Północnik

Poniedziałek, 15 czerwca 2015 · Komentarze(5)
Dziś postanowiłem wrócić do swoich starych, kompletnie niedobrych zasad, które mówią, że jak wieje z północy to jadę na północ, a wracam sobie do domu w cieplarnianych warunkach zwanych potocznie "powiewem w plecy" (choć ta kategoria w przyrodzie występuje równie często jak Yeti).

Piętnaście kilometrów później minąłem "już" tablicę z napisem "Poznań" uroczo przekreślonym kreseczką, a przede mną było 20 kilometrów czystego piękna, czyli kręcenia bez świateł, ddr-ek i przeróżnych czopów drogowych. Dojechałem do Chludowa, zakręciłem i za Suchym Lasem minąłem tablicę z napisem "Poznań" już bez kreseczek, czyli miałem przed sobą światłą, ddr-ki i przeróżne czopy drogowe :) Pierwszy z nich zakwitł na Obornickiej, na wysokości wiaduktu. Lekko się zdziwiłem, bo w tamtą stronę ta ulica była nawet przejezdna, a teraz korek nad korkami?

Co takiego wydarzyło się w w Poznaniu na ulicy Obornickiej pomiędzy godziną 9:30 a 10:15? - zapytałby Bogusław Wołoszański.

Otóż wydarzył się wypadek, a może bardziej kolizja, podczas wyjazdu ze stacji benzynowej - w tych osobliwych wyścigach starł się TIR ze śmieciarką, ze skutkiem, który na pewno ucieszy znajomych lakierników obu kierowców, jak również budżet policji, która dokumentowała wszystko skrupulatnie. Przecisnąłem się jakoś z gracją baletnicy z płaskostopiem i od tego momentu mogłem kręcić niemal pustym pasem.

Przedarłem się przez resztę miasta i jak zwykle zmasakrowany psychicznie dotarłem do domu, gdzie już oczyma wyobraźni widziałem parującą kawę. A potem do roboty, żeby nie było, że przysługuje mi tylko jedna miazga mentalna dziennie :)

PlezjoTour :)

Niedziela, 14 czerwca 2015 · Komentarze(9)
Z okazji wolnej niedzieli (załatwionej w ostatniej chwili) mogłem dziś zaszaleć i wyjechać niespotykanie późno. Czyli o 9:30 rano :) Temperatura już wydawała się bardziej proludzka niż wczoraj, za to pojawił się mocniejszy wiatr, w okolicach 20 km/h. Ale lato jest chyba jedynym momentem w roku, gdy silniejsze powiewy bywają w co gorętszych okresach błogosławieństwem, więc nie marudziłem.

Na start miałem klimat a la "czysty Dębiec". Na wahadle trafiłem na karka w BMW (a jak), który może chojrakiem bywa na ekspresówce, ale podczas jazdy po ustawionych na czas remontu betonowych płytach sprawiał wrażenie jakby jechał jajkiem, a nie wygodnym czterokołowym pojazdem. Tak więc zacząłem od prędkości oscylującej w okolicach zera. Chwilę potem stanąłem przed zamkniętym przejazdem kolejowym (a jak) za radiowozem - w tyle którego mogłem podziwiać mordy trzech łysych dżentelmenów zakutych w kajdanki. A jeszcze moment później zamordowałbym niechcący jakąś babcię lawirującą nieprzewidywalnie między chodnikiem po jednej i drugiej stronie ulicy. Tak oto pokonałem pierwsze.... 700 metrów :)

Potem pojechałem już bez większych przygód przez Plewiska, Skórzewo, Dąbrówkę, Dopiewo i Trzcielin do Rosnowa, gdzie postanowiłem zaszaleć - zjechałem wyjątkowo da Walerianowa. Bo się ładnie nazywa :) Gdybym wiedział, że wyląduję w terenie, na widok którego zapewne niemieckie czołgi w '39 zaczęły już myśleć o przegranej wojnie, to bym się nie zdecydował. Ale cofać się nie miałem zamiaru, więc przebrnąłem przez to pole minowe udające asfalt i wyjechałem na trasie do Stęszewa, którą pomknąłem do domu.

