Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi Trollking z miasteczka Poznań. Mam przejechane 250076.93 kilometrów w tym 4.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 27.44 km/h i się wcale nie chwalę.
Suma podjazdów to 812738 metrów.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl


Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Trollking.bikestats.pl

Archiwum bloga

  • DST 52.20km
  • Czas 01:58
  • VAVG 26.54km/h
  • VMAX 50.50km/h
  • Temperatura 4.0°C
  • Podjazdy 84m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Niedziela dymka

Niedziela, 27 listopada 2016 · dodano: 27.11.2016 | Komentarze 12

Delikatnie pisząc – zostałem dziś wydymany przez pogodę. I to dosłownie. Przed wyruszeniem rano spojrzałem za okno – mokro. No to cross. Wieje mocno. No to cross.

No to cross.

Generalnie w połowie decyzja została podjęta prawidłowo. Bo podczas jazdy czołgiem istniało mniejsze ryzyko, że mnie zwieje z drogi niż gdybym wyjechał szosą. Aha, tak, wiało dziś mocno i nie jest to – cytując - „paranoja” :) Natomiast co do dróg to już za Plewiskami były one suchutkie jak gardziołko pana Zenka po skonsumowaniu ostatniego dostępnego bełcika. Co prawda pod koniec trasy (Poznań-Plewiska-Dąbrówka-Palędzie-Dopiewo-Trzcielin-Konarzewo-Komorniki-Plewiska-Poznań) znów kręciłem po kałużach, ale nie zmienia to faktu, że... (tu pierwsze zdanie).

W ogóle dziś mało co wyglądało na normalne:


Mimo niedzieli wyjazd owocował w przygody. Na samym początku, na ulicy Opolskiej, wyprzedził mnie na gazetę pewien samochód. Nie byle jaki, bo Straży Miejskiej. W Plewiskach, zaraz przy tamtejszym stadionie aktywowały się jakiś czas temu dwa kundle, które regularnie uprzykrzają mi życie. Dziś również. Na pustej generalnie w dni wolne od pracy ulicy Szkolnej między Palędziem a Dopiewem zawsze jest kilka chwil, gdy robią się korki w tę lub drugą stronę. Oznacza to, że wierni jadą do lub z kościoła. Oczywiście jak zwykle nasi miłośnicy życia chronionego od wytrysku do narodzin mają gdzieś tych już realnie żywych i wyprzedzanie w ten sposób, że lusterka mogłem dziś wyrwać lewą rzęsą, było kilkukrotnie normą. A jeszcze kilka kilometrów wcześniej, przy osiedlu klocków w Dąbrówce, paniusia długo zastanawiała się kiedy wyjechać z podporządkowanej. W końcu zrobiła to dokładnie wtedy, kiedy byłem jakieś pół metra od niej. Widocznie PZ-tem się nie rodzi. PZ-tem się zostaje ;)

Katowałem dziś dousznie przez prawie całą drogę nowy projekt, który Moby stworzył pod nazwą The Void Pacyfik Choir. Genialność nad genialnościami. Moby wrócił do mentalnych korzeni, czyli punka, okraszonego jak to u niego elektroniką. A ten teledysk, znaleziony wczoraj przez mnie w okowach internetów, jest po prostu cudowny. Choć aż za bardzo prawdziwy...




  • DST 53.20km
  • Czas 01:56
  • VAVG 27.52km/h
  • VMAX 52.70km/h
  • Temperatura -0.5°C
  • Podjazdy 127m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Nie ja

Sobota, 26 listopada 2016 · dodano: 26.11.2016 | Komentarze 24

Od wczorajszego popołudnia łażę jak skwaszony. Miałem pecha i w wyniku kilku niezależnych ode mnie zbiegów okoliczności prawdopodobnie zawaliłem jeden z korpogównianych elementów (oczywiście ważny jest każdy, a jeden ważniejszy od kolejnego ważnego), co odbije się na części mojej premii. Niestety w grudniu. Kilka stówek w plecy przed świętami - kocham to. A i jeszcze trzeba się będzie tłumaczyć z czegoś, na co wpływ mam minimalny. Oł je. 

Zapał do jazdy miałem dziś więc... no, generalnie go nie miałem. Postanowiłem wykręcić swoje pięć dyszek bez ciśnienia, a wybitnie pomógł mi w tym przenikliwie zimny wiatr oraz temperatura - pomiędzy minus jeden a zero. Całego "kondomika" z Dębca przez Komorniki, Szreniawę, Stęszew, Dymaczewo, Mosinę, Puszczykowo oraz Luboń wykonałem tempem nawalonego ślimaka i miałem to gdzieś. Jak jakiś nie ja.

