Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi Trollking z miasteczka Poznań. Mam przejechane 240108.00 kilometrów w tym 4.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 27.49 km/h i się wcale nie chwalę.
Suma podjazdów to 784877 metrów.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl


Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Trollking.bikestats.pl

Archiwum bloga

  • DST 31.80km
  • Czas 01:10
  • VAVG 27.26km/h
  • VMAX 43.00km/h
  • Temperatura 9.0°C
  • Podjazdy 43m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Glut na stacji Bułgarska

Wtorek, 25 października 2016 · dodano: 25.10.2016 | Komentarze 5

Zaskoczenia nie było. Miało padać i padało. Po ósmej rano otworzyłem jedno oko, jedno ucho i wstałem jedną nogą, żeby zobaczyć jak wygląda sytuacja za oknem (jednym, bo zakładałem, że za drugim będzie to samo). Lotem nurkowym wróciłem pod kołdrę i tak wytrwałem do godziny dziewiątej. Wtedy, ku memu zdziwieniu, rzut już obydwu oczu dał wynik pozytywny, znaczy się - lać przestało! Szybko dokończyłem kawę, ubrałem zestaw ciuchów rowerowych spod znaku "syf' i przygotowałem crossa do jazdy.

Czasu miałem niewiele, więc z założenia nawet nie myślałem o wykonaniu zwykłego dystansu, a jedynie gluta. Na którego zresztą miałem już swój plan, zbieżny z północno-zachodnim kierunkiem wiatru. Ruszyłem spokojnie starając się nie utopić w kałużach, minąłem Górczyn, minąłem Osiedle Kopernika i pojawiłem się pod głównym punktem wycieczki, na Inea Stadionie przy Bułgarskiej. Który ma od niedawna nowego lokatora, czyli parowóz Ty51 przywieziony tu prosto z wolsztyńskiej parowozowni. Mimo mojej ambiwalencji wobec Lecha inicjatywna jest zacna, wyjątkowa jak na polskie warunki i po prostu fajna. Brawo :)


Po sesji pojechałem dalej Bułgarską, skręciłem w Bukowską, dotarłem do Ławicy, wyjechałem z Poznania do Wysogotowa, z którego skręciłem na Skórzewo, Plewiska i do domu. Usyfiony za wszystkie czasy (bo znów zaczęło padać) zameldowałem się w domu i w całkiem dobrym nastroju ruszyłem do roboty. Gdzie oczywiście ów nastrój mi padł :)




  • DST 52.20km
  • Czas 01:47
  • VAVG 29.27km/h
  • VMAX 50.70km/h
  • Temperatura 9.0°C
  • Podjazdy 214m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Remontowe dylematy

Poniedziałek, 24 października 2016 · dodano: 24.10.2016 | Komentarze 11

Prawdopodobnie miałem w tym tygodniu ostatnią szansę na porządne wyspanie się, a moja dusza sportowca nie pozwala na marnowanie takich sytuacji :) Niczym wytrawny suseł nie dałem przeciwnikowi szans i nie opuściłem łóżka do momentu, gdy poczułem, że zwycięstwo jest moje. Potem małe śniadanie, kawka i można było myśleć o rowerze. Na popołudnie miałem kilka rzeczy w planach do załatwienia, więc w głowie klasyczne pięć dyszek.

Wiatr niezmiennie gnoi ze wschodu, więc trzeba było znów obrać ten kierunek. Tylko że oznaczało to Starołęcką, więc zmodyfikowałem trasę i ruszyłem na południowy zachód, do Lubonia, Wir, Łęczycy i Puszczykowa, gdzie zacząłem się zastanawiać czy w Mosinie wciąż remontują przejazd czy już jakimś cudem skończyli. Tak z ręką na sercu to myślałem o tym jeszcze przed wyjazdem, ale znaleźć jakiekolwiek info na ten temat choćby na stronie owej gminy jak się okazało jest rzeczą niewykonalną. Pozostało mi więc obserwować znaki przy drodze mówiące o objazdach. Znalazłem taki jeden, a jego autorowi dałbym szansę na wstąpienie do komisji Macierewicza, taki był abstrakcyjny. Żółta tablica, z informacją, iż remont jest. Ale nie przekreślony w całości, jak to zazwyczaj się robi gdy takowy się kończy, a jedynie na małym znaku zakazu wjazdu ktoś nakleił czarną linię. Po jego przeanalizowaniu byłem głupszy niż przed tą czynnością. Po prostu więc skręciłem w lewo i z zadowoleniem stwierdziłem, że po prostu można już legalnie jechać, co prawda mijając jeszcze robotników w czymś tam zbliżonym do podkładów sobie grzebiących, ale spacer już nie jest konieczny.

