przez Pecnę i Grzybowo, ale gdy po przejechaniu się po Luboniu uświadomiłem sobie, że czeka mnie jeszcze masakra na DDR-ze między Mosiną a Krosnem to zdezerterowałem i skręciłem na Rogalin, co mój psychoterapeuta zdecydowanie by pochwalił. Gdyby istniał :)
W Radzewicach zatrzymałem się na chwilę nad miejscem, które od jakiegoś czasu mnie nurtowało i zachęcało ładnym widoczkiem zatoczki nad Wartą. Okazało się, że to "port", ale w sumie chyba zaledwie przystań w wersji dla krasnoludków, raczej mało znana, ale całkiem urokliwa. Pewnie jakbym częściej niż dwa razy w życiu był na kajakach to miałbym okazję obejrzeć to miejsce z innej strony. Wracałem przez Czapury i moją uwielbioną po wsze czasy Starołękę, gdzie - niemal jak co przejazd - na pustej drodze usłyszałem za sobą dźwięk klaksonu - BO PRZECIEŻ!!!! PRZECIEŻ!!! TAM J E S T ŚCIEŻKA!!!! A że z rozsypującej się kostki upstrzonej w wysokie krawężniki? Nieważne... Marzą mi się czasy, gdy jazda po tych wybrykach polskiej myśli technologicznej będzie możliwością, a nie przymusem. Czy się doczekam? Nie sądzę...
Odżyłem. Wczorajsza mentalna masakra dziś na szczęście się nie powtórzyła, choć była na to duża szansa na moście między Rogalinem a Mosiną, z którego nie dość, że drogowcy zrobili miazgę o konsystencji tarki to jeszcze podczas powrotu znów przywitał mnie sznureczek wlekący się za traktorem. Dzięki Bogu był jeszcze chodnik, z którego skorzystałem i z podkręconą aż do 15 km/h prędkością wyszedłem na prowadzenie. A zanim cokolwiek czterokołowego mnie minęło to byłem już dwa kilometry dalej.
Ale generalnie jechało mi się świetnie. Po godzinie 9, gdy minęły już poranne mrozy zrobiło się jakieś 6-7 stopni na plusie, co dla mnie jest temperaturą całkowicie ok, wiatr o dziwo nie męczył - chciało się kręcić. Aż żal, że musiałem wracać i ogarnąć się do pracy, bo miałem smak na więcej. Trasa Mosina - Rogalin - Mieczewo dziś sprawdziła się na medal.
Daniel w komentarzu pod wczorajszym wpisem zapytał mnie czy naprawdę tak ważna jest dla mnie średnia. No i cóż mogę napisać... Chyba jest. Czemu tylko "chyba" skoro wciąż poruszam ten temat? Bo nie mam innej możliwości weryfikacji swoich osiągów - nie liczę kadencji, uderzeń serca na sekundę, pulsometr to dla mnie narzędzie używane w stanie przedzawałowym a nie do treningu. Nie żebym traktował ten parametr jako wyrocznię i załamywał się, jeśli jest ona zbyt słaba, ale po prostu lubię jak jest na jakimś poziomie i nie odbiega od mojego standardu. Szosę, i to najniższej klasy, posiadam zaledwie od niecałego roku, więc - jak mawiają na blackmetalowych forach - wciąż jaram się nią jak norweskie kościoły. Osiągi bywają lepsze lub gorsze, wiem, że moje średnie są na bardzo przeciętnym poziomie, ale cóż, przyzwyczaiłem się już i nie lubię jak dwugodzinna praca jest niszczona przez czynniki ode mnie zupełnie niezależne, tak jak wczoraj, gdzie przez łącznie jakieś 2 kilometry korków i im pochodnych straciłem to, o co walczyłem z wiatrem. Howgh, tyle mam do powiedzenia, mam nadzieję, że zrozumiale :)
A co na koniec? Zdjęcie dziś spod murów Starego Browaru. Bohaterem Poczta Polska - jak widać poradzi sobie z każdym wyzwaniem, a do klienta dotrze po trupach, choćby rowerowych:
No
i masz. Człowiek zachwyci się tak jak wczoraj komfortowymi
warunkami do jazdy, natchnie siebie i ludzkość optymizmem, a
następnego dnia zostaje zmasakrowany. Wniosek: nie chwalcie dnia
przed zachodem... kolejnego dzionka.
W
sumie ładnie żarło do momentu dojazdu do Mosiny. Tam poruszałem
się w korku spowodowanym przez ni to stojącą, ni to wlekącą się
śmieciarkę. Na odcinku 300 metrów straciłem równiutki kilometr
ze średniej, co tym bardziej mnie zirytowało, że mam licznik,
który akurat tę wartość pokazuje non stop, czy chcę czy nie
chcę. Potem pomijając remonty udało mi się bez większych
przeszkód dotrzeć do Sulejewa i z nadzieją w głowie zawrócić.
Gnój zaczął się oczywiście znów w Mosinie, gdy jakiś samochód
zatrzymał się nagle z piskiem opon, bo postanowił zabrać
pasażerkę. Raz, że jadący za nim, a dokładnie przede mną TIR
ledwo zdążył zahamować, dwa, że zanim wszystko ruszyło dalej
zdążyłbym sobie kawę zrobić i odczekać aż wystygnie.
Myślałem,
że to koniec na dziś, ale gdzie tam! Hit zafundowano mi na sam
koniec - w Puszczykowie, gdzie wczoraj śmigałem w peletonie
dogoniłem niepokojąco wolno jadącą ciężarówkę. Okazało się,
że przed nią wlecze się z prędkością 20 km/h traktor. Droga tam
jest strasznie wąska, więc na wyprzedzenie szans nie było, a ja
spoglądając na licznik kląłem, nie tylko w duchu. W końcu po
prostu zjechałem na pobocze z nadzieją, że chwilę poczekam i
sytuacja się rozładuje. Ruszyłem kilka minut później, ciesząc
się w końcu jakąś tam prędkością, ale pół kilometra dalej czekało mnie to samo, z tym samym traktorem, tylko że powiększone o sznureczek samochodów. Stanąłem raz jeszcze, odczekałem kolejne minuty i z duszą na ramieniu wróciłem do jazdy. Na szczęście ten postrach szos musiał gdzieś skręcić, bo zatoru już nie było, ale ile przez to wszystko straciłem dziś czasu, nerwów i średniej nawet nie chcę myśleć.
A na koniec plus - pogoda. Wiatr już bardziej upierdliwy, ale bez przesady, do tego zimne zimno gdzieś chwilowo odeszło i pozostało fajne zimno. I tak ma zostać :)
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"