Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi Trollking z miasteczka Poznań. Mam przejechane 242585.35 kilometrów w tym 4.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 27.47 km/h i się wcale nie chwalę.
Suma podjazdów to 791222 metrów.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl


Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Trollking.bikestats.pl

Archiwum bloga

  • DST 52.30km
  • Czas 02:03
  • VAVG 25.51km/h
  • VMAX 42.50km/h
  • Temperatura 20.0°C
  • Podjazdy 216m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Nieszczelność

Wtorek, 17 lipca 2018 · dodano: 17.07.2018 | Komentarze 7

Pewnie gdybym zdecydował się wyruszyć dziś te piętnaście-dwadzieścia minut wcześniej, to pisałbym w tym miejscu o znakomitym okienku pogodowym, na które udało mi się trafić. Tymczasem jednak okienko może było, ale z zepsutą uszczelką, dzięki której ostatnie pięć kilometrów to prawdziwy rower wodny - jak już lunęło, to konkretnie i znienacka, a że byłem wtedy na poznańskim odcinku krajowej piątki, to skryć się mogłem co najwyżej... pod niebem. Niewiele pomogło i w domu pojawiłem się w stanie półpłynnym.

Ale jednak najważniejsze jest to, że udało mi się wykręcić te moje pięć dyszek, w większości o suchej stopie, choć crossem, który okazał się strzałem w dziesiątkę, a może i jedenastkę. Jechałem sobie bowiem powolutku, bez ciśnienia, trasę wymyślając na żywca, stąd specyficzny kształt tego, co na Relive. Ruszyłem najpierw ulicą Ostatnią na Świerczewo, potem wzdłuż Szacht do granicy Poznania z Luboniem, zanim przejechałem nad A2 to jeszcze na chwilę zatrzymałem się nad pozostałością nazistowskiego obozu...

...i kręciłem dalej po tych uroczych lubońskich okolicach. Dojechałem do Łęczycy i Puszczykowa, za którym skręciłem w głąb WPN-u, a konkretnie wsi Jeziory. Jak zwykle mając do wyboru tamtejszy asfalt lub błotnisto-piaszczystą leśną ścieżkę wybrałem to, co było w lepszym stanie, czyli.... drugie :)


Tym samym znów wpadło kilka kilosów terenu, choć w sumie cała Greiserówka do Szreniawy i Komornik również zasługuje na to miano :) W końcu zaczęło się najgorsze - dokręcanie już przez pola, gdzie wicher robił ze mną co chciał, przez Chomęcice, Gołuski i Plewiska do domu, ze wspomnianym gratisowym prysznicem pod koniec.

Dwa razy zdarłem gardło, gdy w różnych miejscach wyprzedziły mnie na gazetę pojazdy, które są gorsze nawet od BMW i SUV-ów razem wziętych, czyli popularne wywrotki. Tak jak nie boję się TIR-owych kolosów, to z tymi Januszami ciężkiej jazdy najczęściej jest problem - umiejętności tyle, ile myślenia, czyli w granicach zera. Ja jedynie mogłem sobie "po-urrrr-ywać" w przestrzeń, gdy tyły prawie zmiotły mnie z drogi...




  • DST 52.30km
  • Czas 01:50
  • VAVG 28.53km/h
  • VMAX 51.40km/h
  • Temperatura 23.0°C
  • Podjazdy 249m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Warto-ściowo

Poniedziałek, 16 lipca 2018 · dodano: 16.07.2018 | Komentarze 15

Rowerowo dziś nic nowego - wiatr wciąż gnoił z północnego zachodu, więc i ja ruszyłem w tym kierunku, dzięki czemu miałem tę nieocenioną przyjemność pokonania rowerem kilkunastu kilometrów przez najbardziej oblężone ulice Poznania. Z Dębca przez Grunwald, Jeżyce i Golęcin doczłapałem się do okolic Strzeszynka i dopiero tam mogłem zając się tym, czym rowerzysta zająć się powinien: jazdą, a nie udawaniem żaby wytrenowanej w odróżnianiu zieleni od czerwieni. Potem już było o wiele lepiej, bo przez Kiekrz, Rogierówko i Kobylniki dotarłem do "serwisówki SS" (Sady + Swadzim), następnie do Zalasewa oraz Plewisk i Poznania. Niestety do dobrej średniej sporo zabrakło - na miejskie pieszczoty nie mam siły.

