Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi Trollking z miasteczka Poznań. Mam przejechane 242579.95 kilometrów w tym 4.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 27.47 km/h i się wcale nie chwalę.
Suma podjazdów to 791222 metrów.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl


Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Trollking.bikestats.pl

Archiwum bloga

  • DST 54.05km
  • Czas 01:48
  • VAVG 30.03km/h
  • VMAX 62.00km/h
  • Temperatura 8.0°C
  • Podjazdy 205m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Pozytywk(w)a(ch)

Środa, 26 września 2018 · dodano: 26.09.2018 | Komentarze 6

Wyzwanie na dziś brzmiało: myśleć pozytywnie. Co z tego, że opóźniłem start do maksymalnej możliwej godziny, czyli dziewiątej rano, a i tak było na termometrze sześć stopni? Nic to, przecież na plusie, a mogło być na minusie! W końcu mamy wrzesień :) Co z tego, że wiał zimny i mocny (wystarczy spojrzeć na Vmax) wiatr ze zmiennych kierunków? Przecież tylko z trzech - a mógł z czterech :) Czerwona fala w Luboniu? E tam, jedno ze świateł było zielone! Korki? Zawsze mogły być większe. Długa pauza na zamkniętych rogatkach w Palędziu? Kolej jest ekologiczna! Hurra, jak jest super! 

Pod koniec sympatycznie jeszcze pogaworzyłem sobie z miłym panem (doganiając go w tym celu na krzyżówce), który raczył potraktować mnie "z klaksona" kilkukrotnie, bo nie podobało mu się moje omijanie dziur. Łacina jest przecież szlachetnym językiem, prawda? :)

Potem mi się skończył prozac i leciałem na oparach :) W zimowym stroju, w palczastych rękawiczkach, ale mimo wszystko do przodu, pod koniec opalając się w upale na poziomie dziesięciu stopni. No i jakoś udało mi się dojechać z umiarkowanym jak na zimę wynikiem, robiąc pętelkę zachodnią: z Dębca przez Luboń, Wiry, Komorniki, Szreniawę, Rosnowo, Chomęcice, Konarzewo, Trzcielin, Dopiewo, Palędzie, Dąbrówkę, serwisówki i Plewiska do domu.

Mimo że różowe okulary to chyba jednak nie mój żywioł, wkleję jeden landszaft z trasy, który autentycznie mi się spodobał:
Zorza niepolarna
Natomiast gdy cykałem fotę z drugiej strony drogi, przyuważyłem, że nieświadomie dorobiono mi sakwy. Dałbym głowę, że wyjeżdżając ich nie posiadałem.
Sakwiarz mimo woli
Oto zbliżenie owego nadspodziewanego bagażu:
...a to Polska właśnie
Kawałek dalej jeszcze można było spotkać kilka takich niespodzianek. Był też telewizor. Cytując klasyka - a to Polska właśnie... Łapy opadają.

Na koniec klepsydra :( Jakich to my czasów dożyliśmy... :)




  • DST 53.00km
  • Czas 01:51
  • VAVG 28.65km/h
  • VMAX 52.60km/h
  • Temperatura 9.0°C
  • Podjazdy 393m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Wiatr złobrodziej

Wtorek, 25 września 2018 · dodano: 25.09.2018 | Komentarze 24

Paradoks: dziś rano było jeszcze zimniej niż wczoraj (6 stopni), a wydawało mi się, że jest cieplej. Winowajcą, a zarazem dobroczyńcą (khe khe) był wiatr – wczoraj masakrujący, dziś jedynie uwalający średnią, do spółki z miejskim ruchem, przez który musiałem się przeciskać, żeby dotrzeć na północ Poznania. Natomiast powrót to już komfort niezwykły – co najmniej dziewięć, a może nawet dziesięć stopni na plusie :)

