Uazaaaa...rzewo. Plus Pobiedziska

Piątek, 13 marca 2015 · Komentarze(15)
Dysponowałem dziś trochę większą ilością czasu i przez mój parchaty łeb przeskoczyła nawet myśl o stówce, ale przypominając sobie o ilości zadań na dalszą część dnia wyparowała ona szybciej niż denaturat z organizmu żula spod osiedlowego marketu. A właśnie, przy okazji - nabyłem wczoraj w Lidlu pompkę, którą W KOŃCU udało mi się napompować koła w szosie do okolic sześciu atmosfer. Okazało się to co prawda taktycznym błędem, bo taka ilość powietrza nie jest kompatybilna z polskimi drogami, o czym zaświadczyć mogą moje cztery litery. Ale sam fakt, że wykonałem rzecz nieosiągalną warto odnotować :)

Drugim elementem przeciw stówie była pogoda, czyli pochmurno na granicy deszczu, na który mam jeden sprawdzony patent. Jak jadę stówę i jest ryzyko, że spadnie to... zawsze spadnie. Natomiast jeśli w pewnym momencie się zawróci to opad głupieje, a że istota ta nie należy do najbardziej bystrych to zanim się ogarnie już jestem w domu. Ma to swoje minusy, ale niech te minusy nie przysłaniają nam plusów :) Taką więc taktykę dziś wybrałem, kierując się po prostu na Pobiedziska, które w końcu chciałem zaliczyć "podziwiając" coś więcej niż paskudne, obdrapane zakłady, które mija się na trasie do Gniezna.

No i dojechałem, walcząc z upierdliwym północno-wschodnim wiatrem (o którym więcej później), najpierw brnąc przez Poznań, potem podskakując na jak zwykle nierównym asfalcie na tej trasie. Same Pobiedziska... jakby tu napisać... No dupy nie urwały, w przeciwieństwie do kół w rowerze na tamtejszym przejeździe kolejowym, bo odstępami między szynami można by obsłużyć ze dwa Wielkie Kaniony i jeszcze kawałek Wielkiego Rowu. Zresztą wracając w tym samym miejscu czekała mnie prawie dziesięciominutowa pauza, bo dyżurny ruchu zamknął rogatki pewnie już chwilę potem jak pociąg wyruszył z Gniezna :)

Do centrum dojechałem na czuja, bo żadnymi znakami nic mnie nie chciało poinformować gdzie toto się znajduje. Z ciekawości spojrzałem na miejsce, gdzie mieści się stolec burmistrza, które jednocześnie jest... siedzibą jednego z banków. Taka ciekawostka, oczywiście nic nie sugerująca :) Na Rynku zaciekawiła mnie fontanna, a właściwie to, co w niej było. Tak się zastanawiałem co zacz - pomnik ku czci krasnali, bohaterów zmarłego wczoraj jednego z moich ulubionych pisarzy - Terrego Pratchetta (R.I.P. :( )? Wsparcie dla górników z okupowanego Donbasu? Jakaś sztuka nowoczesna z tytułem: Zeus karmi żebraków (lub hipsterów) kubkiem kawy ze Starbucksa? Nie znalazłem nigdzie odpowiedzi, musiałem ją sobie w domu wygóglać. I ten... tego... kto zgadnie? To Lech, Czech i Rus... Sorry, aż tak bardzo abstrakcyjnej wyobraźni nie posiadam :)


Na pierwszym zdjęciu w tle widać kościół z fajną zabytkową dzwonnicą. I było na tyle. Jeszcze zjechałem sobie z górki, która gdzieś tam prowadziła w dół, a potem chciałem zabłysnąć szybkim podjazdem, ale przed pysk wepchał mi się jakiś dostawczak wiozący piwnego sikacza i tyle było z rekordów uphillowych. A że wóz zakorkował pół Rynku (co przy jego rozmiarach nie jest trudne) to zrobiłem sobie po nim jeszcze jedno kółko, odnalazłem szlak powrotny i zawróciłem.

