Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi Trollking z miasteczka Poznań. Mam przejechane 250022.03 kilometrów w tym 4.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 27.44 km/h i się wcale nie chwalę.
Suma podjazdów to 812678 metrów.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl


Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Trollking.bikestats.pl

Archiwum bloga

  • DST 54.30km
  • Czas 01:55
  • VAVG 28.33km/h
  • VMAX 51.00km/h
  • Temperatura 7.0°C
  • Podjazdy 153m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Z zabawkami

Niedziela, 23 kwietnia 2017 · dodano: 23.04.2017 | Komentarze 8

Wiatr w swej niezmiernej łaskawości raczył delikatnie odpuścić. Piszę w takim lizusowskim tonie, bo może to czyta i w końcu uzna, że jednak fajnie jest jak maksymalnie urywa łeb, a nie tak jak ostatnio wyrywa szprychy z kół :) Choć cienko to widzę.

Wyruszyłem późno, bo po jedenastej. Sen pokonał mnie co najmniej hattrickiem. A że wbrew prognozom nie padało to nie było wyjścia - trzeba ruszyć cztery litery i siebie w całości. Północno-zachodni kierunek powiewów oznaczał, iż czeka mnie kursik przez miasto. Perspektywa w niedzielę mniej przerażająca niż w tygodniu, choć i tak nastałem się na światłach za wszystkie czasy. Jakoś dopełzłem do Golęcina, a na Wojska Polskiego, gdy wiedziałem już, że nie mam szans na przyzwoitą średnią, postanowiłem cyknąć fotę przy zabawce, którą bawił się Antoni w dzieciństwie i zapewne była za ciężka. Konsekwencje bolą nas do dziś.

Od tego momentu zaczęło mi się jechać lepiej, przez Strzeszyn, Kiekrz i Starzyny do Rokietnicy. W pewnym momencie zauważyłem, że siedzi mi na kole jakiś rowerzysta, ale że ani się nie przywitał, ani nie zamierzał dawać zmian to postanowiłem na chwilę pocisnąć i przekonać się czy chłopak ma w sobie duszę sportowca. Nie miał, więc wiaterek zostawiłem mu gratis :)

Wróciłem przez Napachanie, Chyby, Przeźmierowo, Baranowo i Zakrzewo, by w końcu dotrzeć do Poznania na wysokości Junikowa. Tam musiałem raz jeszcze przekroczyć granice, by przez Plewiska objechać męczącą Grunwaldzką. I tu jak się okazało wystawiono czujki, o czym dowiedziałem się po chwili drogą telefoniczną. Niniejszym, uprzedzając atak, który niewątpliwie nastąpi tu w komentarzu, raz jeszcze informuję, iż aktualnie w moim audiobooku trwał policyjny pościg za mordercą, a jak wiadomo jadąc na sygnale można więcej i pokonanie przejazdu kolejowego na włączającej się sygnalizacji, ale nie zamykającym się jeszcze szlabanie, było działaniem w ramach wyższej konieczności. No! :)




  • DST 51.50km
  • Czas 01:54
  • VAVG 27.11km/h
  • VMAX 51.10km/h
  • Temperatura 6.0°C
  • Podjazdy 83m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Dzień świstaka

Sobota, 22 kwietnia 2017 · dodano: 22.04.2017 | Komentarze 4

Pamiętacie zapewne tytułowy film... Bill Murray budzący się każdego ranka w tym samym łóżku, przeżywający w kółko ten sam dzień. No to dokładnie mam ten dzień rowerowego  świstaka od kilku miesięcy, może z pojedynczymi wyjątkami. Wstaję, za oknem widzę najczęściej pochmurne niebo, po wskaźnikach termometru ciężko jest stwierdzić czy mamy jeszcze zimę czy już wiosnę, a przede wszystkim występuje punkt kluczowy - ten sam, koszmarny i upierdliwy wiatr. Który dziś przekroczył już granice zdrowego rozsądku, jeśli w ogóle kiedykolwiek je miał. Co finalnie kieruje mnie do rozpoczęcia dnia świra.

