Pan Samochodzik i Napoleon

Środa, 28 stycznia 2015 · Komentarze(12)
Wczoraj z powodu pogody przerwa, jedynie godzinka na chomiku (31 km w godzinę i pół minuty, ale wpisywać w statystyki tego nie będę, bo dla mnie osobiście jak nie ma wiatru we włosach to jest popierdółka, a nie rower), dziś więc już pojawił się głodek. Gdy okazało się rano, że nie pada i można ruszać - i to szosą! - to nawet kawka spożyła się szybciej i już mnie w domu nie było.

Ruszyłem często uczęszczaną przeze mnie trasą - Samochodzikiem, przez Wiry, Komorniki, Szreniawę, Trzcielin, Dopiewo i Skórzewo. Graficznie w sumie większości kojarzy się to z rybką, ale dla mnie jest to samochodzik i kropka. A gdzieś w lewej części podwozia, nad niewidocznym przednim lub tylnym kołem, znajduje się miejscowość o nazwie Konarzewo. Dziś nawet poświęciłem chwilkę czasu na to, żeby zatrzymać się tam na pewnej górce i cyknąć zdjęcie pewnemu obiektowi. Czemu? Tak, tak, drogi Remiku, byłeś tu ostatnio i stwierdziłeś, że i tak nie ma nic ciekawego jeśli dobrze pamiętam. Ano chyba jest :)

I nie piszę o kościele, który zbyt imponująco faktycznie się nie prezentuje, ale o pałacu z końcówki XVII wieku, który w 1806 roku nawiedził swą kurduplowatą i bambaryłowatą obecnością sam Napoleon Bonaparte. Taki drobiażdżek :) Niestety, sam pałac aktualnie wygląda gorzej niż ruina, co jest zasługą naszych kochanych PRL-owskich włodarzy, którzy - a co - urządzili sobie tutaj zgrabny PGR....

Cyknąłem fotkę, gdy nagle poczułem się jak jakimś Dombasie czy innym Doniecku. Znienacka bowiem na dachu zaczęli pojawiać się zakapturzeni osobnicy... Szykowałem się już na ostrzał, kombinowałem czy lot nurkowy zrobić na lewo czy na prawo, aż tu... ufff....

To po prostu służby remontowe zabrały się za odnawianie pałacu... Najwyższy czas! Podjechałem bliżej i stwierdziłem, że powstało już rusztowanie oraz częściowo położono nowe dachówki - pięknie. Zdziwiło mnie tylko czemu tutejsi separatyści latają po dachu bez zabezpieczeń, ale to już nie mój problem :)

Z nadzieją w sercu, że żywot odzyskuje kolejna perełka ruszyłem dalej, już bez zdjęć, bez wzruszeń, a nawet średnia wyszła mi niestyczniowa. Jutro prawdopodobnie znów przerwa.

Z błogosławieństwem Babci Śmietnikowej

Poniedziałek, 26 stycznia 2015 · Komentarze(2)
Dziś suchutko. Niebo ciemne, zachmurzone, ale bez niespodzianek w temacie białego gnoju spadającego z nieba, więc ruszać można było rano szosą. W to mi graj.

Pierwsze co zobaczyłem na dworze to sąsiadka wchodząca do swojego mieszkania na parterze... po drabinie. Babcia Śmietnikowa, bo tak roboczo została ona przez nas nazwana, to Cerber Osiedlowy, wiedzący wszystko o wszystkim i wszystkich, co jest dość przydatne w temacie bezpieczeństwa, ale upierdliwe o tyle, że rejon śmietnika to jej - i tylko jej - terytorium. Odkłada sobie kartony, żelastwo i inne "cenne" rzeczy, czyta swoim przeraźliwie skrzeczącym głosem wyrzucane paragony, znajduje skarby etc., więc każdy przyjazd śmieciarki to dla niej jak wizyta obcego wojska na terytorium partyzanckim. No i właśnie dziś, podczas próby obrony swoich okopów spadł jej klucz do śmietnika i pojechał razem z resztą smaczków wywożonych przez Remondis. Skąd o tym wiem? Bo ta wojenna historia obowiązkowo została mi opowiedziana z pozycji parapetu gdy załączałem Endomondo :)