Pokręciłem dalej do Rogalinka, Rogalina i zakręciłem sobie za Świątnikami, wracając swoimi śladami. Niestety już nie było wczorajszych komfortowych warunków co do ruchu drogowego i postałem sobie w kilku korkach. A że mi się nie spieszyło to odpuściłem walkę o średnią, tym bardziej że wiatr pieścił mnie głównie z boku.

Znów deszcze siakieś zapowiadają :/




  • DST 57.40km
  • Czas 01:54
  • VAVG 30.21km/h
  • VMAX 57.00km/h
  • Temperatura 12.0°C
  • Podjazdy 92m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

NIEdziela na TAK

Niedziela, 23 października 2016 · dodano: 23.10.2016 | Komentarze 5

Nic w przyrodzie nie ginie, Także niedospane godziny. Po trzech ostatnich dniach hardkora, gdy wstawałem przed siódmą, wracałem do domu przed dwudziestą drugą, a kładłem się spać koło północy, dzisiejszy wolny dzień nie mógł rozpocząć się inaczej jak leniuchowaniem do późna, zjedzeniem rodzinnego śniadania, a rower odwlekł się do godziny dwunastej. Oj, chciałbym mieć częściej taki komfort... Również pogodowy, bo znów było wyśmienicie, gdyż startowałem w temperaturze około dziesięciu stopni, a na mecie było ich nawet dwanaście. Odzwyczajony jestem od takich upałów :)

Jako że była niedziela to z mniejszym niż zazwyczaj poziomem desperacji ruszyłem przez miasto. I faktycznie, wyjątkowo nie jechało się źle - po minięciu Chwaliszewa, Malty i Antoninka miałem na liczniku średnią na poziomie 28 km/h, czyli o jakieś osiem więcej niż w przeciętny dzień roboczy :) Na moście Rocha zauważyłem nowy/stary trend - w okolicach południa w niedziele jak wiadomo odwiedza się świątynie. Tym razem nie było inaczej, choć wierni uczą się dopiero szlaku, nie zwracając uwagi na linie oddzielające część dla pieszych od drogi rowerowej. Ale jestem spokojny, w końcu się nauczą, przecież galerię Posn/rania otworzono dopiero kilka dni temu :) Problemem może być tylko na przyszłość szerokość chodnika, gdyż siatki z zakupami zajmują sporo miejsca, co może powodować zatory na trasie. Trzeba jednak być mocnym w wierze - gorące modlitwy i problem się jak zwykle pewnie rozwiąże.

Swarzędz przejechałem bez zatorów, tak samo jak praktycznie całą DK92 do Kostrzyna, gdzie zakręciłem na Siekierki, Gowarzewo i Tulce, dalej już podążając stałym szlakiem przez Jaryszki, Krzesiny i wyjątkowo pustą Starołęcką. Tym samym zrobiłem trasę Polska+, a +, bo o kilka kilosów dłuższą niż zazwyczaj. Tego plusa proszę nie mylić z pewnym innym :) Wiatr dawał o sobie znać, ale bez przesady, a cała wyprawa mnie naprawdę pozytywnie pogodowo ucieszyła. Widocznie trzeba czasem dostać przez kilka tygodni po tyłku, żeby docenić to, co jeszcze niedawno było standardem.

Skończyłem słuchać audiobooka Wojciecha Chmielarza "Podpalacz". Polecam. Cholera, człowiek się starzeje, bo jeszcze kilka lat temu przez myśl by mi nie przeszło rekomendowanie powieści człowieka o kilka (ale niewiele) młodszego od siebie.




  • DST 32.10km
  • Czas 01:10
  • VAVG 27.51km/h
  • VMAX 51.50km/h
  • Temperatura 6.0°C
  • Podjazdy 43m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Cyt. oryg.

