Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi Trollking z miasteczka Poznań. Mam przejechane 239922.80 kilometrów w tym 4.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 27.49 km/h i się wcale nie chwalę.
Suma podjazdów to 784363 metrów.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl


Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Trollking.bikestats.pl

Archiwum bloga

Góroostatki

Wtorek, 9 października 2018 · dodano: 09.10.2018 | Komentarze 35


Nastąpił moment pożegnania się z górkami. Można było być trochę dłużej, ale jak się okazało, nie można było, więc dziś nastąpił powrót :)

Na ostatni trip wybrałem kreatywną destynację :) A po ludzku, nie korpo-hipstersku: ruszyłem rowerem tam, gdzie mi się zachciało, bez wstępnych założeń. A że zachciało mi się najpierw ruszyć na południe, to ulicą Sudecką dotarłem do jednej z niewielu naprawdę fajnych DDR-ek w Jeleniej Górze, prowadzącej w linii prostej do granicy z Łomnicą.

Było dość wcześnie, więc widoczki dopiero się kreowały i tyłka nie urywały.

Ale i tak byłem zadowolony, że widzę cokolwiek, gdyż kawałek wcześniej sytuacja wyglądała tak:

Prostą - niczym życie duchowe szarego, brudnego kibola Lecha, Legii, Śląska czy nawet Karkonoszy Jelenia Góra - drogą...

...dotarłem do Karpacza, ale że wiało mi w pysk i ruch samochodów był spory, stwierdziłem, że pchać do góry się nie będę i zawróciłem do Ścięgien, a następnie Miłkowa, stamtąd z kolei kierując się na Sosnówkę, spodziewając się jak zwykle pięknej panoramy tamtejszego zbiornika wodnego na tle gór. No ale niestety – dopiero ustępujące ze szczytów mgły pozbawiły mnie tej możliwości.

Za to zapoznałem się z koleżankami :) Uprzedzę fakty i zdradzę, że nie ostatnimi tego dnia.

Minąłem Podgórzyn i Zachełmie, pojawiłem się w jeleniogórskim Sobieszowie i zacząłem realizować plan, który zrodził mi się podczas kręcenia. Najpierw jednak sfociłem mój ukochany Chojnik, czyli zamek powstały jakby z zaprzeczeniem zasad grawitacji i ludzkiego rozsądku.

Planem owym była wspinaczka przez Jagniątków do Michałowic. Czyli kilka dobrych kilometrów rzeźni, ale na szczęście z perspektywą zjazdu swoimi śladami.



Przez chwilę towarzyszył mi nawet świniodzik, eee, to jest słodki piesek :)

Na górze, prócz widokowej poezji…

...trafiła się kolejna sympatyczna fauna – jeszcze dekadę temu widok tu nie do pomyślenia. I nie do pogłaskania :)


Czas gonił, więc i tak już zdeka przedłużony wyjazd skróciłem jak mogłem, z Sobieszowa wracając najkrótszą trasą przez Cieplice, by w końcu zameldować się w centrum.


Tym samym zakończyłem niedługi, ale owocny w pogodę i rowerowanie, górski wypad. Później postaram się jeszcze dokleić mapki dla zainteresowanych przy każdym wpisie oraz nadrobić w końcu zaległości.

EDIT: Jeszcze zdjęcie dla pewnego przyjezdnego Morsa, coby się nie wymądrzał w temacie właściwych nazw nadawanych przez autochtonów :)

EDIT 2: Tu Relive. No i przy każdym wpisie dodaję obiecane mapki.


Kategoria Góry


Z ogniem w... :)

Poniedziałek, 8 października 2018 · dodano: 08.10.2018 | Komentarze 11


Kolejny dzionek z piękną październikową pogodą. No trafiło się jak ślepej kurze ziarno, ale jeśli jest takie życie bezokiego drobiu, to w sumie nawet mógłbym nim zostać :)

Wiało najpierw ze wschodu, potem z północy i zachodu, zresztą nieważne, bo po prostu w pysk, ale na szczęście słabo. Czyli po wielkopolsku, ale jednak po sudecku :)

Wyjechałem po dziesiątej (w końcu urlop), najedzony, dokawowany, a nawet wyspany. Z Jeleniej ruszyłem w kierunku Łomnicy i Karpnik, wciąż w asyście słynnych cycuchów, bliżej i dalej.


Następnie zaatakowałem Przełęcz Pod Średnicą. Trafił mi się ciekawy motywator :)

Serpentynka za serpentyką i dotarłem do Gruszkowa, a w końcu do samej góry, skąd spojrzałem na świat, skąd pochodzę :)


Potem już świetny zjazd do Kowar, które objechałem sobie dokoła i wyjechałem do trasy na Ścięgny.


Zahaczyłem jeszcze o Karpacz i srrruuu, przez Mysłakowice i znów Łomnicę do Jelonki.

Dziś nie było żadnej partyjnej konwencji, a szkoda, bo chętnie bym się pobrechtał tym razem z platfusów :)

Jak zwykle Relive - tutaj.


Kategoria Góry


Rudawy, Miedzianka i "Magajwer"

Niedziela, 7 października 2018 · dodano: 07.10.2018 | Komentarze 13


Z tęsknoty obrałem dzisiejszego poranka jeden z moich ulubionych kierunków, czyli Rudawy. Zawsze mnie cieszy, gdy podczas wypadów do Jeleniej zawieje ze wschodu, bo pojawia się ku temu okazja. Dziś wiało ze wschodu, a podczas powrotu... z zachodu, ale nie marudzę, bo dmuchało wciąż w pysk, ale jednak słabo :)


Z Jeleniej ruszyłem przez Łomnicę, Wojanów, Bobrów, Trzcińsko, Janowice. Zerkając na pięknie kolory jesieni, ładnie skrzący się Bóbr i wysoko położone Sokoliki.




A że już bylem, gdzie bylem, poszedłem za zewem trolla... :)

...i wjechałem sobie do Miedzianki. Czyli krainy Wygasłych Browarów, z jednym prężnie działającym :) Po wspięciu się na górę nie od parady, zatrzymaniu się na, hmmm, rynku, zawróciłem sobie, rozpędzając do 65 km/h.





Powrót nastąpił przez ponownie Janowice i Trzcińsko, potem Przełęczą Karpnicką do Karpnik, Krogulca, Bukowca, Mysłakowic i Łomnicę do Jeleniej.


W Wojanowie spotkałem samochód nie byle kogo. Nie wiem czy widać na fotce, ale na boku jest napisane: "Auto naprawa Magajwer". Jak widać, do niczego tu nie można mieć zastrzeżeń, prócz może znajomości języków obcych :)

A po południu wybrałem się na... regionalną konwencję PiS :) Lepszego kabaretu wymarzyć sobie nie mogłem. Panie z publiki szalały i chichotały jakby znów miały sześćdziesiąt lat, panowie partyjni kłaniali się sobie nisko i gaworzyli jak na polu minowym, a poza tym lewactwo się szerzyło w ustach partyjnych ludków wszem i wobec, o dziwo nie ja byłem adresatem, a ultra prawactwo z PO. Warto było się pojawić, taki show za darmo nieczęsto się zdarza :)

Zaległości na BS i komentarze postaram się nadrobić jutro, bo padam na pysk. W końcu urlop nie jest od tego, żeby odpoczywać, prawda? :)

Relive tutaj.


Kategoria Góry


Porębane :)

Sobota, 6 października 2018 · dodano: 06.10.2018 | Komentarze 22

Jak urlop, to pierwszy wybór zazwyczaj jest jeden – moje górki :) Wczoraj wieczorem wylądowaliśmy więc w Jeleniej Górze, a dziś rano można się było przywitać z rowerowym zombie, który o dziwo wciąż jest w stanie "jeżdżalnym”, choć coraz mniej. Ale i tak wielkie brawa dla niego za wytrzymałość na mnie w tym wieku :)

Z pogodą trafiłem idealnie. Dziwne :) Nawet wiatr, mimo że zmienił kierunek i miałem go w pysk i w pysk, był słaby. Zresztą Sudety to nie Poznań, jak wiadomo, nie ma się najczęściej czym przejmować :)

Z trasą nie kombinowałem, tylko wybrałem się do Szklarskiej Poręby. Czemu? Bo tak :) A że mogę ją (trasę) wykonywać po ciemku i z zamkniętymi oczami, to za wiele nowości w tym wpisie nie zawrę. Ruszyłem koło dziesiątej, zaczynając od Cieplic, by z nich prosto dostać się na Stawy Podgórzyńskie, gdzie wykonałem zwyczajową sesję.


Następnie dołem Zachełmia i przez Sobieszów...

...dotarłem do Piechowic, z których już rzut beretem - czyli banalne sześć kilometrów pod górę - i byłem na miejscu. Po drodze najpierw wyprzedził mnie młody szoszon, z którym zamieniłem kilka zdań, ale że nie chciałem go na swoim trupie spowalniać, to popędził dalej, ale w Szklarskiej Średniej znów się zrównaliśmy. Ku mojemu niezmiernemu zdziwieniu :)


Gdy robiłem zapas oscypków, zagadał mnie jeden z turystów, czy nie wiem przypadkiem, gdzie tu jest wypożyczalnia rowerów. Nie wiedziałem początkowo czy to pocisk wobec mojego super hiper pro ultra sprzętu mtb, czy szczera ciekawość (okazało się, że to drugie), ale i tak odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że… nie wiem :) Na szczęście Pani Oscypkowa pokierowała zainteresowanych w odpowiednie miejsce.

Chwilę relaksu zrobiłem sobie przy stacji Szklarska Poręba Górna. Łaskawie dałem również sobie zrobić selfie :)



Zjazd ze Szklarskiej Górnej to poezja, na szczęście mało znana, więc ruch tam znikomy i można się rozpędzić (dziś 60+ na zakręcie).


Końcówka to jeszcze zaliczenie Pakoszowa, a reszta swoimi śladami.

Po południu podjechaliśmy sobie na Stawy Podgórzyńskie. I co? Tam spotkaliśmy zajadającą sobie na tarasie restauracji Maję Włoszczowską. Jak widać w Jelonce nawet jak człowiek chce się odciąć od roweru, to nie ma jak :)

Relive tutaj.


Kategoria Góry


  • DST 53.10km
  • Czas 01:46
  • VAVG 30.06km/h
  • VMAX 61.00km/h
  • Temperatura 13.0°C
  • Podjazdy 169m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

D jak Dopiewo

Piątek, 5 października 2018 · dodano: 05.10.2018 | Komentarze 8


Z okazji piątku (bo to zawsze jakiś powód) wykonałem kółeczko zachodnie, w wersji: Poznań - Luboń - Wiry - Komorniki - Szreniawa - Rosnowo - Chomęcice - Konarzewo - Trzcielin - Dopiewo - Palędzie - Dabrówka - Plewiska - Poznań. Pogoda w końcu fajna, wiatr umiarkowany, ale z jednego kierunku, dość ciepło. Tyle suchych faktów, niech mam to już za sobą :)

Fajnie się jechało. Nawet samochodów jakby mniej na drogach. Również w Luboniu!

A na niebie same cudowności.


W Dupiewie (chyba ta nazwa jednak pozostanie u mnie jako oficjalna) straciłem resztki nadziei. Odważyłem się bowiem w końcu zapytać panów skupionych nad budowaną DDR-ką w kierunku Dopiewca:

- Panowie, ta ścieżka to będzie z kostki czy z asfaltu?
- No z kostki.
- Cholera jasna...
- A to źle?
- No źle...
- Ale niefazowana!
- Super...

I faktycznie, gdy jechałem sobie dalej, widziałem, że nie ma się co łudzić. Fajną, szeroką prostą już częściowo spieprzono, posypią się pewnie na wiosnę mandaty, no trudno... :/

A ja, widząc plakaty z pyszczkami, którymi usrane były okoliczne płoty, w końcu dodałem sobie dwa do dwóch. Przecież ta nadzwyczajna aktywność drogowo budowlana w tych okolicach nie jest przypadkiem - idą wybory. Zatrzymałem się, poszukałem w necie, jak nazywa się wójt, a następnie zrobiłem zdjęcie przy odpowiednim nazwisku. I cóż mi pozostaje... Życzyć, żeby po wyborach już nikt nigdy przez tego pana kostką potraktowany nie został, że tak nawiążę do klasyka. Z jakiejkolwiek partii jest (bo zupełnie nie mam pojęcia, nawet tego, czy z jakiejkolwiek). I to hasło: "Zmieniamy Gminę Dopiewo Dla Ciebie"... Dzięki, kurna, dzięki.

A teraz najważniejsze słowo tego dnia :)

Niedługo wyjazd na kilka dni, co - i czy cokolwiek - wyjdzie z rowerowania, się okaże.

Tutaj Relive.




  • DST 55.20km
  • Czas 01:55
  • VAVG 28.80km/h
  • VMAX 50.80km/h
  • Temperatura 12.0°C
  • Podjazdy 167m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Nieboziem

Czwartek, 4 października 2018 · dodano: 04.10.2018 | Komentarze 9

Pogoda dziś, a pogoda wczoraj, to jak niebo i ziemia. Czyli obie wersje do du...szy, ale jedna jakby mniej :) Dzisiaj słabiej wiało, w ogóle nie padało, było cieplej, ale wciąż chłodno. Na polach i serwisówkach monetami zmiatało mnie z asfaltu, jednak mimo wszystko dało się jechać. Więc finalnie doznania chyba optymistyczne, acz z lekkim niesmakiem, bo wynik średni :)

Obrałem znów kierunek na zachód, tworząc odwłokową (może to widać na Relive) trasę, z Poznania przez Plewiska, serwiswóki, Zakrzewo, Sierosław, Więckowice, Fiałkowo, Dopiewo, Dopiewiec, Palędzie, Dąbrówki oraz znów serwisowki i Plewiska do domu. W sumie... fajnie było móc jechać do przodu, a nie bronić się przed jazdą do tyłu, sponsorowaną przez kochany, słitaśny wiaterek :)

Zaraz, zaraz, czy ja gdzieś tam na górze napisałem Dopiewo? Wciąż mam dylemat moralny, czy nie używać na stałe wersji prawidłowej, czyli Dupiewo, jednak wciąż się jeszcze powstrzymuję - dziś bowiem czekała mnie tam kolejna zagadka: czemu zrywany jest wąski pas asfaltu po jednej stronie drogi, zaraz przy chodniku, i czemu obok sterczy odłożona kostka. Mam nadzieję, że to, co myślę, to nie to, co myślę... :/ Widziałem co prawda fachmanów, ale dla własnego zdrowia psychicznego postanowiłem nie pytać, co tu powstaje....

Z rzeczy budujących, ale inaczej: znalazłem kolejną miejscowość, której wojewoda zapewne przytnie dofinansowanie :)




  • DST 53.00km
  • Czas 02:07
  • VAVG 25.04km/h
  • VMAX 45.00km/h
  • Temperatura 10.0°C
  • Podjazdy 149m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

"Czy słońce, czy deszcz...". A huragan gratis :/

Środa, 3 października 2018 · dodano: 03.10.2018 | Komentarze 6

Dobrze, że miałem dziś wolne, bo pewnie po wyjeździe, który na szczęście już za mną, musiałbym wziąć L4 :) Ale po kolei, bo tak ciężkiego kręcenia nie pamiętam nawet z wypadów w górki.

Ruszyłem koło jedenastej, bo wszystkie prognozy jak jeden mąż twierdziły, że nocne i poranne opady wtedy właśnie się kończą. No i po raz kolejny okazało się, że skoro pogodynki coś zapowiadają, to... zapowiadają. Już bowiem na granicy Poznania z Plewiskami musiałem sięgać do plecaka, który zapobiegliwie ze sobą zabrałem, jeszcze bardziej zapobiegliwie wkładając do niego rowerową kurtkę antydeszczową. Natomiast wielkim osiągnięciem mojego wybitnie taktycznego umysłu (eh, te lata grania w Fifę) było wyjechanie nie szosą, a crossem. Oj, nawet nie chcę myśleć o opcji postawienia na pierwszą wersję...

Teraz słówko o wietrze. Albo nie, nie będę tu używał wulgaryzmów :) Ten, kto miał tę nieprzyjemność dziś wyściubić nos za drzwi lub okno, wie, z czym to się wiązało - momentami maks, który udało mi się wyciągać wynosił kilkanaście kilometrów na godzinę, przy niemałym wysiłku. Jednak gorsze było to, że podczas powrotu gnój zmienił kierunek na bardziej północny, więc zamiast pomagać, walił z boku. Na tym kończę temat, żeby się nie denerwować :)

W Plewiskach postanowiłem, że lekko zaimprowizuję i po raz pierwszy zobaczę jak wygląda jazda skrótem do Głuchowa. Cóż, myślałem, że będzie gorzej, biorąc pod uwagę, że nawierzchnia wyglądała jak wyciągnięta z księżyca :) Pokręciłem sobie po dziurach przez prawie trzy kilometry, na głos pytając siebie, czemu tego kosmiczne długiego odcinka nikt jeszcze nie wyasfaltował, żeby choćby ułatwić życie mieszkańcom. Wystarczyłaby cienka nitka, żeby nie zniszczyć jedynego ratunku od wiatru, czyli pojedynczej kępy drzew.




Przez Chomęcice, Konarzewo i Trzcielin jakoś dopełzłem (bo inaczej tego nazwać się nie da) do Lisówek. Tak, wiem, byłem tam wczoraj, ale jak się okazało (przyuważyłem dopiero później na mapie) przeoczyłem coś, czego odkryć nie mogłem podczas jazdy szosą. Tym czymś było Jezioro Tomickie, nad którym w życiu nie byłem. Do dziś. Dupy może nie rwie, ale droga do niego bardzo mi się podobała - teren, wiejskie realia, pagórki, mniam.





Jak widać na zdjęciach, niebo było dość niepewne, więc zerkałem nań z pewnym niepokojem. Jak się okazało, nie bez powodu. Gdy tylko wróciłem do Trzcielina, musiałem bowiem chować się pod wiatą przystankową, bo zaczął padać... lekki grad.

Po odczekaniu kilku minut ruszyłem, by parę kilometrów dalej, w Chomęcicach, znów wylądować pod daszkiem, tym razem - jak widać - nie sam. Uprzedzam pytanie - koszyczek nie jest mój :)

Końcówka to walka z bocznymi rzeźniczymi podmuchami oraz zachwyt nad... pięknym i błękitnym niebem. Po dotarciu do domu jedynym ratunkiem był ciepły prysznic i - zapobiegliwie - napar z Gripexu. Brrr... No ale nikt nie mówił, że rowerowanie będzie lekkie :)

Wybory za pasem :)

Relive z tego porąbanego pogodowo dnia TUTAJ.




  • DST 54.00km
  • Czas 01:54
  • VAVG 28.42km/h
  • VMAX 61.00km/h
  • Temperatura 10.0°C
  • Podjazdy 148m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Myszołowiąc

Wtorek, 2 października 2018 · dodano: 02.10.2018 | Komentarze 6

No i niestety - standardowy, klasyczny "piździernik" nadszedł. Na starcie miałem dziś może z osiem stopni, ale dzięki kochanemu wiaterkowi, który był nie tylko bardzo silny, ale i przejmująco zimny, realne odczucie było na poziomie szanującej się zimy. W związku z tym już od samego początku olałem średnią, skupiając się na przetrwaniu - jakoś się udało.

Kierunek wypadu był zachodni, a jak zachodni, to pola, pola i pola. Z Dębca ruszyłem do Lubonia, Wirów, Komornik, Szreniawy, Chomęcic, Konarzewa i Trzcielina, gdzie postanowiłem "zaszaleć" i pojechać w kierunku Lisówek, znanych głównie z opisywanego przeze mnie ładnie położonego DPS-u, jednak tym razem od drugiej mańki. Jak się okazało, mimo że asfalt znajduje się po dwóch stronach wsi, to w jej środku go.... brak. Musiałem więc się zawinąć jak niepyszny, ale i tak nie żałowałem - jak się okazało są tam genialne tereny do "polowania" z aparatem na ptaki. Podobno gdzieś można odnaleźć rezerwat Trzcielińskie Bagna, ale to nie tym rowerem - sprawa do nadrobienia czymś, co nie jest szosą. Dziś udało mi się jedynie z drogi przyłapać myszołowa, który był moim widokiem zdziwiony bardziej niż ja widokiem jego :) I jak zwykle żałowałem, że nie mam przy sobie porządnego sprzętu i wyszła pikseloza...



A dokoła widoczki typowo sielskie i anielskie :)

Powrót nastąpił znów przez Konarzewo, ale potem z korektą już przez Dopiewiec, Palędzie, Gołuski i Plewiska. Zmarzłem solidnie, przewiało mnie godnie, ale nie żałuję, czas się hartować :) A jesień mimo wszystko jest piękna.

Relive (niestety pocięte, bo znów Endo zawiodło) będzie jak wrócę z "Kleru" :)

EDIT: tutaj Relive, pod koniec zamiast właściwej trasy jest linia prosta. Dzięki, Endo :)




  • DST 52.60km
  • Czas 01:45
  • VAVG 30.06km/h
  • VMAX 51.40km/h
  • Temperatura 11.0°C
  • Podjazdy 238m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Kon(inko)stytucja :)

Poniedziałek, 1 października 2018 · dodano: 01.10.2018 | Komentarze 17

Początek października może nie był tak fajny jak końcówka września, ale zrzędą wyjątkowo być nie zamierzam :) Znów poranny chłodek, który jednak szybko minął, niebo błękitne, jedynie wiatr już nie sprzyjał ("sprzyjanie" - termin oznaczający, że wmordewindu jest mniej niż 80%) i zawijał mi się pod kołami i w pysk w obie strony. Jakoś jednak udało się z nim powalczyć.

Trasa to "muminek" w wersji: Poznań - Luboń - Łęczyca - Puszczykowo - Mosina - Rogalinek - Wiórek - Daszewice - Babki - Głuszyna - Sypniewo - Szczytniki - Koninko - Jaryszki - Krzesiny - Starołęka - Lasek Dębiński - dom. Generalnie bez przygód, może prócz sznureczka za snującym się z prędkością 20+ traktorem na Głuszynie, w którym (sznureczku, nie traktorze) zakwitłem. Gdy jednak po kilometrze okazało się, że za cholerę ne da się zawalidrogi wyprzedzić, po prostu zjechałem na chodnik, odpisałem na smsy i dopiero, gdy w końcu zniknął na horyzoncie, ruszyłem. Co jednak straciłem, to moje :/

Wciąż jest ładnie i kolorowo. Lubię to.