Na miejscu spojrzałem na mapkę... i..... No cóż. Urodziłem plezjozaura. Jako pierwszy mężczyzna w historii :)

Zainspirowałem się sam sobą - za chwilę wychodzimy z Żoną na "Jurassic World" :)

Czadowo

Sobota, 13 czerwca 2015 · Komentarze(12)
Meteorolodzy zapowiadali, że w weekend Polska będzie Czadowa. Z tym afrykańskim państwem mieliśmy mieć wspólne temperatury, choć na co dzień mamy również polityków na podobnym poziomie :) Jedyną sposobem, żeby nie wrócić z roweru w stanie głęboko usmażonym było wyruszyć w miarę wcześnie i nawet mi się udało - 8:30 jako godzina startu w sobotę (niestety pracującą) to jak na mnie jest coś.

Meteorolodzy zapowiedzieli też kierunek wiatru. Z grubsza - każdy. Miało wiać w tym samym czasie z północy i z południa oraz ze wschodu na zachód. I w sumie niewiele się pomylili. Ja postanowiłem ruszyć po prostu znaną dobrze trasą "słoniową" przez Luboń, Wiry, Komorniki, Stęszew, Dymaczewo, Mosinę i Puszczykowo. Tradycyjnie wiało mi w pysk praktycznie cały czas, ale przecież to nie nowość. W Stęszewie żałowałem, że nie ma jakieś rowerowej wersji gry GTA, bo miałem tyle możliwości do anihilacji ludzkich istnień (głównie w przedziale wiekowym 60 - 125 lat) sunących z jednej na drugą stronę głównej ulicy bez patrzenia na: a) ruch samochodów/rowerów, b) obecność przejść dla pieszych, że w jeden dzień zyskał bym skilla mistrzowskiego.

Było faktycznie gorąco, ale jeszcze bez tragedii. Średnia o dziwo też wyszła przyzwoita. A najprzyjemniejszym momentem był ten z okolic czterdziestego kilometra, gdy między Mosiną a Puszczykowem wjechałem na teren WPN-u. Cień drzew, zapach lasu po nocnych opadach oraz śpiew ptaków - taaaak, tamtędy mógłbym kręcić cały dzień. Na szczęście zamiast tego będę mógł sobie porozmawiać z Narodem w pracy - ku chwale Ojczyzny i Firmy. Hurrrra :/

W Maku

Piątek, 12 czerwca 2015 · Komentarze(8)
Nie, nie. Spokojnie. Nie poświęciłem dzisiejszej jazdy na wizytę w tytułowej świątyni gimbazy. Ścierwa cały czas nie jem, a że otaczająca mnie przyroda nie pozwala pozostać obojętnym to inna sprawa. Wiem, że nie będę oryginalny, bo zdjęcie na tle tych pięknie kwitnących w tym roku kwiatów ma co najmniej 57,32% użytkowników BS, ale w końcu musiałem ulec pokusie. I tak jestem dumny, że dzielnie wytrzymałem połowę wiosny i nie ma na moim profilu w tym roku ani kawałka zdjęcia z żółcią rzepaku :)

Czerwień maków zaatakowała mnie w Dachowej. Jedno pole olałem (nie dosłownie). Drugie, trzecie, też. W końcu się poddałem - wyjąłem komórkę i zrobiłem jak zwykle nieostre fotki, żeby uniknąć wyrzutów kronikarskiego sumienia :)


A dzisiejsza trasa to chyba dobrze już kojarzony z czasów, gdy Endomondo dawało się jeszcze skopiować na bloga piesek-inwalida: Poznań - Krzesiny - Żerniki - Tulce - Krzyżowniki - Szczodrzykowo - Robakowo - Głuszyna, a na koniec jak zwykle masakrująca wszelkie starania w temacie średniej Starołęcka.