Sobota, 22 października 2016 · dodano: 22.10.2016 | Komentarze 32

Pod koniec wczorajszego wpisu, cytując klasyka tego bloga, czyli siebie, napisałem "jaka pogoda będzie jutro nie wie właściwie nikt" (cyt. oryg.). I, cholera, się nie pomyliłem. Połowa prognoz, które ogarnąłem wczoraj przed zaśnięciem wspominała coś o sporym zachmurzeniu, druga połowa o znakomitej pogodzie. Zagadka: co mnie obudziło rano, prócz dźwięku budzika w telefonie?

Wiem, zagadka mało skomplikowana. Krople deszczu odbijające się od parapetu. Cały mój misterny plan wstania trzeci dzień pod rząd o jakiejś kosmicznej godzinie, żeby popedałować i zdążyć na jedenastą do roboty poszedł w p...różnię. Nie żebym specjalnie płakał mogąc poleniuchować jeszcze trochę, no ale tak głupio było nie kontrolować co się dzieje dalej. W końcu padać przestało, ale czasu starczyło mi tylko na skromnego gluta, którego wykonałem inaczej niż zazwyczaj, bo nie pokręciłem do Mosiny, mając na uwadze tamtejsze miny na remontowanych przejazdach kolejowych, tylko zrobiłem niepełnosprawne kółeczko z Dębca przez Luboń, Wiry, Komorniki, Szreniawę, Rosnówko, znów Komorniki, Plewiska i na Dębiec. Mimo że deszcz już odpuścił to kałuże były na tyle spore, iż wybrałem sobie znów na dziś crossa, co jak zwykle było strzałem w dziesiątkę. Ech, gdyby mi tak kiedyś szło w totka... :)

Gdy szedłem do roboty słońce oczywiście zaczynało pojawiać się na niebie. Gnój jeden.

W pracy jak zwykle sielsko i anielsko. Kolega na zapleczu, dorwał się w końcu po kilku godzinach ludzkich ataków do pierwszej tego dnia bułki z serkiem wiejskim. Ja rozmawiam z nawet sympatyczną panią, zresztą stałą bywalczynią, omawiając szczegóły umowy. W międzyczasie na horyzoncie pojawia się "człowiek VIP", czyli jakiś gówniarz, na moje oko "biznesmen", który dostał od tatusia środki na swoją wielką działalność, z lasencją obok. Nie minęły dwie minuty, a zaczyna się sapanie z powodu "kolejki" (w której byli sami), by w końcu, bez żadnego przepraszam...

- Jest pan tu sam?
- Nie, jak widać jest jeszcze ta pani oraz kolega, który ma przerwę.
- A kiedy kończy przerwę?
- Nie mam pojęcia, jak wróci to z państwem porozmawia.
- Co to za odpowiedź? Nie wie pan ile trwa u was przerwa?
- Po pierwsze to nie kołchoz i nie reglamentujemy sobie czasu, tylko korzystamy z chwili, gdy jest spokój, po drugie nie jestem swoim kolegą i nie wiem na jakim etapie konsumpcji się znajduje.
- Pan jest bezczelny, pewnie jest pan tu nowy i nie wie jak się pracuje?
- Dokładnie, dopiero zaczynam przygodę z tą firmą. Jakieś pięć lat.
- Ja bym tu panu tygodnia nie dał pracować i bym pana wyp...lił.
- Na przyjemności trzeba sobie zasłużyć. Proszę mi się nie wcinać w rozmowę, szczególnie tak kulturalnie. Życzę miłego dnia.

Obserwowałem oczy stałej klientki, które powiększają się z rozmiaru 50 groszy do wypasionej pięciozłotówki. Nasz "samiec alfa" w pełnym oburzeniu wyszedł, samica za nim. Liczę tylko na to, iż przedstawi podobnym sobie historię swoimi ślepiami i zniechęci ziomali do wizyt u nas, bo tego typu buców codziennie jest kilku, a ten był przypadkiem, który po prostu zapamiętałem. 

Polskaaaa, białoooo-czerwoooni!




  • DST 54.40km
  • Czas 01:52
  • VAVG 29.14km/h
  • VMAX 50.70km/h
  • Temperatura 6.0°C
  • Podjazdy 200m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

YeahSień!

