Tomasz zDolska :)

Poniedziałek, 27 kwietnia 2015 · Komentarze(8)
Drugi i ostatni dzień spod znaku "szaleństwo", zwanego dalej "wolnym". Wczoraj czas rodzinny, poniedziałek za to postanowiłem spędzić lekko turystycznie. Żona rano do pracy, ja dospałem to, co mi należne (a w tym temacie uważam się za króla, jak nie za cesarza), potem kawka i chwila dla mediów. Nie, nie, nie zostałem gwiazdą TV, a jedynie sięgnąłem po dwa niezbędne narzędzia: prognozę pogody oraz Google Maps. Chwila analizy - gdzie to mnie jeszcze nie było oraz skąd w teorii wieje wiatr (o czym później) i kierunek został wybrany przez jednoosobową aklamację: Dolsk. Zdecydowała odległość (pięć dych w jedną stronę) oraz widok fajnego jeziorka na mapie. Wystarczyło.

Początek jazdy jednak trochę mnie zaniepokoił - w Luboniu przy Armii Poznań widziałem konwersację jakiegoś kolarza z policjantami stojącymi radiowozem na "ścieżce". Nie wiem o co chodziło, ale po ostatnich własnych przebojach raczej się domyślam :/ Miałem ochotę dołączyć się do dyskusji, ale biorąc pod uwagę, że sam jechałem szosą po drugiej stronie, ale z MO nic nie wiadomo, stwierdziłem, że w miesiącu kwietniu jeden mandat wystarczy i odpuściłem :) Mam nadzieję, że rowerzysta się wybronił.

Potem już trasa standardowa - Puszczykowo, Mosina (tam mtb po remontowanym torowisku), Żabno, Brodnica. I w końcu jedna z obowiązkowych atrakcji - słynne Manieczki (umc umc umc!!!)! Niestety (sorry, "niestety") skończyła się epoka klubu Ekwador, jest jego następca, pod którym jak zwykle odbyłem egzorcyzm, czyli zgodnie z tradycją puściłem sobie Behemotha na empetrójce :)

Opuściłem owo magiczne miejsce i skierowałem się na Śrem. Tam oczywiście oznakowanie dróg klasyczne. Czyli swoi wiedzą co i jak. Chwilka skupienia i na smartfonie udało się wytyczyć dalszą trasę. W miasteczku straszyły jakieś chodniki z niebieskimi znakami rowerów, ale na szczęście po drugiej stronie, więc w miarę zgrabnie przepchnąłem się poza jego granicę.

Tu zaczął się zarówno najfajniejszy, jak i najcięższy kawałek trasy. Najcięższy, bo trafiłem na odkryty teren, gdzie silny wiatr pomiatał mną jak Pan Edzio z klatki obok swoją konkubiną. Najfajniejszy, bo pojawiły się całkiem zacne, długaśne hopki. Generalnie to ja je bardzo lubię, ale dziś przy tym podmuchu w pysk dały mi ostro w kość. Jednak udało się w końcu dojechać do Dolska, który najpierw postanowiłem "dojeździć" do końca, a zwiedzić po nawrocie. Pierwsze, co mnie zainteresowało to oczywiście kupa drewna, czyli kościół św Ducha z 1618 r. Zrobiłem zdjęcie - niestety pod światło - które może byłoby i ładne, gdyby nie pełne metafizyki Eko-Groszki za 700 i Orzechy-Grube za 680. Biznes jest biznes :)

Gdy już zawróciłem z objazdówki (po górkach, hurra) skręciłem w ryneczek, zupełnie nie wiedząc czego się spodziewać, prócz napisu z nazwą miasteczka. Pomysł nieskomplikowany, a wykonanie całkiem fajne.

Z tyłu zainteresowała mnie bryła kolejnego kościoła, więc azymut wybrałem właśnie tam. Okazało się, że to późnogotycki budynek pod wezwaniem św. Michała Archanioła, z interesującą dzwonnicą. A leżąca naprzeciw późnobarokowa plebania to cacuszko nad cacuszkami.


