Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi Trollking z miasteczka Poznań. Mam przejechane 240161.20 kilometrów w tym 4.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 27.49 km/h i się wcale nie chwalę.
Suma podjazdów to 785004 metrów.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl


Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Trollking.bikestats.pl

Archiwum bloga

  • DST 64.50km
  • Czas 02:08
  • VAVG 30.23km/h
  • VMAX 51.00km/h
  • Temperatura 20.0°C
  • Podjazdy 157m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Park & ride :)

Czwartek, 3 września 2015 · dodano: 03.09.2015 | Komentarze 6

Jakiś czas temu zgłosił się do mnie znajomy z Endomondo, zaczynający przygodę z szosą (całkiem fajna Merida), z zapytaniem czy byśmy się nie wybrali któregoś dnia na wspólny przejazd. Spoko, dopytałem tylko czy nie będzie problemu z dotrzymaniem mi tempa, na co uzyskałem odpowiedź: "postaram się". No ok :) Dziś w końcu udało się zgrać i po ustawieniu się na granicy poznańskiego Junikowa i Plewisk ruszyliśmy w trasę.

Kolega dopiero niedawno przeprowadził się w południowe rejony Poznania, więc siłą rzeczy wziąłem na siebie rolę zarówno przewodnika, jak i "tego z przodu". Przyznać trzeba, że jakąś jedną trzecią dystansu dzielnie miałem towarzystwo na kole, potem jednak wyszły braki kondycyjne i taktyczne, co powodowało, że ja byłem za bardzo z przodu, a kolega za bardzo z tyłu :) Niestety jestem istotą męczącą się jeśli muszę jechać wolniej niż mogę, więc wymyśliliśmy kompromis - ja kręciłem swoim tempem (i tak zwalniając), on swoim, a co kilka kilometrów robiłem przerwę i na niego czekałem. Taki rowerowy system "park & ride" :) Skończyło się finalnie dość sporą różnicą pomiędzy naszymi średnimi, ale kilka wskazówek (mimo że ze mnie amator nad amatory), mam nadzieję cennych, udało mi się przekazać. Dla kumpla szacunek, że się nie poddał i walczył dzielnie, tym bardziej, że był po nocce w pracy. A jego życiówka i tak pękła. Będą z niego ludzie przy większej ilości treningów. Choć jedno małe "ale", bo z niezrozumiałych dla mnie względów moja propozycja wjechania na Osową Górę jakoś nie wzbudziła zachwytu :)

Dzisiejsza trasa - najpierw w ramach samotnej rozgrzewki koło Factory w Luboniu. powrót do Poznania, stamtąd do Plewisk, przerwa na zapoznanie koło Junikowa, potem Komorniki, Rosnowo, "piątką" do Stęszewa, skręt przez Dymaczewo do Mosiny i klasycznie do Poznania przez Puszczykowo, ale ze skrętem w Wirach na Komorniki. Wyszło o kilka kilometrów więcej niż zazwyczaj.




  • DST 57.30km
  • Czas 01:53
  • VAVG 30.42km/h
  • VMAX 51.20km/h
  • Temperatura 18.0°C
  • Podjazdy 149m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Oddech

Środa, 2 września 2015 · dodano: 02.09.2015 | Komentarze 15

Ło Matko Boska! Jak dobrze jest odetchnąć i ruszyć na rower ze świadomością, że słońce nie chce z ciebie zrobić skwarki, a temperatura różni się od tej zalecanej w kręgach zbliżonych do pana rogatego. Mówiąc wprost - po nocnych burzach i opadach pogoda się unormowała i przed południem kreska na termometrze nie doszła nawet do dwudziestu kresek. Poezja.

