Glut krzyżowo-błotnikowy
Środa, 28 lutego 2018
· Komentarze(8)
Wbrew moim obawom, wykoncypowanym po wczorajszych popołudniowych i wieczornych opadach białego gów... puszku, dziś rano dało się w miarę normalnie kręcić. Oczywiście to "normalnie" trzeba zapakować w cudzysłów obszerny niczym bebech przeciętnego polskiego miłośnika sportu, wersja "wygodny fotel, browar i bogata oferta kanałów w TV". Bowiem śnieg jeszcze polegiwał gdzieniegdzie, oczywiście obowiązkowo na śmieszkach, wiatr duł mocno z północnego wschodu, a temperatura nie chciała wskoczyć powyżej minus dziewięciu. W związku z tym przed pracą wykonałem jedynie gluta i zdecydowanie nie miałem ochoty na więcej :)
Trasa to coś na kształt plemnika w tę i nazad, z domu przez Lasek Dębiński, Starołękę, Krzesiny, skręt na Sypniewo, za którym polami ledwo dysząc dotarłem pod wiatr do swojego dzisiejszego krzyża na drogę i zawróciłem. W sumie ten krzyż był dosłowny, więc postanowiłem zrobić lekkie profanum i go sfocić na tle mojego crossowego (nomen omen) trupa.

Zsiadając z roweru zahaczyłem nogą o i tak ledwo już się trzymający tylny błotnik, który tym samym ułamał się na amen i odszedł na łono Manitou. Owo łono znajduje się konkretnie pomiędzy krzakami a brzózką po prawej, bo kosza nie uświadczyłem, a transportować go nie miałem jak. Generalnie rower bez niego zyskał na uroku, przyznaję, ale że jak sądzę narażenie mnie na koszty nie było przypadkiem akurat w tym miejscu, to w afekcie jakoś mi się dziwnie wszystko obróciło do góry nogami i... :) Ech, zawodzi ta technika, zawodzi... :)

Do domu wróciłem jako substytut sopla lodu. W pewnym momencie kominiarka była w takim stanie, że śmiało mogła konkurować co do twardości z maskami z kevlaru, takimi co są do kupienia w przeróżnych genitalia, czy tam militaria, pe el :) Brr, pomroziło już wystarczająco, niech skończy, poproszę.

A na koniec archiwalne już zdjęcie ś.p. błotnika, zrobione na samym początku wyjazdu. Uroku mu faktycznie brakowało, ale dobrych kilka lat chronił mi tyłek, i to dosłownie. Cześć jego pamięci!
Trasa to coś na kształt plemnika w tę i nazad, z domu przez Lasek Dębiński, Starołękę, Krzesiny, skręt na Sypniewo, za którym polami ledwo dysząc dotarłem pod wiatr do swojego dzisiejszego krzyża na drogę i zawróciłem. W sumie ten krzyż był dosłowny, więc postanowiłem zrobić lekkie profanum i go sfocić na tle mojego crossowego (nomen omen) trupa.

Zsiadając z roweru zahaczyłem nogą o i tak ledwo już się trzymający tylny błotnik, który tym samym ułamał się na amen i odszedł na łono Manitou. Owo łono znajduje się konkretnie pomiędzy krzakami a brzózką po prawej, bo kosza nie uświadczyłem, a transportować go nie miałem jak. Generalnie rower bez niego zyskał na uroku, przyznaję, ale że jak sądzę narażenie mnie na koszty nie było przypadkiem akurat w tym miejscu, to w afekcie jakoś mi się dziwnie wszystko obróciło do góry nogami i... :) Ech, zawodzi ta technika, zawodzi... :)

Do domu wróciłem jako substytut sopla lodu. W pewnym momencie kominiarka była w takim stanie, że śmiało mogła konkurować co do twardości z maskami z kevlaru, takimi co są do kupienia w przeróżnych genitalia, czy tam militaria, pe el :) Brr, pomroziło już wystarczająco, niech skończy, poproszę.

A na koniec archiwalne już zdjęcie ś.p. błotnika, zrobione na samym początku wyjazdu. Uroku mu faktycznie brakowało, ale dobrych kilka lat chronił mi tyłek, i to dosłownie. Cześć jego pamięci!





