Na skrzyżowaniu trasy na Gądki i do Koninka (gdzie wczoraj odbył się dość głośny wyciek formaliny spowodowany przez jakiegoś mistrza kierownicy przy wózku widłowym) kierowcy dostali dziś chyba sr..., eee, to znaczy było ich bardzo dużo, bo na wjazd z podporządkowanej czekałem prawie pięć minut.

Pogoda wciąż świetna. Słońce nie masakrowało, bo najczęściej prawie go nie było - hurra :)

Brejkam rule

Czwartek, 11 czerwca 2015 · Komentarze(4)
Coś niepokojącego zaczyna się ze mną dziać, bo coraz częściej łamię swoje dotychczas niezachwiane reguły rowerowe. Jedną z nich była zasada wyboru trasy: pod wiatr najpierw, z wiatrem potem. Jednak w rywalizacji: Reguły vs Jazda Rowerem Szosowym Przez Miasto Stołeczne Poznań nastąpił dziś walkower, gdzieś na poziomie wyniku 0:666. Po prostu gdy zobaczyłem na mapkach pogodowych kierunek wiatru spod literki N, a co za tym idzie w perspektywie upojną drogę przez światła, korki, DDR-ki, torowiska tramwajowe, etc., to... sam siebie zapytałem: zasady? Jakie zasady! :)

No i pojechałem zupełnie nie na północ, a na zachód. Przez Plewiska, Junikowo, Wysogotowo, Zakrzewo do Więckowic, gdzie skręciłem na Fiałkowo oraz Dopiewo, skąd już tradycyjną trasą przez Skórzewo dotarłem do domu. Jechało się naprawdę dobrze - wiatr na szczęście nie był zbyt silny, temperatura dziś jeszcze rewelacyjna (nie chcę myśleć o kolejnych dniach, bo mam drgawki na samą myśl o 30+), a większych przeszkód nie odnotowano. Choć oczywiście - jeśli nie miało być korków to musiało być zastępstwo, czyli zamknięte przejazdy kolejowe. Dziś trzy.

Brejknąłem rule już dwukrotnie w ciągu ostatniego tygodnia. Jestem lekko przerażony, bo jak tak dalej pójdzie to kupię sobie rower miejski za trzy tysiaki, obowiązkowo z koszyczkiem, i będę z przyjemnością kręcił sobie ze średnią 12 km/h po bardziej modnych częściach miasta. Albo - co gorsza - wezmę udział w jakimś maratonie rowerowym. Brrrr :)

Ciężkomotywator

Środa, 10 czerwca 2015 · Komentarze(3)
Dziś do pracy, więc pogoda piękna :)

Na szczęście znów (oczywiście przypadkowo) musiałem się w niej pojawić na popołudnie, więc udało się skorzystać, Choć o motywację nie było łatwo - łóżko było wyjątkowo wygodne, a perspektywa walki z północno-wschodnim wiatrem, a co za tym idzie kręceniem przez caaaaaalutki Poznań, nie ułatwiała zebrania się w sobie. Przez to wszystko zrobiłem rzecz karygodną - zamiast zgodnie z tradycją ruszyć równo o dziewiątej, uczyniłem to dopiero dwie po :)

Przez miasto jakoś się przedarłem, głównie stojąc na światłach. Odetchnąć mogłem dopiero na dwunastym kilometrze, czyli na początku trasy przez Kobylnicę i Biskupice do Promno-Stacji, gdzie zawróciłem, akurat na wysokości jakiegoś najnowszego wahadła. Chwilę wcześniej poczułem się jak 24 grudnia i zacząłem szukać na drodze prezentów, bo minąłem rowerzystę na góralu oświetlonego niczym dorodne drzewko świąteczne - pomarańczowa kamizelka, odblaski, a przede wszystkim - światełka walące po oczach jak policyjne migacze. Słuszna postawa, nie da się ukryć, bo nie zauważyć go na trasie mógłby pewnie tylko Stevie Wonder, gdyby zdarzyło mu się akurat przypadkowo jechać na Pobiedziska :) Z rowerzystą się pozdrowiliśmy po moim nawrocie, a ja popłynąłem w kierunku domu - a nie muszę dodawać, że wiatr zmienił kierunek i znów musiałem z nim walczyć.

