Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi Trollking z miasteczka Poznań. Mam przejechane 239634.85 kilometrów w tym 4.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 27.49 km/h i się wcale nie chwalę.
Suma podjazdów to 783662 metrów.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl


Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Trollking.bikestats.pl

Archiwum bloga

  • DST 52.30km
  • Czas 01:48
  • VAVG 29.06km/h
  • VMAX 52.40km/h
  • Temperatura 18.0°C
  • Podjazdy 137m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Porannie i horrorowo

Wtorek, 23 czerwca 2020 · dodano: 23.06.2020 | Komentarze 14

Wstałem dziś o godzinie, która nie istnieje. O 6:30. Rano!

Musiałem, bo dzionek należał do aktywnych i bym się nie wyrobił. Do tego miałem obawy, czy znów nie czeka mnie jakiś defekt, bo wczoraj założyłem ostatnią dostępną w domu oponę. Na szczęście obyło się bez niespodzianek. Uff.

Trasa zachodnia: Poznań - Plewiska - Skórzewo - Wysogotowo - Dąbrowa - Sierosław - Lusówko - Lusowo - Batorowo - Wysogotowo - Skórzewo - Plewiska - Poznań. TUTAJ Relive, a na nim to, co mnie dziś zmasakrowało, czyli wielgachne korki. Chciałem ich uniknąć, omijając Poznań, a tu niespodzianka: wsie były w tym aspekcie gorsze. I do tego śmieciarki wypuszczone w świat w godzinach porannego szczytu. No nie miałem okazji poszaleć :)

Jezioro Lusowskie i łabędzia ekwilibrystyka jednak złagodziły doznania.
Plaża nad Jeziorem Lusowskim
Łabędź niemy w całej okazałości
Ekwilibrystyka stosowana :)
Tyle z Wielkopolski. Miałem dzisiaj dodać resztę zdjęć a Radzewic, ale chyba jednak to musi poczekać na inną okazję, bo wylądowałem dziś kawałek pod Wrocławiem, we wsi Mieczków, na kompletnym zadupiu, gdzie nawet psy boją się szczekać wiadomo czym. Wizyta  była gospodarczo-cmentarna (ale nic bieżącego), więc przy okazji miałem sposobność podpatrzenia resztek starego, poniemieckiego muru. Zapewne była tu nekropolia ewangelicka, mało co z niej zostało, lecz wciąż trzyma klimat.
Pozostałości niemieckich nagrobków, Mieczków (Dolny Śląsk)
Niemieckie aniołki, Mieczków (Dolny Śląsk)
Jest klimat!, Mieczków (Dolny Śląsk)
Generalnie cała wieś mogłaby bez większych retuszów być areną dobrego horroru :) Nawet kot sprawiał wrażenie, że moje oczodoły i krtań to najlepszy możliwy przysmak pod słońcem :)
Wiejski bandzior - oko w oko




  • DST 75.10km
  • Czas 02:50
  • VAVG 26.51km/h
  • VMAX 50.40km/h
  • Temperatura 19.0°C
  • Podjazdy 221m
  • Sprzęt Czarnuch :)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Orkowo oraz powrót z agrotrollystyki :)

Poniedziałek, 22 czerwca 2020 · dodano: 22.06.2020 | Komentarze 15

Po sympatycznie spędzonym wieczorze, oraz o dziwo w miarę przespanej nocy (prócz jednego incydentu, gdy pani, która chyba lekko przesadziła z domowymi naleweczkami, prawie wlazła nam do pokoju – na szczęście przezornie je zakluczyliśmy) w radzewickiej agroturystyce, rano przed wyjazdem postanowiłem się pokręcić po okolicy. Niestety, asfalty w nich nie należą do tych najbardziej wypasionych, więc na co dzień je omijam – dziś była okazja pokręcić się po nich Czarnuchem.