Nawet obowiązkowy silny wiatr, nawet związana z jego kierunkiem (NW) konieczność jazdy przez miasto (w sumie w tę i we w wte w korkach przejechałem około 20 km), nawet objazdy... nic nie było w stanie mnie zniechęcić do jazdy. Ani zatrzymać. No chyba że... No właśnie :) Zaraz za Golęcinem, gdy wychodziłem z zakrętu zobaczyłem naprzeciwko żółto-niebieską kolarską strzałę, którą oczywiście pozdrowiłem. Nanosekundę później klasyczna sytuacja - po hamulcach! Bowiem ową strzałą okazał się Dariusz, który wrócił do żywych po miesięcznym urlopie. Miło się było znów zobaczyć, zjechaliśmy na pobocze i tak na gadu-gadu kulinarno-rowerowo-wakacyjnych zeszło jakieś 20 minut. W końcu jednak trzeba było ruszyć dalej, ja miałem jeszcze przed sobą dobre kilkanaście kilosów pod wiatr, a Dariusz musiał zdążyć do roboty. Dostałem jeszcze przepis na pomidory, tak prosty, że przekracza moje możliwości, i każdy w swoją stronę :)

Potem już bez pauzy - do Kiekrza, stamtąd przez Starzyny do Rokietnicy, skręt do Mrowina i powrót przed Przeźmierowo i DK-92. O dziwo mimo sporej ilości jazdy przez urocze miejskie klimaty udało się średnią ponad trzy dychy wywalczyć.




  • DST 54.20km
  • Czas 01:48
  • VAVG 30.11km/h
  • VMAX 52.00km/h
  • Temperatura 31.0°C
  • Podjazdy 111m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Das Schlachthaus

Wtorek, 1 września 2015 · dodano: 01.09.2015 | Komentarze 9

Jako że rozpoczął się rok szkolny to w tytule pozwoliłem sobie umieścić w ramach lingwistycznej edukacji słowo oznaczające w języku niemieckim po prostu rzeźnię. Tak bowiem mi się dziś jechało, głównie z powodu temperatury, która po dziesiątej przekraczała już trzy dychy w cieniu, ale również dzięki korkom, które przez koniec wakacji (no bo jak inaczej wysłać dziecko do szkoły jeśli nie w puszce) oraz remonty na Dębcu zaczynały się już niemal na mojej klatce schodowej i podchodziły pod skrzynkę na listy. Pobiłem chyba rekord przejazdu 500 metrów, bo dwa wahadła oraz trzy (na dwa możliwe!) zamknięte przejazdy kolejowe spowodowały, że zajęło mi to... 20 minut. Po prostu istny Schlachthaus.

Gdy już wydostałem się w miarę przejezdne rejony, tylko dzięki mojej dobrej woli nie przejeżdżając miliardów uczniaków, mogłem już kręcić jako tako normalnie. Pojechałem na Wiry, potem do Stęszewa, gdzie skręciłem tradycyjnie na Mosinę i z powrotem przez Puszczykowo. Grzało tak koszmarnie, że w Mosinie musiałem zrobić wyjątek od reguły (bom zazwyczaj oszczędny w temacie opróżnianiu bidonu) i odwiedzić tutejszą Żabkę w celu dokonania przerwy nawadniającej. Sprawy nie ułatwiał też wiatr, który znów robił to, co lubi najbardziej, czyli sugerował "flagowo", że mi pomaga, a realnie czułem jego gorący oddech przez jakieś 90% trasy w pysk. Jest jednak nadzieja - jutro słońce ma wyluzować i zrobi się normalnie. Oby...