Brr.




  • DST 52.30km
  • Czas 01:50
  • VAVG 28.53km/h
  • VMAX 50.70km/h
  • Temperatura 1.0°C
  • Podjazdy 48m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Wpis czwórkolny

Piątek, 25 listopada 2016 · dodano: 25.11.2016 | Komentarze 13

Mgła w ciągu ostatnich dni stała się takim chlebem powszednim, że powoli zamienia się w zakalec. Fajnie jest raz na jakiś czas pozachwycać się malowniczymi mlecznymi drogami, oszronionymi drzewami i brakiem widoków na teraźniejszość, ale bez przesady. Człowiek wygląda jak opóźniona w rozwoju choinka z tymi wszystkimi światełkami na kasku, kierownicy i pod tyłkiem, co chwili musi uważać, bardziej na innych niż na siebie. Oczywiście w polskich warunkach immanentną częścią całej zabawy jest szarżowanie kierowców - dziś widziałem skutki dwóch kolizji, wyglądające bardzo konkretnie. A minęło mnie na trasie chyba z pięć karetek na sygnale.

Wykręciłem kółeczko z Dębca przez Plewiska, Skórzewo, Dąbrowę, Sierosław, WIęckowice, Fiałkowo, Dopiewo, Palędzie, Gołuski, Plewiska i do domu. Uwaga - i tu piszę to z pełną odpowiedzialnością, świadomy praw i obowiązków - lekkiego, ale jednak wmordewinda miałem przez osiemdziesiąt procent drogi. Raz jeszcze wytłumaczę o co biega, bo nie chce mi się wałkować znów tematu - wmordewind wcale nie oznacza, że wieje mocno, a że po prostu ma się podmuch prosto w ryj. I tyle :) Aha, zimno - jeden stopień na plusie pod koniec jazdy, na starcie w okolicach minus jeden.

Pomiędzy Plewiskami a Poznaniem wyhaczyłem samochód w stanie niemal idealnym. Prawdopodobnie należy on do niemieckiej emerytki jeżdżącej raz na miesiąc do wnuczka z prędkością 30 km/h (jak w reklamie). Może ukazywać minimalne uszkodzenia, choć średnio istotne dla jego działania :)
A skoro już o czterech kółkach to idąc dziś do pracy natrafiłem na Mini Coopera na "moich rodzimych" jeleniogórskich blachach. To akurat nic specjalnego, ale przykuła moją uwagę jakaś zmutowana wersja chrześcijańskiej rybki. Gdy się przypatrzyłem gęba mi się uśmiechnęła. Swój człowiek posiada to auto :)




  • DST 53.20km
  • Czas 01:56
  • VAVG 27.52km/h
  • VMAX 53.20km/h
  • Temperatura 5.0°C
  • Podjazdy 211m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Czerwono mi

Czwartek, 24 listopada 2016 · dodano: 24.11.2016 | Komentarze 8

Na wstępie zaznaczam, że nie będę dziś narzekał na wiatr. I wypraszam sobie insynuacje, iż robię to wtedy, gdy nie trzeba. Po prostu za często trzeba. Ale nie dziś :)

Ponarzekam za to na to, że zmienił kierunek na północny, przez to zgodnie z moją odwieczną zasadą ruszyłem mu najpierw naprzeciw. Czyli właśnie na północ. Czyli przez cały Poznań. Czyli... a co tu się powtarzać, opisywałem już te pieszczoty wielokrotnie. Łącznie w sadystycznych miejskich objęciach spędziłem prawie 2/3 trasy, a dokładnie 32 kilometry. Postanowiłem bowiem znaleźć alternatywną drogę z Dębca na Morasko, której nie było przez ostatnie (bagatela) pięć lat. Tyle bowiem trwał remont Ronda Kaponiera. Dziś postanowiłem ponownie rozdziewiczyć trakt Głogowska - Kaponiera - Sołacz. W skrócie można go opisać tak: czerwone-czerwone-czerwone-czerwone-zielone (wow!!!)-czerwone-czerwone-czerwone. I rondo, przez które przedarłem się na dwóch kółkach premierowo, ale o dziwo sprawnie. Pasy dla rowerów są w kilku miejscach bezsensowne i nielogiczne, ale przynajmniej są i wiem, że mój jest ten kawałek... asfaltu. Tym razem pozytywnie czerwonego :) Nie jest źle i przyznam, że spodziewałem się masakry, a trafiłem tylko na lekkie mordobicie. I to podczas jazdy w obydwie strony.