A o samej jeździe będzie niedużo - "kondomik" przez Mosinę, Łódź i Stęszew, bez przygód, bez specjalnej pasji, za to z narażeniem życia, bo po co przy cofaniu samochodem z posesji przy DDR-ze patrzeć w lusterko? Mam nadzieję, że koleś nie miał włączonego radia i usłyszał litanię do Marii Magdaleny sprzed nawrócenia, gdy jeszcze zajmowała się swoim wyuczonym zawodem :)

Chomicross

Niedziela, 25 stycznia 2015 · Komentarze(29)
33 kilometry na powietrzu. Tyle zaledwie udało mi się dziś wykręcić z powodu pojawienia się późnym rankiem tak niespotykanego w styczniu zjawiska jak śnieg. Tegoroczna zima tak mnie już przyzwyczaiła do wszystkiego: megawiatru, deszczu, wirujących liści, suchego asfaltu, temperatury pod 10 stopni, ale przecież nie do białego puchu! Gdy dziś pojawił się więc za oknem patrzyłem zdziwiony jak Murzyn złapany gdzieś w dżungli i zaprzęgnięty do czwartoligowego zespołu piłkarskiego podczas przerwy sezonowej. Co to jest?? :)

A że gdy zaczęło padać (około 10-tej) byłem już w sumie przygotowany na rower to najpierw chwilę postałem sobie z otwartym pyskiem, potem wykonałem próbę samobójstwa pijąc kawę bez mleka, aż w końcu postanowiłem dokonać heroicznego czynu testowania niedawno zakupionego nowego chomika. Chomik jest stacjonarny, kupiony niewielkim kosztem (historia jego zamawiania śmiało mogłaby być osobnym wpisem) i wybrany świadomie - nie chciałem fundować sobie trenażera, bo po pierwsze szkoda mi roweru, a po drugie bawienie w przepinanie licznika i innych rzeczy, które umożliwiłyby pokazywanie prędkości i dystansu to dla mnie, jako dumnego z siebie lenia, to za dużo. Tak wygląda chomik:

Zrobiłem sobie nim 10 km w niecałe 20 minut, co dało średnią lekko ponad trzy dychy. Jednak cały czas tęsknie zerkałem za okno - i... stało się! W końcu przestało sypać. W pędzie założyłem bluzę, przełożyłem bidon z szosy na crossa i już mnie nie było. Czasu miałem mało, niewiele ponad godzinę, bo - tradycyjnie - na wczesne popołudnie znów zaplanowana była Misja Teściowa.

Ślisko, mokro - taaa, to lubię. W dodatku na trzecim kilometrze znów zerwała się śnieżyca, która utrzymała się praktycznie do połowy wypadu. Jechałem ostrożnie, szczęśliwy, że jednak się udało choć tak pokręcić. Odwiedziłem Plewiska, Gołuski, Palędzie i wróciłem przez Dąbrówkę i Skórzewo. Średnia - a co to? :)

Po południu po śniegu nie było śladu.

Teściowa pozdrawia.

Na zachodzie bez zmian

Sobota, 24 stycznia 2015 · Komentarze(2)
No i proszę. Jednak co zachód to zachód. Wystarczyło wybrać się przez miasto lewą stroną Warty, by odczuć różnicę pomiędzy zgniłym, ale jednak zachodem (Poznania) a usyfionym DDR-ami i innym gnojem wschodem (Poznania). Wszelkie podobieństwa do sytuacji geopolitycznej świata oczywiście jak najbardziej zamierzone ;)

W sobotę byłem w... Sobocie. Zgrabne kółeczko mi wyszło, najpierw przepychanka miejska, potem Suchy Las, Złotkowo i skręt na Rokietnicę, a potem już Kiekrz i Strzeszynek. Parę hopek zaliczyłem, powalczyłem z wiatrem, słabym, ale za to zmiennym i tyle. Ścieżki miażdżyły mnie tylko minimalnie, bo było ich mało, a do tego jakoś "zapomniałem" o części z nich :) Było też zaskoczenie - świeżo oddana obwodnica chyba faktycznie odkorkowała częściowo miasto, bo Obornicka pusta, aż musiałem spojrzeć na datę, żeby się upewnić czy ktoś mnie nie przetransferował do roku np. 1925...