Ciężko z motywacją do wstania, ale tak już pisałem - samo się nie wykręci. Zwlekłem się więc dziś przed pracą, wypiłem kawkę i ruszyłem. Jak żółw ociężale, para buch... Zresztą jaka para? Nawet gdyby była to ciągnąłby się za mną prawie poziomy jej pas, bo poruszanie się do przodu łatwe nie było. Nie mówiąc już o utrzymaniu pionu na wiaduktach, zakrętach oraz rondach, gdzie podwijało koła nieziemsko. A na trasie latały mi przed kierą gałęzie oraz fragmenty... świeżo wyciętych drzew. Tyle w temacie bezpieczeństwa, które zapewnia wycinka. 

Zrobiłem jeden z klasyków, z Dębca przez Plewiska, Skórzewo, Zakrzewo, Więckowice, Dopiewo, Palędzie, Gołuski i Plewiska do domu. I tyle - po prostu kolejny dzień świroświstaka :)




  • DST 52.75km
  • Czas 01:53
  • VAVG 28.01km/h
  • VMAX 51.10km/h
  • Temperatura 5.0°C
  • Podjazdy 62m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Na zachodzie bez zmian

Piątek, 21 kwietnia 2017 · dodano: 21.04.2017 | Komentarze 4

Czyli: zimno, wieje i w ogóle wiosnę mamy piękną niczym buźka ministra rolnictwa. Powoli przestaję mieć nadzieję na to, że wróci w końcu normalność. I wyjątkowo nie piję tu do polityki :)

Wykonałem jedną ze stałych tras, z Dębca przez Luboń, Wiry, Komorniki, Szreniawę, Konarzewo, Trzcielin, Dopiewo, Palędzie, Dąbrówkę i znów przez Plewiska do Poznania. Pierwsza część to regularna miazga na mej skromnej osobie zafundowana przez wiatr, druga to już chwile z błogosławieństwem w postaci kilku podmuchów w plecy. Łącznie wyszło tak sobie, ale przynajmniej nie musiałem dziś pchać się przez calutki Poznań, choć koszmarne trio Luboń-Komorniki-Plewiska godnie czyniły korkowe honory :)

Gdy konstruowałem tytuł dzisiejszego wpisu uświadomiłem sobie, że nie czytałem jeszcze owego klasycznego dzieła autorstwa Remarque'a. Czas nadrobić. Natomiast aktualnie od kilku dni przy akompaniamencie opisanej powyżej "wspaniałej" aury jestem w trakcie słuchania najnowszego dzieła Jo Nesbø - "Pragnienie". Jest jak zawsze dobrze, a szczególnie fascynujące są w nim rozmyślania nad tym, co jest nie tak z gatunkiem ludzkim, że z małej, świeżo narodzonej istoty, witanej z radością na świecie, wyrasta potwór, który potem gwałci swoją matkę, a przy kolejnych morderstwach rozcina ofiarom genitalia.

Takie tam sympatyczne zagwozdki na rowerze :) Czas do roboty.




  • DST 53.60km
  • Czas 01:59
  • VAVG 27.03km/h
  • VMAX 51.30km/h
  • Temperatura 6.0°C
  • Podjazdy 271m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Czary i miejskie koszmary

Czwartek, 20 kwietnia 2017 · dodano: 20.04.2017 | Komentarze 15

Na początek pozytyw - wiatr się trochę uspokoił. Stop. Koniec pozytywów na dziś :)

Negatywem zaś wciąż pozostaje jego kierunek, czyli północny, z jakimiś dziwnymi bocznymi inklinacjami, głównie ze wschodu. Nie było wyjścia, bo wewnętrznego imperatywu nie przeskoczę - znów musiałem kręcić przez calutkie miasto, z południa na północ. A skoro już się na to zdecydowałem to ponownie podszedłem do rozwikłania zagadnienia od jakiegoś czasu nurtującego mieszkańców Poznania, czyli "o co chodzi z tym ruchem na Kaponierze". Przez Glogowską dopełzłem do wspomnianego, remontowanego przez zaledwie pięć lat ronda, by oczywiście sugerując się pasami rowerowymi nagle znaleźć się zupełnie nie tam, gdzie chciałem. A wręcz przeciwnie :) Kilka nawrotek, zakrętasów i tym podobnych manewrów i jakoś udało się znaleźć po drugiej stronie. A ja wciąż mało z tego kumam.

