Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi Trollking z miasteczka Poznań. Mam przejechane 239922.80 kilometrów w tym 4.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 27.49 km/h i się wcale nie chwalę.
Suma podjazdów to 784363 metrów.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl


Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Trollking.bikestats.pl

Archiwum bloga

  • DST 53.30km
  • Czas 01:48
  • VAVG 29.61km/h
  • VMAX 50.80km/h
  • Temperatura -1.0°C
  • Podjazdy 124m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Uchodźczo i atmosferycznie

Niedziela, 18 listopada 2018 · dodano: 18.11.2018 | Komentarze 11

W nocy śniło mi się, że jestem... uchodźcą. Tyle że białym, a uszedłem gdzieś na Bliski Wschód. W sumie sen teoretycznie realny, problem w tym, że cokolwiek chciałem zjeść, okazywało się, iż jest to gotowane na jakichś końskich łbach, a alternatywy nie mam, bo skoro trafiłem do nich, to muszę respektować normy kulturowe :) Gdybym się nie obudził, to pewnie bym się dowiedział, co bym w tych marach zrobił, ale (nie)stety - pozostają domysły.

Chętnie bym rano drzemał dłużej, ale w tyle głowy miałem świadomość, że koło południa zacznie padać deszcz, a już tyle razy przerabiałem łyżwiarstwo figurowe na zamarzniętych drogach, że wolałem sobie darować kolejną dawkę stresu. Chcąc więc pojeździć, musiałem ruszyć maksymalnie po dziewiątej, co łatwe nie było, jednak jakoś doszło do skutku.

Upału zdecydowanie nie było :) Znów minus dwa na starcie, dwie godziny później coś koło zera. Dzisiaj jednak ubrałem się bardziej komfortowo i nie cierpiałem za bardzo, w czym zapewne jednak główną zasługę miał niezbyt silny wiatr z zachodu i północnego zachodu. Nie miałem zamiaru cisnąć, więc spokojnym tempem ruszyłem trasą z Poznania przez Plewiska, Skórzewo, Wysogotowo, Dąbrowę, Zakrzewo, Sierosław, Więckowice, Fiałkowo, Do/u/piewo, gdzie jak zwykle zatrzymał mnie zamykający się przed pyskiem szlaban. Po otwarciu i ruszeniu usłyszałem nagle dziwny narastający szum za sobą, który jednak jakoś nie spieszył się z wyprzedzeniem czy ujawnieniem Jak się okazało, jeszcze przez jakieś dwa kilometry prowadziłem peleton kolarzy. Później jednak w końcu zostałem przezeń pochłonięty i razem pokręciliśmy sobie przez Palędzie i Gołuski do granic Plewisk, gdzie się pożegnałem z sympatycznymi kolegami. Dostałem przy okazji zaproszenie na coniedzielne ustawki przy stacji CEL za Skórzewem o dziewiątej rano, pod kryptonimem 8 Atmosfer, z której niewykluczone, że kiedyś skorzystam, choć godzina jak na ten dzień tygodnia jest rzeźnicza :)

Wracałem bardzo ostrożnie, już w towarzystwie słabego deszczu, który mocniejszy zrobił się na szczęście dopiero po wylądowaniu.

Zdjęć za wiele nie chciało mi się robić, bo paluchy marzły, stąd tylko jedna perspektywa, o której kiedyś już pisałem - zawierająca pewien bufor ochronny dla drzew pod auspicjami miasta Poznań, więc od znaku początku i końca jego granic jest może pięćset metrów. I tak Plewiska, jak i Skórzewo, mogą tu naskoczyć :)

Co będzie jutro, zależy od nocnych i porannych opadów oraz temperatury, Na razie jednak wygląda to średnio, więc zapewne czeka mnie pauza.

Tutaj Relive.