Aha, na Grunwaldzie wprowadzono już nowy, superinteligentny system zarządzania ruchem. Po czym poznałem? Po tym, że tam, gdzie od jakiegoś pół roku miałem zazwyczaj zieloną falę (od Przybyszewskiego do Górczyna) dziś stałem na wszystkich, pięciu czy sześciu światłach. Dziękuję :)

DDR-epresja

Piątek, 23 stycznia 2015 · Komentarze(13)
Po tym jak w końcu już wróciłem dziś rano po treningu do domu i zaparkowałem rower poczułem, że mój mózg, ciało i umysł są na poziomie autystycznego pantofelka ze zdiagnozowaną depresją paranoidalną. Tak zostałem zmasakrowany trasą, którą sam sobie zafundowałem, prowadzącą w połowie przez Poznań, a potem do Murowanej Gośliny i z powrotem. Czemu? Odpowiedź jest prosta i banalna jak przewód myślowy przeciętnego odbiorcy "Poranka TVN".

Ścieżki rowerowe! Te hektolitry pomyj, które wylałem na tym forum w ich temacie chyba dziś się postanowiły na mnie zemścić. Do Malty jeszcze było jako tako, choć przeprawa na drugą stronę Warty to zawsze do mnie mega wyzwanie. Nie wierzyłem własnym oczom dopiero na słynnej już chyba ulicy Hlonda, na której do tej pory była prawdopodobnie najbardziej kuriozalna nawierzchnia "asfaltowa" w mieście. I co? Kochany Poznań - miasto hau hau - wsłuchało się w głosy rowerzystów! Super! Jak to wygląda aktualnie? Ano tak:

I tak:

Od razu uprzedzam pytanie: to nie kartoflisko. Po tym się jeździ. Co prawda dawno tędy nie kręciłem i nie wiem od kiedy wygląda to tak, jak wygląda, ale coś czuję, że nie jest to od wczoraj. Nie muszę dodawać, że na całej długości nie działo się nic - żadnego robotnika, żadnego ciężkiego sprzętu... oraz znaku, że ścieżka jest zamknięta. Gdzie tam! Jakby nie było widać to według urzędasów jest ona pełnokrwistą, gotową do użytkowania - a nawet w świetle przepisów obowiązkową - drogą dla rowerów. Jakieś pytania? :)

Udało mi się w końcu tą jak zwykle sympatyczną ulicą Gdyńską wyjechać poza miasto. I chwilę było nawet fajnie. Dopóki nie dopadła mnie Fantazja Sołtysa - czyli dwa kostkowane DDR-y przed i za Owińskami. Nie po raz pierwszy poraża mnie bezinteresowne sukinsyństwo osób, które postawiły tam znaki zakazu jazdy rowerem, zmuszając niczemu winnych bajkerów do przejeżdżania na drugą stronę, co jest bardziej ryzykowne niż pokonanie tych w sumie dwóch kilosów po prostu po asfalcie. Nawet głupich pasów tam brak, za jednym wyjątkiem. Pewnie miałbym ten zakaz głęboko w... no, nieważne, gdyby nie to, że już kilka razy widziałem tam sprytnie schowany patrol milicji.

Dojechałem do Murowanej, zawinąłem się, przeżyłem to samo co powyżej raz jeszcze i wróciłem do domu z wrażeniem, że tylu bluzgów nie użyłem od niepamiętnych czasów. No, chyba że mówimy o przeciętnym dniu w pracy :)

Raz jeszcze postuluję do decydentów tego naszego chorego kraju - dajcie mi wybór i niech będzie tak, że jak jest ścieżka to MOGĘ nią jechać, a nie MUSZĘ. Ja naprawdę chcę żyć...

Grrrr. Wyżyłem się, A w ogóle to pyknął mi pierwszy tysiak w tym roku.

