Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi Trollking z miasteczka Poznań. Mam przejechane 240108.00 kilometrów w tym 4.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 27.49 km/h i się wcale nie chwalę.
Suma podjazdów to 784877 metrów.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl


Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Trollking.bikestats.pl

Archiwum bloga

  • DST 54.60km
  • Czas 01:54
  • VAVG 28.74km/h
  • VMAX 47.70km/h
  • Temperatura 1.0°C
  • Podjazdy 150m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Nie widząc przeszkód

Piątek, 4 marca 2016 · dodano: 04.03.2016 | Komentarze 9

Marzec pod względem rowerowym idzie mi wybitnie w kratkę. Jeszcze kilka takich dni, gdy będę jeździł-nie jeździł-jeździł-nie jeździł i będzie można traktować mnie jako dobry materiał na kilt dla jakiegoś najbliższego Szkota. Wczoraj skończyło się na chomiku (31 km, średnia 30,8), natomiast dziś... No właśnie.

Chcąc zdążyć do pracy na dwunastą musiałem wystartować w trasę maksymalnie o 8:30. Niby żaden problem. Wstać - wstałem. Przekąsić coś małego - przekąsiłem. Kawę wypić - wypiłem. Problem był tylko jeden - widok za oknem niespecjalnie różnił się od koloru owego napoju. Dodam pro forma, że jego 1/3 stanowiło mleko.

Postanowiłem zaryzykować. Święta mamy w końcu już niedługo, więc ubrałem się i uzbroiłem jak choinka: światełko z przodu, dwa światełka z tyłu, a na dodatek założyłem kask znanej niemieckiej marki. Tej o nazwie Lidl :) Bo również miał na sobie świecidełko. Tak zaopatrzony ruszyłem w drogę. Kierunek był mi wstępnie nieznany, bo solidarnie wszystkie ze znanych prognoz pokazywały inny kierunek wiatru. Nawet nie wiedziałem, że jest tyle możliwości :) Wybrałem - w przeciwieństwie do aż zbyt jasnej rzeczywistości - czarny scenariusz i ruszyłem na północ, czyli przez miasto. Nie muszę chyba dodawać, że wiało z południa i z boku, a w międzyczasie mi w ryj?

Co do samej jazdy to jak w tytule - nie widziałem żadnych przeszkód. W sumie to mało co widziałem :) Tak oto (nie)wyglądała ulica Koszalińska, ciągnąca się wzdłuż Strzeszynka: 


I tak jakoś za dużo widać na tych zdjęciach względem realu...

Za granicą Poznania natrafiłem - już po raz drugi czy trzeci w życiu - na dość świeżą DDR-kę w Kiekrzu, o której na BS pisano już kilkukrotnie. Jako że mgła nie odpuszczała to postanowiłem dla swojego bezpieczeństwa (hje hje) wykonać dziewiczy rejs po jej falującej kosteczce. Wiele, powiadam, wiele wrażeń nań :) Postanowiłem uwiecznić dwa momenty. Pierwszym jest prorowerowy wjazd, znajdujący się w jej połowie (tak, tak, nie pomyliłem się). Zmieściłem się, choć lekko nie było. Czekam na pierwsze ofiary w "sezonie".

Wyjazd jest kilkadziesiąt metrów dalej i kończy się tak samo, a zaraz za nim jest przejazd na drugą stronę, na ścieżkę, która prowadzi do wysokości widocznego po lewej białego płotu (też już tu opisywana sprawa). Zaprawdę, ten kto to wymyślił powinien zostać myśliwym. 

Jak już opuściłem krainę ścieżkowych absurdów to dokręciłem do Rokietnicy i mając w perspektywie powrót tym samym szlakiem w panice zmieniłem kierunek i skręciłem na Napachanie, skąd wciąż błądząc we mgle odnalazłem azymut na Baranowo i Przeźmierowo, a następnie Poznań. Jechałem wolno i ostrożnie i do domu dotarłem w całości. O dziwo kierowcy też dziś nie szarżowali, co pozwala mi uknuć teorię. iż naród Polski ma w sobie pewien defekt, który polega na tym, że zachowuje się on normalnie dopiero w momencie, gdy wszystko dokoła jest nienormalnie. I owa teoria odnosi się do większości aspektów życia.