W dół od kościoła zamigotała mi woda i w ten sposób odkryłem Jezioro Dolskie Wielkie, gdzie w te pędy zjechałem. Och, jak tam mi było dobrze. Wjechałem na molo, ukoiłem się dźwiękiem fal, zamoczyłem łapy w wodzie - tak, tego mi było potrzeba.


Trzeba było niestety wracać, bo czas z gumy nie jest. Objechałem raz jeszcze starówkę, wersja mini-mini, ale z bardzo pasującym mi klimatem. To lekkie nadużycie, ale całość, z tymi pagórkami, z ciekawą zabudową, a przede wszystkim z jeziorem, skojarzyło mi się ze Skandynawią z tych najbardziej jej zapomnianych rejonów.

Powrót zacząłem swoimi śladami i to był ten jeden jedyny moment, gdy odczułem, że wiatr może wiać w plecy. Jadąc trasą na Śrem lekko udało mi się przekroczyć 56 km/h i miałem chrapkę na sześć dych, ale w tym momencie kierunek powiewu się zmienił i się nie udało. Zresztą od tej pory pomoc się skończyła - w najlepszych chwilach wiało mi z boku. Postanowiłem pojechać naokoło, tym razem Śrem omijając i kierując się na Kórnik, który też objechałem bokiem i wyjechałem na trasie do Mosiny. W Mieczewie na stacji musiałem się zatrzymać, bo ciepło zrobiło swoje, picie mi się skończyło, a poza tym miałem już dość tego upierdliwego wiatrzyska, który na całej trasie sprzyjał mi może przez 40 kilometrów. Pozostałe 80 było standardowe :)

Mimo wszystko dobrze mi się dziś kręciło. Poznałem fajne tereny, zrobiłem miły dla oka kilometraż (choć średnia "taka se"), a do tego spaliłem się (24 stopnie!!!) jak studenciak na imprezie reggae. Jestem na tak :) Niestety teraz za oknem już deszcz, słychać burzę... Chyba jutro (co najmniej) przerwa :/

P.S. Rowerowy Poznań postanowił wkleić mój ostatni filmik o DDR-ce wzdłuż Dębca na fejsową tablicę. Miło mi.

Ryjek właściwy

Niedziela, 26 kwietnia 2015 · Komentarze(5)
Trochę już ze mnie zeszły emocje postkorporacyjne, tym bardziej, że dziś w końcu wolny dzionek i można się skupić na realnym życiu, a nie tym sztucznie wykreowanym, spod znaku słupków. No ale rower obowiązkowo musi być, więc dość wcześnie jak na niedzielę wyjechałem na klasyczne pięć dyszek.

Wiać miało z południowego zachodu, co w praktyce oznaczało wszystko, tylko nie właśnie ten kierunek. Praktycznie cały czas powiewało mi więc z boku, na szczęście maks umiarkowanie, więc marudził nie będę. Pokręciłem sobie przez Puszczykowo, potem Mosinę, skręt na Krosinko, nawrót i podróż powrotna przez Rogalinek i Wiórek. Tym samym na mapie ryjek zyskał ogonek we właściwym miejscu, nie jak zwykle z drugiej strony :)

Rowerzystów tylu, że ręka mnie bolała od machania. Większość o dziwo kulturalnie również pozdrawiała, choć było i kilku zagubionych nowicjuszy, w widocznie świeżo nabytych rumakach i strojach, którzy bardziej skupiali się na nauce jazdy i trudnościach w pokonaniu tych jednych z pierwszych kilkunastu kilometrów w tym "sezonie". U nich puszczenie kierownicy zapewne było zbyt skomplikowane, choć przyznać trzeba, że część próbowała kiwnąć głową i się nie przewrócić. Stwierdzam, że rowerowe świeżaki są jak małe szczeniaczki i kotki - potrafią poprawić humor. Różnią się tylko rozmiarami brzuchów :)