Krótkie GTA

Czwartek, 22 stycznia 2015 · Komentarze(4)
Dziś musiałem się wcześniej zebrać do pracy, a co za tym idzie szybciej wystartować z ewentualnym rowerem. Słowo "ewentualny" nie jest tu, przynajmniej częściowo, przypadkowe, ale o tym za chwilę. Fakt faktem, że przed ósmą byłem już gotowy do drogi, gdy dostałem info od Żony, że na drogach nie jest tak różowo jak mi się przy spojrzeniu za okno wydawało. Nastąpiła więc szybka zmiana rowerów - szosa dostała karnego jeżyka, a w ruch poszedł cross.

Wiatr wiał z północnego wschodu, więc czekała mnie przeprawa przez miasto... (tu powinno być dużo, dużo kropek). No i faktycznie - asfalt niby był ok, ale ilość śliskich białych zamrożonych placków potwierdzał słuszność wyboru roweru. Na Moście Rocha pojawiło się nawet malutkie, zgrabne lodowisko, mijanka z innymi bajkerami wyglądała więc jak jazda figurowa na lodzie. Jechałem bardzo ostrożnie, a i tak na zakrętach zwalniałem niemal do zera. Czułem się tak pewnie na trasie jak linoskoczek po udarze - naprawdę było ciekawie. Wyjechałem w końcu poza Poznań, gdzie praktycznie o jeździe poboczem można było zapomnieć - człapałem sobie prawie środkiem, dojechałem do Kobylnicy, gdzie po głębszej analizie wszystkich za i przeciw stwierdziłem, że jednak lepiej się żyje w jednym kawałku niż w kilku. I zawróciłem. Decyzja jak na mnie rzadko spotykana, ale dumny jestem ze swojego bohaterstwa :)

A sam powrót... Gdybym grał dziś w GTA zamiast jeździć rowerem to pobiłbym wszystkie rekordy w uszkadzaniu istot żywych - DDR-y były dziś pełne. Pieszych oczywiście. Oj, kusiło nie zwalniać, kusiło... Ale wizja zeskrobywania krwi i kawałków mózgu jednak mnie powstrzymywała. 

Wyszło dziś dziwnie. Słabo, krótko, ale czuję się rozgrzeszony. Bo przeszedłem przez piekło i czyściec za jednym zamachem, którymi było te 25 kilometrów czyściutkiej jazdy przez Poznań. Do tego tańcząc na lodzie.

LEŃin

Środa, 21 stycznia 2015 · Komentarze(9)
Wolny dzień... jak ja to kocham. Człowiek się wyśpi, poleniuchuje, wypije kawę w tempie dwa razy dłuższym niż zazwyczaj... A przede wszystkim nie musi lecieć do roboty, co samo w sobie jest wartością najwyższą. Tak też dziś wyglądał mój dzionek - z powodu nocnych opadów motywacji do wczesnego wstawania nie miałem i ruszyłem dopiero po 10:30, z planami na pięć dych i nie za wiele więcej. Jak leń to leń.

Plan wykonałem. Zrobiłem trasę przez Skórzewo, Dopiewo, Fiałkowo, Więckowice i powrót przez Zakrzewo oraz Wysogotowo. Wyszedł z tego... nie wiem... smok? Mrówka w ciąży? Kaszalot z wciągniętym brzuszyskiem? Cokolwiek to jest to zdecydowanie było źle zaplanowane, bo znów miałem pod wiatr, a potem pod wiatr. Klasycznie :)

Wczoraj Norbert zapytał czego słuchałem, że miałem tak zakręconą trasę. W sumie temat jest ciekawy - czy muzyka motywuje czy przeszkadza w jeździe? Czy ma wpływ na wyniki i wybór trasy? Na to ostatnie u mnie zdecydowanie nie, na poprzednie - ciężko powiedzieć. Dziś na przykład jechałem z takim osobistym "the best of" z przesłuchanych w styczniu płyt. I tak: w ciągu niecałych dwóch godzin przez moje uszy przewinęło się gotyckie Bella Morte, rzeźniczy i technicznie doskonały deathmetalowy Bloodbath, folkmetalowy Cruachan, stary i zawsze dobry punkowy Dezerter, industrialno-metafizyczne Einstürzende Neubauten oraz liryczny i poetycki Grzegorz Turnau. No i co? Dobrej średniej i tak się zrobić nie udało, choć w tym temacie ciśnienia specjalnego nie miałem.