Po przejechaniu klu programu pokręciłem dalej zgodnie z opisanym powyżej schematem i trenując interwały dotarłem przez Piątkowo na Morasko, gdzie w końcu odżyłem na tamtejszych hopkach, które pociągnęły mnie za sobą aż do dawno nie odwiedzanego Biedruska. Tam zawróciłem swoimi śladami, powtórzyłem miejską gehennę i zameldowałem się w domu, starając się wyprzeć "osiągniętą" średnią. Samo stanie w korkach i na światłach zajęło mi ponad piętnaście minut z czasu, którego zdecydowanie dziś nie miałem. Już nie mówiąc o chęci na dalszą jazdę w dniu dzisiejszym, bo wróciłem zmęczony psychicznie jak po godzince intensywnego mobbingu w korpo :)




  • DST 53.30km
  • Czas 01:54
  • VAVG 28.05km/h
  • VMAX 51.20km/h
  • Temperatura 5.0°C
  • Podjazdy 201m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

WmordeLuboń

Środa, 23 listopada 2016 · dodano: 23.11.2016 | Komentarze 26

No to fajnie było, jeszcze w sumie jest, ale się kończy. A mianowicie - przede wszystkim kończy się napęd w szosie. Żeby z moich ust nie wydobywały się słowa powszechnie uznawane za uznawane to kręcę jak na jajku. Kombinacje zębatkowe między tyłem a przodem powstają takie, że każdy teoretyk kolarstwa miałby mnie ochotę ukatrupić, no ale jakoś trzeba sobie radzić. Tym samym minimalizuję ilość przeskoczeń łańcucha do wartości, których już zmniejszyć się nie da. Liczyłem na to, że uda mi się jakoś dobić na starym zestawie do końca roku, ale chyba niestety trzeba już podjąć drastyczne kroki.

Skończył się też - po jednodniowym, genialnym epizodzie - przewidywalny wiatr. Po wczorajszej komfortowej jeździe zło jak zwykle musiało wrócić. Tym samym na dokładnie calutkiej trasie (Dębiec - Starołęka - Czapury - Wiórek - Rogalinek - Rogalin - Mieczewo nawrót - Rogalin - Rogalinek - Mosina - Puszczykowo - Luboń) miałem wmordewinda, przyznać trzeba, że niezbyt silnego, ale jednak. Życie. Dzisiejszy wyjazd niniejszym odhaczam po prostu jako ten z gatunku "odbyło się".

Po raz któryś z kolei zostaję zadziwiony kulturą, a w sumie jej brakiem, kierowców lubońskiego TransLubu. Istnieje ewidentny kontrast między autobusiarzami jeżdżącymi w barwach poznańskiego MPK a właśnie nimi. Nie wiem czy to kwestia odpowiednich szkoleń czy mentalności przynależnej moim ulubionym "lubończykom", ale ci z Poznania praktycznie za każdym razem dziękują światłami za umożliwienie wyjazdu z zatoczki, ci drudzy - gdzie tam! Potrafią do tego wyjechać bez sygnalizowania, że w ogóle ruszają, a dziś byłem jeszcze świadkiem jak gnojek zamknął drzwi przed nosem dziewczynie, która dawała znać, że czeka na biegnącego już chłopaka. Szczyt "buctwa". Jak pewnie wiadomo kocham i uwielbuam Luboń, ale kolejny raz postuluję zrównać go z ziemią i założyć plantację ziemniaków. Lub buraków, bo jak wiadomo to to samo :)




  • DST 58.55km
  • Czas 01:57
  • VAVG 30.03km/h
  • VMAX 50.70km/h
  • Temperatura 13.0°C
  • Podjazdy 120m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Błotnik i nadbudowa

Wtorek, 22 listopada 2016 · dodano: 22.11.2016 | Komentarze 8

Ależ genialna dziś pogoda się trafiła. Nawet mi :) Trzynaście (!!!!) stopni na plusie - nie spodziewałem się, że coś takiego czeka mnie jeszcze w tym roku. A tu proszę... Dodatkowo - znów wyjątek nad wyjątkami - wiatr PRZEWIDYWALNY. Czyli po prostu przeszkadzał jak zwykle, ale też kilka razy nie przeszkadzał. Tylko kręcić!