No i jeszcze podsumowanie sierpnia. Temperaturowo za nami koszmar, ale i tak wyszło przyzwoicie - 1733 kilometry, średnia na szosie i crossie wyniosła 30,1 z małą górką. Rewelacji w tym aspekcie nie ma, choć biorąc pod uwagę, że przez 2/3 miesiąca czułem się jak parówa w samowarze (czy jak tam nazywa się to ustrojstwo znane z hoteli, gdzie można je znaleźć obok jajecznicy) to ponownie się rozgrzeszam :)




  • DST 54.00km
  • Czas 01:48
  • VAVG 30.00km/h
  • VMAX 52.70km/h
  • Temperatura 29.0°C
  • Podjazdy 127m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Standby

Poniedziałek, 31 sierpnia 2015 · dodano: 31.08.2015 | Komentarze 4

Okazało się, że wolne mi się przyczyn niezależnych ode mnie przedłużyło. Z tym że "wolne" w tym przypadku oznacza stan czuwania, bo co prawda nie muszę być w pracy, ale kolejnego dnia może się okazać, że jednak trzeba do niej iść. W sumie nie jest to złe rozwiązanie, bo zarobię i się nie narobię, ale też nie mogę sobie zaplanować żadnego turystycznego dłuższego wypadu. Mimo to narzekać nie będę :)

Jedyne na co dziś mogłem psioczyć to oczywiście temperatura, która jeszcze do jutra ma być istnym koszmarem na ziemi, czyli typowym latem 2015. Udało mi się zmobilizować na pięć dych przed dziesiątą, czyli niby jeszcze w nie najbardziej gorącym momencie, ale i tak dostałem po tyłku od milusieńkiego słoneczka (czytaj: mendy i gnoja). Rundkę zrobiłem wschodnią, przez Starołękę, Jaryszki, Gądki, Szczodrzykowo, Nagradowice, Tulce i powrót znów przez Jaryszki. Trzy dychy ze średniej ledwie wyciągnąłem, ale to normalne na tej rundce, która obfituje głównie w widoki pól, traktorów i TIR-ów.

Na samym początku ciśnienie podniosła mi paniusia (znów SUV), która w mini korku na Dolnej Wildzie postanowiła na chama najpierw zjechać mi przed pyskiem z lewego na prawy pas, oczywiście bez żadnej sygnalizacji, żeby chwilę potem wcisnąć się kilka samochodów dalej - tak samo na chama - znów na swój pierwotny. Gdybym nie zahamował znalazłbym się na karoserii. Po braku reakcji na mój komentarz wywnioskowałem, że znów trafiłem na białogłowę analizującą we łbie najnowsze trendy mody lub kolory podkładów. A miałem już komplet, gdy zobaczyłem rejestrację, z której aż krzyczało "jestem z Kościana" (czyli oznakowanie PKS)... O którym szerzej pisałem kilka dni temu, przy okazji stówki. Jak widać to miasteczko wysyła na mnie w zemście jeżdżące bezmózgowie :)




  • DST 53.40km
  • Czas 01:46
  • VAVG 30.23km/h
  • VMAX 50.70km/h
  • Temperatura 31.0°C
  • Podjazdy 220m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Poweselnie

Niedziela, 30 sierpnia 2015 · dodano: 30.08.2015 | Komentarze 7

A jednak :) Po bardzo udanym weselu, na którym bawiliśmy się grubo do ponad czwartej, między innymi dzięki elementom obowiązkowym, czyli wujkom mającym w pewnym momencie zdecydowanie dość (sztuk dwie) i rozkręcającym imprezę aż do lotu koszącego w sałatce (wedle zasady: nie ma pijanego wuja - nie ma klimatu) udało się w pionie dotrzeć do domu spod okolic Środy Wlkp. w miarę wcześnie, bo koło trzynastej. Co najważniejsze - wyspani i już zupełnie traktujący ciężką noc jako pieśń przeszłości.

Udało mi się wynegocjować zgodę na swoje pięć dych - to się nazywa cud :) Niestety wrócił upał, więc startowałem przed czternastą w temperaturze 30+, co dla mnie oznacza zgon. Musiałem więc wybrać trasę możliwie leśną, czyli jedyną możliwą - najpierw na południe, do Puszczykowa, potem na wschód, przez Rogalin do Świątnik. Tak się cieszyłem, że kręcę mimo pierwotnego postu, że nawet ukrop mnie nie ruszał - jedyne co, to wiatr, który w 100% wiał mi w pysk, ale na szczęście nie był zbyt mocny, więc ten ewenement pogodowy jakoś przeżyłem.

