Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi Trollking z miasteczka Poznań. Mam przejechane 242961.25 kilometrów w tym 4.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 27.47 km/h i się wcale nie chwalę.
Suma podjazdów to 791582 metrów.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl


Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Trollking.bikestats.pl

Archiwum bloga

  • DST 55.25km
  • Czas 01:52
  • VAVG 29.60km/h
  • VMAX 45.00km/h
  • Temperatura 16.0°C
  • Podjazdy 164m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Bez fajerwerków

Wtorek, 5 maja 2015 · dodano: 05.05.2015 | Komentarze 2

W końcu, po raz pierwszy w tym miesiącu, udało mi się usadzić cztery litery na dalekim od komfortowego siodełku od szosy. Oczywiście nie może być plusów bez minusów, więc radość z tego faktu wyrównał mi silnie wiejący wiatr, który skutecznie i klasycznie znów mi udowodnił, że w przypadku jazdy rowerem uznaje tylko dwa kierunki: w pysk oraz z boku. Czyli istnieje demokratyczny wybór :)

Trasa to ponownie kaleki piesek bez nóżek - Głuszyna, Koninko, Szczodrzykowo, Tulce i powrót przez Krzesiny. Jeśli miałem podczas jazdy jakiekolwiek marzenia o dobrej średniej to zostały one zgwałcone tam, gdzie zawsze - na Starołęckiej. Dziś odbywały się tam chyba jakieś międzynarodowe zawody w przechodzeniu pieszych z jednej na drugą stronę ulicy oraz spowodowaniu jak największego korka. Nie wiem jakie były nagrody, natomiast ja mogę czuć się mentalnym zwycięzcą dzięki faktowi, że nie eksplodowałem i wróciłem do domu w całości, a nie w formie pyłu, niczym Talib z wycieczki po amerykańskiej bazie wojskowej.

Podobno mają być po południu i jutro jakieś burze i deszcze niespokojne. Zobaczymy.




  • DST 32.10km
  • Czas 01:08
  • VAVG 28.32km/h
  • VMAX 43.00km/h
  • Temperatura 15.0°C
  • Podjazdy 165m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Glut - już wielkopolski

Poniedziałek, 4 maja 2015 · dodano: 04.05.2015 | Komentarze 3

Dobrze, że w ogóle udało się go zrobić, bo pierwszy dzień po powrocie do Poznania zaczął się deszczowo. Do pracy miałem na trzynastą, więc jedyne co mi pozostało to liczyć na jakąś pogodową lukę, która o dziwo się pojawiła lekko przed dziesiątą. Szybkie osiodłanie crossa, głęboka olewka całkiem sporych kałuż i glut wykonany - z dwoma małymi smarkami w Starym Puszczykowie oraz Mosinie. Mimo wszystko fajnie jest wrócić na swoje oklepane tereny, tym bardziej, że zazieleniony już WPN prezentuje się naprawdę godnie.

Zapomniałem podsumować kwietniowe rowerowanie w swoim wykonaniu, więc szybko nadrabiam. Przejechane 1500 km, częściowo szosą, częściowo crossem. Średnia - lekko ponad trzy dychy, co aktualnie wygląda jak science-fiction, biorąc pod uwagę, że po górskich eskapadach mtb i dzisiejszym glucie, w maju oscyluje ona w okolicach wyników jakiegoś dziarskiego emeryta przechodzącego czwartą młodość :) Aha, i w sumie jestem dumny z siebie, że się nie zniechęciłem do jazdy po kolizji z początku miesiąca. A było blisko.




Góropożegnanie

Niedziela, 3 maja 2015 · dodano: 03.05.2015 | Komentarze 5

Górek dzień ostatni. Cztery dni w innym świecie zdeka masakruje zwoje mózgowe, ciężko się będzie pozbierać i jutro ruszyć do pracy. Z drugiej strony pamiętam czasy, gdy mieszkając na co dzień w Jeleniej Górze dosłownie rzyg..., no dobra, nie dosłownie - wymiotowałem podjazdami, więc co za dużo to nie zdrowo. Fajnie mieć zawsze gdzie wyjechać, spełnić miło rodzinny obowiązek, a potem wrócić do domu, na płaszczyzny. Układ idealny :)