Niezmiennym elementem tej trasy są trzy rzeczy - "grzybiarki" mające sezon przez cały rok, pokrewne im stojące dość często radiowozy oraz polski standard jazdy, widziany dziś po raz miliardowy: osobówka wyprzedzająca na podwójnej ciągłej ciężarówkę wyprzedzającą rowerzystkę. I ja z naprzeciwka. Już nawet nie reaguję.

Do domu dotarłem zmasakrowany miastem, ale zadowolony że mimo wszystko te trzy dychy w temacie średniej udało się wywalczyć.

Popo-glut

Wtorek, 9 czerwca 2015 · Komentarze(7)
Ogółowi ludzkości znane są najczęściej dwa pewniki: podatki oraz śmierć. Nooo, z tą śmiercią zdania są podzielone, ale co do podatków nie ma dyskusji. W przypadku mojej skromnej osoby dochodzi jeszcze jeden, który jeśli się nie zdarza to jest to jedynie wyjątek od reguły - a mianowicie jeśli mam wolny dzień i jest ryzyko, że będzie padać - to będzie. A nawet jeśli ryzyka nie ma to i tak pewnie będzie :)

Dziś miałem dzień wolny.

Padało.

Od rana.

Uzupełniłem więc niedobory snu, zaparzyłem dwie kawy i ruszyłem piechotą załatwiać sprawy z gatunku "na wczoraj". Zeszło mi łącznie osiem kilometrów, pogoda ani trochę nie chciała się poprawiać, więc po powrocie do domu powoli przestawałem wierzyć, że pokręcę choć milimetr. Aż tu nagle... Zaczęło się powoli przejaśniać.

Odczekałem kilkanaście minut i zacząłem przygotowywać crossa. A że było już wpół do trzeciej to zdecydowałem po analizie wskazówek w zegarku, że z powodu braku czasu pięć dych nie wchodzi w grę, więc pozostał (a jakże) GLUT. O tyle skomplikowany, że powiew był z północnego wschodu, a robienie trzech dyszek w ten sposób, że dwadzieścia pięć z nich to jazda przez miasto jakoś mi się nie uśmiechało. Postanowiłem więc nagiąć swoje zasady i jechać najpierw z wiatrem, a potem pod - jak szaleć to szaleć. Towarzyszyło mi bogate w minerały błocko, którego elementy pewnie jeszcze mogę znaleźć gdzieś w jakimś kawałku ciała.

Standardowo zostałem zabity Starołęcką. Średnia na niej wyszła mi pewnie w okolicach zera absolutnego, ale jakoś udało się z niej wydostać. Potem już przyjemniej - Czapury, Wiórek, Rogalin, gdzie zakręciłem przez Wartę do Puszczykowa, które pokonałem skrótem, omijając Mosinę. No i Luboń oraz Poznań. Aha, najważniejsze - w ramach łamania stereotypów zrobiłem dziś rzecz niesłychaną - zaliczyłem sumiennie wszystkie (!!!!) DDR-rki. Wszystkie. 100%. A co, stać mnie, kto człowiekowi na crossie zabroni? :) Za ten heroiczny wyczyn powinienem dostać jakiś medal typu Virtuti dla Wytrwałych i fotel VIP w najdroższej przychodni stomatologicznej w kraju. A że już nigdy takiej głupoty nie zrobię to zupełnie inna sprawa :)

Udało się. Tempem emeryckim, ale się udało. Juhu.