Jak zwykle zatrzymałem się na jednej z niewielu DDR-ek, po których po prostu chce się jeździć. Ot, taki wyjątek w polskich realiach.

Spotkałem też samochód sam w sobie zawierający ryzyko, iż mógł to być nasz ostatni raz :)

Relive tutaj.

A po południu, korzystając z wolnego dzionka, coby wymęczyć Kropę i odświeżyć pewną dawno nieodwiedzaną trasę, podjechałem sobie do Łęczycy i wykonałem ośmiokilometrowy spacer wzdłuż Nadwarciańskiego do Puszczykowa. Niedawno zaliczyliśmy odcinek południowy, dziś ten brakujący - północny i jeszcze piękniejszy - został sprawnie połknięty. Co ciekawe - zdążyłem wrócić idealnie przed burzą, w którą trudno uwierzyć, jeśli się pomyśli, że zaczęła się jakieś 40 minut po tym, jak robiłem te zdjęcia. A jutro ma lać cały dzień :/






Po raz pierwszy widziałem w Warcie małże, co świadczy zapewne o tym, że rzeka jest coraz bardziej czysta. Aha, nie tylko ja byłem zdziwiony - nawet martwa ryjówka nie wzbudziła takich emocji :)




  • DST 56.10km
  • Czas 01:56
  • VAVG 29.02km/h
  • VMAX 50.20km/h
  • Temperatura 22.0°C
  • Podjazdy 146m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Truchłowo :)

Niedziela, 15 lipca 2018 · dodano: 15.07.2018 | Komentarze 11

Z okazji kolejnego wolnego dnia postanowiłem postawić na celebrację. Czyli się wyspałem :) A po śniadaniu stanąłem przed dylematem dokąd jechać. Dwie rzeczy wpłynęły na wybór finalny: wstępna obietnica złożona naszemu BS-owemu miłośnikowi drzew o maksymalnej wysokości 0,0001 mm (i to poniżej powierzchni ziemi), czyli Morsowi, który „zażyczył” sobie dedykację z pewnego miejsca, oraz kierunek wiatru, czyli północno-zachodni, oznaczający, że… zupełnie mi nie pasuje do wspomnianej miejscówki, bo w najlepszym wypadku będzie mi wiało głównie z boku. Finalnie okazało się, że się pomyliłem - wiało prawie ciągle w pysk :)

Najpierw o trasie: Dębiec – Górczyn – Grunwald – Junikowo – Skórzewo – Wysogotowo – Dąbrowa – Sierosław – Więckowice – Fiałkowo – Zborowo – Fiałkowo – Dopiewo – Palędzie – Gołuski – Głuchowo – Komorniki – Plewiska – Poznań. Czyli prawie standard, ale jak wiadomo „prawie” może zrobić różnicę. Może niewielką, ale dzięki niej zawitałem w miejscu dawno nieodwiedzanym, a niezwykle sympatycznym i o dziwo (i na szczęście) względnie mało popularnym, czyli nad Jeziorem Niepruszewskim w Zborowie. No bo jak na niedzielne przedpołudnie jakieś maks dwadzieścia osób na plaży to wynik naprawdę cieszący moje antyludzkie oko ;) A woda – czyściutka i cieplutka. Miodzio.
Truchło ze Zlotu - na pierwszym planie :)