Było mi trochę mało, więc postanowiłem jeszcze skręcić do Uzarzewa, gdzie mieści się Muzeum Przyrodniczo-Łowieckie. Jak zapewne część z Was wie jestem wybitnym miłośnikiem myślistwa, tak wielkim, że sam bym w jakimś wziął udział. Za cel biorąc myśliwych :) W związku z czym miejsce nęciło mnie "tak se", ale sam budynek pałacowy prezentuje się godnie, podobnie jak park, choć ten ostatni sprawiał wrażenie zaniedbanego. Trochę się przestraszyłem, bo pierwsze co zobaczyłem wjeżdżając na jego teren była pani w zdecydowanie dojrzałym wieku, ubrana w obcisły strój i z dorodnymi, wystającymi uszami na głowie. O cholera, pomyślałem, czyżby jakaś ponadprogramowa prezentacja szmiry spod znaku "50 twarzy Greya"? i już chciałem uciekać, gdy nagle zza winkla wyłoniło się stado przedszkolaków. Nie jest to mój wymarzony widok, ale w tej sytuacji poczułem ulgę :) Nieopatrznie jedynie dałem pauzę na mp3 (a tam leciała piękna nowa płyta Moonspella) i usłyszałem: "no weź króliczka za łapkę", a potem gromkie: "tak, tak, kjóliczek, idziemy!". Miałem dość, więc tylko drżącymi łapami zrobiłem nieostre zdjęcie pałacu i się zawinąłem. Potem jeszcze chwilka dla szachulcowego kościółka, a także kawałka skamieniałej dziczyzny.



Pozostało mi tylko powalczyć z wiatrem (tak, tak, zmienił się na boczny...) i z miastem. Z ciekawości zaliczyłem "Chlew na Hlonda" - faktycznie cały czas nic tam nie ruszono. Ale asfalt na głównej drodze przyjemnie smagał pod kołami, jak ten na DDR-ce - nie mam pojęcia, bo jakoś nie udało mi się nań wjechać :)

Reasumując - zadanie zaliczone. I szczerze mówiąc im częściej jeżdżę na tak często chwaloną na BS północ od Poznania tym bardziej lubię... południe :) Moje, oswojone i chyba ciekawsze. Jednak po chwili zawahania dopisuję dzisiejszą wycieczkę do kategorii "Wielkopolska - miejsca ciekawe".

Aha, zgodnie z regułą deszcz zaczął padać kilkadziesiąt minut po zaparkowaniu w domu.

Militarny czwartek

Czwartek, 12 marca 2015 · Komentarze(8)
Jako że idzie wojna i niedługo zapewne nas nawiedzą Ruskie to zrobiłem sobie dziś paramilitarny trening. Podzielony on został na trzy etapy.

Melduję, że podczas pierwszego i ostatniego z nich prowadziłem walkę partyzancką próbując przedrzeć się przez miasto Poznań, okupowane przez siły wroga zamkniętego w zapuszkowanych pojazdach. Konkretna wymiana ognia miała miejsce z jednym z nich, który ośmielił się zatrąbić na Piątkowie w momencie keidy starałem się zgrabnie ominąć dziury w asfalcie, oczywiście upewniając się czy manewr jest bezpieczny. Ale cóż, tak to bywa gdy istoty z rejestracją PCT (okolice Czarnkowa i Trzcianki) wybiorą się do miasta, które ma więcej niż jedno skrzyżowanie. Dodatkowym utrudnieniem były zasieki w postaci nigdy niekończących się remontów, objazdów i wahadeł, z których szczególnie wymienić mogę ten na Morasku, gdzie czekała mnie obowiązkowa pauza w obydwu kierunkach, bo przecież nie istnieje w przyrodzie coś takiego jak zielone na mijance gdy akurat ja jadę. 

Etap środkowy był spokojniejszy - dojazd do Biedruska pomiędzy pięknymi lasami, do których nie można wejść ani wjechać. Bo nie. Przez chwilę nawet zastanawiałem się w zadumie jak to jest żyć wśród zieleni, z której nie można skorzystać, ale po chwili sobie przypomniałem, że żołnierz nie ma myśleć, tylko działać, więc kręciłem już bezrefleksyjnie. W samym Biedrusku zasalutował mi sympatyczny rowerzysta, o dziwo nie w moro, tylko w twarzowym niebieskim stroju, którego zresztą wracając przywitałem po raz kolejny podczas lanserskiego wyprzedzania na jednym z podjazdów między Radojewem a Moraskiem.