Przy okazji cyknąłem fotę wykańczanego już powoli nowego Bałtyku. Przyznam, że nieźle się prezentuje, szczególnie na tle starej targowej iglicy, wpasowany w klocek Sheratona. No i podobno będzie (lub może już jest) na nim punkt widokowy na miasto.
Dalsze przepychanie się przez Piątkowo i Morasko to jak zwykle mordęga. Odżyłem dopiero w Radojewie, gdzie zrobił się luz i można było się rozpędzić, ale się nie dało, bo wiało :) Za to ładnie zaczęło się zielenić w tych "górskich" terenach.


Dotarłem do Biedruska, gdzie zawróciłem, jednak najpierw z ciekawością poobserwowałem sobie manewry jakieś kobiety za kółkiem, z telefonem przy uchu i zagubieniem w oczach. Kręciła się w tę i z powrotem, blokując ulice i pobliskie uliczki. Z twarzy przypomniała mi Beatę Szydło (co już samo w sobie trochę tłumaczy), ale to może już tylko moja psychika szwankuje po ponad roku aktualnych rządów :)

Powrót to kopia pierwszej połowy. Zanim dojechałem do miasta to z lekkim niepokojem obserwowałem dziwne wykopy po prawej stronie drogi między Biedruskiem a Poznaniem. Zbyt mi się kojarzyły z jednym, więc gdy tylko zobaczyłem ekipę robotników krzyknąłem:
- Co tu będzie?
- A ścieżka!
- Rowerowa?
- Rowerowa!
- Aaaa.... - tu moje napięcie sięgnęło zenitu - a z asfaltu?
- Z asfatu!
- Super!
- Super!

Ulżyło mi :) Następnie wjechałem w miejską dżunglę, która zabrała mi przez stanie w korkach i na światłach dwadzieścia dodatkowych minut z czasu, którego nie miałem. No i pewnie nawet czary by mi nie pomogły w dostaniu się do domu, choć w sumie miałem kogo zapytać :)




  • DST 53.30km
  • Czas 01:58
  • VAVG 27.10km/h
  • VMAX 50.70km/h
  • Temperatura 6.0°C
  • Podjazdy 90m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Oszukać przeznaczenie

Środa, 19 kwietnia 2017 · dodano: 19.04.2017 | Komentarze 10

Do dupy z taką wiosną. Na południu kraju śnieżyce, tu "jedynie" wichury i huragany, a do tego temperatury jak z przełomu listopada i grudnia. Wspomnę jedynie, iż mniej zostało dni do początku czerwca niż wstecz, do początku marca. Znając życie będzie tak jeszcze z tydzień czy dwa, a następnie nagle, w ciągu jednego dnia zrobi się pięćdziesiąt na plusie i będziemy zdychać. Entschuldigung, taki mamy klimat. "Umiarkowany".

Miażdżyło wietrznym gnojem z północy. I to miażdżyło tak, że gdy dotarłem do połowy swojej dzisiejszej wycieczki, czyli przez cały Poznań, Koziegłowy, Czerwonak, Owińska, Bolechowo do Murowanej Gośliny, czułem się jak koń zaprzęgowy po przeoraniu kilku hektarów i osiągając kosmiczną średnią na poziomie 24 km/h. Oł je. Co prawda powrót swoimi śladami poszedł mi przyjemniej, ale co się wymęczyłem to moje.