Korpoagresor

Sobota, 25 kwietnia 2015 · Komentarze(11)
Dziś miałem ochotę lekko pocisnąć, bo raz że pogoda się fajnie wyklarowała i nawet wiatr spasował, dwa - buzuje we mnie wściekłość na to, co dzieje się w "mojej" firmie. Podczas ostatniego tygodnia z sześcioosobowego zespołu poleciały dwie jednostki, kierownik (którego specjalnie udało mi się wypchnąć na to stanowisko - bo ja nauczony czym to pachnie w jednej z poprzednich prac już takich stanowisk świadomie nie przyjmuję - i super się dogadywaliśmy) został zdegradowany. Powód? Po ostatniej kontroli z centrali zarzucono niektórym za małe zaangażowanie w "priorytety". Czyli po ludzku - nie myśl, rób, słupki to słupki. Aż się dziwię, że ja nie poleciałem w pierwszej kolejności, bo korpoideały kwestionuję codziennie, ale widocznie te magiczne słupkowe cyferki mnie nieświadomie bronią. Maskara. Mieliśmy komunę, mamy KORPOmunę,

Jedyny plus to motywator do dzisiejszego wyżycia się przed robotą. Trasa - po prostu w tę i z powrotem: przez Szreniawę, Stęszew, dojazd do Zamysłowa i nawrót. Udało się wycisnąć przyzwoitą średnią, choć lekko mnie początkowo zirytował jakiś kolarz, który na sprzęcie na oko za gruuuuuubą kasę, wciśnięty w lemondkę, wyprzedził mnie robiąc jakąś czasówkę bez żadnego cześć ani pocałuj mnie w tyłek (choć to ostatnio fizycznie było możliwe, ale nie chciało mi się gonić) :) Jednak widziałem go potem jak wracał, tym razem pozdrowił, więc grzech wybaczam.

A w słuchawkach dziś jedyny słuszny song Hasioka:



Po "górkach"

Piątek, 24 kwietnia 2015 · Komentarze(3)
Wiatr wrócił w miarę do normalności, do tego zrobił się zachodni (hip hip hura!), więc i ja powoli odżywam. Dziś pewnie byłby jakiś przyzwoity wynik, ale coś mi palnęło do łba, żeby pokręcić po tych naszych podpoznańskich górkach. Sorki. "Górkach". Najpierw kursik po hopkach w Starym Puszczykowie, potem podjazd pod Osową Górę od strony Szosy Poznańskiej, a następnie już klasycznie, ulicą Spacerową (podczas zjazdu niewiele zabrakło do 60 km/h). Czyli jak na wielkopolskie warunki hardkor nad hardkory. W moich rodzinnych stronach - jedna uliczka:)

No ale, no ale. Coś tam pewnie wytrenowałem, choć nie wiem czy siłę, moc czy wytrzymałość, bo bym musiał otworzyć jakiś pro-podręcznik. A nie otworzę nie tylko dlatego, że takowego nie mam :) Za to zrobiłem galeryjkę tych dzisiejszych Mount Everestów:

Jak już się "wygórowałem" to zabrakło mi jeszcze trochę kilosów, więc poleciałem kółeczko przez Dymaczewo, Bolesławiec i Drużynę. Potelepało mnie po dziurach, potelepało mnie do koszmarnej ddr-ce w Mosinie, a na końcu czekała mnie niespodzianka. Bo coś nie pasuje w poniższym zdjęciu, prawda? Po prawej ciąg pieszo-rowerowy, po środku ja, po lewej Straż Miejska (chyba mosińska) i...? No właśnie nic. Minęli mnie bez komentarza. Świat się kończy :)

Kondom policyjny

Czwartek, 23 kwietnia 2015 · Komentarze(5)
Co prawda lekko post factum, ale jakby ktoś miał możliwości cofnięcia się w czasie i planował jakieś rabunki, gwałty, morderstwa czy zbieranie podatków to idealną porą było dziś lekko po 9 rano. Wtedy to bowiem na wysokości Komornik minęły mnie chyba wszystkie istniejące w Wielkopolsce jednostki policji - jednym ciurkiem, na sygnale, tamując ruch i dwukrotnie zatrzymując mnie w celu udostępnienia przejazdu. O co chodziło - nie mam pojęcia. Co nie zmienia faktu, że Poznań pewnie był wtedy pusty od tejże jakże niezbędnej służby :)