Za to ktoś "wybitny" zaplanował jakieś dożynki (które uwielbiam, ale tym razem mnie przerosły) w Łęczycy. A gdzie? Przy ścieżce pieszo-rowerowej. Niestety obowiązkowej. Ja na niej na szosie. Obok niedzielnych rowerzystów. I ich dzieci. I cioć. I znajomych. I wnuków. I babć. I stryjecznych kuzynów od strony dziadka. Kurde, przecież wesele zaliczałem kilkanaście godzin wcześniej! :) Odcinek dwóch kilometrów pokonałem w obie strony z prędkością średnią liczoną w wartościach minusowych. A, doszedł do tego jeszcze jeden smaczek - gdzie parkują nierowerowi miłośnicy dożynek? No gdzie? Ano - na ścieżce. Ma-sa-kra.

Jednak nie narzekam - znów pokonałem przeznaczenie. W senie pokręciłem!




  • DST 52.20km
  • Czas 01:40
  • VAVG 31.32km/h
  • VMAX 51.40km/h
  • Temperatura 25.0°C
  • Podjazdy 89m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Faster

Sobota, 29 sierpnia 2015 · dodano: 29.08.2015 | Komentarze 0

Dziś szybki wpis, bo jazda też dziś musiała być lekko podkręcona, żeby wyrobić się i nie zgarnąć na siebie łagodnych gromów autorstwa Żony. Wszystko przez wesele, na które się wybieramy na lekkie południe od Poznania, a co za tym idzie trzeba się było w temacie ogarnąć.

Trasa przez Plewiska, Gołuski, Dopiewo, Fiałkowo, Więckowice, Wysogotowo i Junikowo. Pogoda póki co rewelacyjna, bo jeszcze nie za gorąco, a do tego wiatr przyzwoity. Na drogach kontrast - wyjątkowo uśmiechający się praktycznie w 100% kolarze, z drugiej - dość często słyszany dźwięk klaksonu wśród puszkoaktywnych. Ale to przecież norma :)

Jutro powrót zaplanowany jest na czas nieokreślony, więc istnieje ryzyko graniczące z pewnością, że nie pokręcę.




  • DST 51.40km
  • Czas 01:42
  • VAVG 30.24km/h
  • VMAX 53.60km/h
  • Temperatura 24.0°C
  • Podjazdy 177m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Bezzębna radość życia :)

Piątek, 28 sierpnia 2015 · dodano: 28.08.2015 | Komentarze 4

Łapiąc momenty przymusowego wolnego nadrabiam zaległości towarzyskie. Wczoraj wpadł do nas z szybką wizytą mój kumpel z woj..., ze studiów. I tak zeszło nam do później godziny na nocnych Polaków rozmowach, a jak się do tego jeszcze doda, że gdzie dwóch politologów tam miliard poglądów to poczynając od wojny anty i pro-kukizowej skończyliśmy na dyskusji o tym, ile procent krwi ugrofińskiej jest w Węgrach :)

Rano kumpel poleciał na pociąg, Żona pojechała do pracy, a ja odespałem co moje. Rzadko mi się zdarza zaliczyć takiego lenia i wylegiwać się do dziesiątej, ale kropiący za oknem deszcz nie motywował. W końcu wstałem, wypiłem kawę, w międzyczasie pogoda się uspokoiła, czyli zamiast opadów pojawił się mocniejszy wiatr. Na szczęście zachodni, więc ten lepszy dla mnie mentalnie :) Zrobiłem znaną rundkę przez Luboń, Wiry, Komorniki, Szreniawę, Trzcielin, Dopiewo, Palędzie, Gołuski i Plewiska. Jechało mi się naprawdę miło, co jednak jak się okazuje ma związek z wyspaniem się. Cóż, raz na milion lat można w praktyce potwierdzić tę teorię :)