  • DST 51.85km
  • Czas 01:51
  • VAVG 28.03km/h
  • VMAX 51.40km/h
  • Temperatura -1.0°C
  • Podjazdy 288m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

O/b/djazd

Sobota, 17 listopada 2018 · dodano: 17.11.2018 | Komentarze 10

Zaczęło się. Można się było do czasu łudzić, że może jakimś cudem zima nie przyjdzie... Jednak w końcu nadszedł ten dzień, gdy należało odnaleźć zakopane gdzieś głęboko gadżety, czyli kominiarkę oraz grubsze rękawiczki rowerowe, a i jedna ocieplana bluza okazała się zaledwie połową tego, co potrzeba do zapewnienia jako takiego komfortu podczas kręcenia.

To właśnie dziś. Hurra :/ Wyjechałem sobie radośnie przy minus dwóch między ósmą a dziewiątą rano, a wracałem przy upalnym zerze. Takim na plusie :) Generalnie dość szybko, bo trzydziestym kilometrze, poczułem, że jest mi w miarę komfortowo i odważyłem się odsłonić policzki, za to zimno przechodziło mi do nóg, więc wyszedł remis. W związku z tym motywacja do jazdy nie osiągała najwyższych możliwych wskaźników, co widać po wyniku, ale i tak za pewien osobisty sukces uznaję, że nie skróciłem dystansu do gluta. Choć zakusy były.

Wykonałem wschodnią wariację trasy, w wersji: Dębiec – Hetmańska – Starołęcka – Krzesiny – Jaryszki – Koninko – Sypniewo – Głuszyna – Babki – Daszewice – Kamionki – Szczytniki – Koninko – Żerniki – Jaryszki – Krzesiny – Starołęka – Lasek Dębiński – dom. Tak jak na Relive (które aktualnie ma jakąś awarię, ale będzie później).

Przejeżdżając przez Koninko, wymyśliłem sobie, że pojadę skrótem przez kasztanową aleję, bo dawno mnie tam nie było. I nawet bym to zrobił, gdyby nie "drobna” niedogodność, o której drogowcy jak zwykle zapomnieli wspomnieć wcześniej. A że opisana była dość oryginalnie, to nie mogłem się powstrzymać i... :)

W sumie ciekawe, jaka była historia tej tabliczki. Czy ktoś źle obliczył pożądaną ilość i improwizował z lenistwa? Czy może zabrakło odpowiedniej? A może tak po prostu miało być? Zagadka nad zagadkami. Natomiast skoro już byłem, gdzie byłem, to podjechałem zobaczyć stan remontu tej drogi – jak widać jeszcze trochę potrwa, ale dobrze, że się zaczął, bo jazda po tym odcinku groziła szybką wizytą u stomatologa. Byle tylko zachowano piękny zielony klimat tego miejsca.

Miałem nieodparte wrażenie, że ludzie patrzyli na mnie jak na wariata, gdy tak sobie pełzałem w mrozie. Zupełnie nie wiem czemu :) Fakt, że rowerowe szlaki zrobiły się jakieś taki pustawe…




  • DST 51.45km
  • Czas 01:49
  • VAVG 28.32km/h
  • VMAX 50.40km/h
  • Temperatura 3.0°C
  • Podjazdy 201m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Ratunku, policja!

Piątek, 16 listopada 2018 · dodano: 16.11.2018 | Komentarze 14

7:15 rano, Żona zbiera się do pracy, ja próbuję jeszcze chwilę dospać. Pukanie do drzwi. Za nimi człowiek w cywilu, ale pokazujący odznakę.

- Dzień dobry, policja.