Najpierw jednak trzeba było wyjechać. Kropa nie ułatwiała zadania :) Po dwudziestu rzutach kijkiem była gotowa na… kolejne tysiąc. Nie ze mną te numery!
Niełatwo było dziś ruszyć, kijek się sam nie rzuci :)
Jest kijek, jest radocha! :)
Początkowo skierowałem się na południe – miałem bowiem na trasie jeden cel, który musiałem zaliczyć ze względów ideologicznych. Chodziło o wieś Orkowo. Czemu? Bo wszyscy miłośnicy Tolkiena i Śródziemia wiedzą, że trolle oraz orki to sojusznicy, którzy ramię w ramię walczą z paskudztwami typu elfy czy ludzie :)

Byłem, odwiedziłem, po drodze zobaczyłem coś, czego się nie odzobaczy…
Kolejne miejsce, gdzie BYŁ las :/ - Trójkolne Młyny
To ten... tego... ta polityczna sekta czy inna, każda psuje widok
...i dojechałem do Śremu, gdzie zawróciłem. Bo jeszcze na łeb nie upadłem, żeby dobrowolnie pchać się na tamtejsze - najbardziej polskie z polskich - śmieszki, oczywiście połączone z zakazami jazdy rowerem wzdłuż.

Znów dotarłem do Radzewic....
Klimaty rodzinne
...ale że brakowało mi jeszcze około dwudziestu kilometrów do pięciu dych, to zaliczyłem jeszcze odcinek przez Rogalin, Rogalinek i Sasinowo, za którym wróciłem do agro. Tam śniadanko, ostatnie zerknięcie z tarasu na wielkopolskie pola zalewowe…
Ostatnie spojrzenie z tarasu na wielkopolskie łąkowe klimaty - Radzewice
...oraz asysta przy psich pożegnaniach...
Coś tam sobie szepczą...  :)
Buziaki na pożegnanie :)
Orange is the new black :)
...i do domu, trasą przez Czapury i Starołękę.

Wczoraj miałem genialny wiatr w plecy, dziś… dokładnie odwrotnie :) Jednak nie był aż tak mocny, jak w dalszej części dnia, więc jakoś wielkiego wstydu ze średnią nie ma. TUTAJ Relive z części pierwszej, TU z drugiej.

Więcej zdjęć z agroTROLLystyki być może jutro. Na razie muszę się ogarnąć.




  • DST 23.05km
  • Czas 00:46
  • VAVG 30.07km/h
  • VMAX 50.40km/h
  • Temperatura 20.0°C
  • Podjazdy 74m
  • Sprzęt Czarnuch :)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Agropech - część druga, bardziej MTB-owa

Niedziela, 21 czerwca 2020 · dodano: 21.06.2020 | Komentarze 13

Kontynuacja lekko pechowej misji z TEGO wpisu.

W skrócie: w planach była jedna noc w znajomej agroturystyce w Radzewicach, z mojej strony dojazd szosą, która miała defekt (przebita opona). Nastąpił powrót do Poznania i zmiana środka transportu na drugi jedyny słuszny, czyli... inny rower :)

I powiem tak: chyba pierwszy raz w życiu wiatr pomógł mi, gdy się spieszyłem (bo jak się umawiam, również z rodziną, lubię być w miarę punktualny). Tu się nie udało, ale opóźnienie duże nie było. Duło mi albo z boku, albo w plecy, no bajka. Średnia więc - jak na rower MTB - wyszła przyzwoita :)

Trasa: Dębiec - Las Dębiński - Starołęcka - Czapury - Wiórek - Sasinowo - Rogalinek - Rogalin - Świątniki - Radzewice.

Jest późno, więc tylko fotki z drogi...
Smętny widok sponsorowany przez Nadeśnictwo Babki
Wiórek - spojrzenie na brzeg Warty
...oraz z samej genialnej miejscówki. Będzie więcej, ale zostawię sobie to na zwykłe relacje, nie te pisane na szybko na tablecie. To samo z nadrabianiem zaległości na BS  - obiecuję, że to zrobię :)
Jedyne słuszne agro :) Radzewice
Takie przywitania w agro to ja lubię :) - Radzewice
Trzeba wiiedzieć, gdzie zaparkować - Radzewice
Czyki dzionek spędzony będzie udanie :) - Radzewice
Dobre perspektywy - Radzewice
Atak!!! :) - agro w Radzewicach
Pełna radocha - Radzewice
Boczny rozlew Warty - Radzewice
TUTAJ Relive. Dobranoc :)