A mój dzień został pozytywnie zrobiony, gdy dostałem samoistne pozdrowienia rowerowe od bezzębnego pana w wieku 60+ kręcącego z naprzeciwka na niemiłosiernie skrzypiącej kozie. Po raz kolejny się przekonałem, że im mniej pro tym radośniej na świecie ;)




  • DST 54.40km
  • Czas 01:50
  • VAVG 29.67km/h
  • VMAX 56.80km/h
  • Temperatura 27.0°C
  • Podjazdy 185m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Schemacik

Czwartek, 27 sierpnia 2015 · dodano: 27.08.2015 | Komentarze 0

Obiecałem nie narzekać na wiatr póki było chłodno. Słowa dotrzymałem. Jako że znów zaczęła się parówa to mogę wrócić do schematu :) Czyli: dostałem dziś po tyłku od niego nie tyle z powodu siły, ale zmian kierunku. Maks jedna czwarta w plecy, reszta w pysk, co po wczorajszej stówce nie pomagało.

Kopsnąłem się spokojną rundką w te i we wte, czyli przez Starołękę i Czapury do Rogalinka, tam skręt na Mosinę, wjazd na Osową i dokręcenie do Krosinka, gdzie zawróciłem. Robi się zdecydowanie za ciepło, co ma przełożenie na wyniki. A jeszcze większe ma Starołęcka, która pokazała dzisiaj swoją zwykłą, najbardziej paskudną z paskudnych twarz. Momentami miałem wrażenie, że idąc piechotą bym siebie zdublował...




  • DST 104.50km
  • Czas 03:29
  • VAVG 30.00km/h
  • VMAX 50.60km/h
  • Temperatura 24.0°C
  • Podjazdy 314m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

W stolicy absurdu. Kościan wita

Środa, 26 sierpnia 2015 · dodano: 26.08.2015 | Komentarze 6

Są takie miejsca na świecie, w których nie życzyłbym mieszkania największemu wrogowi, szczególnie jeśli raz na jakiś czas porusza się rowerem. Dziś do takiej listy dołączam oficjalnie Kościan, który zdeklasował nawet Luboń (!!!!!!). Prawdopodobnie pisałem już o tym przy poprzednim odwiedzeniu tej miejscowości, jednak oficjalna czara goryczy została przelana właśnie 26 sierpnia 2015 r.

Ale od początku. Korzystając z ciut dłuższego przymusowego wolnego (remont w moim zakładzie pracy chronionej) postanowiłem w końcu pyknąć coś ponad standard. Czyli stówkę. Ok, spojrzenie na mapę, na kierunek wiatru i o 10 rano ruszyłem. Początek "codzienny", przez Wiry do Komornik, stamtąd skok w bok do Rosnowa, a potem już powrót na "piątkę", z zaliczeniem przejazdu przez centrum Stęszewa. Wiało strasznie upierdliwie, może nie mocno, bardziej umiarkowanie, za to na otwartych przestrzeniach wystarczyło to na godne sponiewieranie mojej skromnej osoby. Gdzieś na trasie zachciało mi się pić - super, przecież całą noc mroziłem sobie izotonika w lodóweczce. Sięgam po bidon i... dziura. Spojrzenie w dół - korba zaczęła już nabierać barw denaturatu. Szybko się zatrzymałem, coby panowie mundurowi sobie nie pomyśleli, że się dopinguję napojami, które potrafią przegryźć plastik, dopiłem w panice to, co jeszcze było (czyli niewiele) i zostałem z perspektywą ponad siedmiu dych o suchym pysku. Nie ma co, cholerstwo miało kiedy wybrać sobie czas na rytualne seppuku :)

Nic, trzeba było kręcić. Więc kręciłem. Dotarłem do upragnionego ronda w Kiełczewie, które zapowiadało (oczywiście w teorii) szansę na powiew w plecy. Zatrzymałem się jeszcze na chwilę w sklepie, gdzie u sympatycznej pani nabyłem Oshee (różowe, a co!) oraz Snickersa (którego połowę zjadłem, a właściwie wypiłem, dopiero praktycznie pod domem) i wjechałem do MORDORU.