Uuuu, pierwsze skojarzenie - jednak władza czyta Bikestatsa :) Tym bardziej, że godzina idealnie odpowiadająca "standardom". Szybka analiza - o który wpis mogło chodzić... Ale jednak nie, jak się okazało, trwały poszukiwania jakiejś dziewczyny, w czym nie za wiele mogliśmy pomóc. A ja póki co nie zostanę pierwszym męczennikiem BS :)

Obudzony już byłem, więc szybka kawka i na rower. Wbrew zapowiedziom dziś jeszcze tak źle pogodowo nie było, choć jazda przy trzech stopniach nie jest moją wymarzoną. A jeśli doda się chłodzący czynnik wiatru, to w ogóle jakiekolwiek marzenia odpadają, prócz jednego - wrócić do domu :) Tempo w związku z tym wybitnie spacerowe.

Wykonałem jedną z klasycznych wschodnich pętelek, której ostatnimi czasy nie miałem okazji przejeżdżać, z powodu zamkniętej drogi w Robakowie. Z Dębca ruszyłem przez Hetmańską, odcierpiałem swoje na Starołęckiej (widać to na Relive), następnie Głuszyna, Koninko, Gądki, testowanie nowej śmieszki w Robakowie (i znów bluzg podczas przejazdu obok rzeźni Sokołowa), Dachowa, Szczodrzykowo, Śródka, Krzyżowniki, Tulce, Żerniki, Jaryszki, Krzesiny, Starołęka, Lasek Dębiński i do domu.

Poranny przymrozek ma się pojawić podobno jutro, więc od niego nie ucieknę, bo w samo południe znów do pracy. A na kolejny tydzień zapowiadają już stałe minusy i śnieg. Coś czuję, że jeszcze widok tak suchej drogi będę wspominał z rozrzewnieniem...




  • DST 52.40km
  • Czas 01:48
  • VAVG 29.11km/h
  • VMAX 50.60km/h
  • Temperatura 9.0°C
  • Podjazdy 223m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Ostatki plus Szachty kontrolnie

Czwartek, 15 listopada 2018 · dodano: 15.11.2018 | Komentarze 21

Wygląda na to, że miałem (jako taką, ale jednak) przyjemność jazdy o chyba ostatnim w najbliższym czasie poranku z temperaturą przyjazną rowerzyście. Od jutra podobno czekają nas przymrozki, minusy i inne paskudztwa, a co za tym idzie - śliskie drogi. Średnio mi się to widzi, ale co ja mogę?

W każdym razie dzisiaj nie było jeszcze źle, choć do ideału daleko. Spokojnym tempem wykonałem "muminka" w wersji z Dębca przez Hetmańską, Starołękę, Krzesiny, Jaryszki, Koninko, Głuszynę, Babki, Wiórek, Rogalinek, Puszczykowo, Łęczycę, Wiry i Luboń do domu. Wyjątkowo łaskawi okazali się kierowcy, gdyż żaden nie chciał mnie dziś skasować, rozjechać, ani nawet potrącić. Święto jakieś :)

Wczoraj natomiast pojawiłem się na chwilę na pobliskich Szachtach, gdzie swoim wybitnie amatorskim okiem oceniłem, że budowa wieży widokowej idzie w ekspresowym tempie i o dziwo uda się chyba ją dokończyć w zakładanym terminie, czyli do końca miesiąca. Cieszy mnie to nie tylko z powodu spodziewanych godnych doznań wizualnych, ale też dlatego, iż czuję się jednym z 3487 sponsorów tej inicjatywy, gdyż głosowałem na nią w tamtym roku w Poznańskim Budżecie Obywatelskim :)



Byle mi tylko tych Szacht, które pamiętam jeszcze jako dziki teren, nie zadeptano... Na szczęście to zadupie, więc jest szansa, że uniknie losu Rusałki, już nie mówiąc o Malcie.




  • DST 53.30km
  • Czas 01:55
  • VAVG 27.81km/h
  • VMAX 51.60km/h
  • Temperatura 9.0°C
  • Podjazdy 179m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Śmieszkoweryfikacja

Środa, 14 listopada 2018 · dodano: 14.11.2018 | Komentarze 2

Ależ dziś było paskudnie! Co prawda jeszcze nie nadeszło zapowiadane spore ochłodzenie, ale wzmógł się zdecydowanie wiatr, który powodował, że to prawie dziesięć na plusie odczuwalne było niczym temperatura bliska zera. Do tego wmordewind wrócił na swoje z góry upatrzone pozycje – nawet gdy flagi pokazywały, iż teoretycznie pomaga, to przy ziemi było wręcz odwrotnie. Finalnie wyszło, jak wyszło, czyli pisząc bez ogródek – do dupy.