Piątek, 21 października 2016 · dodano: 21.10.2016 | Komentarze 6

Saga pod tytułem "jak zostałem stachanowcem" trwa. Każdy dzień siedzenia w robocie po dziesięć godzin jest rzeczą nienormalną i karygodną. ale raz na jakiś czas trzeba zacisnąć zęby. Pod koniec zmiany najlepiej na gardle jakiegoś osobnika :)

I po to właśnie jest mi to wstawanie o koszmarnej porze, czyli po (nie)ludzku w okolicach siódmej rano, żeby w ciągu pół godziny się ogarnąć, pokręcić swoje, wrócić, wykąpać i znaleźć się w pracy na jedenastą. Aktualnie wyglądam więc jak sfatygowane zombie bardziej niż na co dzień, ale za to mam później mniej morderczych instynktów.

Zwłaszcza gdy człowiek się zmobilizuje, przemilczy te pięć stopni na termometrze, narastający (ale niezbyt jeszcze silny) wiatr, ruszy w trasę i na takiej alejce w Łęczycy, podległej już pod Wielkopolski Park Narodowy, zobaczy witający go następujący widok...

...popłynie sobie z nieziemskim dźwiękiem opon (dziś szosowych) po kolorowym dywanie z liści... Wtedy przypomni sobie, że prawdziwe życie jest tu, a nie w jakichś korpościanach, kreujących swój własny, sztuczny i obleśny mikrokosmos, którego celem jest tylko jedno: kasa..

O, właśnie o tym sobie myślałem :) Tak mnie zmogło tymi barwami, że gdzieś miałem średnią, jak coś mnie urzekło to się zatrzymywałem, a jak urzekło i żal było się zatrzymywać to robiłem z rąsi:

Trasę zrobiłem w tę i we wte - z Dębca przez Luboń, Puszczykowo, Rogalinek, Rogalin i Świątniki do Mieczewa, gdzie zawróciłem. Tym razem ominąłem w dwu kierunkach Mosinę, bo jak się nasi spece remontowi z PKP za coś wezmą to robią to z takim zacięciem, że blokują na raz wszystkie możliwe drogi. Z dwóch zamkniętych wybrałem więc ten puszczykowski, bo przynajmniej nie trzeba latać po lasach, żeby go ominąć, a jedynie na prawie legalu da się przejść po kolana w błocie. SPA gratis, więc nawet się nie irytowałem za bardzo :)

Za to gdy centralnie przed pyskiem zamknął mi się szlaban na Dębcu i zakwitłem na dobre dziesięć minut, przepuszczając dwa pociągi, mając czas wyliczony co do nanosekundy, poczułem lekką nutkę irytacji. Tak, lekką nutkę. Przyroda jednak ma na człowieka zbawienny wpływ :)

Do pracy zdążyłem na styk, jaka pogoda będzie jutro nie wie właściwie nikt, za to dziesięć godzin "in da łork" niestety jest rzeczą pewną jak podatki, śmierć oraz putinowsko-tuskowy zamach na poległych w Smoleńsku oczami Antoniego.




  • DST 52.60km
  • Czas 01:59
  • VAVG 26.52km/h
  • VMAX 43.00km/h
  • Temperatura 7.0°C
  • Podjazdy 124m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Błotochwile

Czwartek, 20 października 2016 · dodano: 20.10.2016 | Komentarze 10

Dwa nienormalne dni (wolne+ładna pogoda) pod rząd to jak wiadomo rzecz zakrawająca na cud, a że w nie nie wierzę to się nie zawiodłem. Po genialnym wtorku przyszła deszczowa środa i w ten sposób zamiast cieszyć się z kolejnych jesiennych kaemów pociłem się na nijakim chomiku (34 km, średnia 33,2 km/h). Żal, choć z drugiej strony dzięki temu udało mi się znaleźć czas i stawić na umówionym w ostatniej chwili płatnym badaniu marketingowym w centrum. Chodzę na takie jeśli jest okazja i spełniam wymogi formalne, wcześniej umawiając się telefonicznie, ale tym razem okazało się, iż zaprosili o dwie osoby za dużo, więc za samo pojawienie się dostałem odszkodowanie w postaci kilkudziesięciu złotych. Zamiast spędzić na miejscu dwie godziny poseidziałem jakieś dziesięć minut, nie musiałem się wywlekać werbalnie i jeszcze mi zapłacili - żyć nie umierać. Proszę o mnie pamiętać dalej, szanowne firmy zajmujące się badaniami, polecam się na przyszłość za taką godzinówkę, a w sumie minutówkę :)