Najpierw w Kościanie (bo o nim mowa) stałem w korkach. Potem zrobiłem rundkę koło rynku, głównie w korkach. Potem znalazłem się w korkach. Następnie przed zamkniętym przejazdem kolejowym. Gdy już go pokonałem znalazłem się przy jakimś rondzie, na którym nie wierzyłem własnym oczom, że tak jawnie można napluć w twarz rowerzystom i jeszcze mówić, że pada. O czym piszę? Skręt na Racot, który na mapie wyglądał całkiem normalnie, przywitał mnie... zakazem jazdy jednośladem. Ok, dobra, czyli pewnie gdzieś jest jakaś fajna, asfaltowa ścieżka, skoro aż tak dbają o moje bezpieczeństwo. O ja naiwny... Oto na czym się znalazłem (obowiązkowo po drugiej stronie drogi, bo po mojej był tylko zakaz):

Stary, zdezelowany chodnik, na którym jeszcze bezczelnie śmieli na krawężnikach wylać fragmenty asfaltu, zamiast to coś wyremontować w całości... Opadło mi wszystko - ręce, nogi, zęby, a w gratisie również licznik, który zaczął szwankować na tych wertepach (średnia wzięta jest ze Stravy, która ostatnio raz zaniża, raz zawyża, więc cholera wie czy wiarygodna). Na tym kawałku wykrzyczałem chyba wszystkie znane ludzkości przekleństwa. Oczywiście, mogłem olać temat i jechać asfaltem - biorąc jednak pod uwagę, że będąc na tej wiosce jakieś 15 minut widziałem dwa radiowozy, trzy samochody Straży Miejskiej i jednego ciecia od nich łażącego na piechotę postanowiłem nie ryzykować. Jak się okazało - dobrze zrobiłem, bo chwilę później minął mnie właśnie radiowóz...

Myślałem, że wyjeżdżając z tego koszmaru będę mógł już dalej poruszać się w cywilizowanych warunkach. Gdzie tam! Najpierw zamiast chodnika pojawiła się kostka, oczywiście zdezelowana. Następnie, tuż przed Kurzą Górą (wszystko to praktycznie w granicach Kościana) pojawił się jeszcze lepszy widok - kolejny zakaz jazdy drogą, a po prawej... leśna, nieutwardzona ścieżynka! Tego już mi było za dużo - stwierdziłem, że ryzykuję mandat, ale moje zdrowie psychiczne jest ważniejsze. Myślicie, że koniec radosnej twórczości tutejszych speców od udupiania kolarzy? W Racocie, obok imponującego kompleksu jeździeckiego wyskoczył kolejny smaczek:

Jakbyście mieli wątpliwości to po prawej była ścieżka - widzicie ten wydzielony pas dla rowerów? Słusznie - ja też nie :) Po lewej jest ciąg pieszo-rowerowy... szutrowy. A jak się wpatrzycie kawałek za znak przejścia dla pieszych to zobaczycie... kolejny zakaz jazdy rowerem. Zignorowałem.

Cała trasa powrotna to dochodzenie do siebie. Wiatr pomagać nie chciał, drogi były koszmarne i tak praktycznie już do Czempinia, gdzie już dobrze znaną trasą przez Iłówiec, Grzybowo, Żabno i Mosinę dotarłem do domu. Zmasakrowany mentalnie całkowicie. Jak można takie absurdy zatwierdzać i jeszcze karać za ich olewanie? Bo przeglądając w afekcie net po powrocie do domu natrafiłem na  TAKIE INFO z 2013 roku... No kurna... I jeszcze przekopiowany jeden z komentarzy: "Mają wytyczone miejsce i obowiązek jeżdzić po chodniku ale nie środkiem drogi. Jadąc na Racot tak samo, ścieżka zrobione ale po co drogą wygodniej. Karać i jeszcze raz karać to się nauczą, że tak samo ich obowiązują znaki"...