W ostatnich słowach swego raportu zaznaczam, że po takim treningu czuję się w 100% gotowy do dalszej walki. Aktualnie można stawiać przede mną już tylko łatwiejsze wyzwania niż jazda po Poznaniu, takie jak pokonanie 200 kilometrów po bruku na samych felgach lub ostry zjazd mtb z wymontowaną kierownicą :)

Spocznij.

Dzień kobiet

Środa, 11 marca 2015 · Komentarze(4)
Wiem, wiem, ten oficjalny, połączony z obowiązkowym wręczaniem jakichś wiechci już za nami. Ale dziś przeżyłem swój osobisty, drogowy. Miałem ku temu okazję wybitną, gdyż łącznie jakieś 20 kilometrów przejechałem po mieście, co samo w sobie jest przeżyciem, a jeśli doda do tego się popisy niektórych przedstawicielek płci, hmmm, pięknej to wrażenia są naprawdę ciekawe.

Najpierw trafiłem na zatamowaną Przybyszewskiego street. Dwie paniusie miały sobie coś do wyjaśnienia, z czego jedna stanęła... w poprzek ulicy, nic nie robiąc sobie z tego, że korek się zrobił nieziemski, a kakofonia klaksonów była słyszalna pewnie na drugim krańcu miasta. Jak już sobie dziewoje poplotkowały to wspomniana niewiasta tak zgrabnie się wycofała, że uderzyła tyłem w płot. Ręce mi opadły. Potem zatrzymałem się przed zebrą, żeby przepuścić chcącą przejść na drugą stronę rowerzystkę. Ja przepuściłem. Tępa dzida jadąca za mną już nie, niemal tratując na pasach spokojnie idącą i dziękującą mi bajkerkę. Kolejna sytuacja: na ścieżce (tylko rowerowej, tam nie ma chodnika!) prowadzącej po wiadukcie na Górczynie kobiety idące obok siebie, do tego z wózkiem, były wielce zdziwione, że krzyczę "uwaga!", a nie schodzę z roweru, żeby je wyminąć. Zresztą - 100 metrów dalej to samo, tylko że bez wózka. A kierunek - moja ukochana giełda odzieżowa. Nie będę już wspominał o babciach i nie babciach, włażących na drogę w miejscach nieoznakowanych bez patrzenia na to, czy coś jedzie czy nie. A to wszystko podczas jednego treningu! Mógłbym tu coś napisać na temat garów i gotowania, ale nie napiszę, bo na BS mogą wchodzić feminazistki i kiedyś mógłbym zostać zastrzelony na trasie zagubionym stanikiem. Może więc tylko zacytuję tekst usłyszany kiedyś w South Parku: "nie można ufać czemuś, co krwawi przez kilka dni w miesiącu i nie umiera" :) I koniec tematu - pozdrawiam wszystkie racjonalnie myślące istoty, obojga płci.

A dzisiejsza jazda to przepchanie się przez Poznań, potem Strzeszynek, Kiekrz, Rokietnica i w Mrowinie skręt na Napachanie (jak ja lubię tę nazwę) i powrót przez Przeźmierowo. Wiało mocno, więc połowa trasy w pozycji bocznej ustalonej (za barankiem), potem już przyjemne korzystanie z wiaterku. I mimo kursu przez miasto średnia w okolicach trzech dych osiągnięta, co cieszy.



Mleczna droga

Wtorek, 10 marca 2015 · Komentarze(6)
Mleko, w którym dziś jechałem o ósmej rano było tak gęste, że zacząłem się rozglądać za jakimś pogodowym serwisem do kawy. Albo przynajmniej młynkiem. Niestety nic takiego na horyzoncie się nie pojawiło, więc z marzeniami o cukiernicy nawet nie wyskakiwałem. Szkoda. Za to mglisty klimacik zawsze mnie specyficznie nastraja do jazdy, szczególnie z dobrym audiobookiem w uszach, więc kręciliśmy dziś sobie ze Stefkiem Kingiem w sumie całkiem przyjemnie.