Dziś na sucho

Poniedziałek, 8 czerwca 2015 · Komentarze(5)
Poranek przed pracą rozpocząłem tradycyjnie od kawy i obowiązkowo analizy prognoz pogody. Tam - wszędzie - słoneczko. Pomny wczorajszych doświadczeń zacząłem szukać więc przeciwdeszczowego płaszcza, a w szafce na buty jakichś twarzowych kaloszy. Okazało się, że nie mam żadnych, nawet nietwarzowych, w związku z czym postanowiłem zaryzykować i jechać jednak w stroju letnim. I o dziwo tym razem prognoza się sprawdziła - co świadczy tylko o tym, że nawet ślepej kurze... Czy jakoś tak :)

Wiało z kierunków północno-wschodnich i pierwotnie chciałem jechać właśnie w tym kierunku, czyli do Biskupic i z powrotem, ale po kilku kilometrach jazdy przez miasto i w perspektywie powtarzania tego samego podczas nawrotu zdezerterowałem i puściłem się w te pędy trasą na Swarzędz i Kostrzyn, gdzie skręciłem w kierunku Tulec i Koninka. Na koniec standardowo zaliczyłem koszmar Poznania w pigułce, czyli Starołęcką, dzięki której mogę pochwalić się średnią o jakieś pół kilometra słabszą niż była przed wjazdem na nią. Naprawdę dziękuję :)

Wiało jak wiało, z boku i w pysk. ale nie będę narzekał - przynajmniej mnie dziś nie zlało. A temperatura jakaś taka przyjemna zrobiła. I o takie lato walczylim!!!

Matoło-rologom śmierć! + Kórnik nerwów ukojeniem

Niedziela, 7 czerwca 2015 · Komentarze(7)
Powiem tak - jeśli ktoś ma możliwość załatwienia mi jakichś papierów na meteorologa to biorę w ciemno. Praca marzenie. Zakres obowiązków niewielki, pieniążki jakieś pewnie wpadają, z ludźmi się nie trzeba użerać... A że nie mam pojęcia o przewidywaniu pogody? No to co? Nie będę się wyróżniał w tłumie kolegów po fachu.

Taki wniosek (nie po raz pierwszy) nasunął mi się po dzisiejszym wyjeździe. O dziewiątej rano wystartowałem ubrany zdecydowanie letnio, miałem nawet dylemat czy zakładać rękawiczki rowerowe, bo staram się ich nie używać w dniach, gdy słońce za mocno grzeje, żeby uniknąć opalenizny "na zebrę". Bo bo przecież we WSZYSTKICH prognozach było zdecydowanie pogodnie. Co prawda trochę zaniepokoiło mnie lekko brunatne niebo, ale przecież w internetach "pisało", że to przejściowe zachmurzenie, więc wyparłem obawy.

No i? Oto jak wyglądał mój status w temacie jazdy na rowerze dokładnie na dziewiątym kilometrze, na ulicy Wojska Polskiego:

A tak przykładowa mapka pogodowa - ta jest z portalu epoznan (z godziny 19:30) - a zapewniam, że inne wyglądały dokładnie tak samo:

"Towarzyszyć nam będzie słoneczna aura". To miałem cały czas w głowie. A niby ze mnie agnostyk... :) Odczekałem więc najgorszy deszcz i po piętnastu minutach zdecydowałem się kręcić dalej, przez Strzeszynek dotarłem do Kiekrza, gdzie zadziwił mnie brak wahadła. Tego jeszcze nie grali. Moja radość nie trwała długo - wahadło zakwitło kawałek dalej - i to takie, którego za cholerę objechać się nie dało. Po jakichś dziesięciu minutach byłem te wymarzone 200 metrów dalej - a prognozowane słoneczko coraz mniej mi się widziało. Chyba że "słoneczko" oznacza zacinającą mżawkę.