Gdy już nacieszyłem się wodą, skierowałem swe ślipia w kierunku imprezy, która mnie tu przywiodła. Tak przy okazji – przez fajną drzewną alejkę, ale z zupełnie niefajnym asfaltem :)
Truchło ze Zlotu - droga
Chodziło o II Zlot Zabytkowych Pojazdów Dostawczych. Cóż, nie byłoby to coś, co by mnie samego z siebie skierowało nawet na własne podwórko, ale skoro obiecałem, że się postaram... :)
Truchło ze Zlotu - normalnie Open'er się chowa :P
Problem w tym, że nie za bardzo było co fotografować – może to kwestia dość wczesnej pory, może tego, że był to ostatni dzień imprezy. Oto więc zdjęcia WSZYSTKICH pojazdów, które tam udało mi się zobaczyć.
Truchło ze Zlotu - Tarpan
Truchło ze Zlotu - Kurołap
Truchło ze Zlotu - Syrena Bosto
Truchło ze Zlotu - żuczek
Truchło ze Zlotu - 125 wciąż żywy
Truchło ze Zlotu - Honkery dwa
Truchło ze Zlotu - wstydliwiec
Truchło ze Zlotu - Polska w pigułce
Truchło ze Zlotu - autobus i tak bardziej sympatyczny
Truchło ze Zlotu - Tarpan w stanie agonalnym
Niestety nie widziałem tego, co mogło być tu najciekawsze:
Truchło ze Zlotu - no niestety, zabrakło tego, co najciekawsze
Pojawiła się też delegacja partii rządzącej :)
Truchło ze Zlotu - PRL wciąż procentuje :)
A tak właśnie wyglądała panorama zlotu. Jak widać tłumów nie było.
Truchło ze Zlotu - panorama skromności
Podczas powrotu wyprzedziła mnie widoczna na jednej z wcześniejszych fotek Syrena Bosto. Nie ma co ukrywać – ładniutka :)

To by było na tyle. Misja wykonana, dedykacja przekazana - smacznego, Morsie :)

A Relive jak zwykle pod linkiem.




  • DST 112.00km
  • Czas 03:57
  • VAVG 28.35km/h
  • VMAX 60.00km/h
  • Temperatura 25.0°C
  • Podjazdy 363m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Seta drzewocmentarna

Sobota, 14 lipca 2018 · dodano: 14.07.2018 | Komentarze 31

Na dopiero drugą w tym roku (!) setę wypadałoby poświęcić więcej czasu na BS, ale niestety - ledwo udało mi się znaleźć na nią "chwilkę" czasu, już nie mówiąc o bardziej skomplikowanym opisie.

Pewnie, a w sumie na pewno, nie byłoby dzisiejszego dystansu, gdyby na nie namowy kolegi BUS-a, czyli Huberta, który na Bikestats konto ma, ale skrzętnie ukrywa, że mógłby spokojnie przez swoje wypady na zasadzie "na pięć dych się nie opłaca ruszać" egzystować w górnej połowie tabeli. Przekonał mnie tym, że mogę zobaczyć coś, czego się nie odzobaczy - konkrety będą w dalszej części wpisu. Jako że na tę sobotę miałem plany praktycznie co do minuty, to wykaraskać czas było niezwykle ciężko, ale jakoś się udało. Przed wizytą Teściowej, jak i wypadem do dawno niewidzianych znajomych.

"Ustawkę" zaplanowaliśmy na skrzyżowaniu na cały świat w Komornikach, wstępnie delikatnie wcześniej, niż wyszło w realu. Przez to trzeba było finalnie skrócić trasę, z której ja jedynie znałem pojedyncze punkty, więc na resztę zdałem się na kolegę. Około 8:40 rano pojawiłem się na przystanku, usiadłem i odczekałem swoje, nadrabiając zaległe smsy,

Hubert się pojawił i bez zbędnych formalności ruszyliśmy wzdłuż krajowej piątki w kierunku Stęszewa, w którym skręciliśmy na Buk. Tu zaczęła się rzeź, która - uprzedzam fakty - trwała przez prawie 2/3 wypadu. Wiatr bowiem maskarował, gnoił i zniszczył nas na polnych drogach, które jedynie momentami były przerywane fragmentami zalesionymi.

Kawałek za Tomiczkami, a zaraz przed Bukiem, nastąpił główny punkt programu. Był nim... smutny widok drzew. Bowiem każde z nich było ponumerowane, co oznaczało jedno - do wycięcia. Numerów było... 200 :/ Tak wygląda (jeszcze dziś) część tej alei:

Ponad sto po jednej, prawie tyle samo po drugiej stronie. Postanowiłem zatrzymać się na chwilę przy tym symbolicznym, o numerze 100, i zrobić mu archiwalne zdjęcie. Smutne zdjęcie :/


Zajrzałem do dziupli, która miała w środku swój mały ekosystem i cóż mi pozostało... ruszyć dalej. Choć nie, musiałem chwilę odczekać, gdyż najpierw minął mnie pędzący grubo ponad setką na tym terenie debil. Sorry, niewinna ofiara morderczych drzew.