  • DST 52.20km
  • Czas 01:55
  • VAVG 27.23km/h
  • VMAX 45.60km/h
  • Temperatura 0.0°C
  • Podjazdy 165m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Inauguracje marcowe

Środa, 2 marca 2016 · dodano: 02.03.2016 | Komentarze 2

Marzec zaczął się tak, jak się zaczął. Czyli chomikiem (32 km, 31,8 km/h, w towarzystwie "Wikingów"). No szaleć z radości :/ Miało być z przytupem, a wyszło jak zwykle. Czyli z tup-tup, ale po śniegu.

Dziś już na szczęście pogoda lekko zluzowała, rano nie padało (w momencie wyjazdu, bo na trasie dorwała mnie mżawka). ale oblodzone jeszcze drogi nie wzbudzały mojego zaufania, więc jako towarzysza pierwszego wyjazdu w tym miesiącu wybrałem crossa. Wyposażonego w nową przednią oponę, bo poprzednia antyczołgowa zaczęła w końcu ukazywać swoje prawdziwe oblicze. Czyli szwy :) Wczoraj w drodze do pracy nabyłem jakiegoś nołnejma o zwyczajnym już rozmiarze (38c) i dziś postanowiłem go przetestować. Jest ok, choć z powodu bardzo zachowawczej jazdy nie udało mi się specjalnie rozwinąć.

Ruszyłem na południe - Luboń, Puszczykowo, Mosina (tam zdezelowany i rozkopany przejazd kolejowy, usyfiony jak woodstockowicz), Żabinko i Żabno, w którym na wysokości kościoła zawróciłem. Ślisko i męcząco, a do kompletu doszły jeszcze nieplanowane przystanki przez kolejno: światła. wolno jadące traktory, wycinka drzew, zamknięte rogatki, ciężarówki ruszające z budowy oraz stado przedszkolaków. Finalnie wyszło słabiutko nawet jak na crossa, ale najważniejsze. że kilometrowe marcowe zera zostały zlikwidowane. A trasa z grubsza wyglądała tak:

No i jeszcze podsumowanie lutego. Wykręciłem 1279 kilosów, zamiennie szosą oraz crossem. Średnia wyszła "taka se", bo 28,7, ale z racji miesiąca zimowego nie będę się z tego powodu kamieniował :) Do tego 164 kilosy chomikiem.




  • DST 51.43km
  • Czas 01:49
  • VAVG 28.31km/h
  • VMAX 50.70km/h
  • Temperatura 2.0°C
  • Podjazdy 91m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Brakośnieg poranny

Poniedziałek, 29 lutego 2016 · dodano: 29.02.2016 | Komentarze 7

A jednak. W momencie gdy wczoraj pisałem o tym, że zapewne koniec z moimi lutowymi wyjazdami, prognozy zapowiadały na dzisiejszy ranek widoczki białe niczym serce przeciętnego miłośnika wujka Adolfa. O dziwo jednak zerkając o ósmej rano za okno ukazały mi się suchutkie drogi i - oczywiście - świszczący wiatr między bezlistnymi gałęziami. O tym, jak było on mocny i męczący przekonałem się dopiero później, ale formalnie nie widziałem przeszkód do jazdy, i to nawet szosą. Co oczywiście wykonałem, bo w tym (i tylko w tym) temacie nie trzeba mi dwa razy powtarzać :)

Najpierw musiałem przejechać przez Poznań, co w samo sobie jest atrakcyjne i urocze jak posłanka Pawłowicz. Po około 10 kilometrach, na wysokości Antoninka, wymieniłem jeszcze uprzejmości z kierowcą TIR-a, i o dziwo to były te uprzejme uprzejmości, bo mimo dość skomplikowanego zjazdu z tamtejszego wiaduktu uznał moje pierwszeństwo, mimo że jechałem pasem dla autobusów, co pewnie formalnie jest zakazane. Potem już marznąc i walcząc z powiewami kręciłem przez Swarzędz do Paczkowa, w którym zakręciłem na Siekierki i Tulce, by przez Krzesiny oraz Starołękę dotrzeć do domu. Zimno, ponuro, ale się udało dobić kolejne pięć dych, krokiem wolnym i statecznym. Teraz na zewnątrz zaczęło sypać, więc szanse, że miesiąc marzec zacznę od roweru oceniam na bliskie zera.