Wybrałem kierunek zachód, a konkretnie dopracowywaną wciąż pętelkę w postaci: Poznań – Plewiska – serwisówki – Dąbrówka – Palędzie – Dopiewiec – Do/u/piewo – Podłoziny – nawrotka do D. - Konarzewo – Chomęcice (tam zakwitł kolejny remont i wahadło) – Plewiska – Poznań.

Cel akurat takiej wersji wyjazdu był jeden główny – zweryfikować jak wygląda stan śmieszek we wspomnianym Dopiewie. I jeśli na obwodnicy niestety będzie tak, jak się obawiałem, czyli kosteczka zaczyna powoli być oznaczana, tak na odcinku prowadzącym do Podłozin czekała mnie miła niespodzianka. Bowiem pod koniec tego czegoś, co straszy od dawna i na co się wjeżdża tylko po to, żeby zrobić zdjęcie na bloga…

...widać, że to, co miało być śmieszką, na szczęście będzie chodnikiem. Ufff… A specjalnie pytałem robotników ze dwa miesiące temu, co właściwie robią. Zdania były podzielone, z przewagą śmieszki. Jak widać czasem nieważne, co się robi, ważne, że się robi :)

Na przejeździe w Podłozinach napotkałem takie oto wyznanie miłości (to serduszko…):

A na drugim boczku istną walkę idei :) Na tę chwilę wygrywają ci od ”OK racism. Każdy taki sam, wszyscy nierówni” :)

A przy okazji - znaleziony niedawno mem, który nieźle mnie rozbawił :)

Aha, na drodze rowerowej wzdłuż Świerczewa wybory już się dawno skończyły. A szkoda :/

TUTAJ Relive.




  • DST 52.70km
  • Czas 01:49
  • VAVG 29.01km/h
  • VMAX 50.80km/h
  • Temperatura 9.0°C
  • Podjazdy 221m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Plus i minus

Wtorek, 13 listopada 2018 · dodano: 13.11.2018 | Komentarze 16

Plus - pogodynki się pomyliły. A żeby być precyzyjnym: reagowały na bieżąco. Około siódmej trzydzieści rano pokazywały jeszcze, że za pół godziny będzie lać, na co od wczoraj byłem psychicznie jako tako przygotowany, ale gdy po spacerze z psem zrobiłem szybkie F5, okazało się, że w sumie chodzi o okolice południa. Tak mi się też wydawało po zerknięciu na niebo, ale co ja tam mogę wiedzieć, przecież wystarczy zaufać profesjonalistom... Taaaa :) Jednak nie obraziłem się, że mogłem pokręcić, co to, to nie. A padać zaczęło chwilę po tym, jak wylądowałem w domu.

Minus - wszystko poza tym :) Tak jak wczoraj było pogodowo genialnie, tak dziś do dupy. Wiatr mi się klasycznie zmienił po drodze ze wschodniego na zachodni, oczywiście wtedy, gdy chciałbym, żeby było dokładnie odwrotnie. Było zimno. Szaro. Brzydko. Fuj. Może za wyjątkiem wariacji chmur ze słońcem na horyzoncie.