Z Buku (tu fajny tamtejszy mural)...

...skierowaliśmy się na już mniej znane mi rejony, czyli na północ od niego: Wilkowo, Grzebienisko (za nim piękne zielone tereny Rezerwatu Huby Grzebieniskie)...


...Kaźmierz, Nowa Wieś, Komorowo, gdzie czekał na mnie godny widok na Jezioro Bytyńskie...

...a od miejscowości Pólko w końcu zaczęło wiać w plecy. Tym samym przejazd przez Bytyń, Gaj Wielki, Rumianek, Tarnowo Podgórne i Przeźmierowo był ratunkiem mentalnym wobec tego, jak niszczyły powiewy chęć do jazdy wcześniej, a które widać poniżej. W sumie towarzyszyły nam ponad 70 km, wiatr w plecy to reszta, choć przerywany "boczniakami".

Hubertowi dzięki za motywację, wytyczenie trasy i motywy krajoznawcze - zobaczyłem kilka ładnych i ciekawych miejsc, choć i jedno mega smutne :/ Co do tempa to każdy miał swoje, ale finalnie udało się je chyba ładnie zgrać na zasadach kompromisu - natomiast wspólny był brak ciśnienia na średnią, zresztą nawet jakby ono było, to przy dzisiejszych wichurach niewiele więcej dało się zrobić :)

Po drodze mieliśmy i swoje sukcesy, takie jak piękne wyprzedzanie kilku ostrych zawodników :)



A i kibice jak zwykle dopisali :)

Ufff, zgodnie z moją niepisaną zasadą wpis udało się dodać tego samego dnia, co wyjazd (jest 23:30). Sorry za jego jakość :) Idę spać, zaległości BS-owe nadrobię jutro.

A tu Relive.




  • DST 55.30km
  • Czas 02:07
  • VAVG 26.13km/h
  • VMAX 50.00km/h
  • Temperatura 19.0°C
  • Podjazdy 206m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Innościowo

Piątek, 13 lipca 2018 · dodano: 13.07.2018 | Komentarze 5

Dziś bez rozwlekania się, bo w pracy roboty tyle, że nie nadążam za rzeczywistością.

Wykonałem pętelkę zachodnią, poszerzoną o odkryty niedawno częściowo oddany do użytku, a co najważniejsze: otwarty, odcinek pomiędzy Konarzewem a Chomęcicami. Niech nam służy po wieki wieków cośtam :)

A szczegółowa trasa to: Poznań - Plewiska - Skórzewo (uroczo zamykający mi się przed pyskiem szlaban) - Dąbrówka - Dopiewiec - Dopiewo - Konarzewo - Chomęcice - Szreniawa - Komorniki - Poznań. Ale tu się muszę zatrzymać przy kilku elementach.

Po pierwsze, jako że jechałem dziś crossem (ryzyko opadów), to mogłem pozwolić sobie na więcej, I pozwoliłem sobie, odkrywając kilkukilometrową drogę w ciemno przez las od Dąbrówki do Dopiewca.


Jechało się sympatycznie, bo nie był to teren wymagający, gorzej się zrobiło, gdy wyjechałem na wieś, przy okazji gubiąc się na drogach, a w sumie na pustyniach, prowadzących donikąd. O takiej jak ta:

Na to już nerwów nie miałem i jakimś cudem, na czuja, odnalazłem asfalt, który dalej już mnie prowadził co prawda wygodniej, ale pod silny wiatr, dzięki czemu średnia jest, jaka jest. Ale co się polesiłem, to moje :)

Zawitałem jeszcze na chwilę pod budynek Muzeum Rolnictwa w Szreniawie, w sumie nie wiem po co...

A sam koniec jeszcze pokręciłem się po Szachtach.

No i tyle było z tego wyjazdu przed pracą, bardziej jesiennego niż letniego. Ale w sumie to miła odmiana, ponownie, od szosy. Byle nie za często takie :) Relive tu, proszę bardzo.

Aha, doliczyłem jeszcze dystans przejazdu "rowerem" miejskim do pracy. Cudem nie miał typowych defektów, takich jak: brak kierownicy, łańcucha czy siodełka, ale za to gdy po raz pierwszy użyłem przedniego hamulca, aż się obejrzałem za siebie, czy nie ściga mnie jakiś wykluwający się właśnie Obcy. Nie, nie, to Nextbike.