Tyle było z przyjemności. W samo południe wylądowałem w ustalonym terminie na fotelu dentystycznym i po analizie szans na ratunek jednego z moich tylnych zębów nastąpiła decyzja o pożegnaniu kolegi na zawsze. Ekstrakcja to jedna z tych rzeczy, od których wolę nawet jazdę na chomiku lub (o zgrozo!) bieganie, więc można sobie wyobrazić jak było mi sympatycznie. Aktualnie dochodzę do siebie czekając na to, co przede mną gdy już ogłupiające znieczulenie całkowicie opuści mój otwór gębowy.




  • DST 52.65km
  • Czas 01:52
  • VAVG 28.21km/h
  • VMAX 51.90km/h
  • Temperatura 2.0°C
  • Podjazdy 227m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Arctic ride + filmik (zaległy)

Niedziela, 28 lutego 2016 · dodano: 28.02.2016 | Komentarze 5

Znów zaczęło wiać od Ruskich, a konkretnie z Kaliningradu (północny wschód). Oznaczało to dla mnie, jako istoty nawykłej do wybierania tras najpierw pod, a potem z wiatrem, konieczność zafundowania sobie przyjemności z gatunku "brutal sado-maso", czyli przejazdu szosą przez cały Poznań, z południa na samą północ. Ociągałem się ile mogłem, korzystając z jeszcze jednego wolnego dnia, ale w końcu czas nie jest z gumy i musiałem ruszyć.

Mimo niedzieli - koszmar. Korki, światła, kierowcy - tragedia. W końcu jednak po minięciu Malty i Miłostowa znalazłem się na otwartej przestrzeni i mogłem odetchnąć. Chwilę potem jak to zrobiłem naprędce zamknąłem otwór gębowy, bo silny, arktyczny wiatr wepchnął mi mój oddech z powrotem skąd przybył. I tak kilkanaście kilometrów walczyłem z podmuchami, momentami jadąc pod górki i pagórki, których tam nie brakuje, 21-22 km/h. Szosą! Dawało to nadzieję, że powrót będzie łatwiejszy, ale gdzie tam - tym razem masakrowało mnie z boku. Życie chłoszcze :)

Finalnie dotarłem przez Kobylnicę do Biskupic i Jerzykowa (nie wiem czemu, ale te dwie miejscowości są na tym samym terenie i zawsze mam wątpliwości gdzie jestem). Tam, po chwili odpoczynku i zadumy nad Jeziorem Kowalskim, zawróciłem. Zmarznięty jakby było minus dziesięć i zniesmaczony średnią dotarłem do domu, błagając od drzwi o gorącą kawę. Patrząc na prognozę pogody był to prawdopodobnie mój ostatni trip w lutym.



P.S. Wczoraj wieczorem porządkując dysk trafiłem na zapomniane nagranie z października ubiegłego roku, kiedy to zawitałem w rodzinne Sudety. Odpaliłem sobie sentymentalnie i wróciła mi pamięć co do ujawnienia światu jednej sytuacji, która na szczęście zakończyła się bez konsekwencji. I tak oto powstał ten krótki, bo zaledwie minutowy filmik:





  • DST 55.20km
  • Czas 01:50
  • VAVG 30.11km/h
  • VMAX 52.20km/h
  • Temperatura 3.0°C
  • Podjazdy 186m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Dwa koła

Sobota, 27 lutego 2016 · dodano: 27.02.2016 | Komentarze 2

Tyle oficjalnie mi dziś "pykło" w roku 2016. Jak na luty wynik uważam za przyzwoity :)