Do rzeczywistości jak zwykle przywoływali mnie puszkarze. A konkretnie kierowca autobusu z napisem "EKO", który w Luboniu, gdy zgodnie z przepisami olewałem DDR-a nieprowadzącego w moim kierunku jazdy zaczął trąbić i minął mnie na zapałkę. Współczuję pasażerom, że się nasłuchali mojego monologu z tylnymi światłami busa, ale niestety - taki jest koszt wyboru przewoźnika bez mózgu.

Trasę zrobiłem szubieniczną - Mosina (spacerek nad remontowanym torowiskiem), Żabno, Baranowo, Sowinki i powrót znów przez Mosinę, gdzie ponownie prawie potraciłem zęby na asfalcie i torowisku w okolicach stacji PKP.  A w klimat mgły, Kinga i mapowego wisielca wpisała się przyroda, która zafundowała mi dziś po drodze widok martwego i lekko już nadżartego dzika. Choć przyznać trzeba, że próbowała złagodzić przekaz nurkującym sokołem i (chyba) skowronkiem, który w lesie przeleciał mi nad kaskiem. Wiatr - dokładnie tak jak wczoraj: wizualnie wydawał się sprzymierzeńcem, a odczuwalnie okazał się wredną świnią.

Siad płaski

Poniedziałek, 9 marca 2015 · Komentarze(6)
...czyli powrót do normalności po krótkoterminowym włóczeniu się po górkach. A przede wszystkim powrót na szosę. I po raz kolejny przekonałem się, że człowiek nie docenia tego sprzętu póki nie zafunduje sobie przejażdżek czymś, czemu bliżej do najbliższego skupu złomu niż najbliższego szczytu. Dziś po tym jak usiadłem na ascetycznym siodełku, smukłej ramie i wąskich oponkach, a w pedałowanie włożyłem o miliard razy mniej dżuli niż wczoraj (bo tam to były bardziej żule) poczułem, że żyję.

Triumfalnie objechałem "kondomik", tym razem od strony Komornik, potem Stęszewa, Mosiny i Puszczykowa, ciesząc się lekkością i płynnością jazdy. Aerodynamiczna linia nadwozia pozwoliła mi na wykorzystywanie każdego, nawet niesprzyjającego podmuchu. Specjalnie zaprojektowane ogumienie likwidowało niedogodności polskich dróg. Kształt kierownicy zapewniał efektywność ruchów i komfortowe wchodzenie w zakręty... Hola, hola, co ja piszę? Przecież nie robię folderu reklamowego dla nowego modelu Porsche. Sorrrry :)

No to po ludzku - jechało mi się fajnie, choć wiatrzysko wiało mi prosto w ryj nawet gdy flagi pokazywały, że mi sprzyja. Jak to zjawisko wytłumaczyć nie wiem po raz kolejny, bo z tego typu pieszczotami spotykam się nie po raz pierwszy. Ale - mimo tej niedogodności - dopłynąłem bezpiecznie do portu. A przedwczoraj przekroczyłem tegoroczne trzy tysiaki, nawet o tym nie wiedząc - informuję więc o tym teraz, przy dźwięku fanfar.

No dobra, przy dźwięku korpomuzy puszczanej mi nad łbem.

Karpaczio - ostatnie ugryzienie

Niedziela, 8 marca 2015 · Komentarze(4)
Kategoria Góry
Wszystko co dobre szybko się kończy. Nie, nie chodzi tym razem o piwo, ale o urlop w wersji mini. Pogoda dopisała, wiatr nie masakrował, temperatury przyprawiały o szok termiczny... Oj, było zacnie.
 
Dziś nastąpiło zamknięcie sagi i w przeciwieństwie chociażby do "Gry o tron" nie odnotowano żadnego trupa. Choć nie, sorry, podczas powrotu zaczął wyskakiwać jeden trup z szafy, a konkretnie z tylnego koła. Prawdopodobnie zostala nim piasta, bo z metra na metr piski i zgrzyty zaczely być coraz bardziej słyszalne, nawet przez słuchawki. Niedobrze...
 
Trasę wybrałem sobie deserową, bez kosmicznych podjazdów i nieświadomej walki z KOMami. Najpierw opisywane wczoraj Karpniki, jak zwykle z niepowtarzalnym klimatem spod znaku sumiastych wąsów panów herbu brzuszka, kija i spławika. Oraz przegląd zatowarowania jeleniogórskiego lotniska, godne XXI wieku.
 
Potem zakręt na Bukowiec, Kowary i Miłków, gdzie walnąłem klasyczną fotę klasycznego (oj, bardzo...) roweru w bardzo klasycznej scenerii.
 
Podjaździkiem przez Ścięgny dotarłem do Karpacza, który jedynie liznąłem, no bo bez przesady, kiedyś w czasie urlopu można w końcu stać sie leniem :)

W pobliskim Miłkowie ukazał mi się wciąż niedokończony domek, jakiś kurde inny. Nie wiem dokładnie co z nim jest nie tak, może kolor dachówek? :)
 
Do Sosnówki udało mi się wjechać z astronomiczną jak na starego grata prędkością 55 km/h (w panice zrobiłem szybki przegląd fragmentów, które potencjalnie mogą odłączyć się od korpusu, w tym mojego, ale niepotrzebnie. Choć kto wie, może to wtedy rower zaczął mieć na mnie focha?). Następnie Podgórzyn, Zachełmie i Jelonka ugryziona od strony Sobieszowa. Od tego momentu moim towarzyszem stał się zgrzyt i - zupełnie nieproszony jak teściowa w kawalerce - był ze mną do samego końca. Coś z nim trzeba będzie zrobić...
 
Do Poznania wracam z poczuciem dobrze wykonanej roboty. I nawet zadwolony jestem z dzisiejszego wyniku, bo czuję się jakbym wygrał Siódmy Rajd o Puchar Sołtysa Napachania na starej, niedożywionej chabecie. Tylko koni, tylko koni żal...

Ps. Pisałem już, że dostając wybór: dodawanie wpisu na BS na tablecie albo nabijanie na pal połączone z rozczłonkowywaniem miałbym spory dylemat? No to po dzisiejszej walce w tym temacie tylko to potwierdzam.

Szklarska plus zamkowy deser

Sobota, 7 marca 2015 · Komentarze(4)
Kategoria Góry
Dzisiaj mogłem wyjechać już bardziej na luzaku. Czyli... wyjechałem tak samo jak wczoraj, po ósmej. Siła przyzwyczajenia - jak widać nawet nie trzeba mnie specjalnie tresować miesiącami, jeden dzień wystarczy. Kynolodzy pewnie biją się o mój kod genetyczny :)

Plan był niezwykle prosty - dotrzeć do Szklarskiej Poręby i wrócić. Banał. Trasa składa się z dwóch odcinków - w miarę prostego i zdecydowanie w miarę nieprostego. I ten drugi zawsze sprawia mi największą frajdę, choć pierwszy zaspokaja pewnie niedostatki widokowe:

Na rysunku powyżej przedstawiono idealną sytuację pogodową, która i mnie zadziwiła. Od granicy Piechowic ze Szklarską zaczął rządzić jednak mokry asfalt, kawałki błota, a na samej górze śnieg (pisząc o tym ewenemencie przyrodniczym czuję się w tym roku jak mieszkaniec Egiptu). Cieszyłem się więc, że jadę starym trupem a nie szosą, bo już oczyma wyobraźni widziałem siebie zgrabnie nurkującego w płynącej poniżej rzece Kamiennej po nieudanym wejściu w zakręt podczas zjazdu :) O dziwo jednak jechało mi się całkiem sympatycznie i dotarcie do centrum Szklarskiej nie było aż tak tragiczne jak myślałem analizując swoją "górską" kondycję (Strava tym razem zaśpiewała mi drugie miejsce w tym roku - zadziwiające). Po samym miasteczku trochę się pokręciłem, wykonałem jeden telefon spod znaku "żyję, nie zamarzłem" i mogłem zawracać.

Podczas zjazdu nie poszalałem... Nie chciałem ryzykować na śliskim asfalcie, do tego możliwości mojego górala w temacie rozpędzania się z górki kończą się na max 50 km/h, potem macham w powietrzu jak Flinstonowie - i tyle samo mam z tego pożytku. Znów więc nie mogę się nazwać Schumacherem mtb, średnią mogę zadedykować każdemu uczestnikowi turnusu w Ciechocinku, ale finalnie jestem happy.

Po południu - już zdecydowanie nie rowerem, choć kolarzy o tej porze wykwitło jak mrówków - pojechaliśmy odwiedzić Karpniki, kiedyś wieś, o której powiedzieć "zadupie" graniczyło z pochwałą, a teraz... Ktoś wziął się za renowację tamtejszego zamku z pierwszej połowy XIX wieku ze skutkiem rewelacyjnym - i bardzo przypominającym mi Kórnik, hm... W środku mieści się wykwintna restauracja oraz hotel, a podobno są plany na jakieś SPA (niestety)... Zamek dziś a za komuny to dwa odrębne światy - każdy kradł z niego co mógł, więc odnowienie kosztowało grube miliony złotych. Oby się opłaciło. Poniżej dla kontrastu fotka z Karpnik oraz z Bobrowa (kawałek dalej), gdzie też powoli zaczyna się coś dziać. I pomyśleć, że zdjęcie pierwsze jeszcze w latach dziewięćdziesiątych można było pomylić z drugim...


A na koniec fotka znad stawu w Karpnikach oraz imponujące jak dla mnie dzieło bobrów. Fajnie, że znów się - dosłownie - wgryzają w krajobraz :)



Pilchowice + Szybowcowa

Piątek, 6 marca 2015 · Komentarze(6)
Kategoria Góry
Dobra, przyznaję - napisałem, że nie będę jeździł. Możecie mnie nazywać kłamcą, oszczercą, Pinokiem, a nawet politykiem, ale pisałem to szczerze. Byłem pewien, że w górach pogoda będzie paskudna i jedyne co na mnie będzie czekało to spacerki tempem emeryta (i to z użyciem kijków nordikłokingggg!), a tu proszę, jaka niespodzianka. Ups :)

Przyjechaliśmy do Jeleniej w czwartek po południu, w piątek planowałem randkę z dawno niewidzianym dentystą (klasycznie - w samo południe, jak to w filmach klasy C), a potem celebrowanie urodzin Żony. Musiałem zwlec się więc wcześnie i już o ósmej rano ogarnąłem swoje zombie-mtb (a bardziej "mtb", chyba że chodzi o skrót od słowa "metabolizm") i ruszyłem. Wiatr miał być północno-zachodni i oczywiście taki nie był, ale kierunek mi odgórnie ustalił - Pilchowice i nawiedzenie tamtejszej słynnej tamy. Za ciepło to nie było, ale kilka górek mnie przekonało, że to złudzenie :) Przed samymi Pilchowicami przywitał mnie piękny wiadukt kolejowy:

Potem skręt w lewo i podjazd na tamę. Zrobiłem jeden podstawowy błąd - raz zmieniłem przednią przerzutkę na najlżejszą, sam nie wiem po co. Skarcony zostałem od razu - łańcuch zaplątał się we wszystko co możliwe i tyle miałem z jazdy. Zapomniałem, że ten mój "rower" ma jakieś 20 lat, a to słuszny wiek dla sprzętu i może nie wytrzymywać moich głupot. Po ręcznym wyrwaniu z mechanicznych otchłani tego co było trzeba dokręciłem w końcu na samą górę. O tamie napiszę kiedyś więcej przy kolejnej okazji, teraz tylko fotki na szybko:

Brakowało mi kilometrów, a jazda dalej niemal po płaskim do Wlenia jakoś mi się nie uśmiechał, więc postanowiłem zawrócić i w Jeżowie zaliczyć Górę Szybowcową. Się mi zachciało, cholera... Dawno tędy nie jeździłem i jeden ostry kawałek nieźle mi dał w kość - jednak Osowa Góra pod Poznaniem to nie do końca to samo :) Zaliczyłem tę serpentynkę lekko zziajany, a jak się okazało w domu Strava mi "powiedziała", że było to najszybszy podjazd pod Szybowcówę w tym roku. Co zapewne oznacza, że jechałem jako pierwszy w 2015 :)


Są tu jacyś miłośnicy zjazdów? Zapraszam :) Kiedyś wjeżdżałem tym skrótem bez betonowych płyt, pozmieniało się, oj pozmieniało...

Wróciłem do domu zadowolony, nie przejmując się średnią - bo jakbym zaczął to weźcie ode mnie wszelkie żyletki! :)

Relację z dzisiejszej jazdy dodam albo późnym wieczorem, albo jutro. Tak samo wtedy dopiero ogarnę Wasze wpisy - sorry. Właśnie się dowiedziałem, że idę do teatru - i tyle mam z wolnego, cholera :)

Krótki glut

Czwartek, 5 marca 2015 · Komentarze(3)
W sumie masło maślane - jak krótki to przecież glut. Dziś znów w kształcie węża z przepukliną, choć ten wariant trasy (przez Skórzewo, Palędzie, Gołuski i Plewiska) wymyśliłem niedawno. Udało się zmobilizować i tę godzinkę pokręcić przed wyjazdem, ze skutkiem marnym, ale zawsze.

Jedynym godnym zauważenia doznaniem było podziwianie około 7:30 ponad kilometrowego korka w Skórzewie. Mogę się tylko domyślać, że spowodowany jest on przez nowych mieszkańców - miłośników "ciszy i spokoju z dala od miasta" w nowo wybudowanym klockowym osiedlu w Dąbrówce. Zaprawdę - myślałem, jadąc niemal zupełnie pustym pasem w przeciwną stronę - warto było się tu przeprowadzać... :)

Urwanie głowy

Środa, 4 marca 2015 · Komentarze(3)
Udało mi się jednak nie zachorować. Gripex prawdopodobnie okazał się skuteczniejszy od sugerowanych tu przez niektórych leczniczych nalewek, choć na pewno był mniej smaczny. Obiecuję przy pierwszej nadarzającej się okazji nadrobić i ten brak, zapobiegawczo. Choćby nawet na dworze byłby ukrop dochodzący do 40 stopni w cieniu. Zdrowie w końcu jest najważniejsze :)

Wczoraj przed wyjazdem powstrzymał mnie deszcz, zaliczyłem więc godzinę chomika. Dziś już nie było zmiłuj - rano przed pracą z nieba nie chciała za cholerę spaść kropla wody, trzeba się więc było zwlec z wygodnego łóżka, ubrać w ciasne wdzianko i ruszyć na wojnę. Dziś przeciwko sobie miałem nie tylko kierowców, którzy chcieli zrobić miazgę zarówno ze mnie (jeden troglo podczas wyjazdu z lidlowego parkingu, drugi/druga podczas wjazdu na giełdę odzieżową - czyli historia, która nie ma końca), jak i z pieszego przepuszczonego przeze mnie na pasach, którego jadąca jakieś pięćset metrów za mną kretynka prawie przejechała, bo po co się zatrzymywać skoro droga taka prosta? To były pikusie.

Prawdziwym wrogiem okazał się wiatr. Zimny, porywisty, dochodzący do 40-50 km/h, z klasycznego kierunku zachodnio-północno-południowo-wschodniego, dostosowanego idealnie pod końcówkę mojego pyska. Wymęczył mnie strasznie, więc z trasę "samochodzikową" przez Skórzewo, Dopiewo, Trzcielin i Komorniki pokonałem głównie leżąc - albo na kierownicy, albo, w przypadku najmocniejszych podmuchów, z łokciami blisko asfaltu. Brr. Ale zaliczone, co cieszy tym bardziej, że jutro rano wyjeżdżamy na kilka dni i raczej nie uda mi się pokręcić.