Wykręciłem "muminka": Poznań - Luboń - Łęczyca - Puszczykowo - Mosina - Rogalinek - Wiórek - Czapury - Babki - Głuszyna - Sypniewo - Koninko - Jaryszki - Krzesiny - Starołęka - Lasek Dębiński - dom. Przed Wiórkiem ze smutkiem zauważyłem, że jakoś mi... jasno. No tak... kolejne połacie lasu poległy :/

Aha, jeszcze jakiś wyjątkowy cymbał w tirze na bydgoskich blachach postanowił mnie wyprzedzić tak, że farbą od napisów na przyczepie mogłem się podrapać po policzku. Nawet gnoja nie zdążyłem solidnie potraktować (nie)werbalnie, bo zanim udało mi się ochłonąć, leciał już dalej próbować mordować niewinnych. Jednak to nie zmienia mojej ogólnej sympatii i dogadywania się z tirowcami - czarna owca to na szczęście nie ogół.




  • DST 53.20km
  • Czas 01:41
  • VAVG 31.60km/h
  • VMAX 56.40km/h
  • Temperatura 11.0°C
  • Podjazdy 257m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Ciut szybsze wolne

Poniedziałek, 12 listopada 2018 · dodano: 12.11.2018 | Komentarze 15

Formalnie dziwny to był dzień. Niby zwykły roboczy poniedziałek, lecz - jak się finalnie okazało - jednak wolny, tyle że ustanowiony na zasadzie ”wódz chcieć, partia robić”, jak zwykle bez użycia dość praktycznego organu zwanego mózgiem, przez co o tym, że nie muszę iść do roboty dowiedziałem się dopiero na cztery dni przed. Kupa czasu na planowanie, z przewagą kupy :)

Jednak darowanemu koniowi… Za wolne należy podziękować, bo czym jak czym, ale leniuchowaniem nie pogardzę :) Wyspałem się, zjadłem porządne rodzinne śniadanie i ruszyłem po jedenastej, czyli tak, jak się ruszać powinno, a nie jak zwykle, do czego bywam zmuszany przez pracę: głodny i śpiący.

Zacząłem od przejazdu z Dębca przez pustą Hetmańską, ale na Starołęce już tak różowo nie było, bo ta ulica jest tak inteligentnie skonstruowana, że wystarczy już jeden samochód, żeby zrobił się korek :) Jednak dzięki olaniu śmieszki jakoś bez ubytków na psychice dotarłem do Czapur, następnie przez Wiórek dopchałem się do Rogalinka, gdzie przyuważyłem pędzącego kilkaset metrów przede mną kolarza. Cisnął całkiem konkretnie, więc dogonienie go łatwe nie było, ale jako że nie ma dla mnie lepszego motywatora, to udało się to w Rogalinie i razem dotarliśmy do moich ulubionych Radzewic – kolega poleciał dalej do Zaniemyśla, ja jak zwykle skręciłem odetchnąć pełną piersią w nadwarciańskim rzecznym porcie. Jak widać na zdjęciach, wojaki wczoraj widocznie celebrowały niepodległość :)






Chwilę sobie posiedziałem i zawróciłem częściowo swoimi śladami do Rogalinka, wyprzedzając jeszcze po drodze trójkę szoszonów w wersji ”unisex”, następnie skorygowałem końcówkę trasy, zaliczając jeszcze Mosinę, Puszczykowo, Łęczycę i Dębiec. Rowerzystów było niczym w ”sezonie”, czyli jak mrówków, ale w listopadzie przynajmniej wszyscy kumają o co chodzi z pozdrawianiem i uśmiechaniem się do siebie. Brawo.

A najważniejsze zostawiłem na koniec – wiatr chyba w końcu stwierdził, że warto dać mi choć jeden dzień oddechu od swojego paskudnego charakteru i nie tylko nie był silny, ale przede wszystkim zachowywał się sprawiedliwie, wiejąc tak, jak powinien – pół na pół. Co skrzętnie wykorzystałem. Oj, nóżka podawała, czy co tam się pisze jak się jest pro. Nie jestem, więc jedynie przyznam, że było godnie jak na jazdę solo, a gdyby nie miejskie fragmenty, mogło być jeszcze godniej :)

Jutro podobno od rana ma lać :( Zapowiada się przerwa.