  • DST 52.20km
  • Czas 01:48
  • VAVG 29.00km/h
  • VMAX 51.80km/h
  • Temperatura 18.0°C
  • Podjazdy 221m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Ślimuś

Czwartek, 12 lipca 2018 · dodano: 12.07.2018 | Komentarze 9

W nocy padało, a nawet podtopiło część Poznania, tymczasem nad ranem było już jako tako sucho, przynajmniej na głównych drogach. Jednak na przykład w Puszczykowie Wielkopolski Park Narodowy zyskał co najmniej jedno jeziorko i kilka strumyczków, już nie mówiąc o DDR-ce w Łęczycy, na której - dzięki mokrym liściom - mogłem wybiec w przyszłość i wyobrazić sobie pierwszą jesienną glebę :)

Po wczorajszym crossowym epizodzie ruszyłem dziś już szosą, bo się stęskniłem :) Wiało niby z południa, więc trasę wybrałem najulubieńszą - "kondominium" w wersji z Poznania przez najnieulubieńszy Luboń, Łęczycę, Puszczykowo, Mosinę, Dymaczewo, Łódź, Stęszew, Szreniawę i Komorniki do domu. Duło niby niespecjalnie mocno, ale to doznania z miasta, na polach wywiało mnie konkretnie i bezdusznie. Błeee.

A tak poza tym to bez przygód, jedyne co to mentalnie uciekałem wciąż przed deszczem, który finalnie mnie w ogóle nie dopadł. Ale rower usyfiony i tak został konkretnie pozostałościami nawałnic.


Gdy robiłem zdjęcie z lubianym motywem braku motywu...

...wlazł mi na ramę pewien miły jegomość (potem przyuważyłem, że było ich kilku na słupku). Pozwoliłem mu więc wsiąść na mostek i pokazać rogi. Baranka :)

Chwilę na siebie popatrzyliśmy, po czym kolejny poznany na trasie ziomuś (Ślimuś) wrócił do siebie, a ja na ruszyłem ślimaczym tempem do domu, żeby zdążyć do pracy.

Relive tutaj, a ja patrząc na prognozy nie widzę jutrzejszego kręcenia, bo opady od rana, a popołudnie pracujące :/




  • DST 52.20km
  • Czas 01:58
  • VAVG 26.54km/h
  • VMAX 43.00km/h
  • Temperatura 23.0°C
  • Podjazdy 243m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Dębowe niemocne :)

Środa, 11 lipca 2018 · dodano: 11.07.2018 | Komentarze 9

Mój wyjątkowo wolny dzionek zaczął się tak, jak miał się zacząć - nierowerowo. O dziwo poranny deszcz był w to mi graj, gdyż oczekiwałem na ekipę mającą dostarczyć nam lodówkę, a jakoś łatwiej takie czekanie idzie, gdy dwa kółka nie zerkają tęsknie za okno, zza którego do mieszkania wpycha się cudnie świecące słońce. Nic się nie wpychało, chyba że krople, więc luz. Nawet pies jakoś nie reflektował na dłuższe medytacje przy wydalaniu, spokojnie więc udało się wypić kawę, zjeść śniadanie i oczekiwać na dostawę.

Panowie pojawili się w połowie określonego zakresu godzin, dokładnie gdy przestało padać, wnieśli co trzeba, chwilę zajęło ustawienie w odpowiednim miejscu, poszli sobie i... znów lunęło. Ale i tak byłem dziwnie spokojny, że jednak dzisiaj ruszę, bo przecież mamy prawie że suszę, a nie jakąś tropikalną porę deszczową. No i nie pomyliłem się. Choć gdyby nie okienko w grafiku, dziś z kręcenia byłyby nici.

Pogoda ogarnęła się koło południa, a ja wyjechałem pół godziny później, crossem, gdyż szosę staram się oszczędzać. Okazało się, że drogi dość szybko obeschły, ale decyzji nie żałowałem, gdyż... odezwał się we mnie jakiś terenowy zew, gdy po przejechaniu przez Luboń, Łęczycę, Puszczykowo, Mosinę i Rogalinek dotarłem do Rogalina. Tam po raz tysięczny rzuciły mi się w oczy widoczne z drogi słynne dęby i w końcu postanowiłem je - wstyd, że dopiero teraz - nawiedzić. Bywałem obok, nawet bardzo blisko, ale ubzdurałem sobie, że znajdują się ona na terenie z zakazem jazdy rowerem, tymczasem jak się okazało - nic takiego.