Wyruszyłem dziś późno, bo po dwunastej. A co, jak się ma wolne to można korzystać, tym bardziej, że wczoraj zasiedzieliśmy się u znajomych i rano głowa nie była jeszcze w pełni dyspozycyjna :) Plusem było to, że zapanowała już całkiem przyzwoita temperatura (trzy stopnie powyżej zera), a minusem - narastający o tej porze wiatr. Jego kierunek oscylował wokół wschodniego, oczywiście tyko w teorii, bo w praktyce jak zwykle wiało mi i podczas jazdy w jedną, jak i drugą stronę. Zrobiłem kurs w tę i nazad przez Luboń, Puszczykowo (aktualnie jest tam masakrowany przez robotników przejazd kolejowy - zniknęło już m.in. przejście podziemne. Czemu - pozostawiam to jako pytanie otwarte), Rogalinek, Rogalin i nawrót w lesie za Mieczewem. Standardowo z pewnym zdziwieniem mijałem panie grzybiarki, które wyrosły przy tej trasie w ilości niemal dorównującej tabunom mijanych dziś rowerzystów. Na szczęście jak zauważyłem podczas powrotu znalazł się co najmniej jeden człowiek, który zatrzymał się, żeby wytłumaczyć jednej z nich, że luty to nie do końca sezon na takie połowy. Szlachetny człek :)

W Luboniu, jak to Luboniu, musiałem trafić na coś uwłaczającego logice. Był nim stojący na światłach kierowca TIR-a, który nie zrobił sobie nic z faktu, że zapaliło się zielone. Spokojnie odczekał i ruszył dokładnie w momencie, gdy żółte zamieniło się na czerwone. Ja i reszta użytkowników drogi zdążyliśmy tylko otworzyć gęby ze zdziwienia, przez co żaden klakson nawet nie mruknął. Kocham Luboń :)

Średnia jak na zimę przyzwoita.




  • DST 52.40km
  • Czas 01:49
  • VAVG 28.84km/h
  • VMAX 52.00km/h
  • Podjazdy 160m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

O historii za rogiem

Piątek, 26 lutego 2016 · dodano: 26.02.2016 | Komentarze 3

Zima jednak wróciła. Kto to widział? W lutym? :) Skandaliczny ten fakt potwierdziłem dziś na trasie, gdy w pewnym momencie zaczęło na mnie sypać białym puchem, nie mówiąc już o tym, że rano był przymrozek, a za oknem krajobraz w stylu "White Christmas" (na szczęście szybko zamienił się w "brown plucha", a potem znormalniał). Jak żyć?

Chwała Allachowi, że miałem dzień wolny i miałem okazję się wyspać, a ruszałem dopiero po jedenastej. Mogłem więc już spokojnie jechać na szosie, co biorąc pod uwagę silny (znów........) wiatr i wspomniany śnieg okazało się ryzykowne, ale do ogarnięcia. Jak widać po średniej nie poszalałem sobie dzisiaj, ale nawet nie miałem zamiaru. Tak samo jak kombinować z trasą - wpadł dziś standard, czyli Poznań - Luboń - Wiry - Komorniki - Szreniawa - Konarzewo - Trzcielin - Dopiewo - Palędzie - Plewiska - Poznań.

Jadąc przez Gołuski postanowiłem zatrzymać się w końcu przy kamieniu upamiętniającym "coś", który zawsze omijałem spiesząc się, jak zwykle spóźniony, przed pracą do domu. Postanowiłem nadrobić ów brak i jak się okazało jest to pomnik ku czci jeńców angielskich, francuskich, rosyjskich oraz więźniów żydowskich zmuszanych na tych terenach do niewolniczej pracy w latach 1941-43. Jak wyczytałem w tych latach mieścił się tu jeden z hitlerowskich obozów pracy, mający na celu "usprawnienie" budowy trasy Frankfurt - Posen. Z ciekawostek: dzisiejsza, położona niedaleko autostrada A-2 praktycznie pokrywa się z tą wymyśloną przez Niemców...





  • DST 52.20km
  • Czas 01:44
  • VAVG 30.12km/h
  • VMAX 52.20km/h
  • Temperatura 0.0°C
  • Podjazdy 172m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Ładna ładność

Czwartek, 25 lutego 2016 · dodano: 25.02.2016 | Komentarze 13

Ładna ładność w pogodzie to oczywiste przeciwieństwo paskudnej paskudności, z którą to miałem do czynienia wczoraj. Dziś właśnie nastąpiło zacne ŁŁ, ze spokojniejszym już wiatrem, pięknym niebieskim niebem, zimowym przymrozkiem, ale ustępującym z minuty na minutę, a także suchymi drogami.