Za to dziś powrót do kieratu, do tego rozpocząłem w pracy chory kilkudniowy maraton po dziesięć godzin, przez co wstać musiałem przed siódmą, a wyruszyłem pół godziny później. Crossem, bo mimo że podobno nie miało to kropiło. Na szczęście w końcu przestało i mimo mokrych dróg udało mi się wykręcić, a w sumie wypełzać (już na lekkim rowerowym głodzie) swoje pięć dyszek. Wiało znów niestety ze wschodu, więc przedarłem się jakoś przez Starołękę, dotarłem do Głuszyny, Koninka, Gądek, skręciłem na Szczodrzykowo, Krzyżowniki, Tulce, Jaryszki i przez Krzesiny do domu. Z tym wyjątkiem, że mając lekką nadwyżkę wyrobioną na trasie zatrzymałem się na chwilę na Starołęckiej, popatrzyłem na kwitnący tam korek oraz pieszych czekających tylko, żeby wejść na jedną z milionów obecnych tam zebr dokładnie przed moimi kołami, powiedziałem coś mało parlamentarnie pod nosem i korzystając z czołgu, którym się poruszałem ostatni kawałek trasy pokonałem w uroczym błocku, najpierw przez kładkę nad Wartą, a później przez Las Dębiński. I to był najfajniejszy moment tej mojej powolnej, mokrej wycieczki.




  • DST 61.80km
  • Czas 02:03
  • VAVG 30.15km/h
  • VMAX 50.70km/h
  • Temperatura 11.0°C
  • Podjazdy 191m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Pogodowyśmienitość

Wtorek, 18 października 2016 · dodano: 18.10.2016 | Komentarze 9

Jak ja kocham wyjątki od reguły! A dziś taki się zdarzył - miałem dzień wolny i nie padało... Szok był tak wielki, że zatrzymał mnie w łóżku prawie do dziesiątej, z podświadomym podejrzeniem, że i tak lunie. Ale nie, wręcz przeciwnie, pogoda zrobiła się po prostu WYŚMIENITA. Tak, piszę to ja, naczelny maruda BS :) Nawet ruszyłem w afekcie bez śniadania, co uświadomiłem sobie gdzieś w połowie drogi, gdy zamiast dzwonka przy kierownicy mogłem ludzkość ostrzegać przed sobą burczeniem w brzuchu.

Niebo było zachmurzone, ale temperatura w okolicach 11-12 stopni plus słaby (!) wiatr z południa zrobiły mi zdecydowanie dobrze. Aż byłem zdziwiony, że nic mnie nie zwiewa z drogi, nic nie chlapie z kół, a nos nie zamarza. W tym wszystkim nawet luźno wziąłem na klatę lubońskie i mosińskie korki, bo tam się właśnie wybrałem, robiąc jeszcze kółko kawałek dalej, od Krosna do Żabna, Baranowa i Sowińca, przez co wleciało o dychę więcej kilometrów niż zazwyczaj. O "takom pogodem" walczylim! :)

Jak już byłem w Mosinie to wleciałem na rowerowe ploty do zaprzyjaźnionego sklepu, gdzie zeszło mi prawie pół godziny, bo przy okazji jeszcze starałem się pomóc rozkminić prawniczy bełkot co do jednego konsumenckiego zagadnienia. Ale kumpel, właściciel przybytku, jest już na granicy wiary w rodaków - co tylko potwierdza moje długoletnie obserwacje, że w narodzie mamy zbyt często wyłażący na wierzch gen gnoja, przez który dla własnego interesu naturalna się staje chęć odgryzienia jeśli nie całej pomocnej dłoni to przynajmniej ze dwóch palców. Smutne to. Mam nadzieję, że sytuacja skończy się pozytywne. Za to "ludzkim plusem" był sympatyczny kolarz, który wpadł zapytać o koła do szosy, zastanawiając się czy kupić jedno za 1300 czy komplet za 2400. W sumie on się już pewnie nie musi zastanawiać, pozostaje "tylko" przekonać żonę o konieczności zakupu. Powodzenia :)

Śniadanie zjadłem o... 14 :) A jutro ma podobno znów padać...