Relive TUTAJ.




  • DST 58.30km
  • Czas 01:58
  • VAVG 29.64km/h
  • VMAX 51.20km/h
  • Temperatura 11.0°C
  • Podjazdy 257m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Rogal(ink)owo

Niedziela, 11 listopada 2018 · dodano: 11.11.2018 | Komentarze 21

Jakoś tak mam, że nie lubię tłumów, do jakiegokolwiek świętowania mam stosunek wybitnie przerywany, a z wiekiem nawet zanikający. Jednak zrobiłbym wyjątek dla dwóch - tłustego czwartku i dzisiejszego, jeśli kluczowym jego elementem byłoby masowe żarcie rogali świętomarcińskich, dofinansowane przez państwo :) Rano bowiem pochłonąłem prawie dwa takowe, co nastroiło mnie wybitnie pozytywnie do jazdy.

Niestety, zaraz po ruszeniu dostałem lekko w pysk, bo w Luboniu zakwitł jakiś bieg, przez który miałem okazję pozwiedzać sobie boczne uliczki tej uroczej miejscowości. Normalnie wymarzony początek :) Potem zakwitłem przed zamykającym mi się na przejeździe szlabanie, a gdy czekanie się przedłużało, olałem temat i ruszyłem kolejnym objazdem. Tym samym już na piątym kilometrze byłem zmęczony psychicznie niczym po setce pod wiatr. A skoro jesteśmy przy nim - początkowo wydawał się słabiutki, ale potem trochę przyspieszył, do tego nie mógł się zdecydować czy jest ze wschodu, czy z południa. Wiedział tylko jedno - jak mi uprzykrzyć życie, co niestety udało mu się wybitnie, a to z kolei przełożyło się na średnią.

Wykonałem "muminka" w wersji: Poznań - Luboń (dwa razy dłużej niż zazwyczaj) - Łęczyca - Puszczykowo - Mosina - Rogalinek - Wiórek - Czapury - Babki - Głuszyna - Sypniewo - Koninko - Jaryszki - Krzesiny - Starołęcka - Hetmańska - dom. Przygód nie było, prócz może popisów narodowej husarii na czterech kołach, która - zapewne z emocji - usilnie chciała zrobić ze mnie placuszek.

Lubię tę windowsową hopkę :)

A koleżanki dziś niestety były za daleko do podjęcia jakichś konstruktywnych dyskusji :)

Specjalnie się zmobilizowałem, żeby nie dodawać wpisu po wspólnym marszu pod rączkę władz państwowych z ONR-em, tylko jeszcze przed nim. Mógłbym popłynąć :) Ale niech się bawią - na zdrowie, ja idę z Kropą wykonać swój, mniej formalny i mniej tłumny, ale przynajmniej pozwalający załatwić kilka naprawdę istotnych spraw :)




  • DST 56.10km
  • Czas 01:52
  • VAVG 30.05km/h
  • VMAX 50.70km/h
  • Temperatura 10.0°C
  • Podjazdy 233m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Uwaga, pozyskanie!

Sobota, 10 listopada 2018 · dodano: 10.11.2018 | Komentarze 15


Poranek przywitał mnie mlekiem płynącym. Prosto z nieba. Mgła była kompletna, do tego zdecydowanie niechętna do znikania, więc zanim ruszyłem zdążyłem wyprowadzić psa, odwiedzić piekarnię, zjeść porządne śniadanie, wypić kawę w rodzinnej atmosferze i dopiero koło jedenastej zacząłem myśleć o rowerze. Jak ja uwielbiam wolne dni :)

Wyjechałem jeszcze w bieli, a stan ten utrzymywał się gdzieś do momentu wyjazdu z Puszczykowa, do którego dotarłem jak zwykle przez Luboń (korki masakryczne) i Łęczycę (śmieszka znów zaczyna być zasyfiona, choć nie na całej długości). A podczas przeprawy przez Wartę w Rogalinku zrobiło się już całkiem klimatycznie.