Aha, muszę poczynić dwa spostrzeżenia, jedno na plus, drugie na minus. Pierwsze - przez cały długi weekend ANI RAZU nie usłyszałem dźwięku klaksonu. Mimo że szerokim łukiem omijałem większość kostkowych wynalazków, a co chwilę mijały mnie rejestracje spod znaku PO czy DW to nikt nie zdecydował się na typowo puszkarską reakcję. Czyżby "na obcym boisku" naszych dzielnych władców czterech kółek opuszcza pewność siebie? Czy może to tylko efekt mniejszego ruchu na drogach? A w samej Jelonce byłem - lekko post factum - świadkiem kolizji skuterka z samochodem. Zgadnijcie czy była agresja, wyrzygiwanie sobie racji i bluzg za bluzgiem? Nie. Pan ze skuterka grzecznie spisał na karteczce z kierowcą oświadczenie i każdy w swoją stronę. Dziw nad dziwami.

Druga sprawa. Już mniej przyjemna, od której się odzwyczaiłem. Co druga wiocha w Kotlinie Jeleniogórskiej mogłaby służyć jako samoistne schronisko dla wolno latających zwierząt, Konkretnie psów. W Wielkopolsce taki widok to dla mnie szok, który przeżywam raz na jakieś sto wyjazdów, tu średnią zawyżyłem na najbliższą dekadę. Burki, Azory i inne kundle rządzą, jak im się zachce to oleją kolarza, jak się nie zachce to masz takiego delikwenta na kole aż mu się nie znudzi. I zero reakcji miejscowych. Kurde, uwielbiam zwierzęta, ale kiedyś jeden taki mnie ugryzł i od tego czasu mam uraz (on, jeśli jeszcze żyje, pewnie też, z powodu mimowolnej reakcji mojego buta) i dziw bierze, że nie ma jakiejś kontroli nad opiekunami czworonogów. W tym sensie znalazłem się znów w latach dziewięćdziesiątych.

Dobra, rozpisałem się - pewnie to efekt uboczny uwolnienia od pisania na tablecie :) Więc krótko - dziś trasa pożegnalna głównie znów przez Rudawy. Wiatr dziś już wrócił do etapu standardowej upierdliwości, więc górki bolały ciut bardziej. Najpierw drogą na Wrocław dotarłem do Radomierza, tam zjazd do Janowic, gdzie na chwilę skręciłem sobie w las, korzystając z tego, że ten mój emerytowany sprzęt ma jedną zaletę - bycie czymś na kształt MTB. Fotka ze strumyka:

Potem do Trzcińska, gdzie prawie przed pyskiem wyskoczyła mi z lasu sarna. Oj, były emocje, ale na tyle ogarnięte, że zdążyłem ją jeszcze "cyknąć", niewyraźnie, bo na dużym komórkowym zoomie. Jak ktoś ma dobry wzrok to znajdzie delikwentkę poniżej.

W Wojanowie zatrzymanie przy tamtejszym cudzie renowacji, czyli pałacu - niegdyś ruinie, dziś... cacku? Są lepsze określenia?

Następnie skręt w Łomnicy na Karpniki - no i obowiązkowe zatrzymanie przy tamtejszych stawach.

...i przez Krogulec oraz Bukowiec do Mysłakowic, a potem do Jeleniej.

Na koniec widoczek z trasy, z dedykacją dla pierwszego użytkownika klaksonowości stosowanej, którego usłyszę po powrocie (ma podobno padać, więc nie piszę, że będzie to jutro) :)



Kategoria Góry


Od Perły Zachodu na zachód

Sobota, 2 maja 2015 · dodano: 02.05.2015 | Komentarze 2

Poranna analiza prognoz pogody - czterech - powiedziała mi, że wiatr wiał będzie do wyboru: albo z zachodu, albo ze wschodu, albo z północy, albo z południa. I co najlepsze - wszystkie miały rację. Pierwotnym kierunkiem miał być Wleń, położony na NE i tam właśnie ruszyłem. Tak sobie kręciłem i na dziesiątym kilometrze stwierdziłem, że mi się tam nie chce jechać. Jak urlop to urlop :) Dotarłem do górki w Strzyżowcu i zawróciłem, mając już w głowie zarys planu.

Było nim odwiedzenie Perły Zachodu, czyli miejsca, w którym się... ożeniłem. Dawno nie byłem takm rowerem i w końcu z przyjemnością nadrobiłem to dwukołowe faux pas :)



Po odetchnięciu pełną piersią przy Jeziorze Modrym zawróciłem i zafundowałem sobie dość kilerski podjazd pod Siedlęcin Górny. zaledwie kilkukilometrowy, ale za to z zacnym pochyłem. W nagrodę dostałem zjazd do Jeleniej DK-30, choć z rozpędzenia się wyszły nici, bo akurat zaczęło wiać mi w pysk.