Nic mi jednak nie było w stanie zepsuć radości, że znów udało się uniknąć jazdy przez miasto. Nawet to, że w Dębnie, chcąc urozmaicić sobie trasę wylądowałem niechcący dokładnie za wlokącym się i niemożliwym do wyprzedzenia traktorem, wiozącym gów..., nawóz. A reszta to zwykły, klasyczny "kondomik" przez Stęszew i Mosinę, bez historii.


Na wschód. Plus filmik bez początku i końca

Środa, 22 kwietnia 2015 · Komentarze(0)
Wiatr się w końcu lekko uspokoił, więc postanowiłem wyjątkowo olać swoje dotychczasowe zasady, jednocześnie olewając jego kierunek. Oczywiście miało to związek z tym, że jeszcze jeden poranny kurs przez cały Poznań z południa na północ i z powrotem, a skończyłbym w czterech ścianach bez klamek, walcząc z wyimaginowanymi insektami i mrucząc do siebie coś w stylu: "hrrr hrrr hrrr". Pojechałem więc na wschód i lekko rowerowo odżyłem.

Co prawda Starołęka nie złagodziła obyczajów, a przez dwukrotne stanie na przejeździe kolejowym nie zaznałem może nirwany, ale za to na wolnej przestrzeni poza miastem mogłem trochę odpocząć. Zrobiłem mapowego pieska, jak zwykle bez nóżek, coby nie miał za dobrze, przez Głuszynę, Koninko, Krzyżowniki, Tulce i Krzesiny. Bez przygód, trzymając równe tempo, nie za duże, bo w końcu wracałem z podmuchem w pysk. Relaksując się takimi oto okolicznościami przyrody:

Na końcu, korzystając z faktu, że miałem kamerkę, nakręciłem... no właśnie co? To chyba jest (ma być?) ścieżka (pieszo) rowerowa. Problem tylko w tym, że kończy się na płocie i się... nie zaczyna. Za to jest z asfaltu. I z plaży :) Tereny praktycznie pod moim domem, bo wzdłuż Dębca. Zresztą, zobaczcie sami. Tym razem bez muzyczki, bo kroiłem na szybko.

Dzień Puszkina

Wtorek, 21 kwietnia 2015 · Komentarze(3)
Wyruszyć musiałem dziś wcześnie rano (7:30), żeby zdążyć do pracy, więc startowałem jeszcze w lekkim letargu. Obudził mnie dopiero telefon od Żony o treści: "nie jedź przypadkiem Hetmańską, bo jest gnój". No i był, jak zwykle popisali się moi ukochani ostatnio puszkarze, z towarzyszeniem maszynisty. Nie lada sztuką jest wylądować na torach jeśli ma się trzy pasy prowadzące w jednym kierunku, ale co to dla naszych rodaków? Pół Poznania zablokowane, tramwaje stały, wstyd na całą Polskę, za to był z tego jeden plus, bo odpadł mi dylemat czy znów w związku z wiatrem pchać się na północ przez miasto.

Zamiast tego pokręciłem się "plemnikową" (niech już będzie ta wersja) trasą przez Skórzewo, Zakrzewo, Więckowice, Dopiewo i znów przez Skórzewo. O dziwo nikt mnie nie chciał dziś zabić samochodem, za to widziałem skutki niedawnego wypadku przed Fiałkowem, gdzie kierujący Porsche z całej siły uderzył w drzewo. Teraz tam stoją znicze, a sam teren wygląda jak w Smoleńsku - masakra.

Ups, chyba znów poruszyłem temat motorowy. Ostatnio mi tak siedzi na mózgu, zupełnie nie wiem czemu :) Dopiszę więc tylko, żeby nie być tendencyjnym, że zarejestrowałem też inne momenty, m.in. ten, gdy przebiegł mi przed kierownicą lekko zmutowany lis wielkości niemal spasionego wilka. Na wycieczkę do Czarnobyla już nie muszę jechać.