Wykonałem pętelkę w wersji: Dębiec – Hetmańska – Jeżyce – Golęcin – Strzeszyn – Psarskie – Kiekrz – Radojewo – Sady – Swadzim – Lusowo – Zakrzewo – serwisówki – Plewiska – Dębiec. Z atrakcji dzisiejszych: korki (obowiązkowo) oraz na Psarskim najpierw szlaban zamykający się przed ryjem, a kilometr dalej szlaban zamykający się przed ryjem. Do tego, już pod sam koniec, zaraz po wyjeździe z Plewisk, zamieniłem się w żabę, która skakała co dwa-trzy metry, bo była jakaś kolizja, więc częściowo drogą, częściowo chodnikiem (byłem sobą zdegustowany, jednak innej opcji nie było) pokonałem te kilkaset metrów, przy okazji tracąc chęć walki o dobry wynik. Jednak generalnie – ładnie było :)

Na DDR-ce przy Koszalińskiej cyknąłem standardową fotkę. A chwilę później dla kontrastu - widok tej samej ulicy, gdzie już ścieżki nie było. Zagadka – gdzie czułem się bezpieczniej? :)


Tutaj Relive, tutaj dzisiejsza przyczyna żabich skoków...

...a tu - jak na moje - Pomnik Upamiętniający Ofiary Morderczych Drzew. Albo po prostu polski syf :)




  • DST 55.10km
  • Czas 01:58
  • VAVG 28.02km/h
  • VMAX 52.30km/h
  • Temperatura 9.0°C
  • Podjazdy 168m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Złota polska zima

Poniedziałek, 24 września 2018 · dodano: 24.09.2018 | Komentarze 14

Powiem (napiszę) szczerze, że nawet mnie, człowieka genetycznie nienawidzącego ciepła, zmroziła (dosłownie) dzisiejsza temperatura - osiem stopni (dobrze chociaż, że na plusie) w momencie wyjazdu, dziewięć i pół w chwili powrotu. Do tego tyle wskazywały termometry, a realne odczucie było na moje amatorskie oko gdzieś na poziomie zera. Oczywiście wszystko przez wiatrzysko z zachodu, które wycisnęło ze mnie przynajmniej przez połowę drogi siódme poty - były momenty, gdy między polami mój maks wynosił 18-20 km/h, co jak na szosę nie jest wynikiem zbyt, hmm, imponującym. Dość powiedzieć, iż w momencie nawrotki średnią miałem gdzieś pomiędzy 24 a 25 km/h, a odrobić tego za bardzo nie miałem jak - bowiem wiadomo, że wmordewind jak już trzyma, to nie puści, mimo że powinien.

Biorąc pod uwagę, że jeszcze w piątek zdychałem w upale, natomiast dziś jechałem ubrany w prawie zimowy zestaw (ocieplana bluza, długie gatki, komin i rękawiczki z długimi palcami), proponuję zmienić polskie przysłowie i uknuć nowe: w marcu jak w garncu, a we wrześniu jak w dupie. Zmiksować to jeszcze z "mile złego początki" (bo pierwsza połowa miesiąca była genialna) i mamy zmiany klimatu (na własny, czyli człowieczy koszt) w pigułce. Szkoda, że nie antykoncepcyjnej, bo jeszcze by można było liczyć na cud, a tak to pozostaje jedynie kleić to, co rozwaliliśmy jaku gatunek ludzki przez lata.

Wykonałem trasę w wersji: Dębiec - Górczyn - Kopanina - Junikowo - Wysogotowo - Dąbrowa - Zakrzewo - Sierosław - Więckowice - Fiałkowo - Dopiewo - Palędzie - Dąbrówka - Plewiska - dom. Zgodnie z tym, co widać na Relive.

Tu mamy wizualizację kochanego wiaterka (gnoja jednego, mendy paskudnej...):

A tu potwierdzenie, że nie kłamałem co do temperatury:

Jakiś plus? Owszem - zaczęło padać niedługo po tym, jak dojechałem, a nie długo przed :)

W Fiałkowie wystawka retro tym razem na mnie czekała na zewnątrz, a nie pod plandeką. Choć może raczej nie na mnie, a na uczestników bajkczelendża, który pomykał wczoraj w tamtych okolicach.