  • DST 52.30km
  • Czas 01:50
  • VAVG 28.53km/h
  • VMAX 50.20km/h
  • Temperatura 6.0°C
  • Podjazdy 79m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Stojołęcka

Poniedziałek, 17 października 2016 · dodano: 17.10.2016 | Komentarze 9

Dziś krótko i ekspresowo, bom styrany niczym górnik po wydobyciu. Ostatniej kropli z butelki. Dziewięć godzin mentalnego fedrowania, wyjątkowo z udziałem większościowym Polaków, zniszczyło mnie kompletnie, a że znaczna część moich rodaków to buce, chamy i imbecyle to tym bardziej wspieram czarny protest, bo złe geny zbyt szybko się przenoszą :) Ale przyznać trzeba, że największym bezmózgiem był dziś przedstawiciel Gruzji. Tam też niech protestują.

Co do roweru - nudzi mi się już pisanie o koszmarnym, wschodnim wietrze, niskiej temperaturze oraz generalnie masakrującej motywację do jazdy aurze. Więc nie napiszę. Wspomnie jedynie, że znów się nudziłem :) Kółeczko: Dębiec - Starołęka - Krzesiny - Jaryszki - Gądki - Szczodrzykowo - Krzyżowniki - Tulce - Żerniki - Krzesiny - Starołęka - Dębiec. O wyniku finalnym też nie mam zamiaru wspominać, dla komfortu psychicznego.

Ale wspomnę - a jak! - o Starołęckiej. Mojej, jak pewnie wiadomo, ukochanej i wielbionej ulicy. Oto widok z perspektywy "kawałek za zajezdnią", a przede mną jeszcze półtora kilometra do ronda, które aktualnie postanowiło być odświeżone w temacie trakcji. To, czego nie widać to sznur samochodów stojących w korku, ciągnącego się aż do kolejnego ronda. Samochodów z naprzeciwka, przez które nawet nie mogłem zjechać na chodnik. Torowiska dla tramwajów, też zresztą zablokowanych, przez które nie mogłem wyprzedzać z prawej. Taka sytuacja będzie tu do listopada. Chyba zacznę jeździć autostradą :)




  • DST 52.40km
  • Czas 01:59
  • VAVG 26.42km/h
  • VMAX 44.00km/h
  • Temperatura 5.0°C
  • Podjazdy 91m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Wolno-ć Tomku... :)

Niedziela, 16 października 2016 · dodano: 16.10.2016 | Komentarze 9

Dziś we wpisie może pojawić się masa błędów, sorry, ale jestem po upojnych dziewięciu godzinach w robocie, mając koło siebie jedynie dwóch "świeżych" pracowników. Na koniec mogłem sobie wystawić dyplom w kategorii "przedszkolanka roku", no ale nie ma siły - potrzebujemy nowych rąk do pracy, bo giniemy czasowo. Plus jest taki, że w pewnym momencie w miarę zatrybiło i mogłem pracować na dwie, a nie na sześć rąk. Teraz będzie już tylko lepiej, mam nadzieję :)

W związku z powyższym musiałem też wstać wcześniej i wcześniej niż grafikowo być na miejscu.

Musiałem nie oznacza, że wstałem i że byłem :)

Jak już to się udało (wstać) to stwierdziłem, że przyjść później niż zamierzałem, ale wcześniej niż powinienem to nie spóźnienie, a nadgorliwość... :) ...więc i na rower starczy mi czasu. A że znów w nocy padało to dla wykazania swojego ślimakowatego dziś podejścia do życia osiodłałem crossa i w okolicach wpół do dziewiątej już kręciłem, na szczęście niedzielnie pustymi ulicami Poznania. Mokre drogi nie zachęcały do szaleństw, mi się nie chciało ich robić, więc spokojnym tempem (już chyba do niego naprawdę dojrzałem) zrobiłem kółeczko "PL" z Dębca przez Chwaliszewo, Maltę, Antoninek, Swarzędz, Paczkowo, Siekierki, Gowarzewo, Tulce, Jaryszki, Krzesiny oraz Starołęcką znów na Dębiec. Wiało chwilami tak, że pokonując co większe kałuże czułem się jakbym surfował na desce, a nie jechał rowerem. Do tego temperatura oscylowała w okolicach pięciu stopni, a połowę drogi mżyło. Taki mamy standard tego cholernego października a.d. 2016. Wciąż wina Tuska? :)