  • DST 31.05km
  • Czas 01:01
  • VAVG 30.54km/h
  • VMAX 52.80km/h
  • Temperatura 18.0°C
  • Podjazdy 131m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Agropech - część pierwsza, szosowa

Niedziela, 21 czerwca 2020 · dodano: 21.06.2020 | Komentarze 14

Oj, prawa Murphy'ego zdecydowanie nie są mitem, szczególnie gdy człowiek ustawia się na jakąś godzinę. Przekonałem się o tym kolejny (miliardowy?) raz.

Ale po kolei (i w skrócie, bo wpis powstaje na tablecie tylko z jednego powodu - nie lubię mieć zaległości). Jako że do Wielkopolski zjechał na kilka dni mój Ojciec, do sprawdzonej agroturystyki w Radzewicach, oczywistą oczywistością było spotkanie. Wykombinowaliśmy, że czemu nie zjechać na jeden dzionek do wspomnianej miejscówki i nie odpocząć od miasta? Czas był, wolne było, do dzieła.

Ja oczywiście rowerem. Żeby jutro móc się pokręcić po okolicy właśnie tym środkiem transportu. A jak najszybciej? Oczywiście szosą. Głosów oporu nie było, więc rano (po ustaniu opadów) w drogę.

Początkowo żarło dobrze - lekko naokoło (zgodnie z założeniami) wybrałem trasę przez Komorniki, Rosnowo...

...Szreniawę i... no właśnie. Za nią nastąpiło to:
Drugi dzien z rzędu :( Diagnoza: jednak opona
Drugi dzień z rzędu :( Po zweryfikowaniu stanu opony znalazłem powód - coś, co przebiło antyprzebiciówkę. Wymiana nastąpiła szybko, ale decyzja co do tego, co robić dalej łatwa nie była. Wozu technicznego wzywać nie chciałem, odpuszczać rower również, wymyśliłem wiec, że dopompuję do kilku barów i wrócę najkrótszą drogą do domu, a do Radzewic dojadę Czarnuchem. Takoż zrobiłem, na szczęście bez kolejnej pany.

Relive TU. A część druga dzionka TUTAJ.




  • DST 62.40km
  • Czas 02:09
  • VAVG 29.02km/h
  • VMAX 53.80km/h
  • Temperatura 18.0°C
  • Podjazdy 200m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Łyżkobrak

Sobota, 20 czerwca 2020 · dodano: 20.06.2020 | Komentarze 17

Znów miało padać, a jakoś nie padało. Super. Problem w tym, że chmury nie dawały żadnej gwarancji, że taki stan utrzyma się dłużej, zapobiegliwie więc wziąłem ze sobą plecak, w który zapakowałem między innymi rowerową kurtkę, przynajmniej częściowo wodoszczelną. Najczęściej jeżdżę z czymś mniejszym i bardziej sportowym na plecach, więc musiałem przepakować niezbędne klamoty, które wożę ze sobą. Wydawało mi się, że w pośpiechu (bo do roboty musiałem dotrzeć w samo południe) wszystko wziąłem, jak się okazało w praktyce - niekoniecznie.

Jak się o tym przekonałem? O tym za chwilę. Najpierw o samej trasie: wiało solidnie z północnego-zachodu, kierunek w związku z tym wybrałem pokrewny, w znacznej części miejski: Dębiec - Górecka - Grunwald - Jeżyce - Golęcin - Strzeszyn - Psarskie - Kiekrz - Rogierówko - Kobylniki - Sady - Swadzim - Batorowo - Lusowo - Zakrzewo - Plewiska - Poznań. TUTAJ Relive.

Okolice koźlaka w Rogierrówku wyglądają jak plac budowy. Nie wiem, co będzie się tam konstruowało, ale aktualnie przypomina to Woodstock. Abo Wiatrostock :)

Przygód nie było, bo przecież próba zabicia mnie przez troglodytkę próbującą wymusić pierwszeństwo w Kiekrzu niczym wyjątkowym nie jest. Jedyną "atrakcją" była pana, która trafiła mi się dokładnie przy wjeździe na rondo w okolicach Strzeszynka. Ok, wymiana dętki to żadna filozofia, ale jeśli dysponuje się tylko jedną łyżką, robi się malutki problem w przypadku kół szosowych. A właśnie tej drugiej - jak się okazało - nie przełożyłem. Jakoś jednak dałem radę, choć dziesięć minut cennego czasu uciekło.

Oczywiście pompka ręczna ma swój limit, więc przez większość drogi kręciłem na może sześciu barach. Odpuściłem walkę :)

Zdjęć - jak widać - dziś prawie nie ma. Jakoś weny nie miałem, a i chęci. W zastępstwie więc dwa spacerowe kadry z Dębiny, w tym jeden mało wyraźny, bo ruda była nie tylko zmęczona życiem, ale i strasznie ruchliwa :)
To jaką masz maksymalną szerokość tego kadru? :)
Ruda, lekko styrana życiem wiewióra :)
Dystans zawiera dojazd do pracy.




  • DST 54.30km
  • Czas 01:55
  • VAVG 28.33km/h
  • VMAX 51.40km/h
  • Temperatura 18.0°C
  • Podjazdy 170m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Wcześniak

Piątek, 19 czerwca 2020 · dodano: 19.06.2020 | Komentarze 19

Oj, jak dobrze, że musiałem dzisiaj wcześnie wstać. Bo gdybym ruszył jakieś pół godziny później, wracałbym w ulewie. A tak - miło, sympatycznie i komfortowo spędziłem owe pięćdziesiąt kilometrów.

Nooo, bez przesady. Tak fajnie to nie było. Wmordewinidzik znów kręcił swoje, pomagać nie chciał, coś tam delikatnie pokropiło, nad głową miałem zaś ciemne chmury. Przejechałem więc to, co należało, bez ciśnienia, bez walki, ot, jedynie w poczuciu obowiązku :)

Trasa zachodnia: Poznań - Plewiska - Skórzewo - Wysogotowo - Batorowo - Lusowo - Lusówko - Sierosław - Dąbrowa - Plewiska - Poznań. TUTAJ Relive.

Uwiesić oka na czym za bardzo nie było, więc muszą wystarczyć gęgawy znad Jeziora Lusowskiego, jak i samo jezioro.
Stała gęsia miejscówka w Lusowie
Gęgawy, już zaniepokojone moim przybyciem
Oko w oko, dziób w dziób
Synchronizacja przede wszystkim :)
Pomost nad Jeziorem Lusowskim
Aha, trafił się jeszcze jakiś kurdupel. Z ogona wygląda mi na młodą pliszkę siwą.
Młoda pliszka siwa
Maszerujący kurdupel pliszki
A na granicy Poznania i Plewisk ukazał mi się kulturalny, w końcu niezahaczający o wandalizm, przykład inteligentnej walki na sztandary :)

Jeszcze słówko o wczorajszym powrocie z pracy. Nad miastem nagle pojawiła się burza, która zalała ulice, parkingi, przejścia podziemne, torowiska, wywaliło też studzienki. Ja się oczywiście do roboty wybrałem rowerem, więc był problem. Pierwsza wersja: wrócę tramwajem, z dwoma kółkami w środku. Jednak okazało się, że z powodu awarii na Dębiec nie jechało nic. Nie miałem wyjścia - musiałem pokonać te pięć kilometrów w takich oto warunkach:


Sorry za jakość kadrowania, ale ledwo trzymałem telefon w łapie :) Nie powiem, były emocje, gdy zastanawiałem się, jak głębokie są dziury pod tymi hektolitrami wody na ulicach. Jakoś udało się dotrzeć do domu, momentami na nogach, więc w sumie triathlon mogę sobie wpisać w życiowe doświadczenie :)




  • DST 60.40km
  • Czas 02:14
  • VAVG 27.04km/h
  • VMAX 42.10km/h
  • Temperatura 22.0°C
  • Podjazdy 157m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

No i powidłowo

Czwartek, 18 czerwca 2020 · dodano: 18.06.2020 | Komentarze 21

Największy plus dzisiejszego dnia: jednak nie padało! A miało. Nawet grzmieć i straszyć. Tymczasem w nocy coś tak pokropiło, nad ranem trafiły się jeszcze jakieś ostatki, ale podczas jazdy nie spadła mi na łeb nawet kropla. Zapobiegliwie wziąłem dziś pod tyłek Czarnucha, jak się okazało, niepotrzebnie. Ale nie ma tego złego - mimo bowiem, że czas mnie gonił, miałem okazję zawitać w kilka ciekawych i dziwnych miejsc :)

Przede wszystkim, skoro już poruszałem się czołgiem, gdy już wyjechałem z Dębca i dotarłem do okolic Żegrza, postanowiłem przetestować stan infrastruktury rowerowej po remoncie. Ujdzie, ale bez cudów. Natomiast gdy znalazłem się na Spławiu i przypomniałem sobie, że tam jest dopiero koszmar, jednak ją doceniłem :) Potem kierunek Tulce, które zamierzałem szybko ominąć, ale coś przyciągnęło moją uwagę. Nie była tym czymś przydrożna wycinka sprzed kilku miesięcy, bo byłem na nią już przygotowany psychicznie. Tym razem znalazłem ścieżkę przyrodniczą "Skarby lasu". Tak się ona prezentuje:
Ścieżka przyrodnicza
Legenda do koła fortuny, Tulce
Przyrodnicze koło fortuny, Tulce
Niby spoko, ale coś mi śmierdziało. A konkretnie masa świeżo wyglądających pieńków. Postanowiłem więc zagadać pewnego pana z pieskiem:

- Przepraszam, czy w tym miejscu nie było lasu?
- No był. I to jaki!
- Czyli rozumiem, że żeby powstała ta polanka, poleciało wiele drzew?
- I to ile! A w ogóle, był pan kawałek dalej? Tam dopiero wycięli wszystko, jak leci...
- Eh, widząc nazwę Nadleśnictwa, wcale mnie to nie dziwi... Co do tego miejsca: sprawdza się?
- Tak. Żuli i pijaków tutaj nie brakuje, syf tu robią, śmiecą. Trageda.

Podziękowałem. Sympatyczny miejscowy poszedł w swoją stronę (życzyliśmy sobie lepszych czasów), ja się jeszcze pokręciłem, poczytałem i dowiedziałem się między innymi, że "las wzbogaca rynek pracy, wzmacnia obronność kraju" oraz "dostarcza drewna oraz innych płodów leśnych, zapewnia powtarzalność produkcji, co umożliwia trwałe użytkowanie drewna i surowców nierdzewnych, w tym użytków gospodarki łowieckiej". Oczywiście nie miałem wątpliwości, iż ów bełkot pochodzi od kogoś z podleśnictwa Babki. 
Nadleśnictwo Babki i jego bełkot:
Regulamin też jest inspirujący: teren rekreacyjny, czyli... zakaz wejścia z psem i obowiązek podporządkowania się (uwaga, uwaga) Straży Łowieckiej.
Teren rekreacyjny - w polskich warunkach zakaz wejścia z psem i obowiązek podporządkowania się... Straży Łowieckiej, Tulce
Zmasakrowany mentalnie ruszyłem dalej. Tym razem przez Garby do Swarzędza. 
Chwila odpoczynku przy jeszcze niewyciętych drzewach, okolice Tulec
Genialne graffiti na elewacji, ciągle zachwyca, Swarzędz
Kolejnym etapem testów była droga do Gowarzewa przez Kruszewnię. Również wyremontowana, z przyzwoitą asfaltową śmieszką. Oczywiście kompletnie niepotrzebną, ale skoro ma być, to niech będzie taka. Ale mnie zatrzymało tam coś innego, na tyle, że aż zawróciłem. Jabłkomat :)
Jabłkomat w Kruszewni! :)
Płatność w Jabłkomacie tylko gotówką, a szkoda :)
W środku akurat nie było już... jabłek. Ale za to soki i inne przetwory owszem. Niestety płatność tylko gotówką a ceny do najniższych nie należą, więc skusiłem się tylko na powidła śliwkowe za całe 9 PLN. Jestem już po testach - rewelacja!
Powidła śliwkowe z Jabłkomatu - miód w gębie :)
W tym samym budynku była też maleńka kawiarnia, więc pozwoliłem sobie jeszcze na pączka. Genialny. Polecam miejscówkę!

Z Gowarzewa dokręciłem ponownie do Tulec, natykając się już na ostatnie resztki rzepaku...
Jeszcze raz resztki rzepaku
...by we wspomnianej miejscówce po raz kolejny dać po hamulcach. Co tym razem? Ano z boku tamtejszego sanktuarium maryjnego natrafiłem na jakiś dziwny bunkier.
Taka oto dziwna miejscówka w Tulcach
Wygląda niczym wejście do bunkru, Tulce
Jakieś muzeum? Schron? Zagadkowa sprawa. Z duszą na ramieniu wszedłem do środka, a tam... grób. Go tego na kółkach. I z wystającymi kablami. Oraz (chyba) całun. Hm. Tego się nie spodziewałem :)

Tymczasem w środku owego bunkru..., Tulce
W samym Poznaniu trafił się jeszcze... eeee... Roman Dmowski naszych czasów... :)

...a z motywów zwierzęcych dzisiaj tylko krówki. Szczęśliwe, jak sądzę. I uczuciowe.
Stado zapewne szczęśliwych krów
Krowa z zezem :)
Uczucie, zwierzęta mają je tym bardziej
Sporo dziś atrakcji było, nie powiem. Relive TUTAJ, a ja o dziwo nawet zdążyłem do pracy (dystans wliczony).




  • DST 64.30km
  • Czas 02:13
  • VAVG 29.01km/h
  • VMAX 51.00km/h
  • Temperatura 25.0°C
  • Podjazdy 141m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Rzeźnicze Babki

Środa, 17 czerwca 2020 · dodano: 17.06.2020 | Komentarze 21

Tytuł zapewne dla wtajemniczonych jest oczywisty do rozszyfrowania. Ale wrócę do niego później.

Najpierw o samym rowerowaniu - wiatr wiał z grubsza z tego samego kierunku co wczoraj, czyli S+N+W+E. Tylko że jeszcze bardziej upierdliwie. Co stanąłem na pedały, to wiał mi w pysk. Gdziekolwiek skręciłem - w pysk. Gdzie nie zawróciłem - w pysk. Normalnie byłem dziś przezeń traktowany jak dzieciak przez modelowego, rodzimego sebiksowego tatusia ze zdrowej polskiej rodziny (nie jakieś tam LGBT, czy LGTB, jak mówi poseł Żulek. Czy tam Żalek), tylko nie pachniało alkoholem :)

Trasa to "muminek": Dębiec - Hetmańska - Starołęcka - Minikowo - Krzesiny - Jaryszki - Koninko - Szczytniki - Sypniewo - Głuszyna - Babki - Czapury - Wiórek - Sasinowo - Rogalinek - Puszczykowo - Łęczyca - Luboń - Poznań. TUTAJ Relive.
Przydrożny punkt widokowy na WPN, Wiórek
Nadwarciańskie spojrzenie na Wielkopolski Park Narodowy
Dobra, miejmy to za sobą. Najpierw skręcając na południe od poznańskiej Głuszyny stwierdziłem, że zrobię fotkę przy Nadleśnictwie Babki. Bo dawno nie robiłem, a moje uczucia do niego wciąż są tak gorące, jak piła po ośmiu godzinach użytkowania. 

Potem jeszcze, jadąc, uwieczniłem dwie klasyczne pozycje...


...nie spodziewając się jednak, że kawałek dalej dam dwa razy po hamulcach, żeby wjechać w las. Wrrrróććć, co ja bełkoczę? Jaki las? Przecież to pola uprawne dla nienawidzących przyrody rzeźników, którym drzewo kojarzy się jedynie z zarabianiem kasy. Proszę, dzisiejsze widoczki:
Polska... taka piękna :( - kolejna rzeź wykonana przez Nadleśnictwo Babki
Krajobraz po masakrze - Nadleśnictwo Babki w akcji
Czy naprawdę ten
Ciągnie się to znów hektarami. Rozumiem, "gospodarka leśna" to logika - teraz masowo usuniemy, ewentualnie posadzimy nowe, za jakieś dwadzieścia-trzydzieści lat znów wytniemy. Czy małe drzewko daje tyle samo tlenu co to dojrzałe? Czy zapewnia tyle cienia? Daje schronienie ptactwu? Możliwość bezpiecznego lęgu? Może lepiej nie odpowiadać na te pytania... Polska, taka piękna. Szczególnie przez kilka ostatnich lat :/ Tutaj sprzęt, którym nasi bohaterscy "leśnicy" działają, oczywiście pochylając się nad każdą z potencjalnych desek, sprawdzając zapewne, czy nie ma na niej gniazda...
Nasi bohaterscy leśnicy w akcji, dbający o dobrostan przyrody, Nadleśnictwo Babki
Kilkadziesiąt sekund i kilkudziesięcioletnie drzewo odchodzi w niebyt, Nadleśnictwo Babki
Najgorsze jest to, że to zapewne nie koniec :( Do tego jeszcze przy debilnej śmieszce w Łęczycy przyuważyłem to, o czym pisał BUS - faktycznie, jakieś dwieście drzew jest oznakowanych, zapewne w wiadomym celu. Nawet nie chcę myśleć, co będzie tam planowane :/


Smutny to kraj, gdzie nie myśli się naturze, chyba że przez pryzmat kasy. Jednak nic nie jest tu przypadkiem - zgoda, a nawet nakazy, idą z samej góry.

Żeby jednak nie było tak całkowicie smętnie, na koniec obrazki z wielkopolskich pól - już mieszających kolory ze zbożowymi klimatami.
Chyba większość polnych barw w jednym :)
Zbożne rumianki :)
Dystans zawiera dojazd do pracy. Co ciekawe, mimo upału, widziałem jednego rowerzystę w zimowej kurtce i takich samych rękawiczkach.




  • DST 62.10km
  • Czas 02:04
  • VAVG 30.05km/h
  • VMAX 52.00km/h
  • Temperatura 21.0°C
  • Podjazdy 128m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Oazowo

Wtorek, 16 czerwca 2020 · dodano: 16.06.2020 | Komentarze 15

Bez obaw, nie nawróciłem się. Spokojnie :)

Miałem dzisiaj napisać, że wiatr znów stał się zachodni, po wielu dniach podmuchów z północnego wschodu, ale... chyba nie mogę. Bo jak się okazało w praktyce, był z grubsza zachodniowschodniopołudniowopółnocny. Czyli zewsząd, byle w ryj. Na szczęście niezbyt mocny, więc jakoś dało się z nim walczyć.

Kurs przed pracą, na śpiocha i na czczocha :) Trasa: Poznań - Plewiska - Zakrzewo - Sierosław - Więckowice - Fiałkowo - Dopiewo - Dopiewiec - Palędzie - Gołuski - Plewiska - Poznań. Czyli klasyk. TUTAJ Relive.

Było tak nudno, że przez połowę drogi zastanawiałem się, gdzie się zatrzymać, żeby zrobić choć jedną fotę. Co pustynia, to pustynia. W końcu stanęło na Więckowicach i jedynej w okolicy oazie, czyli ładnie utrzymanym oczku wodnym. Szału ni ma, nie ma co ukrywać :)
Bajorko w Więckowicach, czyli oaza na pustyni na zachód od Poznania
Domek, prawdopodobnie dla ptaków. Chętnych nie przytuważono :), Więckowice

W Palędziu za to w końcu wrócił na swój słup bocian. Był wiosną, potem gdzieś zniknął, ale ważne, że znowu jest. I jak się okazuje, to chyba pani bocianowa, co wnioskuję po oczach :)
Po oczach sądząc, to pani bocianowa :)
W gnieździe była też (co najmniej) dwójka młodych, ale chyba dość irytujących, bo matka się co jakiś czas (dosłownie) unosiła.
Dziób to przydatne narzędzie do drapania
Matka się wkurzyła o coś na młodzież
Generalnie wciąż byłem pod obserwacją - i słusznie, bom człowiek, czyli zagrożenie. Więc szybko się ewakuowałem.
Widzę cię. Jedź już sobie.
Dystans zawiera dojazd do roboty.




  • DST 62.40km
  • Czas 02:09
  • VAVG 29.02km/h
  • VMAX 51.10km/h
  • Temperatura 23.0°C
  • Podjazdy 190m
  • Sprzęt T-rek(s)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Dziewicza facelia i łyski na widoku :)

Poniedziałek, 15 czerwca 2020 · dodano: 15.06.2020 | Komentarze 11

Kolejny dzionek z karą, fuj, fuj, fuj, co ja piszę!, przywilejem pójścia do pracy. Czyli znów schemat: wstać wcześnie, ogarnąć się, pokręcić swoje, wrócić, ogarnąć się w wersji 2.0, dojechać do roboty. Błeee :)

Wiało wciąż paskudnie, wciąż z północnego wschodu, więc ponownie za mną dwukrotny kursik przez całej miasto. Trasa w konkretach: Dębiec - Wartostrada - Jana Pawła - Hlonda - Chemiczna - Gdyńska - Koziegłowy - Kicin - Kliny - Mielno - Dębogóra - Karłowice - Wierzonka - Kobylnica - Janikowo - Bogucin - Miłostowo - Główna - Hlonda - Jana Pawła - Wartostrada - dom. TUTAJ Relive.

Mimo już sympatycznych temperatur, specjalnie komfortowo to mi się nie jechało. Wmordewindzik swoje, koreczki swoje, światła tym bardziej swoje. Ot, wyjazd odbyty i tyle. Facelia wciąż trzyma się mocno...
Czerwiec wciąż mami barwami
Facelia błękitna w makro
...a wielkopolskie widoczki (między innymi na Dziewiczą Górę) są wciąż niby nudnawe, a cieszą oko kolorami.
Droga z Kicina do Mielna
Wielkopolskie fałdki w tle
Wieża na Osowej Górze w wersji bezchmurnej
Zakręty w wielkopolskim Mielnie
Dystans zawiera dojazd do pracy.

Ok, tytuł wpisu częściowo rozszyfrowany. Idziemy dalej. Obiecałem wczoraj wkleić jeszcze foty z wizyty na wieży widokowej na Osowej Górze w Mosinie, więc w te pędy nadrabiam zaległości. Cóż, mam słabość do tego miejsca :)
Spojrzenie znad glinianek, Osowa Góra, Mosina
Wieża widokowa na Osowej Górze, Mosina
Godny widok z wieży widokowej na Osowej Górze, Mosina
Spojrzenie na
Zoom na centrum Poznania z plus minus 20 kilometrów może do najwyraźniejszych nie należy, ale coś tam widać.
Zoom na centrum Poznania z odległości około 20 kilometrów
Przy okazji "upolowane" stadko łysek. Młode gnojki o mało nóżek nie połamały, żeby dorwać się do żarcia. A matka dzielnie dokarmiała "z dzioba".
Rodzina łysek w trakcie żebrania o kąski
O mało co nóg nie pogubił na widok żarcia :) - młode łyski
Matka karmiąca młode łyski
Łyska zwyczajna w pełnej krasie
No i smaczek nad smaczkami - znalezione gniazdo młodych sójek. Nie napiszę gdzie, żeby nie przeczytał tego ktoś niepowołany, kto tu przypadkiem zawita (oczywiście nie chodzi mi o żadnego z BS-owiczów). Niech maluchy dorastają w spokoju :)
Pisklaki sójki, dla ich bezpieczeństwa nie zdradzam miejscówki :)