Przez Rogalin dotarłem do Mieczewa, a zaraz za nim musiałem dać ostro po hamulcach na ten oto widok:

Przetarłem zdziwione ślepia, ale tabliczka wciąż była w tym samym miejscu. Zacząłem intensywnie analizować we łbie, o co tu kurna chodzi i w jaki sposób ja, jako użytkownik drogi, który nawet na chwilę nie ma zamiaru pojawić się w lesie, mam uważać. I przede wszystkim – na co i na kogo? A może to pokłosie nagłaśniania nie tak wcale wyjątkowych sytuacji, gdy jakiś nieogarnięty (a czasem i będący pod wpływem) miłośnik rzezi nie potrafił odróżnić sarny od rowerzysty, auta lub grzybiarza? Choć i tak nie wyjaśnia to, co ta informacja ma zmienić w moim zachowaniu – na wszelki wypadek jednak na te trzy czy cztery kilometry zdjąłem słuchawki i rozglądałem się intensywnie, wypatrując i nasłuchując kul świszczących mi koło kasku. Widocznie jednak chyba trafiłem na jakąś przerwę od tego „szlachetnego sportu” i przeżyłem :) Na szczęście widok miałem ułatwiony, bo tam, gdzie niedawno był las, aktualnie zrobiono pustynię z pojedynczymi oazami :/

A już w domu postanowiłem z ciekawości znaleźć informację, co to za impreza się odbywała, ale o dziwo nic. Zero. Przeszukałem dostępne w necie kalendaria i dupa. Za to przy okazji wgłębiłem się w strony prowadzone przez miłośników "pozyskania”, czyli pisząc wprost: mordowania z bezpiecznej odległości zwierząt przez tchórzy z piórkami we łbach, i - mimo przykrej tematyki - bawiłem się setnie. Polecam każdemu poczytać choćby jakieś wzruszające wyznania myśliwych, którzy po masakrze, przepraszam: pokocie, oddają cześć zwierzynie, przepraszam: tuszy, poprzez włożenie im gałązki w pysk, co nazywa się "ostatnim kęsem". Myślę, że dzięki temu jelonek z kulą w sercu czuje się szczęśliwszy :)

Potem już bez specjalnych emocji dokończyłem kółeczko przez Kórnik, zemstę Adolfa w Skrzynkach i Borówcu, Kamionki, Szczytniki, Koninko, Jaryszki, Krzesiny, Starołękę i Lasek Dębiński do domu – tak jak na Relive. Jechało się całkiem sympatycznie, głównie z jednego, najbardziej istotnego powodu – wiatr był do ogarnięcia, choć i tak upierdliwy.

Na puszczykowskiej Grobli trwa wciąż cichy protest przeciw wycięciu tej pięknej alejki. Tak on dziś wyglądał. Niestety wciąż wychodzi na to, że temat jest nie do ruszenia i ta debilna DDR-ka zostanie rozbudowana kosztem przyrody :/

Jakoś ostatnio ekologiczne wpisy mi wychodzą, co najlepsze - nie bywają zamierzone, a są wynikiem obserwacji rzeczywistości. Niestety.

Po południu jeszcze wypad z Kropą, a że osiem kilometrów spaceru zahaczyło o powolne zapadanie zmroku, to udało się załapać na budzenie się mgieł przed nocą.
Popłynąć...




  • DST 52.50km
  • Czas 01:56
  • VAVG 27.16km/h
  • VMAX 50.00km/h
  • Temperatura 9.0°C
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Droga na rzeź

Piątek, 9 listopada 2018 · dodano: 09.11.2018 | Komentarze 47

Do wyjaśnienia tytułu przejdę pod sam koniec wpisu, podzielonego zresztą na dwie części - ta pierwsza będzie zdecydowanie bardziej optymistyczna niż druga...