Chwilę wcześniej, gdy jechałem sobie drzewną aleją z Więckowic, przyuważyłem, że czai się za mną ciężarówka, zabierająca za wyprzedzanie. Ale jako że zza zakrętu wyłaniał się samochód, to byłem pewny, iż... No tak. Niczego nie można być pewnym - wielkie bydle wcisnęło się między auto a mnie tak, że jego tył prawie zrobił mi peeling na pysku. Dla pewności zjechałem na pobocze, a gdy byłem już bezpieczny, poleciało kilka pań lekkich obyczajów w kierunku gnoja. Sądziłem, że na tym się skończy, a tu miła niespodzianka - TIR kawałek dalej skręcił na podwórze jakiegoś zakładu, a ja za nim, bo adrenalinę jeszcze miałem na dość wysokim poziomie. Jednak nie było mi dane przekazać czegoś "konstruktywnego", bo morderca w szoferce ewidentnie nie spieszył się do wyjścia z niej, poza tym jak zobaczyłem specyficzną fizjonomię jegomościa, już wiedziałem, że nie ma to za bardzo sensu. Pokazałem mu więc gestem o ile mnie minął i pomachałem sugestywnie rękoma. W odpowiedzi zobaczyłem tylko coś w rodzaju grymasu zbliżonego do przeprosin i - jeśli nie usłyszałem za wiele w swym urodzonym optymizmie - słowo "вибачте".

W sumie to mi obojętne, czy skasuje mnie debil z Polski, czy z Ukrainy, choć zauważyłem, że te dwie spaczone mentalnie w tym aspekcie nacje mają jeszcze sporą konkurencję wśród Litwinów i Łotyszy (z tym ostatnim akurat miałem scysję wczoraj). Ale chciałbym się po prostu czuć w miarę bezpiecznie poruszając tak nieodpornym na kretynizm pojazdem jak rower. Na co raczej na tym naszym dzikim wschodzie nie ma za bardzo szans, o czym przekonuję się niestety prawie każdego dnia.




  • DST 56.10km
  • Czas 01:56
  • VAVG 29.02km/h
  • VMAX 52.30km/h
  • Temperatura 13.0°C
  • Podjazdy 250m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Końkret, czyli uciec przed Bike Challenge :)

Niedziela, 23 września 2018 · dodano: 23.09.2018 | Komentarze 21

Biorąc pod uwagę zachodni powiew wiatru, pewne wykonałbym dziś którąś ze swoich pętelek w tym kierunku, śladami dobrze znanymi i lubianymi. No ale niestety, nie było mi dane, gdyż - jak zostałem niedawno uświadomiony - piąta edycja Poznań Bike Challenge została przeniesiona z północny miasta na jego bardziej południowe rejony, a co za tym szło - impreza kolarska spowodowała, że czasowo (czyli od rana do późnego popołudnia) pozamykano dla regularnego ruchu drogi publiczne, również dla... kolarzy. Oczywiście, pewnie bym gdzieś tam myknął między jedną a drugą grupą, jednak nie chciałem kopać się z koniem. O tym zwierzu zresztą jeszcze będzie za chwilę :)

Nad samą imprezą rozpisywał się za długo nie będę, bo już to robiłem kilkukrotnie. Jeśli komuś sprawiają frajdę takie spędy - super, dobrze, że zrobiono to w niedzielę, że organizatorzy zdobyli doświadczenie i uczą się na błędach, likwidując niedoróbki. Jednak osobiście nie wiem, co może być fajnego w stawianiu się o którejś godzinie w tłumie kilku tysięcy osób (o nieznanym poziomie umiejętności - amator to jednak amator, więc zagrożenie wypadku w peletonie jest dużo większe niż wśród zawodowców), czekaniu na możliwość ruszenia i poruszaniu się szlakiem odgórnie wymyślonym, bez możliwości własnej korekty. O wiele bardziej podobają mi się maratony prowadzone w zwykłym, codziennym anturażu, czy nawet te MTB, gdzie jednak organizator musi się postarać zrobić o wiele więcej od pozamykania ulic i zorganizowania punktów na trasie. Zanim spadnie tu na mnie ponownie fala hejtu za własne zdanie :), napiszę, co mi się podoba: fajna średnia, którą można wykręcić w takim tłumie oraz zapewne sympatyczny klimat wśród tych uczestników, którzy "pro" znają jedynie z wyrazów (na przykład) probiotyk czy prosektorium :) Aha, życzę, żeby wszyscy dojechali w całości i mam nadzieję dobrze się bawili, bo przecież każdy lubi co innego. Powodzenia!