Ruszyłem dziś z mini misją. Obiecałem bowiem załatwić i dowieźć pewien sympatyczny gadżet, poniekąd związany z moją pracą, do rowerowego w Mosinie. Udało się, a w zamian, zupełnie bezinteresownie dostałem nieużywany, bardzo porządny, aczkolwiek pomysłowy i fikuśny tylny błotnik do szosy mocowany na sztycy. Tego mi brakowało. A najbardziej mojemu tyłkowi. Miły prezent :) Szkoda tylko, że dalsze losy sklepu/serwisu w aktualnej formie są niepewnie, bo kumpel, a jednocześnie właściciel ma już serdecznie dość zawodowego użerania się z rodakami. Nie dziwię się, bo polactwo potrafi zniechęcić do wszystkiego. Co będzie - zobaczymy.

Zanim dotarłem do Mosiny to po wyjeździe z Poznania odstałem swoje w Luboniu, dość płynnie minąłem Wiry, ale w Puszczykowie musiałem się cofnąć z głównej drogi, bo po kilku minutach postoju w korku spod znaku zapytania było to jedyne rozsądne wyjście. Na objeździe oczywiście przed samym pyskiem zamknął mi się szlaban. I znów pauza. Na szczęście już druga połowa trasy "kondomikowej+", przez Dymaczewo, Stęszew, Szreniawę, Rosnowo, Komorniki i Plewiska poszła sprawniej. Jako że głównie dziś objeżdżałem, a nie jechałem zgodnie ze standardem to względem klasycznej trasy wyszło ponad siedem kilosów nadbudowy. No i fajnie.




  • DST 57.40km
  • Czas 02:07
  • VAVG 27.12km/h
  • VMAX 50.50km/h
  • Temperatura 9.0°C
  • Podjazdy 172m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Gumoprotest

Poniedziałek, 21 listopada 2016 · dodano: 21.11.2016 | Komentarze 7

Ostatnio w komentarzach pod wpisami dominujący był temat gum. No i zostało wykrakane. Dziś rano, gdy zwlekłem się wcześniej z łóżka, żeby na spokojnie ogarnąć czas przed pracą, postanowiłem jeszcze dopompować przednie koło w szosie. Nakrętka jakoś nie chciała puścić, więc trzeba było spróbować mocniej. I puściła. Razem z wentylem. Ładny początek dnia.

Zabrałem się za szybką wymianę, ale w międzyczasie zerkałem za okno analizując sytuację. I doszedłem do wniosku, że nie był to przypadek, bo znaleźć suche miejsce na drogach po nocnych opadach było niemożliwością. Gdy więc uporałem się z awarią i tak przygotowałem do jazdy crossa, szosę zostawiając w domu. Gdy pomyślałem sobie o trasie przez Starołęcką decyzja została podjęta już bez zastanowienia :)

Pokonałem wspomnianą gehennę, dotarłem do Czapur i postanowiłem skręcić w lewo, przez Babki, Daszewice i Kamionki dobijając do Borówca. W międzyczasie wymyśliłem szatański plan dotyczący dalszej drogi. Skoro szatański to zaliczyłem piekło, czyli kilometrowy kawałek "adolfowych" płyt prowadzących do Skrzynek. Następnie zahaczyłem o Kórnik i zawróciłem jak zwykle przepięknym leśnym traktem przez Mieczewo, Rogalin, Rogalinek. Puszczykowo, gdzie w końcu prawie skończyli remont przejazdu kolejowego, oraz nieprzepięknym horrorem przez Luboń.

Poznań przywitał mnie nisko lecącą nad głową F-16-tką. Tak nisko, że próbowałem zrobić zdjęcie, ale jak to z myśliwcami bywa - nie było go zanim wyjąłem telefon :) A w domu wylądowałem upaćkany błockiem tak, że najbardziej radosnym z elementów, które witały mnie były drzwi. Od pralki.




  • DST 54.40km
  • Czas 01:54
  • VAVG 28.63km/h
  • VMAX 50.70km/h
  • Temperatura 8.0°C
  • Podjazdy 113m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Zemsta za myślenie

Niedziela, 20 listopada 2016 · dodano: 20.11.2016 | Komentarze 12

Odniosłem kolejny spektakularny życiowy sukces. Wstałem w wolną niedzielę o dziewiątej :) Co prawda zanim się zwlokłem na rower było już wpół do jedenastej, ale liczą się zamiary.