Pamiętam, że kiedyś Remik mnie zapytał czemu jeżdżę głównymi drogami, zamiast bocznymi. Dziś mi się sama nasunęła odpowiedź. Niestety, są kawałki Polski, które zatrzymały się głęboko na przełomie lat 80. i 90. I do nich należy właśnie Kościan. Nigdy więcej - jeśli nie będę musiał - nie zamierzam pojawiać się na przejechanym dziś kawałku. Włodarzom tego miasteczka życzę, żeby kiedyś musieli się przesiąść na rowery i za karę jeździć przez rok czy dwa po tych wynalazkach, najlepiej bez opon i dętek, a dodatkowo ze sztycą bez siodełka. Osobiście obiecuję antyreklamę tego skansenu.

A ja chyba po raz pierwszy lepiej wspominam jazdę pod wiatr niż powrót.

Plusy są dwa. Pierwszy - jest stówka! :) Już za nimi tęskniłem, bo wciąż czasu brakowało.

Drugi - kolejny "dożynek", tym razem z Żabna :)



Kategoria Dożynki!!! :)


  • DST 54.35km
  • Czas 01:56
  • VAVG 28.11km/h
  • VMAX 52.00km/h
  • Temperatura 21.0°C
  • Podjazdy 129m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Its rejni dej...

Wtorek, 25 sierpnia 2015 · dodano: 25.08.2015 | Komentarze 11

O tym, że moje wolne od roboty z automatu powoduje w pogodowym łebku akcję-reakcję pod tytułem "deszcz" już pisałem. Dziś jednak Pan Pogodynek/Pani Pogodynka/Coś Pogodynek (w końcu mamy czasy poprawności politycznej) grubo się pomylił/-ła/-ło myśląc, że mi zaszkodzi. Wręcz przeciwnie - wyspałem się, doświadczony życiem po wstaniu wystawiłem łeb za okno oceniając sytuację, stwierdzając stoicko, że kiedyś musi przejść.

Przeszło lekko po 11-tej. W praktyce oznaczało to, że zanim uzbroiłem crossa, zebrałem się i minąłem pierwsze 500 metrów (zamknięty szlaban oraz dwa wahadła - 2015 zdecydowanie nie zostanie zapamiętany przez mieszkańców Dębca jako Rok Bez Bluzgów)... zaczęło kropić. No ale skoro powiedziało się "a" to trzeba też "ą", a do tego twardym trza być nie miętkim, więc kręciłem dalej. Kierunek zachód, pod bardzo silny wiatr, z mniej lub bardziej zacinającym deszczykiem, który na szczęście w końcu odpuścił.

W sumie jechało się sympatycznie. Każda przerwa od szosy o dziwo mnie cieszy (może to jakiś znak do zmian?), a kompletne olanie kwestii średniej oczyściło umysł. Trasa to kopia tych codziennych: do Dopiewa przez wahadło - a jakże - w Skórzewie oraz Palędzie i powrót przez Trzcielin, wyjątkowo po tarce w Walerianowie i już (dopiero) z wiatrem "piątką".

Po południu skoczyłem jeszcze do rowerowego, bo kupiona na szybko opona Vittoria Zaffiro zaczęła się dziwnie wybrzuszać i ostatnio czułem się jakbym jechał na permanentnej muldzie z tyłu :) Poszła na reklamację, nową dostałem od ręki i nawet doznałem zaszczytu skorzystania z haków do serwisu i wymieniłem ją sobie na miejscu.

Upolowałem dziś kolejną tegoroczną "dożynę". Tym razem w Rosnówku.


Kategoria Dożynki!!! :)