No to... nadrobiłem. I zrobiłem to chyba w idealny dzień, bo tłumów nie było. Niniejszym więc przedstawiam:

- Lecha:


Aktualnie już zimnego, od 2014 roku. Odszedł po około 630 latach. Cześć jego pamięci!

- Czecha:

Również przebywającego już na jakimś tam łonie, na które trafił już dość dawno, bo w roku 1992, po 540 latach. Cześć jego pamięci!

- Rusa:


Ten wciąż żywy. Niczym Lenin. Może dlatego, że to wciąż młodzieniaszek - zaledwie 520 lat. Nie wiem czy są już na niego zakusy, mam nadzieję, iż teren ogrodzony zagrozi postszyskowcom, jednak mając taką nazwę w tych czasach niczego nie byłbym pewnym na miejscu tego olbrzyma o facjacie osiołka. Żyj w zdrowiu!

Tu cała trójeczka:

Przy okazji pozwiedzałem sobie, co trzeba, choć akurat inne niż stricte dębowe okolice Rogalińskiego Parku Krajobrazowego oraz pałacu były już mi znane.



Ruszyłem dalej, a w Mieczewie wpadłem na kolejny irracjonalny pomysł - przetestowania tego, co drogowcy mają na myśli, gdy stawiają znak określający kierunek, odległość oraz nazwę miejscowości, którą tym razem było Krajkowo. Jakby ktoś pytał: o właśnie to mają: :)

No dobra, skoro się powiedziało A, należy powiedzieć Ó, więc po jednym zgubieniu trafiłem na leśny dukt, który doprowadził mnie po jakichś sześciu kilometrach telepania się na tych moich mikrych oponkach i bieżniku o aparycji polskiego miłośnika swastyczek, oraz spadającym na koleinach łańcuchu z zębatek, do celu. Co przeżyłem po drodze, to moje - telepanie, błocko, piach, ale w sumie bawiłem się przednio :)



A tu chyba jeszcze niedawno był las... Co mamy w zamian? No comments :/

W końcu pojawiła się cywilizacja, a ja już znanymi drogami: przez Szczytniki, Koninko, Jaryszki, Krzesiny, Starołękę i Lasek Dębiński dotarłem cały i żywy do domu. Fajnie było :) Pół godziny później znów lunęło, a jak skończyło to Kropa wyprosiła jeszcze spacer po Dębinie,

Aha, niniejszym - tadam! - pyknęło mi dziesięć tysięcy kilometrów w tym roku :)

Relive tutaj.Zawiera jeszcze kilka fotek z RPK oraz lubońsko-puszczykowskich "atrakcji".




  • DST 52.30km
  • Czas 01:47
  • VAVG 29.33km/h
  • VMAX 53.40km/h
  • Temperatura 20.0°C
  • Podjazdy 158m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

33 : 67

Wtorek, 10 lipca 2018 · dodano: 10.07.2018 | Komentarze 26

To nie wynik pierwszego meczu polskiej reprezentacji pod wodzą nowego trenera (no bo gdzie by Polacy strzelili 33 gole? Ilość straconych jest wiarygodna), a wynik mojego socjologicznego eksperymentu, który przeprowadziłem na losowej próbie 100 mijających mnie lub wyprzedzających samochodów na odcinku Luboń – Wiry – Komorniki. Tyczył się on tego, ilu kierowców pamiętało o włączeniu świateł. I jak widać wyszedł wynik zaskakujący nawet dla mnie – jedna trzecia miała to kompletnie w ...iadomo gdzie :) Widziałem też serie - dosłownie - ciemniaków po 4-5 pod rząd. Ja rozumiem, że policja dziś protestuje i wręcza mniej mandatów, ale jest to codzienny wyznacznik tego, jak wygląda poziom bezmózgowia na polskich szosach…

Pogoda była dziwna – fajnie, że przyszło ochłodzenie, ale raz niebo było błękitne, raz zbierały się nade mną coraz to bardziej ciemne chmury, które jednak finalnie nie zaszczyciły mnie nawet kropelką deszczu. Uff. Za to wiaterek… klasycznie :)