Mimo wybrania trasy "pod podmuch", czyli na wschód, początkowo kręciło mi się całkiem przyzwoicie. Starołęcką pokonałem zadziwiająco sprawnie z powodu małego ruchu. W sumie najwięcej widziałem na niej rowerzystów, którzy nagle wyłonili się z bocznej ulicy przed wiaduktem nad A-2 w kilkunastoosobowej ekipie. Pozdrowienie podczas wyprzedzania takiej grupy łatwe nie było, tym bardziej, iż byli oni podczas wykonywania sadomasochistycznego manewru polegającego na jeździe po tamtejszej DDR-ce (ja klasycznie ją "przeoczyłem", ups), ale chyba nikogo nie pominąłem :)

Praktycznie do końcówki poznańskiej Głuszyny było sympatycznie. Gdy znalazłem się kawałek za ogródkami działkowymi i spojrzałem w lewo przypomniało mi się, że patrzę na ulicę, a bardziej uliczkę, o nazwie Silniki, prowadzącą do 31. Bazy Lotnictwa Taktycznego. Jakieś trzy stowarzyszenia wpadły ostatnio na pomysł, żeby jej kawałek (ulicy, nie Bazy) nazwać imieniem gen. Andrzeja Błasika, który wedle dotychczasowych stenogramów (póki nie powstaną nowe, pewnie aktualnie będące w fazie intensywnej kreacji) poprzez swoją obecność ("zmieścisz się, śmiało") w kokpicie pewnego tupolewa przyczynił się w jakimś tam stopniu pośrednio do śmierci prezydenta RP, swojej oraz jeszcze 94 osób. O dziwo jakoś mieszkańcy i radni osiedla nie są zbyt chętni. Jak się skończy cała sprawa - zobaczymy.

Chyba ktoś tam chciał mnie ukarać za tak obrazoburcze rozważania, bo po chwili wiatr się wzmógł i zaczął kąsać z podwojoną siłą :) Praktycznie cała droga przez Koninko, Gądki i wspinaczka z Robakowa oraz Dachową do Szczodrzykowa to nie jazda. To pełzanie. Odżyłem na chwilę między Krzyżownikami a Tulcami, gdzie udało mi się znaleźć moment z podmuchem w plecy i rozpędzić do pięciu dych, co już potem nie udało mi się nawet z górki w okolicach Żernik. Końcówka (Jaryszki, Krzesiny i znów Starołęcka) to opieranie się naporom z boku, praktycznie do samego końca. Finalnie doczłapałem się w tempie pośrednim między ślimaczym a żółwim.

Wczoraj umyłem rower po deszczu. Dziś był znów tak samo usyfiony po rundce po tym, co zostało z opadów po nocy. Gdzie jest Bóg w takich momentach, ja się pytam? :)




  • DST 55.15km
  • Czas 01:54
  • VAVG 29.03km/h
  • VMAX 51.00km/h
  • Temperatura 8.0°C
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Z salcesonem w kieszeni

Sobota, 19 listopada 2016 · dodano: 19.11.2016 | Komentarze 12

Leniuchowania ciąg dalszy. Znów z racji wolnego dnia łóżko opuściłem w okolicach dziesiątej. Ma się ten gest :) Jak się później okazało ten komfort miał swoją cenę.

Po rodzinnej kawie i symbolicznym śniadaniu ruszyłem. Jechało się zadziwiająco fajnie, bo i ruch nie za duży, wiatr w miarę przyzwoity, a i sama pogoda, mimo spadających co jakiś czas pojedynczych kropel z nieba wydawała się niegroźna. Minąłem Starołęcką, minąłem Czapury, Wiórek, by dotrzeć do Rogalinka, w którym odbiłem na Rogalin i Mieczewo, w którym zawróciłem. Chwilę wcześniej zaskoczył mnie wyjeżdżający nagle z lasu samochód, z którego jak kątem oka zauważyłem wyskoczyła pani grzybiarka. Nie pierwsza widziana dziś. Widocznie nie wszystko wymarzło przez ostatnie tygodnie :)