Wniosków brak. Nooo, chyba że jeden podstawowy - należy myć uszy.

Cross - z napędem bez pędu

Wtorek, 20 stycznia 2015 · Komentarze(5)
Wbrew mojemu wczorajszemu czarnowidztwu tragedii pogodowej dziś nie było. Jednak w nocy padało i rano przy zerowej temperaturze jazda szosą byłaby fajnym treningiem, ale umiejętności cyrkowych, była więc motywacja na pierwszy test nowego napędu w crossie.

Przede wszystkim musiałem przystosować zwoje mózgowe do faktu, że jak naciskam na pedały to już nie ma konieczności uważania na zęby, do tej pory narażone na bliskie spotkanie z kierownicą przy każdym przeskoczeniu łańcucha. Trochę mi to zajęło. Czułem się jak szczeniak zabrany z rąk sadysty i potrzebujący czasu na uwierzenie, że w życiu jednak może być inaczej :) Okazji do testowania miałem sporo, bo kawałek przez miasto to jak wiadomo trening interwałowy lepszy niż każdy zaplanowany.

Potem też cała moja trasa wyglądała jakby zaplanował ją pan Zenek, właściciel kilku hektarów, który nie potrafi po pijaku sobie przypomnieć gdzie zaparkował kombajn. Wszystko z powodu wiatru, który jak zwykle w przypadku powiewu teoretycznie ze wschodu był sporą zagadką. Raz północny, raz południowy, a jako że jak wiadomo lubię się pomęczyć pod i wracać z zefirkiem w plecy to postanowiłem go rozgryź, skręcając z Tulec tu i tam - na Gowarzewo, potem z powrotem, na Komorniki, tam na Nagradowice i znów z powrotem. Oczywiście wiatr był wciąż przede mną :)

Średnia - te minimalne, banalne 28 km/h - byłaby osiągnięta. Gdyby nie... - zagadka? Bingo - Starołęcka. Ulica, która jest dla mnie synonimem wszelkich możliwych wulgaryzmów. No, prawie wszystkich - resztę obsługuje werbalizacja ulicy Obornickiej ;)

Mizeria

Poniedziałek, 19 stycznia 2015 · Komentarze(4)
Wczoraj kręciło mi się wybornie, a dziś mizeria... Nawet trasa jakby się skupić i poruszyć lekko wyobraźnię przypomina ogórek. Co prawda z Czernobyla, ale jednak :)

No i właśnie z wyborem trasy przekombinowałem - myślałem, że będzie wiało z południa, a realnie... wmorderwind, wmordewind i jeszcze raz wmordewind. Nie jakiś specjalnie silny, ale ani przez chwilę nie czułem jego pomocy - wręcz przeciwnie, co kolejny zakręt to całował mnie brutalnie swoim podmuchem. Poza tym dość istotnym elementem jechało się generalnie milutko, bo droga od Puszczykowa przez Mosinę, Rogalin, Mieczewo i aż do Wiórka prowadzi przez cudowne lasy i jest jedną z moich ulubionych. Na końcu czyha jednak potwór-morderca średnich: ulica Starołęcka. Mój koszmar od zawsze, dziś jak zwykle przybierający postać korków, włażących bez sygnału pieszych, skrętów wykonywanych przez TIR-y w każdym możliwym kierunku, etc., etc.... Brr :)

A że jeszcze przed wyjazdem dopompowałem koła i w pośpiechu chyba źle dokręciłem wentyle to dostałem za swoje. Gdy po powrocie zobaczyłem, że jechałem z ciśnieniem na oko max 4 atmosfer ręce mi opadły i tam zostały. Może w pracy wrócą na swoje miejsce, choć bardziej prawdopodobne, że opadną jeszcze niżej od korpobełkotu :)

To co, pora rozejrzeć się za jakimś zgrabnym balkonikiem, kupić geriavit i umówić się na jakieś emeryten party po takim wyniku jak dziś :) A od jutra podobno załamanie pogody - czyżby szykowała się przerwa w pedałowaniu? Zobaczymy.