A ja tymczasem musiałem sobie radzić :) Wykonałem więc "kondominium" (Poznań - Luboń - Komorniki - Szreniawa - Stęszew - Łódź - Dymaczewo - Mosina - Puszczykowo - Łęczyca - Luboń - Poznań), mimo że (jak ostatnio wspominałem) zostało ono już zepsute, m.in. przez dwa kilometry tarki przed Dymaczewem Nowym. Duło słabiej niż wczoraj, ale wciąż mocno, do tego rano powiewy jeszcze zwiększały odczucie zimna przy tych trzynastu stopniach, więc ubrałem się na jesienną cebulkę, nie zapominając o kominie. Finalnie wyszło średnio - organizm jeszcze dostosowuje się do nagłej zmiany pogody.

W Witobelu postanowiłem zrobić mały eksperyment i zobaczyć, dokąd prowadzi jedna z bocznym dróg. Początkowo doskonałym, a pod koniec tragicznym asfaltem dotarłem nad Jezioro Witobelskie, może niespecjalnie malownicze...

..,ale zawierające nad brzegiem sympatyczną atrakcję w postaci koniny :) Stado koni zawsze wywołuje u mnie uśmiech, bo to zwierzęta niezwykle mądre, a do tego komunikatywne. Udowodnił mi to dziś jeden młodziak, który nie tylko dał się pogłaskać, ale wybitnie zainteresował moim rowerem :)


Jednak gdy zaczął mi zjadać podsiodłówkę i zabierać za siodełko, wolałem się pożegnać :) A ta kropka na czole wydawała się jakaś znajoma z innego gatunku czworonogów :)


Podsumowując: dobrze, że był ten czelendź, bo dzięki niemu mam nowego kumpla, i to za darmo :)

Rellive będzie później, tak samo jak moja bytność na BS, bo czas nagli, więc jeśli w tekście są jakieś błędy to sorry, skoryguję wieczorem.

EDIT: Relive "już" jest, o tutaj.




  • DST 53.15km
  • Czas 01:53
  • VAVG 28.22km/h
  • VMAX 53.20km/h
  • Temperatura 15.0°C
  • Podjazdy 160m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Wietrzny oddech Pegaza :)

Sobota, 22 września 2018 · dodano: 22.09.2018 | Komentarze 11

Myślę, że łatwo zgadnąć, co będzie głównym motywem mojego dzisiejszego wpisu, pierwszego po załamaniu pogody. Oczywiście chodzi o... musztardę :)

Ale najpierw jednak o aurze. Wczoraj wieczorem i w nocy wiatr urywał łby, rano już tylko kaski. Oj, przypomniałem sobie - niestety zgodnie z zapowiedziami - co czeka nas jesienią. Nie chciało mi się nawet kombinować z trasą, tylko pojechałem w tę i z powrotem na zachód: z Dębca przez Plewiska, serwisówki, Dąbrówkę, Palędzie, Dopiewiec i Dopiewo do miejsca, gdzie asfalt kończy się nagle i gwałtownie, czyli do Podłozin - tam nastąpiła nawrotka. Walka z porywami była nierówna i z góry przegrana, więc się nie starałem.

Na niebie też trwała wojna: chmur z czystym niebem. Tu chyba wyszedł remis, bo przez część wypadu towarzyszył mi deszczyk, a przez część taki widok:

W Dopiewie kolejny raz czekała mnie wizualna i mentalna trauma. Akurat dzisiejszym szlakiem kursuję rzadko, więc ze zdziwieniem zauważyłem, że znów coś kombinują, tym razem po drugiej stronie miejscowości. Tak to się prezentuje:

Wyglądało mi to jak przedłużenie koszmarnego kawałka najbardziej klasycznej polskiej DDR-ki, którą jak zwykle olałem. Ale dla pewności zapytałem drogowców, którzy coś tam zamiatali:

- Panowie, tu będzie chodnik czy droga rowerowa?
- Chodnik - odpowiedział pierwszy.
- Jaki chodnik? Ścieżka rowerowa! - z dumą wtrącił się drugi.
- Eeee.... Na pewno? Czyli powstanie tu takie samo gówno jak tamte, które ominąłem? - kulturalnie się upewniłem.
- Nie no, ta kostka jest niefrezowana...
- Super... Ale to wciąż kostka...
- Panie, a co my możemy?

Jak zwykle racja. Oni są niewinni, kretyni zatwierdzający te buble w życiu na nich się nie pojawią... Pożegnałem się więc z panami, a gdy wracałem akurat wiało mi w plecy, więc rozpędziłem się na płaskim do 50+. Zakładam, że istnienie śmieszki tego w przyszłości nie zmieni, bo często mnie w takich przypadkach dotykają problemy ze wzrokiem :)

No i na koniec o musztardzie. Przy wyjeździe z Poznania przyuważyłem, że firma Pegaz, tworząca jej najlepszą na świecie odmianę, czyli Piekielną, pochwaliła się nową wystawką na murze zakładu, więc zatrzymałem się zrobić rowerowe selfie na tym godnym tle.

Wzbudziło to zaniepokojenie ciecia siedzącego w budce, który wychylił się, pewnie widząc we mnie potencjalnego terrorystę :) Pokazałem mu, że tylko robię zdjęcie i krzyknąłem, że lubię widoczne tu wyroby, ale że wiatr duł i nie byłem pewien, czy słyszał, po chwili podjechałem do widocznej w tle "strażnicy" (wąsaty cerber jak widać bał się wyjść), żeby przekazać, iż nie ma potrzeby wzywania ekipy, która zlikwidowała Bin Ladena. Niestety, przekaz się nie udał, bo pan w panice zamknął mi drzwi przed nosem. A przecież nawet nie byłem nieogolony :)

Tutaj Relive.




  • DST 52.20km
  • Czas 01:42
  • VAVG 30.71km/h
  • VMAX 50.20km/h
  • Temperatura 26.0°C
  • Podjazdy 364m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Tup tup

Piątek, 21 września 2018 · dodano: 21.09.2018 | Komentarze 9

No to żegnamy lato z przytupem. Tup tup. Byłby pewnie większy, gdyby nie lubońskie codziennie atrakcje, czyli korki plus ich aktywni uczestnicy, koniecznie chcący akurat jeden samochód przede mną wykonać lewoskręt, zaparkować tam, gdzie już za minutę (lub dwie) zwolni się miejsce, choć prym wiedli miłośnicy tutejszego podejścia do włączania się do ruchu z podporządkowanej, którego sednem jest jedno: "jeśli rowerzysta jedzie główną, to jest na podporządkowanej. Bo tak".

Ale poza tym było bosko, czyli - na moje - diabelsko :) Rano z temperaturą można jeszcze było żyć, solidny wiatr dmuchał przewidywalnie (!) z południa, a wybrana trasa, czyli " muminek" (Poznań - Luboń - Wiry - Łęczyca - Puszczykowo - Mosina - Rogalinek - Sasinowo - Wiórek - Czapury - Babki - poznańska Głuszyna - Szczytniki - Jaryszki - Krzesiny - Starołęka - Lasek Dębiński - dom) była na dziś optymalna: dużo drzew, cienia i ładne widoczki. A przede wszystkim: JESZCZE nikt póki co nie wpadł na abstrakcyjny pomysł budowy kolejnych DDR-ek, prócz tych, które niestety zakwitły tu już jakiś czas temu. Taki ostatni bastion :)

Od jutra zmiana pogody na - póki co - taką spod znaku "nie wiadomo jaka", więc za mną pewnie ostatnia okazja do widoku Warty w świetlistej odsłonie: z okolic Rogalinka i z Wiórka.


Tup tup schyłkowe bardzo mi się podobało. Teraz jedynie czekać na wspomnianą zmianę aury, a jako że jak wiadomo normalnie być z nią nie może, zapewne czeka nas już niedługo tupu tup po śniegu...




  • DST 54.60km
  • Czas 01:49
  • VAVG 30.06km/h
  • VMAX 52.40km/h
  • Temperatura 27.0°C
  • Podjazdy 298m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Kondominium: upadek. Prolog

Czwartek, 20 września 2018 · dodano: 20.09.2018 | Komentarze 18

Pogoda taka sama jak wczoraj i przedwczoraj, więc rozwijał się w temacie nie będę, bo nie mam ambicji zostania papierem toaletowym. Gorąco, słonecznie, wiatr w miarę pod kontrolą. Jeszcze jutro będzie podobnie, a od weekendu solidne ochłodzenie, wiatr i deszcze.

Zanim przejdę do rozkminy tytułu, mały wstęp. Wykonana dziś trasa, czyli "kondominium" (lekko odwulgaryzowana i poszerzona wersja "kondomika"), jest od zawsze moją ulubioną na południe od Poznania. Jej szczegóły znałem do tej pory niemal na pamięć, wiedziałem, gdzie nie jechać, jak najlepiej omijać korki (o ile się dało), gdzie jest jaka dziura. W związku z tym wsie i miasteczka (Komorniki, Szreniawa, Rosnówko, Stęszew, Łódź, Dymaczewo Nowe i Stare, Mosina, Puszczykowo, Łęczyca, Luboń) mogłem mijać z zamkniętymi oczami.

Do tego szlak prowadzi dokoła WPN-u, można przy nim zobaczyć pola, lasy, jeziora, nawet zaliczyć kilka hopek.

Jednak, co da mnie było chyba najważniejsze - ilość DDR-ek była tu ograniczona do minimum. Gdy więc dziś zaraz za Witobelem stanąłem na wahadle, mając po prawej rozryte pobocze, zapalił mi się w głowie alarm: czy "oni" czegoś tu nie kombinują?

Gdy już ruszyłem, podjechałem do operatora koparki i zapytałem, co jest w planach. No i niestety moje najczarniejsze myśli się potwierdziły: cały odcinek od Dymaczewa Nowego do Stęszewa będzie poszerzony, a po jednej stronie zakwitnie DDR-ka. Niestety nie uzyskałem informacji kluczowej: z czego to cholerstwo będzie. Co nie zmienia faktu, że dalszą jazdę miałem już skopaną, bo w tym temacie moje wizje zawsze są czarne.

Jakby na złość, gdy już dojechałem do jedynej śmieszki na trasie, czyli tej w Łęczycy, napotkałem najpierw na swoistego klasyka (jak widziałem we "wstecznym", paniusia wzięła sobie do serca moją subtelną sugestię w temacie myślenia przy parkowaniu)...

...by kawałek dalej zostać trafiony cięższym argumentem. Przedstawiał się on mianowicie tak:






Co tu się zdarzyło? Zgodnie z informacją z epoznan.pl, wczoraj za dnia tę oto DDR-kę przeryła ciężarówka jadąca w kierunku Poznania. Według komentarzy kierowca zasłabł, ale ciężko mi to zweryfikować. Szczęście w całym nieszczęściu jest takie, że nikt akurat nie jechał tu rowerem (czy po niej, czy po drodze) lub nie doszło do zderzenia z innym samochodem - placuszek byłby gwarantowany. Smutny to widok, bo oczywiście, że gdyby ścieżki tu nie było, to skutek mógł być podobny, jednak jak człowiek uświadomi sobie, że nie ma dla niego miejsc bezpiecznych, robi się lekko słabo...