W takich to warunkach wykonałem swoje, czyli "kondomika", ale żeby nie było nudno to dziś odwrotnie niż wczoraj, od strony Lubonia i Mosiny, dopiero później Stęszew i Komorniki (które z powodu panujących tam ultra-ultra-ultra korków objechałem przez Rosnowo). Aha, gdyby ktoś jeszcze nie wiedział skąd nazwa tej trasy to wyjątkowo umieszczam mapkę :)

Średnia jak na luty mnie nawet ucieszyła. I to wszystko mimo faktu, że zgodnie z komentarzami niecenionego Gościa pod tym wpisem Księgowego jechałem Krossem, czyli w wolnym tłumaczeniu: "porażką a nie rowerem szosowym - tego gówna nie można nazwać szosą... ani geometrii nie ma, ani osprzętu", za to będącym przedstawicielem szerokiego świata, bo przecież "tajwański import te ramy to chyba za miskę ryżu spawają... malowania porażka, wszystko byle najtaniej..." :) Hehe :)




  • DST 52.00km
  • Czas 01:50
  • VAVG 28.36km/h
  • VMAX 50.40km/h
  • Temperatura 2.0°C
  • Podjazdy 99m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Rzeź niewiniątka

Środa, 24 lutego 2016 · dodano: 24.02.2016 | Komentarze 0

Wspomniana rzeź tyczy się pogody oczywiście. Wyjeżdżałem po ósmej rano, gdy na niebie chmury walczyły ze słońcem, a po nocnych opadach asfalty były jeszcze dość śliskie. Po kilku kilometrach zaczął kropić deszczyk, który po chwili zamienił się w spory opad, a w końcu przerodził w zacinający śnieg. Potem znów wyszło słońce, a potem znów chmury. Nad wszystkim dominował silny, paskudny wiatr oraz temperatura niewiele ponad zero. Tyle o rzezi.

Teraz o niewiniątku. Będzie krócej. Niestety żadnego nie kojarzę, więc żeby wszystko się ładnie zapętlało jako zamiennik musiałem służyć ja :)

I to mnie wymęczył strasznie cały powyższy zestaw. Kręcenie wybitnie mi dziś nie chciało iść, więc nie szło. Co się będę kłócił. Wykonałem sobie swój "kondomikowy" standard, tym razem od strony Komornik, potem Stęszew, Dymaczewo, Mosina, Puszczykowo, Luboń. Między tymi ostatnimi miejscowościami jest sobie Łęczyca, a na niej jest sobie ddr-ka, przy której pracują sobie panowie robotnicy. Pod koniec stycznia wklejałem zdjęcie ze zgrabnie zaparkowanym samochodem na lubelskich numerach, którego przyczepa blokowała przejazd. Widocznie ta ścieżka jest bardzo popularna w Polsce, bo dziś z kolei centralnie na środku stało kolejne auto, tym razem rodem ze Śląska. Objechać się tego nie dało, więc zatrzymałem się, popukałem w blachę, popukałem się znacząco w głowę i ujrzałem za kierownicą... no a jak. Kobietę. Cóż za zaskoczenie :) Chyba jakaś pani inżynier, bo ślęczała nad papierami (nowa funkcjonalność ddr-ek?), ale chyba zrozumiała w czym rzecz, bo przeprosiła i zaczęła zjeżdżać na bok. Choć tyle.




  • DST 51.30km
  • Czas 01:45
  • VAVG 29.31km/h
  • VMAX 51.10km/h
  • Temperatura 4.0°C
  • Podjazdy 163m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Tour de Dziad

Wtorek, 23 lutego 2016 · dodano: 23.02.2016 | Komentarze 4

Wczoraj miałem wolne. Tak, padało. Te dwie rzeczy są w końcu ze sobą niezmiennie połączone. Z okołorowerowych aktywności wpadł jedynie godzinny chomik (34 km, średnia 33 km/h) i tyle. 