Rano po spojrzeniu za okno ze zdziwieniem zauważyłem mokre ulice - a przecież padać nie miało. Na szczęście okazało się, iż tylko kropiło, musiałem więc jedynie zrezygnować z myśli o kręceniu szosą i odkurzyć crossa. Jak postanowiłem, tak zrobiłem i lekko przed dziewiątą rano ruszyłem na trasę.

Żałowałem tej szosy, bo słabo wiało i można by było się rozpędzić. A tak... Pozostawało człapanie tym moim czołgiem. Ruszyłem w mżawicy na wschód, z domu przez Lasek Dębiński, Starołęcką, Czapury, Babki, Daszewice i Kamionki, gdzie na chwilę skręciłem w kierunku lasu, bo chciałem zobaczyć, jaką okolicę nasi znajomi wybrali sobie do budowy chaty. Nie powiem, ładną. Jeszcze :)

Wróciłem do głównej trasy i skierowałem się na Borówiec, a następnie w kierunku Gądek i Robakowa. Byłem pewny, że będę musiał tam zawracać, bo niedawno wjechałem w sam środek remontu, a tu... niespodzianka. Taka mieszana. Bo:

- remont się (prawie) skończył - plusik;
- zakwitła DDR--ka, choć jeszcze w budowie - minusik;
- zbudowana jednak z asfaltu - plusik;
- ale każdy element stykowy z podjazdem na posesję jest z kostki. Nawet tam, gdzie jeszcze... nie ma posesji - minusik;
- tam, gdzie się remont kończy, zanika co prawda DDR-ka, ale dziury na drogach zostały - minusik.

Finalnie uznaję to za porażkę, ale dość honorową - 2:3 :)


Wjechałem sobie więc jeszcze do miejscowości Dachowa i Szczodrzykowo, tam sfociłem kolejny egzemplarz dwukołowca do kolekcji...

...i zawróciłem oraz popędziłem w kierunku domu, znów przez Robakowo. 

No i tu dochodzimy do zapowiadanej drugiej części programu. Okazało się, iż śmieszkowy asfalt ciągnie się wzdłuż tej wiochy, do samego jej końca. Ok, tu nie narzekam, przyda się, ale zrobiłem jeden, dość poważny dla psychiki błąd - zatrzymując się, żeby zrobić zdjęcie na tle od zawsze mnie porażającego zakładu mięsnego firmy Sokołów, wyłączyłem na chwilę muzykę. W tym samym momencie dotarł do moich uszu kwik ogłuszanych świń, które za chwilę miały zostać zaszlachtowane - TIR-a i rampę widać w prawym górnym rogu. Ten dźwięk niestety był mi już znany wcześniej, jednak zmieszany z radosnymi "nawoływaniami" naganiaczy, którzy widocznie bawili się przy tym świetnie, wywołał u mnie porażające wrażenie. I tak, jak zazwyczaj mało co mnie rusza i jestem spokojny, tak teraz musiałem się wybluzgać na pełne gardło. Abstrahując od tego, że praktycznie wszystko jest tam na widoku, świnie, czyli istoty podobne bardziej inteligentne od psów, widzą w swoim życiu niebo tylko raz, podczas transportu do rzeźni, naszła mnie też myśl o tym, jakie to zwyrole wybierają przy prawie zerowym bezrobociu w Poznaniu pracę w takim miejscu... I niech mnie ktoś tu z kolei zarżnie, ale tego zdania będę bronił z pełnym przekonaniem.

Pozostało mi tylko szybko założyć ponownie słuchawki, znaleźć w telefonie najbardziej ciężką muzę (a mam w czym wybierać) i ruszyć do domu, przez Jaryszki, Krzesiny, znów Starołękę i Lasek Dębiński, tak jak na Relive. Nie ukrywam, że po drodze poszło jeszcze parę wiązanek w powietrze, którym oddycham wspólnie z resztą ludzkości.