Na Jana Pawła ukłuła mnie prawie do ślepoty ukończona w jakichś 98% bryła Posnanii (lub PosRanii), otwieranej za kilka dni kolejnej shit-galerii, która - gdy już nastąpi ten przykry moment - przypieczętuje fakt, że Poznań stanie się największą kloaką w kraju pod względem zagęszczenia klocków tego typu na mieszkańca. Nawet Warszawa zostanie w tyle. Grobelny pewnie uśmiecha się zza politycznego grobu ;/

W robocie i tak byłem wcześniej. Jestem sobą przerażony.




  • DST 54.25km
  • Czas 01:54
  • VAVG 28.55km/h
  • VMAX 53.20km/h
  • Temperatura 8.0°C
  • Podjazdy 212m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Audiobookowa żałoba

Sobota, 15 października 2016 · dodano: 15.10.2016 | Komentarze 5

Dziś pogoda zafundowała mi niemal całkowite CTRL+C oraz CTRL+V z wczoraj. Znów wiało ze wschodu, chyba nawet jeszcze mocniej, wciąż (hip hip...) nie padało, choć na starcie było o kilka stopni cieplej (czyli plusowy plus). Lekko zmęczony kręceniem wciąż w jednym kierunku z małymi wariacjami, tym razem postanowiłem najpierw pojechać na południowy zachód do Mosiny, a potem dopiero centralnie pod powiew, czyli do Rogalinka, Rogalina, Świątnik i Mieczewa, gdzie zawróciłem.

Nie było dziś łatwo, oj nie było. Nie tylko pod względem pogodowym. Jak zwykle zakwitłem w Luboniu, i to dwukrotnie, bo tamtejsze dylematy moralne (galeria, McDonald's, Netto/Biedronka czy outlet) trwają od rana do zaawansowanego czasu po południu, a w Mosinie zostałem zaskoczony (z tego co widziałem nie tylko ja) po raz kolejny remontem i zamkniętym dla ruchu przejazdem kolejowym, przez co do "treningu" rowerowego miałem dziś dołączony spacer, wspinaczkę oraz dźwiganie nie-ciężarów. Zresztą wracając, pomny nauczki postanowiłem przejechać objazdem przez Puszczykowo, który gdy się skończył zadziwił mnie po raz kolejny tego dnia widokiem... remontu i zamkniętego dla ruchu przejazdu kolejowego. Czekała mnie powtórka z rozrywki, choć już w ciut bardziej cywilizowanych warunkach, bo blisko stacji. Mają rozmach, s..., eee, kolejarze :) Po tych atrakcjach straciłem całkowicie serce do szybkiej jazdy i pedałowałem sobie iście rekreacyjnie.

Niestety skończyły mi się już audiobookowe zapasy Sapkowskiego. I jest ból :( Dawkowałem sobie "Wiedźmina" jak doświadczony ćpun ziarenka maku, ale i tak nastąpił koniec, czyli zabrzmiały ostatnie zdania w "Sezonie burz". Przesłuchanie wszystkich tomów zajęło mi ponad pięć miesięcy, a bohaterowie sagi towarzyszyli mi przez całe wakacje i spory kawałek jesieni. Jeśli dołączyć do tego "Trylogię husycką" to rok 2016 mogę oficjalnie uznać u siebie za rok Sapkowskiego. A że ostatnia wspomniana pozycja plus dwie  "wiedźmińskie" były genialnie nagranymi słuchowiskami to moja żałoba jest nie do opisania i aktualnie rozważam czy dać na sobie wykonać późną aborcję (póki jeszcze jakąkolwiek można) czy poprzestanę na klasycznym podcięciu żył :)

A tak wyglądają smakowite książki w trakcie przerabiania ich z formy doocznej na douszną: