Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi Trollking z miasteczka Poznań. Mam przejechane 242521.15 kilometrów w tym 4.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 27.47 km/h i się wcale nie chwalę.
Suma podjazdów to 791174 metrów.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl


Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Trollking.bikestats.pl

Archiwum bloga

  • DST 54.20km
  • Czas 01:55
  • VAVG 28.28km/h
  • VMAX 52.40km/h
  • Temperatura 5.0°C
  • Podjazdy 225m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Szosa!

Sobota, 5 stycznia 2019 · dodano: 05.01.2019 | Komentarze 20

No proszę. Wczoraj wieczorem i w nocy roztopiło się całe białe gów..., to znaczy puszek, a nad ranem ”jedynie” padało, ale z potencjałem na późniejszą jazdę. Spokojnie więc poszedłem z psem na sześciokilometrowy spacer, a po powrocie zacząłem się przygotowywać do rowerowania.

Główną wątpliwością było to, który rower wybrać. Lekko bowiem już rzygałem jazdą starym crossowym trupem i pojawił się głodek szybszego tempa. W związku z tym, po raz pierwszy w tym roku, zasiadłem na szosie. Hurra :)

Wiało z NW, co oznaczało jak zwykle jedno – przepychanie się przez miasto. Zaliczyłem więc kilkanaście kilometrów czerwonej fali z Dębca przez Górczyn, Grunwald, Jeżyce, Golęcin do Koszalińskiej, gdzie cyknąłem zwyczajową fotę. Dokładnie w tym miejscu mój napęd już charczał od ton syfu, który przyczepił się doń na wspomnianym dystansie.

Przy okazji…




I to wszystko na odcinku zaledwie kilometra.... Sorry za jakość, ale ledwo toto wszystko powyprzedzałem i powymijałem :) Znalazł się też jeden, jedyny osobnik, do którego się uśmiechnąłem :)

Potem było już luźniej, bo zniknęła DDR-ka, a ja poleciałem już stałym szlakiem, przez Strzeszyn, Psarskie, Kiekrz, Rogierówko, SS-kę (Sady i Swadzim), Lusowo, Zakrzewo, serwisówki i Plewiska do domu.

Pod koniec odczekałem jeszcze swoje pod myjką, zanim na nią wjechałem. W międzyczasie pooglądałem paniusię, która ewidentnie wrzuciła za dużo pieniążków, więc po dwudziestym okrążeniu czerwonego Punto zajęła się intensywnym pucowaniem kołpaków.

Zaległości na BS nadrobię później. Relive i korekta ewentualnych błędów nastąpi również wtedy, bo lecę - zaprzyjaźnionej parce urodziło się dziecko, więc jedziemy się, ekhm, pozachwycać. To będzie impreza, hehe :)

A na koniec... hmmm :)

"Już" jest Relive - o TUTAJ.




  • DST 32.50km
  • Czas 01:17
  • VAVG 25.32km/h
  • VMAX 41.50km/h
  • Temperatura 0.0°C
  • Podjazdy 101m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Glut prószący

Piątek, 4 stycznia 2019 · dodano: 04.01.2019 | Komentarze 10

Wczoraj rano napadało tyle białego gów... to znaczy puszku, że się poddałem. Wpadł jedynie chomik (32 kilometry w godzinę z małym dodatkiem oraz kolejny odcinek Westworld), a przedtem sześciokilometrowy spacer w Kropą po Dębinie (oraz jeden istotny wniosek - ciężko zimą o dobre patyki, bo namoknięte pękają zbyt łatwo. Ciekawe, czy można gdzieś to reklamować?).

Dzisiaj było z grubsza podobnie, więc rano wystartowałem z psem na jeszcze dłuższą wycieczkę (osiem kilometrów), z przystankiem i u Teściowej. W międzyczasie - niczym doświadczony globtroter - analizowałem sytuację na miejskich szlakach. Powiało optymizmem, bo temperatura urosła do zera stopni, dzięki czemu główne drogi wydawały się całkiem przejezdne. A że miałem do odebrania sporo nadgodzin i do pracy mogłem nie iść, skorzystałem z okazji i koło trzynastej ruszyłem, oczywiście crossem.

No i początkowo było nawet sympatycznie. Błocko co prawda właziło mi w każdą nieosłoniętą część pyska, ale że głodek po jednym dniu już się pojawił, to nie marudziłem :) Z Dębca skierowałem się do Lubonia, Wirów i Komornik. Tam mina mi zrzedła, bo znów zaczęło padać, początkowo lekki deszczyk, a po chwili już konkretny śnieg z deszczem. Przyspieszyło to moją pierwotną decyzję, iż glut to na dziś najlepszy dystans, tym bardziej, że im więcej syfu sypało z nieba, tym bardziej kierowcom zaczynało odbijać - trafił mi się nawet całkiem ładny zestaw bezmózgów: kilka niemieckich aut na polskich blachach plus frustrat w tirze. W Rosnowie więc zakręciłem się na pięcie i zawróciłem przez Komorniki i Plewiska do domu, tak jak na Relive. W międzyczasie przestało sypać, ale jak już wróciłem, znów zaczęło, co trochę zmniejszyło moje wyrzuty sumienia :)

Zanim przyjdzie czas na podsumowanie roku (a kiedyś przyjść musi, tylko jakoś nie idzie), parę słów o grudniu. Oj, ciężki to był miesiąc, oczywiście z powodu warunków pogodowych. Wyszło 1472 kilometrów, z nieciekawą średnią - 26,7 km/h. Jednak biorąc pod uwagę aurę - wiatr, deszcz i śnieg - uważam, że jestem wytłumaczony :)




  • DST 53.40km
  • Czas 02:08
  • VAVG 25.03km/h
  • VMAX 50.50km/h
  • Temperatura 1.0°C
  • Podjazdy 142m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Hurra(gan)!

Środa, 2 stycznia 2019 · dodano: 02.01.2019 | Komentarze 18

Hurra! jest w tytule - bo udało się na jeden dzień odroczyć wyrok skazujący mnie na chomika. A reszta - bo wiadomo. To, co dziś dmuchało, nie było zwykłym wiatrem - to był wściekły, agresywny gnój, który każde stąpnięcie na pedały zamieniał w mordęgę i walkę niemal o życie, a już na pewno o utrzymanie w pionie.

Gdy budziłem się nad ranem, jeszcze lało. Jednak jakimś cudem trochę później przestało, na co byłem średnio przygotowany psychicznie. Ale skoro dano mi szansę, to do dzieła :) Wystartowałem po dziewiątej, mając w planach zaledwie gluta (bo praca sama do mnie nie przyjdzie), a finalnie wyszło całe pięć dych, głównie dzięki temu, że niebo zrobiło się dziwnie niebieskie. 

Gdy z Dębca przez Górczyn dotarłem do Bułgarskiej, postanowiłem wykonać crossowi fotkę przy Ty-51. Ustawiłem rower, zrobiłem kilka kroków wstecz, nacisnąłem odpowiednie miejsce w telefonie i cyk.

Sekundę później obrazek wyglądał niby podobnie, ale zmienił się jeden detal.

Dziękuję, wietrze :/ Najgorsze jest to, że zapewne podczas upadku uszkodził się albo pedał, albo - co gorsza - ośka, bo zaczęło mi coś stukać w okolicach suportu pod koniec jazdy (a może i wcześniej, ale zagłuszały to podmuchy i muza w uszach). Przy kolejnej okazji (kiedykolwiek będzie, bo na noc zapowiadane są śnieżyce) postaram się to zweryfikować. 

Trzasnąłem jeszcze zdjęcie chrabąszczowi...

...i pokręciłem dalej, do Bukowskiej, którą po minięciu Ławicy dotarłem do Wysogotowa, a stamtąd zachciało mi się skręcić na Batorowo. Hmm. Człowiek czasem popełnia błędne decyzje :) I tak, to był jeden z niewielu momentów, kiedy dopuściłem u siebie jazdę chodnikiem :)

Dopłynąłem do S11, którą okrążyłem od zachodu, zaliczając Lusowo, Kobylniki i Sady...

...oraz wracając przez Zakrzewo, Dąbrowę, znów Wysogotowo, Skórzewo i Plewiska do domu. 

Dotarłem zmasakrowany, bo oczywiście wiatr tak jak uwalał w jedną stronę, tak nie pomagał w drugą. Mimo wszystko uznaję dzisiejszy wyjazd za udany, z jednego podstawowego powodu - bo w ogóle do niego doszło, w co jeszcze wczoraj w ogóle nie wierzyłem. Chomik zapewne ucieszy się jutro, niestety.

Relive TUTAJ.

Powoli trzeba się brać za podsumowanie poprzedniego roku. Jak dobrze pójdzie, spokojnie uporam się z tym jakoś do kwietnia :)




  • DST 53.60km
  • Czas 02:08
  • VAVG 25.12km/h
  • VMAX 42.50km/h
  • Temperatura 7.0°C
  • Podjazdy 202m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Tęczowo i rzeźniczo :)

Wtorek, 1 stycznia 2019 · dodano: 01.01.2019 | Komentarze 15

No to mamy ten 2019 rok. Udało się wejść weń spokojnie, w kameralnym gronie, bo skoro to pierwszy Sylwester psa, to trzeba się było nad nim (psem, nie Sylwestrem) pochylić z większą troską. Jak się okazało – Kropa jest hardkorem. Debilną tradycję, każącą spędzić wieczór na wyczekiwaniu na popierdywanie pirotechniką, im głośniejsze, tym lepsze, miała głęboko w zadzie, raz tylko na chwilę chowając się pod łóżkiem z zabawką, a tak to ewentualnie sporadycznie poszczekując na petardowe porzygiwania osiedlowych troglodytów pod oknem. Resztę przespała :)

Generalnie rano mógłbym wystartować na rower wcześnie, ale – pisząc delikatnie – nie za bardzo było jak, bo oczywiście padało. Pozostałem jednak przy nadziei :) No i w końcu – gdy już zjadłem śniadanie i wypiłem dwie kawy – zaczęło się delikatnie przejaśniać. Na to czekałem, bo jak to tak nie przywitać nowego roku na rowerze, jeśli się da?

Ruszyłem lekko przed południem, na wszelki wypadek ubierając deszczówkę, no i oczywiście zabierając ze sobą crossa. Początkowo szło całkiem, całkiem – mimo że urywało łeb (momentami ledwo wyciągałem 14-15 km/h), to mokro było jedynie na ziemi, a nie na niebie. Po wyjeździe z Poznania pierwszą miejscowością, którą odwiedziłem w 2019 był… Luboń. Średnia to wróżba :)

Doczłapałem przez Komorniki i Szreniawę do granic Rosnówka z Trzebawem i… musiałem się na chwilę poddać, bo na piętnastym kilometrze zaczęło lać. Schowałem się więc w te pędy pod najbliższą wiatę, jednak coś mi nie pasowało, bo niby pod daszkiem, a zacinało jak bez niego. Przyjrzałem się swojemu schronieniu i… no tak. Jak starałem się pokazać na fotach – zapewne tutejsi specjaliści od wystroju byli czynni :)


Po chwili pogoda trochę zluzowała, postanowiłem więc kawałek podjechać, ale dość szybko znów musiałem sobie zrobić pauzę, bo ulewa zrobiła się jeszcze większa – a ja wylądowałem po drugiej stronie drogi, gdzie już kiedyś byłem, wspominając na BS o radosnej twórczości rodzimych miłośników białej kiły i Kolejorza :)

Perspektywy na dalsze kręcenie wyglądały średnio:

Jednak kilkunastu minutach podjąłem decyzję, że jeśli mam marznąć, to lepiej w ruchu, a że cofać się nie było sensu, to wróciłem na szlak. Dojechałem do Stęszewa, stamtąd zaś skręciłem na klasyczny szlak, przez Witobel, Łódź i Dymaczewo.

W tym czasie znalazłem się w… innym świecie. Pięknym.
Styczeń to? :)
Bajka po horrorze (deszczowym)

Mijając oczywiście ten brzydszy :)

Trafiła się i tytułowa tęcza :)
Kolorowanka
Niestety, po dotarciu do Mosiny sytuacja wróciła do normy – i znów czekała mnie pauza, tym razem pod sklepowym pasażem.

Postanowiłem wykorzystać ją na sprawdzenie swojego nowego patentu, czyli zmianie rękawiczek na trasie w czasie deszczu – wziąłem bowiem zapasowe, bo doświadczenie nauczyło mnie, iż nogi jak nogi, ale najbardziej demotywują mnie przemoknięte ręce. Podziałało - wróciła mi chęć do jazdy i jakoś dopełzłem do domu, przez Puszczykowo, Łęczycę i znów Luboń. Po powrocie zżarłem pół słoiku miodku, wypiłem proszek na grypę i zaliczyłem gorącą kąpiel – oby to wystarczyło na to, co mnie mogło dziś złapać po tym wypadzie.

Oj, ciężkie to było rozpoczęcie. Postanowiłem się jednak nie poddawać, gdyż prognozy na następne dni mówią jedno: chomik, chomik, chomik. Bo tercetu: huragan + deszcz + śnieg okraszonego przymrozkami nie zamierzam testować, chyba że trafi się jakaś wyjątkowa przerwa w ich koncercie.

Niniejszym uznaję 2019 za rozpoczęty, psychicznie mi lepiej :) Teraz tylko odczekać na lepsze warunki i spokojne nabijać kilometraż na ten rok już bez żadnego ciśnienia.

Relive z "kondominium" TUTAJ - ale oczywiście zaczęli coś pieprzyć z tą apką (czytaj: "ulepszać") i aż się odechciewa z nią dalej współpracować :/




  • DST 57.50km
  • Czas 02:05
  • VAVG 27.60km/h
  • VMAX 52.40km/h
  • Temperatura 2.0°C
  • Podjazdy 283m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Nadbudowa

Poniedziałek, 31 grudnia 2018 · dodano: 31.12.2018 | Komentarze 15

Ostatniego dnia roku udało mi się jeszcze wyskoczyć na dwa kółka, do tego szosowe, za co chciałem podziękować pogodzie, która okazała się łaskawa i nie zafundowała rano deszczu, śniegu, zasp i innych swoich ulubionych atrakcji.

Wiało z północy i zachodu, szprychy skierowałem więc najpierw przez miasto, na szczęście wyludnione i przejezdne, choć jak zwykle sygnalizacja wszędzie ukazywała jedyną barwę - krwistą. O dziwo też przy względnie niewielkim ruchu miałem największą od dawna ilość sytuacji, które podniosły mi ciśnienie. Najpierw na Góreckiej na bezczelnego wjechał przede mną z podporządkowanej bezmózg, przez którego musiałem ostro hamować - oczywiście nawet nie raczył przeprosić, ba!, nawet spojrzeć w moim kierunku, więc dla poprawienia wzroku poleciała w jego kierunku wiązanka składająca się z kilku nierządnic. Dwa razy zostałem potraktowany z klaksonu - raz na Obornickiej (i choć długo zastanawiałem się, o co chodzi, nie mam pomysłu), drugi - na Woli, do której dojechałem DK92. Tu zapewne chodziło o śmieszkę, którą możne nawet bym zaliczył, ale nie zrobiłem tego z dwóch banalnych powodów: nie miałem jak na nią wjechać od strony, z której się pojawiłem (bo zaczynała się na osiedlu, a od głównej oddzielały mnie a to pas zieleni, a to wysoki krawężnik), poza tym kończyła się kilkaset metrów dalej. Tu już nie wytrzymałem i puściłem kierowcy sugestię, hmmm, prawie dosłownie taką: "oddal się w te pędy, męski organie płciowy jeden!".

Doszedł jeszcze do tego dziadek na Górczynie, który wyprzedził mnie tylko po to, żeby... po chwili zatrzymać się gwałtownie i zjechać na chodnik. No i paniusia z czworonogiem na Jeżycach, która sobie wymyśliła, że przejdzie na czerwonym, bo nic nie jedzie (czytaj: tylko pędzi rowerzysta), ale nie przewidziała, że piesek okręci smycz wokół jej nóg - tym samym ja musiałem wykonać gwałtowny stop, odczekać aż kobieta skończy swój taniec na zebrze, a potem... czekać na czerwonym, które się w międzyczasie włączyło. Już nie wspominając o pieszych i biegaczy na śmieszkach. Grrrr!!!... :)

Trasa to "duszek": Dębiec - Górecka - Grunwald - Jeżyce - Golęcin - Obornicka - Morasko - Suchy Las - Jelonek - Złotniki - Sobota - Rokietnica - Starzyny - Kiekrz - Słupska - Dąbrowskiego - Wola - Bułgarska - Górczyn - Dębiec. 

Jak na warunki poznańskie to wariant był wybitnie górski - prawie 300 metrów przewyższeń to tu szał ciał :)



Na Morasku zrobiłem fotę pomnika... Jaśkowiaka :) Ale nie, nie tego :)


Znów nie trafiłem z dniem :)

No i na koniec migawki z Bułgarskiej jako ostatnie zdjęcia 2018 roku.


Rok ów kończę z wynikiem 19 100 km - miał być ładny i pełny, bo mi przez ostatnie dni kolega Huann siadł na psychikę z cyferkami :) Co prawda nie jest to jakaś kombinacja w stylu 321123, ale jest okrągła :) To znaczy by była, gdyby baton się nie zaokrąglał przy niepełnej liczbie o jeden kilometr na górkę, ale cóż, z tym już nic nie zrobię.

Pierwotne prognozy mówiły, że początek 2019 będzie ładny i słoneczny. Po dwóch dniach (brawo synoptycy!) już wiemy, iż będzie wręcz przeciwnie - ma wiać i lać. Czyli jutro się wyśpię, bo rowerowo wygląda to dość średnio.

W roku kolejnym życzę wszystkim bezpieczeństwa na drogach i większej ilości szarych komórek w głowach spotykanych tam rodaków i nie tylko (kierowców, rowerzystów, pieszych, rolkarzy). Bo tego wciąż jest zdecydowany deficyt. Szczęśliwego nowego! :)




  • DST 33.50km
  • Czas 01:18
  • VAVG 25.77km/h
  • VMAX 41.00km/h
  • Temperatura 6.0°C
  • Podjazdy 131m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Kaczoglut + smaczki

Niedziela, 30 grudnia 2018 · dodano: 30.12.2018 | Komentarze 11

Dziś glut, bo:

a) swoje już w tym roku zrobiłem;
b) w południe musiałem być w pracy;
c) lało;
d) lało;
e) lało.

Cieszę, się, że pomimo punktów c, d oraz e udało się w ogóle coś wykręcić. Nie było to wcale pewne, gdyż gdyby nie chwilowa luka pogodowa, pewnie w ogóle bym się nie zdecydował ruszyć. A tak? Całą jedną trzecią drogi mogłem się cieszyć stabilną, nieprzerwaną... mżawką. A reszta to mocniejsze lub słabsze regularne opady, na szczęście (tu muszę przyznać - miałem trochę farta) jeszcze przed przyjściem wichur, który uatrakcyjniały mi spacer do roboty.

Trasa to glut nawet wizualny, co można zobaczyć na Relive: Poznań - Luboń - Łęczyca - Puszczykowo wzdłuż Nadwarciańskiej - do Mosiny ulicą Mocka - Puszczykowo Szosą Poznańską - Łęczyca - Luboń - Poznań.

W Luboniu zahaczyłem o jedną z niewielu tamtejszych miejscówek, które można uznać za w miarę ładne, czyli Kacze Doły. Mają ten dodatkowy plus, ze politologicznie mi się bardzo dobrze kojarzą :) 



Jak to jednak w Luboniu bywa, wjazd na drogę pieszo-rowerową jest dla rowerów, a wyjazd... tylko dla pieszych :) Luboń - i love this game :)

Wracając przez to samo urocze miasteczko chciałem jeszcze na specjalne wczorajsze życzenie upolować przedstawiciela lubońskiego szwadronu Ku Klux Klanu znanego z tego wpisu sprzed roku (w tym spryciarz ustawił się w innym miejscu), ale niestety, spóźniłem się. Został jednie sam szkielet w wersji sauté :) 

Usiłowałem również - z tego samego koncertu życzeń - nadrobić braki w dziadydze, ale wciąż jest to niewykonalne. W ramach pocieszenia więc inny, choć też dwukołowy, ale inaczej, kursant łęczyckiej śmieszki.

Na koniec - bo mam jeszcze trochę transferu, a miesiąc się kończy - trzy smaczki z podróży do pracy.

Smaczek 1:

A ja nie! - chciałoby się odkrzyknąć pełną piersią :)

Smaczek 2:

To reklama jednej z miliarda poznańskich galerii handlowych, pod płaszczykiem dumy powstańczej. Ale mniejsza z tym, ważne, że geniusze marketingu nawet nie są w stanie tak krótkiego komunikatu stworzyć bez błędu: po cyfrze "100" powinna być kropka, bo bez niej całe zdanie brzmi: "Sto rocznica Powstania Wielkopolskiego"...

Smaczek 3:

Bez komentarza.




  • DST 30.80km
  • Czas 01:11
  • VAVG 26.03km/h
  • VMAX 43.00km/h
  • Temperatura 5.0°C
  • Podjazdy 97m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Glut dziewiętnasTAK :)

Sobota, 29 grudnia 2018 · dodano: 29.12.2018 | Komentarze 13

Od rana kropiło, padało albo lało. Z małymi przerwami na chwile, gdy chmury zastanawiały się, która atrakcja z tych trzech bardziej pasuje aktualnie do układanki. Nie da się ukryć, że taka aura średnio zachęcała do wyściubienia nosa za drzwi, tym bardziej na rowerze.

Ale... Gryzła mnie jedna rzecz, czyli baton. Wiem, najczęściej to je się gryzie, a nie one nas, ale ten smętny wskaźnik przebytych kilometrów umieszczony na stronie BS-a działa na trochę innych, podprogowych zasadach. I mimo że akurat do liczb jestem średnio przywiązany (prócz kilku, typu ulubiona pięćdziesiątka do przebycia), to wewnętrznie raziła mnie świadomość, iż do zrobienia dziewiętnastu tysięcy kilometrów w tym roku brakuje mi ich zaledwie... dwadzieścia jeden, a z kręceniem przez ostatnie dwa dni nie musi być wcale tak różowo.

No to... ruszyłem. Z Poznania przez Luboń, Wiry, Komorniki, Rosnowo, Komorniki i Plewiska, by znów wylądować w Poznaniu, po zrobieniu zaledwie gluta. To jednak wystarczyło - udało się :) To już na pewno moja życiówka, nawet biorąc pod uwagę lata, gdy jako bachor prawie nie schodziłem z roweru, ale nie rejestrowałem wszystkich dystansów. Od razu też odpowiadam na jeszcze niezadane pytania - nie, nie będę próbował dobić do dwudziestu tysięcy w przyszłych latach, a i zapewne już nie uda mi się powtórzyć wyniku tegorocznego. Czas w końcu wyluzować :)

To, jakie były warunki, widać na Relive. Nawet, gdy chwilowo było sucho, to i tak widoki na przyszłość były dość mgliste :)

W Wirach przyuważyłem, że chyba z okazji obchodów rocznicy Powstania Wielkopolskiego stworzono (lub istniało wcześniej, ale przeoczyłem) takie oto coś:

Na mój mało wysublimowany gust samo wykonanie lekko zakrawa kiczem, coś w stylu rozpaćkanych po całej Polsce "potworków" tylko z nazwy przypominających JPII. Czyli rodzime, bez troszczenia się o estetykę, chóralne "hej cokoły!" :) Wiem, liczy się pamięć, ale fajnie by było, gdyby za nią szło i wykonanie. A może to ja się znów czepiam :)

Udało mi się też "z rąsi" (więc niewyraźnie) uchwycić Polskę współczesną :)

I tak samo - Polskę codzienną...




  • DST 54.70km
  • Czas 02:01
  • VAVG 27.12km/h
  • VMAX 50.80km/h
  • Temperatura 6.0°C
  • Podjazdy 134m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Czarnowidztwo

Piątek, 28 grudnia 2018 · dodano: 28.12.2018 | Komentarze 15

Grudniowego dokręcania ciąg dalszy. Wciąż pogoda bardziej jesienna niż zimowa, co w sumie cieszy, bo lepiej zmoknąć niż panicznie łapać równowagę na oblodzonej ulicy lub torować sobie drogę łopatą wśród zasp. Jednak nie oznacza to oczywiście, że jechało mi się dziś dobrze, bo głównie siąpiło, czasem następowało oberwanie chmury, a jedynie chwilami niebo było wolne od opadów.

Wykonałem zachodnie kółko, jedno z wielu opatentowanych: Poznań - Plewiska - serwisówki - Zakrzewo - Sierosław - Więckowice - Fiałkowo - Dopiewo - Dopiewiec - Palędzie - Dąbrówka - serwisówki - Plewiska - Poznań. Wolniutko, bo wiało solidnie i zmiennie, więc utrzymałem typowy zimowy poziom, który gdybym trenował, nazywałby się pewnie roztrenowaniem :)

Już na szóstym kilometrze pysk mi się złośliwie roześmiał, bo przyuważyłem, jak policja spisuje kierowcę srebrnego BMW (nie da się ukryć, mam wiele uczuć do tej marki, baaaaardzo szczerych), niestety po chwili stężała, gdyż stanąłem w potężnym korku na granicy Poznania i Plewisk, który dopiero po odczekaniu swojego i upierdliwym pełznięciem za sznurem aut udało mi się ominąć. Potem był już luz.

Choć perspektywy były, hmm... mało optymistyczne :)

Zdarzały się również momenty straszne - zawsze bowiem gdy patrzę na kościół w Dopiewie miewam coś na kształt zawału :) Architekt musiał być wybitnie wredną bestią.

Fiałkowo, czyli... Poznań Główny, tym razem w barwach Powstania Wielkopolskiego.

A skoro już jesteśmy tak przy temacie, jak i w tej okolicy - niedaleko Fiałkowa znajdują się Więckowice, czyli jedna długa ulica, przy której jakiś czas temu oczyszczono teren wokół stawu. Niestety wycięto (cóż za zaskoczenie) wiele drzew, co prawda nasadzono kilka nowych, ale zrobiło się trochę smutno. Interesujący jest pomost, którego istnienie co prawda nie za bardzo do mnie przemawia, ale skoro powstał, to można sobie zrobić na nim fotę. Może o to chodzi? :)


Poza tym, że generalnie jest smętnie i łyso...

...można się jeszcze poduczyć, gdyż przy przebudowie tego miejsca dołożono ścieżkę edukacyjną oraz pomnik ku czci powstańców. I to jest chyba jedyny plus na tej pustyni z wodą pośrodku.


Relive TUTAJ.




  • DST 52.20km
  • Czas 01:51
  • VAVG 28.22km/h
  • VMAX 51.20km/h
  • Temperatura 6.0°C
  • Podjazdy 201m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Marszowo

Czwartek, 27 grudnia 2018 · dodano: 27.12.2018 | Komentarze 22

Pierwotnie miałem dziś mieć wolny dzionek, ale jak to z pracą - czasem nie ma wyjścia, trzeba zacisnąć zęby i się w niej pojawić nadprogramowo. Wyjątkowo i ja się na to zgodziłem (raz na ruski rok można), ale pod warunkiem, że stanie się to na zasadzie "będę jak będę", czyli bez stresu o zbyt wczesne wstawanie i takie tam powidoki codzienności. Tym samym spałem dziś do dziewiątej, zanim ruszyłem zjadłem śniadanie, napiłem się kawki oraz na spokojnie (jak to mówią w Wielkopolsce - "ze spokojem") ogarnąłem psa i dopiero wtedy ruszyłem.

Co prawda w nocy padało, ale w dzień dało się już kręcić niemal na sucho, jednak na wszelki wypadek po raz pierwszy zamontowałem w T-rek(si)u "mobilny" błotnik. Przydał się, bo suchy tyłek to wartość sama w sobie :) Wykonałem lekko zmodyfikowane "kondominium" w wersji: Poznań - Luboń - Komorniki - Szreniawa - Stęszew - Witobel - Łódź - Dymaczewa dwa - Krosinko - Mosina - Puszczykowo - Łęczyca - Luboń - Poznań. W końcu bez wahadeł (ale są jeszcze pojedyncze miejsca z nieodnowionym asfaltem, więc na pewno się jeszcze pojawią), za to ze sporym poświątecznym ruchem, w którym oczywiście nie zabrakło istot z defektami w mózgownicach (szczególnie pozdrawiam w tym miejscu srebrne BMW wyprzedzające na trzeciego przed Dymaczewem).

W sumie to przyzwoicie mi się jechało - może bez fajerwerków, ale za to bez śniegu, lodu, szklanki, gołoledzi, przymrozku czy zawiei, czyli.. jakoś dziwnie ;)

Wciąż zagadką pozostaje, czym będzie to, co w tle widoczne jest na poziomie kół. Zastanawiam się nad tym nie tylko ja, ale i część wielkopolskiego BS-a. Teorie są dwie - DDR-ka lub poszerzone pobocze. Całym sercem jestem za tym drugim, choć głowa mówi, że to Polska i będzie raczej śmieszka. Ale gdzie w tej układance zmieścić rów, który ciągnie się od Witobla (Witobela?) do Łodzi? Nie mam pojęcia.

Dzisiaj setne obchody Powstania Wielkopolskiego...

...więc gdy byłem z psem na spacerze, musiałem swoje odczekać, bo ulicę prowadzącą do lasu miałem zablokowaną przez kolumnę na sygnale, w której prawdopodobnie znajdował się Morawiecki. Tym razem żadne Seicento, z tego co wiem, nie ucierpiało :) A Kropa aż nabrała marszowego drygu :)




  • DST 53.00km
  • Czas 01:57
  • VAVG 27.18km/h
  • VMAX 50.40km/h
  • Temperatura 5.0°C
  • Podjazdy 150m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Głównie usznie :)

Środa, 26 grudnia 2018 · dodano: 26.12.2018 | Komentarze 13

Kolejny dziwny grudniowy dzionek - dość ciepły (pięć stopni, do tego na plusie), ale jednocześnie pod znakiem siąpiącego bardzo, ale to bardzo leciutko deszczu i znów silnego zachodniego wiatru. Jechało się (pod "się" należy wstawić moją skromną osobę) więc co prawda fajnie, bo szosą, ale komfortu w tym było niewiele. Jednak oczywiście mogło być gorzej, lecz na szczęście białe święta ominęły okołopoznańskie rejony - i niech tak już będzie co roku. Z góry dziękuję :)

Samo kręcenie to powolne pełzanie na trasie spłaszczonego czegoś o kształcie niczego, czyli: Poznań - Luboń - Wiry - Komorniki - Szreniawa - Rosnowo - Chomęcice - Konarzewo - Trzcielin - Dopiewo - Dopiewiec - Palędzie - Gołuski - Głuchowo - Plewiska - Poznań. Znów na drogach pusto, więc jeden gazeciarz nawet nie zepsuł mi całokształtu fajności z widoku niezakorkowanych ulic oraz lubianych miejsc bez puszek w tle :)


Po drodze, korzystając z mentalnie sprzyjającej aury, skończyłem słuchać "Dallas '63" Stephena Kinga (rzadko mi się zdarza, że nie jestem jakąś książką znudzony ani przez minutę, i ta jest właśnie taka), a przez resztę czasu - jak zwykle w czasie świąt - nadrobiłem zaległości w mrocznej muzie mojego okresu spod znaku "bachor666+". Nowy Amorphis (mimo że złagodniał) to miód na uszy, a że zaczął kolaborować z innym kultowym głosem - Anneke van Giersbergen, miałem wypad ustawiony :)