Wracając do głównego tematu: na tyle mnie on nurtował, że wykonałem po przyjeździe telefon do urzędu w Stęszewie i dopytałem w odpowiednim referacie miłego pana o więcej szczegółów. Uspokoiłem się jedynie częściowo: śmieszka będzie na 100% (shit :/), poza miejscowościami podobno z asfaltu (plus), w nich - z kostki frezowanej (chlip :/). Prowadzona będzie po jednej stronie drogi, poza wsią Witobel, gdzie - jak usłyszałem - trzeba się będzie skierować z jednej strony na drugą. Yhm, już to widzę :) No nic, planowane zakończenie jest za rok, do tej pory będzie można się cieszyć tym, co najlepsze dla szoszona - zwykłym, przyzwoitym asfaltem, bez wynalazków antyrowerowych. No, może nie do końca - dziś przez kilometr jechałem już po tarce, bo zryto kawał drogi (widać to na Relive).

Mamy prolog tej sagi, zapewne kolejne rozdziały będą dziać się na moich oczach. Niestety.




  • DST 55.10km
  • Czas 01:50
  • VAVG 30.05km/h
  • VMAX 51.60km/h
  • Temperatura 27.0°C
  • Podjazdy 217m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Smaczkowo

Środa, 19 września 2018 · dodano: 19.09.2018 | Komentarze 9

Pogodowo z grubsza czekało mnie dziś to, co wczoraj - lato pełną (aż za bardzo, bo gorąco) gębą. Mimo że wyruszyłem po ósmej, podczas powrotu już lekko parowałem, a do pracy niemal dopłynąłem.

Jest ciepło, więc i na mieście dwukołowców na pęczki. Przeróżnej maści i jakości. Już na samym początku na horyzoncie zobaczyłem paniusię na miejskim, która ofuknęła jakąś babuszkę, którą (wiek ma swoje prawa) zawiało z chodnika na skraj pasa dla rowerów. Zrobiła to chwilę po tym, jak sama... z impetem przejechała na czerwonym przez pasy.

Samą trasę chętnie bym zwizuwalizował na Relive, ale niestety znów GPS się nie popisał - załączył się dopiero na piętnastym kilometrze, gdy zachciało mi się spojrzeć na światłach na telefon, stwierdzić, że nie działa i dać mu z teoretycznego buta. W związku z tym odcinek początkowy, to jest z Poznania przez Luboń i Wiry do Komornik, to wg Endo czysta teleportacja. Potem już ślad jest, więc część zachodniego kółeczka - Szreniawa, Rosnowo, Konarzewo, Trzcielin, Dopiewo, Palędzie, Dąbrówka, Plewiska i Poznań - jakoś tutaj widać.

Widać też, że wiosna przyszła - rzepak kwitnie, aż miło :)

Przy wjeździe do Plewisk, ale jeszcze na terenie niezabudowanym, tak się zapatrzyłem na jadący z naprzeciwka pojazd (w którym w sumie nie było nic ciekawego), że nawet nie wiem kiedy, ale wylądowałem z czterema dychami na liczniku na poboczu. Jakoś intuicyjnie udało mi się nie wylecieć w kosmos, choć łatwe to nie było. Za to ja byłem z siebie dumny, coś jednak zostało z dzieciństwa, gdy pomykałem jak (jeszcze bardziej) głupi rowerem po górskich lasach. O dziwo nawet wleciałem z powrotem na drogę bez zatrzymania, oczywiście udając, że ten paniczny manewr był zamierzony :) A gdyby nawet coś mi się stało, wpadłbym pod samochód lub na drzewo, mógłbym mieć pretensje tylko do siebie, bo to moje gapiostwo spowodowałoby tragedię, a nie przyroda, obojętnie czy ożywiona, czy nie ("słynne" mordercze drzewa).