Potem kurs przez jeleniogórskie Zabobrze do Maciejowej, tam skręt przez Jasiową Dolinę do Wojanowa, Łomnicy i nawrót jedynym fajnym w Stolicy Karkonoszy DDR-em przy trasie z Karpacza,

Na drugą część dnia jest zaplanowany wyjazd do Szklarskiej - czas poczuć się jak zwykły turysta z nizin wśród długoweekendowego bydła :) Oczywiście nikogo nie urażając.


Kategoria Góry


Koziołek karkonoski

Piątek, 1 maja 2015 · dodano: 01.05.2015 | Komentarze 2

Wszelkie prognozy mówiły o tym, że będzie padać. Czyli z kręcenia nici. Człowiek ma jednak raz na kilka miliardów lat szczęście i ruszając lekko po ósmej rano wbiłem się w międzydeszczową lukę. Żeby jednak nie było za różowo to dopowiem, że oczywiście mnie zlało, ale tylko na kawałku trasy, za to tym najciekawszym, gdzie człowiek mógłby się zacnie rozpędzić. No nie mógł.

Dzisiejszą objazdówkę rodzimych terenów zacząłem dojazdem do Cieplic, z których skręciłem na drogę do Szklarskiej. I w sumie chciałem właśnie tam jechać, ale gdy uświadomiłem sobie, że czekałby mnie potem zjazd wzdłuż rzeki, a ja nie wziąłem rękawiczek z palcami ani cieplejszej bluzy to wygrał rozsądek (!!!) i w zamian zafundowałem sobie podjazd z Piechowic do Michałowic. Kurde, jak ja lubię tę trasę... Serpentynki ciągnące się w górę środkiem lasu, z prześwitami, a nawet kawałkiem tunelu wydrążonego w skale zawsze były jednymi z moich ulubionych miejsc wypadowych. Dziś również się nie zawiodłem.

Kręci się tam niełatwo ale warto, tym bardziej, że zjazd do Jeleniej od strony Jagniątkowa to już poezja. No, prawie, bo na najfajniejszym kawałku asfalt jest elementem zdecydowanie dyskryminowanym przez dziury i kamienie. Doszła do tego jeszcze mżawka i deszcz, więc zamiast rekordów prędkości pobiłem rekord w męczeniu klocków hamulcowych. Ale i tak sporo z programu "50 plus" udało się zrobić :)

Jak już zjechałem to brakowało mi kilometrów do pięćdziesięciu, więc skręciłem na Zachełmie, Stawy Podgórzyńskie, Cieplice, stamtąd na Wojcieszyce i do Jeleniej. Na mapie wyszedł na moje... poznański koziołek. Chwilę po wylądowaniu na jeleniogórskim rynku, gdzie się wychowałem, lunęło już porządnie.

A po południu pojechaliśmy w Góry Kaczawskie - mało znane, niedoceniane, ale za to z perełką natury - tzw. Organami Wielisławskimi. Zadupie jakich mało, ale warte odwiedzenia :)



Kategoria Góry


Ósemka Rudawsko-Janowicka

Czwartek, 30 kwietnia 2015 · dodano: 30.04.2015 | Komentarze 9

Dziś krótko: wcześnie rano (pobudka o 5:10 !!!!!!) wyjazd do Jeleniej Góry, gdzie wbrew zamierzeniom napotkaliśmy całkiem ładną, choć lekko zachmurzoną aurę. Spodziewałem się deszczu, więc do tematu ewentualnego roweru, wcześniej nieprzewidzianego, trzeba było podejść jak pies do jeża. Kołem ratunkowym okazało się to, że zombie, czyli stary, emerytowany góral, stał się ostatnio na moją prośbę obiektem wymiany tylnej piasty i trzeba było wypróbować czy wszystko jest ok. No cóż, musiałem się poświęcić :)

Ruszyłem lekko przed trzynastą i przyznać muszę, że jak mniej piszczy jakaś tam ilość rzeczy to jedzie się ciut przyjemniej. Wiatr był nieokreślony, wciąż się zmieniał, więc z chęci, a nie wyboru skierowałem się na wschód. Najpierw Łomnica, potem Karpniki i wspinanie się oraz zjazd przez tamtejszą przełęcz aż do Trzcińska. Następnie na Janowice Wielkie, tam dojazd do trasy JG-Wrocław, powrót do Jelonki, zaraz za granicą skręt pod górkę na Jasiową Dolinę, zjazd na Wojanów, dokręcenie do Mysłakowic, tam dopchanie się i powrót drogą z Karpacza. Wyszła koślawa rudawska ósemeczka.