Smaczek czekał mnie na granicy Szczytnik i Koninka. Jeśli wieś Koninko w nagły i niespodziewany sposób straci dofinansowania na inwestycje lokalne od wojewody, chyba będę znał przyczynę :)

A tak poza tym to dawno nie było o polityce, prawda? No to jest okazja - dziś Żona czekając w kolejce w przychodni usłyszała od miłej, poczciwej staruszki, gdy lekarz idąc korytarzem się nie przywitał, że "wie pani, to k... jest lewacki doktor" :) No i w sumie zgadzam się ze słowami pana zasiadającego na stolcu prezydenta o "wyimaginowanej wspólnocie, z której dla nas niewiele wynika" - to przecież o Polsce dzisiejszych czasów :)

Jeszcze podsumowanie września - przejechane 1607 kilometrów, szosą i crossem, ze średnią 29,6 km/h. Większość miesiąca była znakomita pogodowo, choć było i załamanie, z zimnem i koszmarnym wiatrem, wynik więc uważam za zadowalający.

Relive tutaj.




  • DST 54.50km
  • Czas 01:45
  • VAVG 31.14km/h
  • VMAX 60.30km/h
  • Temperatura 14.0°C
  • Podjazdy 285m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Tarkowica

Niedziela, 30 września 2018 · dodano: 30.09.2018 | Komentarze 6

Nooo... Takie zakończenia miesiąca to ja mogę mieć... co miesiąc :) Po tych kilkunastu dniach zimna i wichur pogoda się ustabilizowała, było temperaturowo fajnie, wiało umiarkowanie, ale przede wszystkim z jednego (a nie ośmiu naraz) kierunku. Nic, tylko kręcić.

Ruszyłem wyspany, po śniadaniu i kawie, lekko przed jedenastą - czyli w idealnym czasie oraz nastroju. Nie zepsuł mi go nawet Luboń i śmieszka w Łęczycy, bo chyba sezon na rowerowych niedzielnialsów się skończył - widocznie jest już za zimno :) To dobry znak, do maja będzie spokój. Niestety, jednak ta DDR-ka to nie ta przy Koszalińskiej w Poznaniu i czyszczona nie jest, nie była i nie będzie. W związku z tym idealnym narodowym połączeniem jest położony równolegle zakaz jazdy rowerem po ulicy... :/
W Łęcxzcy DDR-ka czyszczona jest jedynie przez wiatr
Cała dzisiejsza trasa to "kondominium" - od Łęczycy dalej przez Puszczykowo, Mosinę, Dymaczewo, Łódź, Stęszew, Rosnówko, Szreniawa, Komorniki i do domu. No i już wiem, że póki co idzie ona w zapomnienie - spodziewałem się bowiem maksymalnie dwóch kilometrów tarki, tymczasem drogowcy się rozwinęli i czekało mnie ich... pięć :/ Wytrzęsło mnie tak, że śmiało mogę obalić mit, iż choroba Parkinsona dotyka głównie osoby starsze - ja jej dostałem dzięki cholernej przebudowie drogi numer 306, która - jeśli dobrze pójdzie - skończy się za rok... Choć trzymam się myśli, że mogło być gorzej - zawsze pod zrytym asfaltem mógł być ukryty lubuski bruk :)
Pięć kilometórw %$##^&% tarki...
W Mosinie wskoczyłem sobie jeszcze na Osową Górę, głównie po to, żeby zrobić fajnego fałmaksa - udało się.
Przed zjadem z Osowej, czyli najlepszy punkt (względnie wysoki) wyjazdu
Nie obyło się też bez spektakularnych akcji - tego pro udało się wyprzedzić resztką sił :)

Tym samym miesiąc wrzesień zamykam sympatyczną średnią, która byłaby pewnie jeszcze z kilometr lepsza, gdyby nie próba zrobienia ze mnie siekanki na wspomnianej tarce.

Tutaj Relive.

Na koniec bonus - wczoraj podczas spaceru z Kropką odnalazłem jednego ze smoków z "Gry o Tron". Dał się nawet pogłaskać :)