Wiało zacnie. Wyjątek ostatnimi czasy, prawda? :)

Pyra z bulwą

Poniedziałek, 20 kwietnia 2015 · Komentarze(6)
Dzień wolny, więc tradycyjnie jego drugą połowę spędziłem latając po mieście załatwiając masę pierdół i w sumie zrobiłem na piechotę 13 kilometrów. Zapłaciłem m.in. w końcu mandat (zabolało, to był gwałt na moim portfelu) i zadzwoniłem do swojego doradcy od ubezpieczeń, a potem na infolinię Warty (kilkanaście minut analizy mojego przypadku i jedyne 9 złotych doliczone do kolejnego rachunku) i na 99% będzie tak jak pisaliście. Według ubezpieczyciela nasza polisa z OC obejmie ogarnięcie szkód, więc jutro pofrunie polecony do Pana Ugodowego z jej numerem i niech zgłasza. Mam nadzieję że to będzie koniec, choć pamiętając kolesia może być różnie.

Rano kopsnąłem się oczywiście rowerem. Miałem mało ambitny plan pojechać po prostu trasą na Oborniki i wrócić tak samo, ale pierwsze trzynaście kilometrów przepychania się przez miasto, między innymi z przymusu chodnikiem wzdłuż mega zakorkowanej ulicy Przybyszewskiego (bo kiedy najlepiej zacząć łatać dziury i zamykać jeden pas jak nie w godzinach szczytu?) tak mnie zmasakrowało, że na wysokości Złotkowa skręciłem na Sobotę, byle nie katować się tym samym ponownie. Potem już Rokietnica i Napachanie, ale tym razem skrótem, który ponownie spowodował, że moje zęby krzyczały: "zawróć". Nie poddałem się - jakby co ostatnio pozbyłem się dwójki ich kolegów, więc niech nie zadzierają :)

Dotarłem w końcu do domu, zrąbany masakrycznie przez ten cholerny północno-zachodni wiatr. A co będzie jutro? Ten cholerny północno-zachodni wiatr... Co było przez ostatni tydzień? Ten cholerny północno-zachodni wiatr. "Dzień świstaka" to przy tym pikuś. A na mapie wyszła pyra z bulwą.

Czym jest skleroza? Nie pamiętam

Niedziela, 19 kwietnia 2015 · Komentarze(0)

- Wiatr!!!

- Cooo???

- Ty mendoooo!!!

Tyle, iście po kibicowsku, mogę. Na realną ustawkę z wyżej wymienionym się nie piszę, bo jestem z góry na przegranej pozycji. Ale gnój mógłby już choć ciut odpuścić, albo przynajmniej zmienić kierunek. Oczywiście mój wniosek zostanie przyjęty do realizacji, przeanalizowany i odrzucony z powodów proceduralnych. Wiatr też jest pewnie pracownikiem korpo :)

No ale skoro wiał skąd wiał to i ja poleciałem, gdzie poleciałem - na zachód z północnymi inklinacjami. Czyli Skórzewo, Zakrzewo, Lusowo, Tarnowo Podgórne i powrót DK-92 przez Przeźmierowo.

Wyjazd nie byłby wyjazdem gdyby nie DDR-ki. Ale tym razem pół na pół - jedną zaliczyłem z radością (!!!!), bo istnieje jedna jedyna w WLKP, którą można pokonać wygodnie i prawie komfortowo - oczywiście w Tarnowie Podgórnym. Z drugą już jest mniej sympatycznie. Chodzi o tę w Lusowie (z początku tego filmiku), którą tym razem chciałem uwiecznić w całej okazałości. Więc zgodnie z przepisami po kostce od początku do końca, między słupkami, ani razu po asfalcie, zgrabnie na krawężnikach, zęby zaciśnięte. W końcu dumny z siebie zatrzymałem się już po tym całym koszmarze, żeby sprawdzić czy kamerka wszystko zarejestrowała i...