Wrócić postanowiłem przez Mosinę, gdyż chciałem jeszcze wstąpić na chwilę do zaprzyjaźnionego rowerowego, wstępnie zamówić blaty oraz te aluminiowe pierdółki do hamulców, w których wymienia się jedynie klocki i świat staje się piękniejszy (moje stare po dwóch sezonach tak się zapiekły, że nie da się wyjąć gum). W poniedziałek dowiem się na kiedy będą, a szczególnie to drugie jest dość pilne, gdyż ostatnio ścieram sobie podeszwy od butów przy każdym nagłym zatrzymaniu :) Przy okazji dostałem jeszcze w prezencie w celu przetestowania używaną, ale w dobrym stanie, oponkę Michelin Pro 4 Endurance. Pozostał dylemat jak ją zabrać, ale udało się złożyć "w salceson" do foliówki, która w połowie zmieściła się w kieszonkę od bluzy, a w większości wystawała z niej jak po wizycie u znajomego rzeźnika. Wegetariańskiego :) Ogumienie pewnie wymienię przy najbliższej domowej zmianie dętki. Jeśli oczywiście nie została uszkodzona w transporcie.

Tak się zagadałem, że nie zauważyłem, iż wspomniane krople zamieniły się w regularny deszcz. Tak więc ostatnie piętnaście kilometrów to nie jazda, a walka o nieutonięcie, a na DDR-kach o utrzymanie w pionie w konfrontacji z zalegającymi śliskimi liśćmi. A i napęd, gdy tylko został wypłukany ze smaru, żył swoim życiem. Do domu dojechałem w jednym kawałku, ale pluję sobie w brodę, że nie wstałem choć godzinę wcześniej. Wróciłbym suchy, a może i średnia byłaby bardziej przyzwoita.




  • DST 55.60km
  • Czas 01:59
  • VAVG 28.03km/h
  • VMAX 50.20km/h
  • Temperatura 10.0°C
  • Podjazdy 196m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Komisyjnie :)

Piątek, 18 listopada 2016 · dodano: 18.11.2016 | Komentarze 13

Zrobiło się na powrót wiosennie, co ma swój duży - dosłownie - plus, czyli temperaturę (+10!), ale i też spory minus, czyli powrót huraganowego wiatru. No nie może być po prostu sympatycznie, no nie może :)

Dziś zapanowało u mnie błogosławieństwo zwane dniem wolnym, więc z łoża zwlekłem się w okolicach dziesiątej, równie niespiesznie szykując się na rower. W owym lenistwie wybitnie pomagał mi fakt, iż z każdym kolejnym podmuchem szyby wydawały się coraz bardziej wklęsłe. Na szczęście tylko w jednym pomieszczeniu, tym od południa, bo w kuchni położonej na północy było wręcz przeciwnie. Co dawało nadzieję na to, iż zaplanowane 50+ wykonam z prędkością średnią powyżej, a nie poniżej zera :)

Zaryzykowałem i wyjechałem szosą, na której o dziwo utrzymałem się w pionie przez cały wypad. Ale łatwo nie było. O wietrze już pisałem i gnojowi nie zamierzam w tym wpisie poświęcić już ani literki, a do zestawu "pieszczoch, wersja listopad 2016" doszły: korki na Dębcu, korki w Luboniu, jak zwykle koszmarny objazd w Mosinie i Krośnie, carmagedon spowodowany remontem przejazdu w Łęczycy (najwolniej pokonane 500 metrów w życiu), a chwilę wcześniej nawrót na widok sznureczka zasponsorowanego przez ekipę wycinającą spory kawałek WPN-u w Puszczykowie i kolejny objazd z premią górską. Wszystko gratis! :) No i skończyło się jak się skończyło. Za to nawiedziłem jeszcze w międzyczasie mega fascynujące tereny Rogalińskiego Parku Krajobrazowego (Żabienko, Żabno, Baranowo, Sowiniec).

Tam.... hm. Nie byłem pierwszy. Jak wiadomo państwo polskie działa JUŻ (bo ruina się nagle skończyła) prężnie i sprawnie, a pewne komisje z "M" w nazwie to już w ogóle. Czyżby odpuszczono biednym parówkom i zabrano się do odkrywania PRAWDY już w 100%? Brawo, brawo, brawo! :) Tu jest Polska!

A że nie wszystkim to się podoba? No trudno. Na pewno każdy głos krytyki, taki jak na wiosce w Wirach (jeszcze niedawno tego tu nie było) to ewidentny dowód na to jak media "proKODowskie", "proPO-wskie" oraz "proGW-owskie", czyli jednym słowem antypolskie swoją wszawą propagandą chcą przejąć ponownie władzę poprzez manipulację oraz jad. Zaraz wysyłam poniższe zdjęcie do redakcji "Wiadomości" w celu jak najszybszego wykrycia sprawców :)

Aha, TU nie ma Polski, jakby co :)