Dziś miałem dzień pracujący. Nie, nie padało. To znaczy tak, padało, ale dopiero na trasie. Według internetów było jednak sucho. Musiałem przez to zwlec się z łózka skoro świt, ale mus to mus. Trasę zrobiłem "na śpiocha", kopię tej sprzed dwóch dni, choć zupełnie odwrotnie - od Lubonia i Szreniawy przez Trzcielin, Dopiewo i Plewiska.

I tak sobie sennie jechałem i jechałem, gdy nagle obudził mnie Dziad. Nazwałem go tak łagodnie, choć powinienem sporo ostrzej, za to jak wpieprzył mi się pod koła centralnie z podporządkowanej, by chwilę potem blokować mnie jadąc z zawrotną prędkością oscylującą między 15 a 20 km/h. W porywach. Ani machanie łapami, ani krzyki nie pomogły. Więc Dziad został wyprzedzony (jak na złość wtedy się rozpadało), co obudziło w nim duszę sportowca i sapiąc oraz dysząc dogonił mnie jakiś kilometr dalej. O dziwo wtedy już udało mu się dobić i nawet przekroczyć trzy dychy, więc tym razem podpiąłem się mu pod tyłek i pociągnąłem się chwilę. Chwilę, bo skręcił w swoją stronę, ja w swoją.

A o kim mówimy? Jaki to mistrz prędkości i kierownicy ze mną dziś walczył? Ano taki. Tablica z tyłu mówi o ostrzeżeniu i ograniczeniu prędkości do 60 km/h. Plus za poczucie humoru :)Chłodno, wietrznie, paskudnie. Lubię to :)




  • DST 53.00km
  • Czas 02:00
  • VAVG 26.50km/h
  • VMAX 46.20km/h
  • Temperatura 5.0°C
  • Podjazdy 77m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Kibolsko

Niedziela, 21 lutego 2016 · dodano: 21.02.2016 | Komentarze 16

Pogoda znów zabawiła się w mistrza dosprzedaży i zafundowała nam gratis do braku porannych opadów - wiatr urywający łby. Serdecznie dziękuję za takie promocje, na przyszłość proszę mnie pomijać. W zamian mogę być informowany o gratisach do czteropaków, ale chyba tak to niestety nie działa :)

Nie tylko wiatr, który momentami zatrzymywał mnie praktycznie w miejscu, ale również mokre drogi po nocnych deszczach spowodowały, że wybrałem crossa. Przy bocznych podmuchach było to naprawdę zbawienne, bo na szosie pewnie dostałbym możliwość eksploracji okolicznych pól i rowów. Mijałem się jednak z kilkoma szosowcami, którzy zapewne nie mieli komfortu wyboru dwukołowca i szczerze im współczułem. Zresztą ciężko pozdrawia się kogoś, kto trzyma lewy policzek przy samym asfalcie :)

Średnia dzisiejsza to MASAKRA. Jak widać zło wraca, bo wczoraj było całkiem spoko. Zrobiłem trasę, na której w ciemno mogę brać większość zakrętów: Poznań - Plewiska - Skórzewo - Dąbrówka - Dopiewo - Trzcielin - Konarzewo - Szreniawa - Komorniki - Wiry - Luboń - Poznań. W Dąbrówce trwa prężnie rozbudowa osiedla klocków na zasadzie kopiuj-wklej, a przy okazji rozwija się też gastronomia. Dziś wyhaczyłem nowy, uroczy obiekt. Nazwa i kolory sugerują, że raczej nie jest to miejsce dla fanów pewnego znanego klubu z Warszawy, a śmiem twierdzić, że w menu mógłbym znaleźć hot-doga z legionisty, pasztet w wiślaka, a po wczorajszym przegranym 1:4 meczu (hje hje) - moźe i podroby z podbeskidziaka :)

Kawałek dalej cyknąłem jeszcze fotkę intrygującego mnie od jakiegoś czasu pałacu-dworku w Palędziu. Informacji o nim jest niezmiernie mało, wiem tylko że aktualnie pozostaje w rękach prywatnych i pochodzi z XIX wieku. Reszta jest zagadką...