A już spod domu dwa smaczki, serwowane w zestawie, polane dębieckim sosem :) Trochę się naszukałem, jaki to model Skody (110 LS), a co tandemu - nawet nie próbowałem :)




  • DST 53.10km
  • Czas 01:45
  • VAVG 30.34km/h
  • VMAX 50.30km/h
  • Temperatura 26.0°C
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

666 + EP07

Wtorek, 18 września 2018 · dodano: 18.09.2018 | Komentarze 13

Oj, słoneczko dziś dało popalić. Szczerze mówiąc myślałem, iż temperatury, którym ciut bliżej trzydziestu niż kilkunastu kresek, już za nami, ale niestety się przeliczyłem. Ale cóż, to tymczasówka - na weekend zapowiadane są (w kolejności alfabetycznej): deszcze, ochłodzenie i wiatr. Z czego punkt środkowy jako jedyny mnie cieszy :)

Ruszyłem lekko po dziewiątej rano, bo znów rozpocząłem maraton w pracy i czasy wysypiania się skończyły. Wiem, wiem, inni o tej porze już najczęściej rozpoczynają drugą godzinę z niezwykle ważnymi dla świata zadaniami, ale że trzeba mieć w życiu priorytety, to ja wtedy kręcę :) Wiało niby to ze wschodu, niby to z południa, w każdym razie tragedii z powiewami nie było. Wykonałem "muminka", czyli kółko z domu przez Lasek Dębiński, Starołękę, Krzesiny, Jaryszki, Koninko, Szczytniki, Sypniewo, Głuszynę, Babki, Czapury, Wiórek, Rogalinek, Mosinę, Puszczykowo, Łęczycę i Luboń do Poznania.

Przyroda wciąż w miarę kolorowa, na późnojesienną łysinę i szarzyznę na szczęście jeszcze czas nie nadszedł.


Endomondo znów mi poszalało, ale tym razem głównie w temacie przewyższeń. Choć generalnie wyjątkowo nie mam mu tego za złe, gdyż liczba, która pojawiła się po zakończeniu wypadu, wydawała się jakaś taka znajoma :) Przypadek? Aj dont fink soł!

Tutaj z kolei moja codzienna aktywność na trasie - stanie na zamykających mi się przed pyskiem rogatkach. I tak jednak dziś było skromnie, bo oddałem się owej czynności tylko raz, a mogłem co najmniej cztery.

W internetach przed chwilą znalazłem informację, że  widoczna tu "ep-ka" o tym numerze ma 28 lat, stacjonuje sobie zazwyczaj w lokomotywowni w Gdyni, a w tym miesiącu miała już okazję transportować kiboli Lecha do Warszawy na mecz z Legią. Co to ma do bloga rowerowego? Nic, ale może komuś przyda się ta informacja :)




  • DST 53.04km
  • Czas 01:46
  • VAVG 30.02km/h
  • VMAX 50.70km/h
  • Temperatura 21.0°C
  • Podjazdy 144m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

G(łu)P(ta)S

Poniedziałek, 17 września 2018 · dodano: 17.09.2018 | Komentarze 5

Wpis ekspres, bo jednak wciąż czas nie jest z gumy, mimo że tyle razy go o to prosiłem :)

Dzisiaj jazda już nie taka komfortowa jak wczoraj, głównie przez korki, oczywiście w Luboniu. Jakiś inteligent bowiem postanowił naprawić sygnalizację świetlną, przez co jest gorzej niż było bez niej. Do tego wiatr wrócił, jednak dało się z nim żyć. Poza tym - całkiem spoko.

Wykonałem "kondominium prawe", czyli wersja od strony: Poznań - Komorniki - Szreniawa - Stęszew - Łódź - Dymaczewo - Mosina - Puszczykowo - Łęczyca - Luboń - Poznań. Pokazałbym to w całości na Relive, ale GPS zwariował, więc jedną trzecią trasy mam na nim prostą jak drut. W sumie nie obraziłbym się, gdyby było tak w rzeczywistości :)

Jak widać, dziś bez kontrowersji. No, może wydarzyło się jedna wyjątkowa rzecz - kierowca lubońskiego Translubu podziękował mi za umożliwienie wyjazdu z zatoczki. Istny cud :)