...karta pamięci została w kuchni na stole.

!!!!!

Skleroza nie boli. A byłem pewien, że zamontowałem wszystko, co było trzeba. Za to mój wyraz pyska można było śmiało uwiecznić i wysłać na World Press Foto. Podium gwarantowane :)

Ale nagranie w sumie przydałoby się dziś raz jeszcze, gdy na skrzyżowaniu Grochowskiej z Marcelińską jakiś zapuszkowany kretyn jadąc z naprzeciwka postanowił skręcić w lewo ze środkowego pasa, olewając to, że jadę. Na szczęście udało mi się go wyminąć, za to dostał porcję klaksonowych "pozdrowień" od kierowcy jadącego za mną, z którym zresztą potem wymieniliśmy odpowiednią sygnalizację niewerbalną na temat tego w jakim odizolowanym miejscu powinien się znaleźć ten miłośnik driftów na skrzyżowaniach. Oj, tym razem byliby świadkowie...

Bajki o Kolizji ciąg dalszy

Sobota, 18 kwietnia 2015 · Komentarze(14)
Rzyg..., sorry, mam torsje w temacie tych północnych/północno-zachodnich podmuchów. Staram się jak mogę omijać jazdę przez miasto, ale po prostu się nie da, żeby nie deptać swoich śladów z dnia poprzedniego i nie wracać pod wiatr. Bo tego i tego nie lubię. Dziś z racji soboty, spodziewałem się taryfy ulgowej zafundowanej przez Poznań. Yhhmmm... Spodziewać to ja się mogłem. A dostałem

- korki jak w dzień powszedni;
- światła: czerwone, czerwone, czerwone, czerwone (...), czerwone, czerwone (...), czerwone, czerwone, czerwone. I ze trzy zielone, cobym nie narzekał;
- wahadełka - dwa na Dębcu (w obydwie strony), jeden na Morasku;
- postój przy zamkniętych szlabanach: łącznie dwa na Dębcu, jeden na Piątkowie.

To wszystko okraszone silnym, nieprzewidywalnym wiatrem. Urocza sobota :)

Odżyłem tylko na chwilę na hopkach między Moraskiem a Suchym Lasem - i like it!

Przed pracą odebrałem jeszcze awizo. Miałem pewne przeczucia czego może ono dotyczyć, więc niespecjalnie spieszyłem się z jego otrzymaniem. Oczywiście sprawa związana z tym, że jestem mordercą, gwałcicielem, nekrofilem, a przede wszystkim, najgorsze ze wszystkiego: SPRAWCĄ KOLIZJI DROGOWEJ. Oto treść:

Abstrahując od języka, w jakim jest to "coś" napisane, od błędów logicznych pierwszego zdania oraz interpunkcji rodem z zawodówki i samej kwoty (tysiak za wyklepanie i wymianę osłony - a nie samej lampy, bo to stwierdzili policjanci - to realne?) to co z tym zrobić? Kwota nie jest mała, ale też nie masakryczna. Sprawy nie wygram w sądzie, bo świadków zero, monitoringu zero. Pewnie zapłacę, bo co mogę? Złość pozostała, bo to, że ja zostałem uznany za sprawcę uważam za takie sukinsyństwo, że jeszcze mnie telepie. Pytanie, może ktoś wie: czy jeśli kwota pójdzie na konto Pana Ugodowego to w takim przypadku jeśli moje OC w życiu prywatnym, które mam w ubezpieczeniu mieszkania by to objęło (dopiero teraz będę to ustalał) to czy tym samym nie zamknę sobie drzwi do zwrotu?

Jeśli nie to mój łączny koszt przejazdu nieco ponad trzydziestu kilometrów w Śmingusa-Dyngusa wyniesie mnie łącznie 220 za mandat i 250 za to, co powyżej. Za tę kwotę mógłbym sobie polecieć samolotem do Warszawy i z powrotem i jeszcze wypić browara na lotnisku. O zbieraniu punktów Miles&More nie mówiąc...