A od jutra burze, ulewy :/

Z bardziej optymistycznych (dla mnie) informacji: zupełnie niespodziewanie po drodze zmieniłem zaplanowaną wcześniej trasę. Niby nic specjalnego, ale ta informacja zawiera lokowanie bardzo ważnego produktu, a mianowicie otwartej już drogi pomiędzy Chomęcicami a Konarzewem! Koniec objazdów, koniec kręcenia w tę i z powrotem, żeby dystans wyniósł te minimalne pięć dych. Zupełnie nie byłem na to przygotowany, bo trasa zamknięta była gdzieś przez rok, a tu miła niespodzianka. Powstał nawet całkiem sympatyczny wiadukt z dwoma rondami, nad nowym odcinkiem (na razie głęboko w planach) S-ki. Jedyne co mnie martwi to jakieś dziwnie szerokie wyodrębnione elementy po jednej stronie, co wskazuje na ryzyko powstania DDR-ki. Ale póki jej nie ma – można szaleć. Przy okazji wygładzono też spory kawałek asfaltu, który do tej pory rywalizował z serami szwajcarskimi, niestety od połowy Konarzewa jest wciąż po staremu.

Tak więc trasa w końcu wyszła taka, jak powinna być na zachód: Poznań – Luboń – Wiry – Komorniki – Szreniawa – Chomęcice – Konarzewo – Trzcielin – Dopiewo – Palędzie – Dąbrowa – Plewiska – Poznań. Relive tutaj.

Gdy jechałem sobie przez ulicę Sobieskiego w Luboniu, nagle wparował na nią pewien czworonóg, w wersji XXS. Na szczęście ruch był niewielki, ale i tak na horyzoncie zaczęły się pojawiać samochody, więc zatrzymałem się, odholowałem malucha na drugą stronę i… no właśnie, nie miałem pomysłu co dalej zrobić, ale w końcu stwierdziłem, że nawet w Luboniu znajdzie się ktoś, kto się nim zajmie, więc po upewnieniu się, że miejscówka przy śmietniku zapobiegnie kolejnym próbom przejścia przez ulicę, ruszyłem dalej.

Mam nadzieję, że kurdupel sobie poradzi. Ciekawe tylko, gdzie jest matka, bo tak mikre kocię łażące samopas raczej powinno być jeszcze pod jej opieką.




  • DST 52.00km
  • Czas 01:47
  • VAVG 29.16km/h
  • VMAX 51.00km/h
  • Temperatura 24.0°C
  • Podjazdy 24m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Dzień Naklejkowicza

Poniedziałek, 9 lipca 2018 · dodano: 09.07.2018 | Komentarze 18

Dziś jedynie standardowy, niczym niezaskakujący wypad na pięćdziesiątkę, wykonany z równie standardowym kierunkiem wiatru: permanentnie ryjnym :) A podmuchy były na tyle sprytne, że udawały, iż ich nie ma podczas porannego spaceru, by zepsuć humor już chwilę po wyruszeniu.

Trasa to przebijanie się przez wielkopolskie pola, serwisówki i pojedyncze szpalery drzew, które jako jedyne dawały wytchnienie przed słońcem - ono na szczęście jeszcze między 8:30 a 10:30 rano nie zdążyło się specjalnie rozkręcić. W sumie ja też :) Z Poznania ruszyłem do Plewisk, Zakrzewa, Sierosławia, Więckowic, Fiałkowa, Dopiewa, Palędza, Gołusek i wróciłem ponownie przez Plewiska, jak zwykle zakorkowane w jedną i w drugą stronę.

Niedługo po samym wyruszeniu, na ulicy Opolskiej, musiałem nagle hamować dzięki bezmózgowiu pewnego jadącego z naprzeciwka mieszkańca podpoznańskiej wsi (jakiej - nie mam pojęcia) z blachami PZ, którego pewnie brak chlewików i szwendających się kur niosek tak zszokował, iż stwierdził, że jego lewoskręt ma przewagę nad moim prawoskrętem. Po tym manewrze (wykonanym bez sygnalizacji) nagle przyspieszył, by po sekundzie zwolnić do zera na widok progów zwalniających. Dało mi to szansę na stwierdzenie, że mam do czynienia z Panem Heheszkiem, bo naklejka "Lewy pas to nie kółko różańcowe" pod względem logiki jest bez zarzutu, ale jakościowo trzyma poziom prawicowych memów (i to najlepszych w 2017 wg DoRzeczy, w celu pęknięcia ze śmiechu można klikać lewo-prawo). Jak widać pouczanie innych nie do końca koreluje się choćby z tak skomplikowaną kwestią jak włączenie świateł... 