Samo pokonanie Poznania już tak łatwe jak wczoraj nie było. Wtorkowy luz na drogach się skończył, zaczęła się codzienna masakra, czyli puszka na puszcze puszką pogania. Ja po raz pierwszy przetestowałem już w pełni oddany do użytku wynalazek ddr-kowy przy ulicy Gdyńskiej, prowadzący do granicy z Koziegłowami. I nasunęło mi się pytanie - co brał ten, kto to projektował? Ścieżka nagle się kończy zakazem jazdy rowerem, żeby dalej kręcić trzeba... zawrócić, wspiąć się na wiadukt i z niego zjechać. Pokonując kilka przejazdów przez boczne uliczki, co dzięki naszym kochanym kierowcom jest zawsze zabawą pełną emocji. Plułem sobie w nieistniejący zarost na brodzie, że nie wziąłem ze sobą kamerki, tym bardziej, że studenciaki wróciły na szlaki i było co kręcić na ścieżkach :)

A, no i temat z tytułu. W okolicach Ronda Sródka jak zwykle przedostawałem się lewą stroną w kierunku ulicy Hlonda. I jak zwykle na pewniaka pokonałem abstrakcyjną, może mającą ze 300 metrów wyrwę pomiędzy jedną a drugą DDR-ką. Na profesjonalnie wykonanej przeze mnie mapce (:D) jest to ten czarny kawałek pomiędzy liniami bieli. A na niebiesko jedyny możliwy legalny/nie zagrażający życiu sposób objechania go, żeby finalnie i tak znaleźć się po tej samej stronie, po której było się wcześniej.

Przepraszam, nie jedyny - jest jeszcze możliwość przeprowadzenia roweru przez pasy, zniesienia go do przejścia podziemnego, wyjścia na górę, przejechania kawałek ścieżką, a następnie powrót na drugą stronę przez pasy...

Czemu o tym piszę? Bo dziś byłem świadkiem, jak nieroby ze Straży Miejskiej łapali na newralgicznym odcinku rowerzystów. Ja oszukałem przeznaczenie, co prawda dzięki krzywdzie innych, bo myknąłem w momencie, gdy mandaty były w trakcie produkcji. Osobiście jestem wrogiem jazdy po chodniku, tępię bezmyślne istoty mknące po nich, gdy mają obok zwykłe drogi, ale w tym przypadku zdrowy rozsądek każe wybrać takie rozwiązanie. Jak widać Szkodnicy Miejscy mają inne zdanie, a dochody miasta same się nie zrobią...

Przeznaczenie oszukałem jeszcze raz - w Owińskach, gdzie debilizm jest jeszcze większy, związany z centralnie postawionym w dwóch miejscach zakazem jazdy rowerem i zepchnięciem kolarzy na kostkę. Przezornie zjechałem na ten koszmarek, by po chwili samemu sobie gratulować na widok radiowozu :)




  • DST 53.05km
  • Czas 01:52
  • VAVG 28.42km/h
  • VMAX 55.00km/h
  • Temperatura 6.0°C
  • Podjazdy 92m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Kaftanik

Wtorek, 18 kwietnia 2017 · dodano: 18.04.2017 | Komentarze 2

Trzy wolne, z czego dwa ustawowo, dni minęły mi ekspresowo, a co najważniejsze - częściowo na rowerze. Łatwe to nie było, bo albo wymagało pobudki o nieistniejących dla normalnego śmiertelnika porach, albo wyposażenia siebie przed wyjazdem w płetwy i maseczkę do nurkowania. Dziś nastąpił ów wspaniały dzionek, gdy najzwyczajniej w świecie mogę iść do pracy. Aż skaczę pod sufit z radości ;/

Udało się o dziwo znów pokręcić. O dziwo, bo miało lać, a tymczasem około dziewiątej rano niebo zrobiło się błękitne. Tylko ten wiatr... Temat zresztą w tym roku jest na tyle znany przez wszystkich urowerowionych, że szkoda klawiszy do jego rozwijania, Rozpędzał się chłopak z północnego zachodu, co zmusiło mnie do jazdy przez miasto, zaczynając od Dębca przez Maltę, Antoninek, Swarzędz, Paczkowo, gdzie zakręciłem i wróciłem przez wiochy - Gowarzewo, Tulce, Żerniki, by klasycznie finiszować przez Starołęcką. Poznań o dziwo był wyludniony, więc wyjątkowo nie mogę narzekać na korki, a śmiem twierdzić, że gdyby nie światła to jechałoby się... dobrze. Tak, ja to napisałem :)

No to co, do pracy! Raduje się dusza, raduje się serce... Tylko ten dziwny biały kaftan lekko przeszkadza :)




  • DST 52.80km
  • Czas 01:55
  • VAVG 27.55km/h
  • VMAX 50.60km/h
  • Temperatura 4.0°C
  • Podjazdy 192m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Jestę grzesznikię?

Poniedziałek, 17 kwietnia 2017 · dodano: 17.04.2017 | Komentarze 17

Zgrzeszyłem. Widocznie. Tylko nie wiem czym. Są dwie opcje - piątka w katolickiej klasyfikacji grzechów ciężkich to "nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu". No ale pokażcie mi jednego niewinnego podczas ostatnich dni.

Cisza :)

Opcja druga to siódemeczka, czyli gnuśność, w nawiasie lenistwo. I to chyba będzie to - zamiast jak ostatnimi dniami informować kury, że już mogą wstawać, postanowiłem dziś jak jakieś panisko wyspać się AŻ do dziewiątej. No i zostałem pokarany. Jeśli tak to działa to tym bardziej się cieszę, że wypisałem się już z tej bajki :) Od razu też dodam, że tradycję śmiguso-dyngusową uważam za jedną z najbardziej debilnych.

Plan był prosty - podjechać do Radzewic, nawiedzić "agroturystujących" się w Wielkopolsce rodzicieli, chwilę pobyć i wrócić do domu na zasłużony odpoczyn. Było fajnie na etapie planowania. W momencie, gdy moje cztery litery znalazły się (po godzinie dziesiątej) na zewnątrz zaczęło kropić, a po kilku minutach otrzymałem wspomnianą karę - ulewę z nieba. Super :/ Przystanąłem sobie więc na jakimś przystanku w Luboniu, co już było pokutą zbyt okrutną, bo nie dość, że zimno i mokro, to jeszcze w jednej z moich "ukochanych" miejscowości. Poczekałem sobie dobre piętnaście minut, podczas których zastanawiałem się co dalej, by w końcu zdecydować, że jadę, bo jak się wydawało pogoda luzuje. Gdzie tam. Przez chwilę faktycznie miałem wodę jedynie pod kołami, a nie nad kaskiem, ale na dziesiątym kilometrze wszystko wróciło do "normy".

I tak już jestem przemoczony - pomyślałem sobie  - więc... Podjąłem wyzwanie pogodowego gnoja i jechałem dalej, przez Mosinę, Rogalinek, Rogalin oraz Świątniki docierając do celu. Bez zapowiedzi, więc zostałem kinder niespodzianką :) W zamian za poświęcenie dostałem zastępcze skarpetki, herbatę oraz ciasto, wysuszyłem też na ile się dało obuwie. Nie zamierzałem długo siedzieć, tym bardziej, że znów na chwilę się przejaśniło, więc pożegnałem się, założyłem jeszcze na nogi foliowe woreczki i ruszyłem z powrotem do domu, tym razem przez Rogalinek, Wiórek, Czapury i Starołęcką.

Miało być z wiatrem - nie było. Zmienił kierunek z południowo-zachodniego na północno-wschodni. Miało być już sucho - nie było. Momentalnie ulewa zamieniała się w kapuśniaczek, to to, co najlepsze mogę powiedzieć o aurze w tym temacie. Eh, nieświadomemu grzesznikowi zawsze pod górkę, nawet na płaszczyznach :) Kręciłem zrezygnowany przed siebie, w afekcie zaliczając nawet DDR-kę na Starołęckiej, ale nie całą, bo na wysokości wiaduktu nad A2 blokował ją reporter TVP wraz z kamerzystą, jak widziałem informujący o karambolu, który wydarzył się poniżej. Nawet nie chciało mi się krzyczeć nic o Kurskim, co już świadczy w jakim stanie byłem :)

Pralka otwierała paszczę już na klatce schodowej. Nażarła się chwilę później, a ja ciepły prysznic potraktowałem jako najgenialniejszy wynalazek ludzkości. Tym samym odpokutowałem wciąż nie wiem co, do tego będąc agostykiem. Ale teraz przyszła mi na myśl jeszcze jedna opcja - niedawno chciwie patrzyłem na karbonowy sprzęt jednego z kolarzy, z którym kręciłem na trasie. A pod numerem cztery stoi jak byk: zawiść, w nawiasie zazdrość. Cholera jasna! :)




  • DST 51.70km
  • Czas 01:53
  • VAVG 27.45km/h
  • VMAX 51.50km/h
  • Temperatura 4.0°C
  • Podjazdy 91m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

O-szóst-a :)

Niedziela, 16 kwietnia 2017 · dodano: 16.04.2017 | Komentarze 12

Szósta rano. Oto godzina, o której dziś wstałem. Chore? No chore. Ale raz na ruski (byle nie ukraiński) rok można. Choć się nie powinno, bo to chore :) A wykonałem ów irracjonalny manewr, żeby wykręcić rowerowo cokolwiek, bo całe popołudnie miało przebiec pod znakiem "rodzinka i spółka". Akurat nie zoo :)

Skoro już wstałem to wypiłem kawkę, pożarłem kilka kawałków ciasta, żeby być trochę cięższym podczas walki z wiatrem, zebrałem się i ruszyłem. Przezornie włożyłem na siebie kolekcję "Arktyka/Antarktyda 2016/17" i nie żałowałem. Kij z tymi całymi czterema (!) stopniami na termometrze, kij z przelotnymi opadami, ale sam sobie gratulowałem decyzji o zainstalowaniu w sobie dodatkowego balastu. To, co przeżyłem walcząc z centralnymi podmuchami niech pozostanie tajemnicą pomiędzy mną a nimi. Wstydliwą szczególnie dla mnie :) Postanowiłem nie kombinować, a pojechać w tę i z powrotem - z Dębca przez Plewiska, Palędzie oraz Dopiewo do Podłozin, czyli do niedawno odkrytych zasobów asfaltu, który zastąpił brukowo-polną drogę. Jednak wracając musiałem lekko skorygować trasę o Dąbrówkę, bo zabrakło mi kilometrów.

Gdy teraz próbuję sobie przypomnieć jakieś szczegóły wyjazdu to szczerze mówiąc średnio cokolwiek pamiętam. Jechałem obojętny na średnią, w lekkim półśnie, choć zapobiegliwie zapodałem sobie na drogę trochę muzycznego szatana do uszu. Ale kojarzę, że stwierdziłem sam przed sobą, że kręcenie wczesnym porankiem jest genialne, ptaki latają i śpiewają, ruchu praktycznie nie ma, a świat wydaje się jakiś taki mniej nerwowy. Tylko czemu do cholery nikt mi nie zainstalował na kierownicy poduszki? :)

Udało mi się zdążyć na śniadanie u Teściowej, a nawet przed nim ogarnąć. Natomiast popołudnie, zgodnie z przewidywaniami, to kompletny brak czasu na rower. Za to nastąpiła dalsza prezentacja okołodębieckich terenów "proptasich", czyli tym m.in. Szacht, ale niestety z powodu sporego ludzkiego ruchu smaczków nie udało się "upolować", a jedynie codzienność.



Później zaś jeszcze relaks w zaprzyjaźnionej agroturystyce w Radzewicach, spacer po magicznych tam zakrętach Warty i powrót do domu, już w "odchudzonym" gronie.



Dzień intensywny, za to jutro tylko odpoczynek od tego odpoczynku - żadnych obowiązków, choćby tak miłych jak te rodzinne. Uf :)




  • DST 52.55km
  • Czas 01:47
  • VAVG 29.47km/h
  • VMAX 50.50km/h
  • Temperatura 7.0°C
  • Podjazdy 129m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Zwłoki bez zwłoki

Sobota, 15 kwietnia 2017 · dodano: 15.04.2017 | Komentarze 8

Zwłokami byłem ja w momencie, gdy w wolny dzień zwlokłem się z łóżka o siódmej rano, żeby pokręcić przed rodzinnym nalotem prosto z gór. Wykonałem to bez zwłoki, mimo chłodu i głodu, choć zaliczając przed wyjazdem obowiązkową kawę. Teraz za karę zdycham. Jednak jak na zwłoki to całkiem niezły symptom :)

Wykręciłem "kondomika" od Dębca przez Luboń, Puszczykowo, Mosinę, Dymaczewo, Stęszew, Szreniawę i do domu. Wiatr minimalnie osłabł, choć do sympatycznego zefirku sporo mu brakowało. Ale najważniejsze, że wtedy jeszcze nie padało, dzięki czemu udało się wyjechać jedyny słuszny dystans. A przejechanie przez Komorniki bez konieczności czekania w korkach było dla mnie taką nowością, że ledwo się odnalazłem :)

Jutro czeka mnie wczesne śniadanie u Teściowej. Hurra. Następnie zaś jakieś rodzinna objazdówka, więc się nie widzę na rowerze. Za to jeszcze dziś podczas spaceru po Lasku Dębińskim (już w deszczu) "upolowaliśmy" czaplę. I niech ktoś mi powie, że Dębiec nie jest fajnym miejscem do zamieszkania - Dębinka znajduje się kilometr od mojego domu, a otwiera przed człowiekiem inny, przepiękny świat natury, jako kontrast do konsumpcyjnej rzeczywistości kreowanej przez największego szkodnika ziemi, czyli człowieka.





  • DST 52.70km
  • Czas 01:54
  • VAVG 27.74km/h
  • VMAX 51.40km/h
  • Temperatura 7.0°C
  • Podjazdy 145m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Kopiejka

Piątek, 14 kwietnia 2017 · dodano: 14.04.2017 | Komentarze 8

Czym się różniła wczorajsza jazda od dzisiejszej? To proste. Datą :) A tak poza tym to wiało tak samo, a nawet mocniej, chmury leciały po niebie z prędkością zjaranego kamikaze, a kałuże rywalizowały o kawałek mojej opony z dziurami w drogach. Nawet połowiczny cel trasy był ten sam - Dopiewo, tyle że dojechałem doń od strony Lubonia, Wirów, Szreniawy, Konarzewa i Trzcielina, Wróciłem natomiast praktycznie wczorajszym śladem, poszerzając go pomiędzy Palędziem a Plewiskami serwisówką przy S-11, na której prawie mnie zmiotło z wiaduktu. Wiosna :) Za dzisiejszą średnią w związku z powyższym zakład nie odpowiada :)

Na święta pogoda się zapowiada taka, jaka się zapowiada. Czyli jajcarska. Ale w najgorszym tego słowa znaczeniu - ma być zimno, wietrznie i mokro. Choć biorąc pod uwagę, iż grafik mam napięty jak pasek Ryśka Kalisza to nie mam co płakać nad jeszcze nierozlanym mlekiem - bo i tak nie wiem czy zdążyłbym coś pokręcić. Się zobaczy.

Na koniec obrazek z codzienności. To się nigdy nie skończy, nie mam złudzeń. A obywatela było też ciężko wyprzedzić z powodów okołobłędnikowych :)