W Rokietnicy już nie było mżawki. Była ulewa. Zamiast więc skręcić na Mrowino pojechałem jak najszybciej do Napachania, a potem do Poznania przez Baranowo i Przeżmierowo. Z całej trasy pamiętam jedynie widok swoich nóg kręcących przed siebie jedna za drugą, mokry tyłek i ścianę wody. Aaaa, i jeszcze - wiatr. Bo tak mi go wspomniani meteorolodzy przewidzieli, że zmienił się razem ze mną - do połowy tej uroczej wycieczki flagi pokazywały, że wieje mi w pysk, a potem, że w pysk.

Płynąłem, płynąłem, płynąłem. Dopłynąłem. Ponad czterdzieści kilosów w deszczu. Sorry, w słońcu - może ja się nie znam. A o średniej nie chcę nawet wspominać.

Jak już się wykąpałem (pod prysznicem, nie pod chmurką) i ogarnąłem to kopsnęliśmy się z Żoną do Kórnika, gdzie - specjalnie spojrzałem na prognozy - miało być słońce. To ten, tego... znów będzie, że się czepiam, ale czy hektolitry wody można by tak nazwać? :) Za to było pusto, więc zarówno zamek (nie licząc wszechobecnych bachorów), jak i arboretum udało się przejść w jako takiej ciszy - z zamokniętą komórką w roli aparatu i w kurtkach.





To jak z tą ciepłą posadką? Ktoś ma znajomości? Obiecuję 100% pięknej pogody i ciepełko na poziomie co najmniej 30 stopni codziennie! Nawet w styczniu! Za to co w realu nie biorę odpowiedzialności - przecież nie będę zmieniał dotychczasowych zasad :)

Rogalę :)

Sobota, 6 czerwca 2015 · Komentarze(8)
Dziś, nawet gdyby ktoś postawił mi na mecie dwunastopaka piwa marki Lwówek lub Ciechan, nie dałbym się namówić na dłuższą jazdę. Tak szczerze to nawet te moje standardowe pięć dyszek ukończyłem z lekkim bólem łba - tak właśnie działają na mnie temperatury pomiędzy 25 a 30 stopni. O tych powyżej nie chcę nawet pisać, bo musiałbym zrobić jakiś skomplikowany wywiad z gatunku chemii organicznej, o której nie mam zielonego pojęcia (mierny na świadectwie licealnym mówi sam za siebie). Na pewno byłoby w każdym razie w nim wiele o parowaniu i smażeniu.

Ruszyłem koło dziesiątej, co było błędem, bo powinienem to zrobić w okolicach 3:30 rano. Ale jakoś nie wyszło :) Nie chciałem kombinować z trasą, a jedynie przeżyć, więc poleciałem przez Luboń i Wiry do Starego Puszczykowa i Mosiny, a stamtąd przez Wartę wybrałem kierunek na Rogalin. A właściwie Rogalę, bo skoro Michelin wymawia się jako Miszlę to zgodnie z logiką... No dobra, jeden suchar na wpis wystarczy :)

Jak już byłem gdzie byłem to postanowiłem skręcić sobie w okolice tamtejszego pałacu - zamkniętego z okazji remontu do połowy czerwca. Cisza, spokój... by była. Gdyby nie wycieczka Hiszpanów, którzy za cholerę nie chcieli wyjść z komórkowego kadru :)

Przy okazji zażyłem cienia w przypałacowym parku, ale co dobre się szybko kończy, więc po małym łyczku, który opróżnił połowę bidonu ruszyłem dalej.

Za Świątnikami nawrót, powrót już przez Wiórek, Czapury i Starołękę. Ruch o dziwo całkiem spory, rowerzystów również, choć tego ostatniego spodziewałem się w dużo większej ilości. Ale były pozdrowienia, więc duch w narodzie nie ginie.

A Strava chyba również dostała dziś ostro od słoneczka, bo pokazała średnią... lepszą niż mój licznik. Co świadczy, że piekarnik był nieziemski :)

Czy może już być zima? Poproszę? :)