Mała UĆ

Niedziela, 18 stycznia 2015 · Komentarze(11)
Rzadko mi się zdarza, że mam cały weekend wolny, a jeśli już tak jest to albo gdzieś wyjeżdżamy poza Poznań, albo nadrabiamy zaległości towarzyskie. Wczoraj postawiliśmy na tę drugą opcję, co - nie da się ukryć - zdecydowanie wpłynęło na moją motywację do porannego wstawania, tym bardziej, że nie mogąc doczekać się na taksówkę zrobiliśmy sobie nocny wyparowujący procenty spacerek z centrum do domu, czyli pięciokilometrowy trening jakiś tam już został zrobiony.

W każdym razie się wyspałem, a jak już otworzyłem oczy to zdecydowanie nie widziałem żadnych przeszkód do jazdy. W właściwie nie widziałem niczego - taka była mgła :) Zjadłem więc śniadanie, wypiłem kawkę, której barwa zlewała się z tym, co za oknem. Odpuścić nie chciało, ja też nie chciałem za późno ruszać, coby dnia nie tracić, więc zamontowałem moje pseudoświatełka i założyłem na łeb słynny Lidlowy kask, bożyszcze sezonowców spod znaku "od maja do września", z lampką na tyle. No i wyjechałem tak ubrany jak choinka, rozglądając się na boki z obawą, że zaatakuje mnie jakiś zapominalski gospodarz, niepewny czy wyrzucił już świąteczne drzewko na śmietnik.

Trasa - "kondomik" (przez Mosinę, Dymaczewo, Komorniki, Stęszew). Uwielbiam jeździć we mgle - tworzy to niesamowity klimat do rozmyślań, tym bardziej gdy jest on wzmocniony jeszcze nastrojową muzyką (dziś towarzyszył mi Jaromír Nohavica oraz Sting ze swoją nową płytą koncertową). Widoczność - jaka widoczność? Ale nie ma co wybrzydzać, bo już w połowie drogi zacząłem nawet widzieć przednie koło w szosie :) A gdy zacząłem się rozglądać to czekało mnie coś, na co dawno się czaiłem - otwarta brama w murze okalającym kościół w miejscowości Łódź (oczywiście nie tej właściwej, tylko wielkopolskiej małej Łodzi - wiochy przed Stęszewem). Niestety sam kościół był zamknięty, ale wreszcie miałem okazję obejść jego otoczenie.

Z tablicy informacyjnej wyczytałem, że nazwa miejscowości pochodzi od rodu rycerskiego - Łodziów, którzy ufundowali tu w XII wieku drewnianą kaplicę, która w XVII wieku runęła, by niedługo później zostać zastąpiona tym, co widać tam aktualnie - do drewna stopniowo dodając elementy murowane. Jako że nie było mi dane zobaczyć wnętrza nie ma sensu opisywać jego elementów, za to niezwykle klimatycznie prezentuje się drewniana dzwonnica (też zamknięta, a szkoda, bo znajdują się w niej dwa zabytkowe dzwony - z 1612 i 1683 roku) - no i mega! grobowiec,


A co mnie ucieszyło? Stojak na rowery! Co prawda najgorszej klasy, czyli wyrwikółek, ale liczy się sam fakt :)

Pokręciłem się, pofociłem i zmyłem, żeby ktoś przypadkowo mi nie zamknął bramy, bo ja tam osobiście na Wałęsę się nie piszę.

Z powrotem liczyłem na pomóc wiatru (już słabego na szczęście). Gdzie tam. Wiał mi bardziej w pysk niż w pierwszej części wyjazdu - wracamy więc do standardowego wniosku, że podmuchy i logika są ze sobą sprzeczne.

Aha - rozwiązałem "dętkową zagadkę" - ostatnio ją po prostu źle założyłem. Przekonałem się o tym przy okazji wymiany opony, którą w dźwięku fanfar dokonałem wczoraj po południu. Stara opona została pożegnana i na wszelki wypadek powędruje do piwnicy ze wszystkimi honorami, bo przejechała ze mną prawie 15 tysięcy kilometrów. W dalszym ciągu nadawała się do użytku, choć nabrała już wszystkich barw tęczy, które ujawniły się spod farby. Tym samym tył i przód roweru już są kompatybilne, w kolorach czarno-czerwonych marki Schwalbe - czyli tej, co do tej pory.