Nie chciało mi się zatrzymywać na robienie zdjęć, więc tylko kilka z rąsi. Jaka będzie pogoda w najbliższych dniach? Najstarsi górale tego nie wiedzą, więc czy pokręcę - się okaże.





Kategoria Góry


  • DST 52.20km
  • Czas 01:44
  • VAVG 30.12km/h
  • VMAX 46.20km/h
  • Temperatura 6.0°C
  • Podjazdy 173m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Ale szprycha! (znów)

Środa, 29 kwietnia 2015 · dodano: 29.04.2015 | Komentarze 2

Tym razem z przodu. W związku z tym skorygowałem dzisiejszą trasę, która w założeniu miała być ciut ambitniejsza wizualnie. Niepokojący metaliczny dźwięk usłyszałem jakoś na dwudziestym kilometrze, za Zakrzewem, po ogarnięciu o co kaman dokręciłem tylko do Drwęsy i zawróciłem swoimi śladami. Eh...

Albo faktycznie te zamontowane w Krossie koła to jeden wielki szajs, albo to jednak skutek mojej ostatniej kolizji (tu by pasowało, ale czemu sypnęły się też niedawno tylne?). Jest też trzecia opcja - codziennie żeby wyjechać z Dębca pokonuję swoje prywatne Paris-Roubaix po asfaltowych płytach i dziurach, które są zamontowane z powodu budowy tunelu pod przejazdem kolejowym. Po tyłku dostaję nie tylko ja, ale i rower, jakby nie patrzeć delikatny. Prawnika, który charytatywnie pomoże mi wywalczyć odszkodowanie chętnie poznam :) W każdym razie aktualnie koło zostało w zaprzyjaźnionym serwisie i mam je odebrać niedługo, przed pracą.

To generalnie nie był mój dzień. Już wracając, wyjeżdżając z podporządkowanej w Dąbrówce, wpadłbym pod koła samochodu, który wyskoczył zza zakrętu. Ja go nie zauważyłem, bo widok przysłonił mi skręcający bus, ale generalnie wina w razie "w" byłaby oczywiście moja, więc grzecznie przeprosiłem kierowcę za swoje gapiostwo. Było mi zwyczajnie głupio. Z drugiej strony - przed Sierosławem popisał się dżentelmen w BMW (a jakże) wyprzedzając przed moim nosem inne samochody na trzeciego na podwójnej ciągłej. Aż chciało mu się ryknąć w ten łysy łeb z szerokim karkiem (a jakże), że kilka kilometrów dalej skończyła się na drzewie egzystencja jednego z jego kolegów "po marce", a tak jak ostatnio pisałem widok bardziej przypominał Smoleńsk niż kawałek gminnej drogi.

Jutro z samego rana wyjazd na długi weekend. Rower odpada, a na samym wyjeździe zależeć wszystko będzie od pogody, która zbyt sympatyczna się nie zapowiada.




  • DST 33.30km
  • Czas 01:11
  • VAVG 28.14km/h
  • VMAX 43.80km/h
  • Temperatura 9.0°C
  • Podjazdy 105m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Glut-robal

Wtorek, 28 kwietnia 2015 · dodano: 28.04.2015 | Komentarze 3

Psychicznie nastawiony byłem na to, ze dziś nie pojeżdżę, a odpowiedni komunikat do mózgu to potwierdzający został wysłany gdy otworzyłem oczy przed siódmą rano i usłyszałem (uszami, nie oczami) deszcz bębniący o parapet. Szybko je zamknąłem i obudziłem się dobrą godzinę później. Do pracy na dwunastą, więc trzeba się było zdecydować co i jak. Pijąc kawę zerkałem za okno i ujrzałem drzewa walczące z wiatrem i lekką mżawkę, już zanikającą. Paskudnie. Potem spojrzałem na chomika. Potem spojrzałem znów za okno. Potem na chomika. I za okno. No cóż, zadziwiające jak pojęcie "paskudnie" może nagle zamienić się we "w sumie tak źle nie jest" :)