Dzień Naklejkowicza miał jeszcze jednego celebrującego aktywistę. Tu przynajmniej można się było faktycznie uśmiechnąć, gdyż napis "Lubię zapier..." naklejony na szybie Tico świadczy jednak o pewnym poziomie abstrakcji :)

Relive tutaj.




  • DST 55.60km
  • Czas 01:50
  • VAVG 30.33km/h
  • VMAX 50.80km/h
  • Temperatura 25.0°C
  • Podjazdy 238m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

W odwiedzinach u Samicy + plażing

Niedziela, 8 lipca 2018 · dodano: 08.07.2018 | Komentarze 15

Tytuł jak z forum posiadaczy BMW, no nie? :) Ale zaraz się wszystko wyjaśni.

Mogłem dzisiaj wyruszyć trochę później, co oczywiście nie oznacza, że się wyspałem, bo kiedyś zrobiłem głupotę i obiecałem, że porannym wyprowadzaniem psa zajmę się właśnie ja, no i... mam. Jednak nie narzekam, bo to całkiem sympatyczny obowiązek :)

Po dziesiątej jednak już było dla mnie delikatnie za ciepło, ale cóż zrobić, na pogodę mam niestety wpływ niewielki. Za to udało mi się zaliczyć delikatny rewanż na pewnej mendzie. Oczywiście chodzi o wiatr, który wczoraj kompletnie mnie podszedł, dziś więc postanowiłem go lekko oszukać - niby miał być północny, w takim też kierunku się najpierw udałem, żeby po kilkuset metrach znienacka odbić na południe i wykonać ponownie "kondominium" (lekko zmodyfikowane o Wiry, czyli: Poznań - Luboń - Wiry - Komorniki - Szreniawa - Stęszew - Łódź - Dymaczewo - Mosina - Puszczykowo - Łęczyca - Luboń - Poznań). Ha, to był strzał w dziesiątkę: zanim się ogarnął, skorzystałem z kawałka podmuchu w plecy, potem już było różnie, ale śmiało mogę powiedzieć, iż nawet mogło być pół na pół, czyli fenomen nad fenomenami :) Szkoda tylko, że w Mosinie zakwitłem w jakimś dziwnym wolnodniowym korku, a i w Puszczykowie każde światło było czerwone, bo wynik mógłby być lepszy.

A co do tytułowej Samicy to proszę, oto ona:

Przelatuję nad nią (i nie tylko ja) raz na jakiś czas, kiedyś nawet pojawiła się we wpisie, ale spokojnie, nie jest groźna dla partnerek przejeżdżających rowerzystów, tym bardziej, że wydaje się zapuszczona i dość brudna :)

A po południu Kropka została hardkorem - odwiedziła Luboń :) Ośmiokilometrowy spacer po ciekawych rejonach...

...miał jeden cel - nawiedzić tamtejszą plażę miejską (tak, jest tam taka!). Z tej "miejskości" zawsze mam i będę miał brecht, bo Luboń to tylko lekko przerośnięta wiocha, ale... plaża jest całkiem ładna, choć mała. Tyle że zawierała kilku Sebixów :) Jednak dało się kawałek dalej znaleźć bardziej dzikie i całkiem sympatyczne miejsce nad pięknymi nadwarciańskimi terenami.



O dziwo było pozytywnie. Plusik dla Lubonia, choć były też po drodze miejscówki-relikty, czyli znane i lubiane mordownie z lat 90. Kiedyś nawet może z ciekawości tam zajrzę, choć nie wiem, czy wyjdę z tego cały :)

Aha, jakby ktoś się chciał obciąć u Manueli z Big Brothera, to... Estilo de Manuela robi z płotu welcome to :P

Relive z jazdy TUTAJ, a wyjątkowo Relive ze spaceru: TU.