Szybko się ubrałem i przygotowałem do jazdy crossa. Wiało z północy, ale wiedząc, że z racji deficytu czasu dziś zrobię tylko gluta nie miałem na tyle motywacji, żeby spędzić go w całości w mieście, więc ruszyłem na zachód - przez Plewiska, potem skręt na Gołuski i Palędzie oraz powrót przez Dąbrówkę i Skórzewo. Delikatnie zmokłem, bardzo niedelikatnie zostałem przewiany, ale robala zrobiłem - choć bardziej była to ucieczka przed chomiczymi zębami niż coś konkretnego:)




  • DST 121.20km
  • Czas 04:04
  • VAVG 29.80km/h
  • VMAX 56.70km/h
  • Temperatura 24.0°C
  • Podjazdy 477m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Tomasz zDolska :)

Poniedziałek, 27 kwietnia 2015 · dodano: 27.04.2015 | Komentarze 8

Drugi i ostatni dzień spod znaku "szaleństwo", zwanego dalej "wolnym". Wczoraj czas rodzinny, poniedziałek za to postanowiłem spędzić lekko turystycznie. Żona rano do pracy, ja dospałem to, co mi należne (a w tym temacie uważam się za króla, jak nie za cesarza), potem kawka i chwila dla mediów. Nie, nie, nie zostałem gwiazdą TV, a jedynie sięgnąłem po dwa niezbędne narzędzia: prognozę pogody oraz Google Maps. Chwila analizy - gdzie to mnie jeszcze nie było oraz skąd w teorii wieje wiatr (o czym później) i kierunek został wybrany przez jednoosobową aklamację: Dolsk. Zdecydowała odległość (pięć dych w jedną stronę) oraz widok fajnego jeziorka na mapie. Wystarczyło.

Początek jazdy jednak trochę mnie zaniepokoił - w Luboniu przy Armii Poznań widziałem konwersację jakiegoś kolarza z policjantami stojącymi radiowozem na "ścieżce". Nie wiem o co chodziło, ale po ostatnich własnych przebojach raczej się domyślam :/ Miałem ochotę dołączyć się do dyskusji, ale biorąc pod uwagę, że sam jechałem szosą po drugiej stronie, ale z MO nic nie wiadomo, stwierdziłem, że w miesiącu kwietniu jeden mandat wystarczy i odpuściłem :) Mam nadzieję, że rowerzysta się wybronił.

Potem już trasa standardowa - Puszczykowo, Mosina (tam mtb po remontowanym torowisku), Żabno, Brodnica. I w końcu jedna z obowiązkowych atrakcji - słynne Manieczki (umc umc umc!!!)! Niestety (sorry, "niestety") skończyła się epoka klubu Ekwador, jest jego następca, pod którym jak zwykle odbyłem egzorcyzm, czyli zgodnie z tradycją puściłem sobie Behemotha na empetrójce :)

Opuściłem owo magiczne miejsce i skierowałem się na Śrem. Tam oczywiście oznakowanie dróg klasyczne. Czyli swoi wiedzą co i jak. Chwilka skupienia i na smartfonie udało się wytyczyć dalszą trasę. W miasteczku straszyły jakieś chodniki z niebieskimi znakami rowerów, ale na szczęście po drugiej stronie, więc w miarę zgrabnie przepchnąłem się poza jego granicę.

Tu zaczął się zarówno najfajniejszy, jak i najcięższy kawałek trasy. Najcięższy, bo trafiłem na odkryty teren, gdzie silny wiatr pomiatał mną jak Pan Edzio z klatki obok swoją konkubiną. Najfajniejszy, bo pojawiły się całkiem zacne, długaśne hopki. Generalnie to ja je bardzo lubię, ale dziś przy tym podmuchu w pysk dały mi ostro w kość. Jednak udało się w końcu dojechać do Dolska, który najpierw postanowiłem "dojeździć" do końca, a zwiedzić po nawrocie. Pierwsze, co mnie zainteresowało to oczywiście kupa drewna, czyli kościół św Ducha z 1618 r. Zrobiłem zdjęcie - niestety pod światło - które może byłoby i ładne, gdyby nie pełne metafizyki Eko-Groszki za 700 i Orzechy-Grube za 680. Biznes jest biznes :)

Gdy już zawróciłem z objazdówki (po górkach, hurra) skręciłem w ryneczek, zupełnie nie wiedząc czego się spodziewać, prócz napisu z nazwą miasteczka. Pomysł nieskomplikowany, a wykonanie całkiem fajne.

Z tyłu zainteresowała mnie bryła kolejnego kościoła, więc azymut wybrałem właśnie tam. Okazało się, że to późnogotycki budynek pod wezwaniem św. Michała Archanioła, z interesującą dzwonnicą. A leżąca naprzeciw późnobarokowa plebania to cacuszko nad cacuszkami.


W dół od kościoła zamigotała mi woda i w ten sposób odkryłem Jezioro Dolskie Wielkie, gdzie w te pędy zjechałem. Och, jak tam mi było dobrze. Wjechałem na molo, ukoiłem się dźwiękiem fal, zamoczyłem łapy w wodzie - tak, tego mi było potrzeba.


Trzeba było niestety wracać, bo czas z gumy nie jest. Objechałem raz jeszcze starówkę, wersja mini-mini, ale z bardzo pasującym mi klimatem. To lekkie nadużycie, ale całość, z tymi pagórkami, z ciekawą zabudową, a przede wszystkim z jeziorem, skojarzyło mi się ze Skandynawią z tych najbardziej jej zapomnianych rejonów.

Powrót zacząłem swoimi śladami i to był ten jeden jedyny moment, gdy odczułem, że wiatr może wiać w plecy. Jadąc trasą na Śrem lekko udało mi się przekroczyć 56 km/h i miałem chrapkę na sześć dych, ale w tym momencie kierunek powiewu się zmienił i się nie udało. Zresztą od tej pory pomoc się skończyła - w najlepszych chwilach wiało mi z boku. Postanowiłem pojechać naokoło, tym razem Śrem omijając i kierując się na Kórnik, który też objechałem bokiem i wyjechałem na trasie do Mosiny. W Mieczewie na stacji musiałem się zatrzymać, bo ciepło zrobiło swoje, picie mi się skończyło, a poza tym miałem już dość tego upierdliwego wiatrzyska, który na całej trasie sprzyjał mi może przez 40 kilometrów. Pozostałe 80 było standardowe :)

Mimo wszystko dobrze mi się dziś kręciło. Poznałem fajne tereny, zrobiłem miły dla oka kilometraż (choć średnia "taka se"), a do tego spaliłem się (24 stopnie!!!) jak studenciak na imprezie reggae. Jestem na tak :) Niestety teraz za oknem już deszcz, słychać burzę... Chyba jutro (co najmniej) przerwa :/

P.S. Rowerowy Poznań postanowił wkleić mój ostatni filmik o DDR-ce wzdłuż Dębca na fejsową tablicę. Miło mi.




  • DST 52.20km
  • Czas 01:41
  • VAVG 31.01km/h
  • VMAX 49.70km/h
  • Temperatura 17.0°C
  • Podjazdy 221m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Ryjek właściwy

Niedziela, 26 kwietnia 2015 · dodano: 26.04.2015 | Komentarze 5

Trochę już ze mnie zeszły emocje postkorporacyjne, tym bardziej, że dziś w końcu wolny dzionek i można się skupić na realnym życiu, a nie tym sztucznie wykreowanym, spod znaku słupków. No ale rower obowiązkowo musi być, więc dość wcześnie jak na niedzielę wyjechałem na klasyczne pięć dyszek.

Wiać miało z południowego zachodu, co w praktyce oznaczało wszystko, tylko nie właśnie ten kierunek. Praktycznie cały czas powiewało mi więc z boku, na szczęście maks umiarkowanie, więc marudził nie będę. Pokręciłem sobie przez Puszczykowo, potem Mosinę, skręt na Krosinko, nawrót i podróż powrotna przez Rogalinek i Wiórek. Tym samym na mapie ryjek zyskał ogonek we właściwym miejscu, nie jak zwykle z drugiej strony :)

Rowerzystów tylu, że ręka mnie bolała od machania. Większość o dziwo kulturalnie również pozdrawiała, choć było i kilku zagubionych nowicjuszy, w widocznie świeżo nabytych rumakach i strojach, którzy bardziej skupiali się na nauce jazdy i trudnościach w pokonaniu tych jednych z pierwszych kilkunastu kilometrów w tym "sezonie". U nich puszczenie kierownicy zapewne było zbyt skomplikowane, choć przyznać trzeba, że część próbowała kiwnąć głową i się nie przewrócić. Stwierdzam, że rowerowe świeżaki są jak małe szczeniaczki i kotki - potrafią poprawić humor. Różnią się tylko rozmiarami brzuchów :)