Odbierając STaRuszka
Środa, 31 stycznia 2018
· Komentarze(11)
Po powrocie z szosowego wypadu pozostało jedynie odebrać rower z naprawy. Proste? Trochę mniej, jeśli weźmie się pod uwagę, że crossa zostawiłem w "szpitalu" kilkanaście kilometrów poza granicami Poznania, czyli w Mosinie. To kolejny zaufany serwis, któremu daję zarobić bez żadnych wątpliwości, że wynik będzie zdecydowanie godny. Oczywiście, mogłem wykonać próbę odbioru niecałą godzinę wcześniej, bo byłem w tej miejscowości, ale choć ogarnięcie czterech kółek jest banalne, to z dwoma kierownicami jednak ciężko sobie poradzić :) Stąd osobny wypad.
Wymyśliłem sobie więc, że pojadę do Mosiny pociągiem (zaledwie 10 minut spóźnienia, tyle co nic), przy okazji chcąc nie chcąc konwersując sobie z narąbanym Sebixem, który nie wiadomo czemu uznał mnie za ziomala, nie żądając nawet ode mnie ani złocisza za możliwość korzystania ze swojego upoj(o)nego towarzystwa (!). Po wyjściu z PolRegio od samego wchłoniętego oddechu czułem się jeszcze przez chwilę lekko pod procentem :)
Odebranie trupa poszło sprawnie - jeśli tak się da napisać o próbie reanimacji czegoś, co powinno już dawno wylądować na złomie, ale sentyment i takie tam, bla bla bla. Jak zwykle jednak odsyfianie nie było łatwe, bo mimo że w suporcie nie znaleziono nietoperza, skarbów, anie nawet Świętego Graala, to walka z jego wymianą wymagała podobno sporego wysiłku. Generalnie emeryt marki STR dostał na moje życzenie wersję "po kosztach" wszystkiego, od korby przez łańcuch po kasetę, bo inwestować w STaRuszka już nie ma sensu.
Plusem serwisowania rowerów w Mosinie jest test najlepszy z możliwych, jak na wielkopolskie warunki oczywiście, czyli wjazd na Osową Górę. Poszedł zdecydowanie na tak. A widok czystego napędu zostawiam sobie na pamiątkę, bo już się z nim nie spotkam :)

Chwilę jeszcze sobie posiedziałem w sklepie, byłem świadkiem niemalże łezki w oku jego właściciela, który sprzedawał znajomemu (przyjechał poń aż z Oleśnicy) swój ukochany karbonowy sprzęt do MTB (po raz pierwszy widziałem w tej klasie korbę z jednym blatem) i ruszyłem do domu. Trasa była wyjątkowo prosta i przyznam, że nawet fragmentami wiało w plecki.
Oglądałem ostatnio kilka odcinków na jutiubie Trójmiejskiego Rowerzysty, który często narzeka na nie do końca wyprofilowane krawężniki w Gdańsku. No to... zapraszam do Lubonia :)

Przy okazji cyknąłem - jak zwykle w tym miasteczku intuicyjny oraz prorowerowy - łącznik między dwoma fragmentami śmieszki , który powstał niedawno przy okazji tworzenia wiaduktu nad torami.

A finalnie i tak wyjdzie, że to ja się czepiam tej wiosk... tego miasteczka :)
Wymyśliłem sobie więc, że pojadę do Mosiny pociągiem (zaledwie 10 minut spóźnienia, tyle co nic), przy okazji chcąc nie chcąc konwersując sobie z narąbanym Sebixem, który nie wiadomo czemu uznał mnie za ziomala, nie żądając nawet ode mnie ani złocisza za możliwość korzystania ze swojego upoj(o)nego towarzystwa (!). Po wyjściu z PolRegio od samego wchłoniętego oddechu czułem się jeszcze przez chwilę lekko pod procentem :)
Odebranie trupa poszło sprawnie - jeśli tak się da napisać o próbie reanimacji czegoś, co powinno już dawno wylądować na złomie, ale sentyment i takie tam, bla bla bla. Jak zwykle jednak odsyfianie nie było łatwe, bo mimo że w suporcie nie znaleziono nietoperza, skarbów, anie nawet Świętego Graala, to walka z jego wymianą wymagała podobno sporego wysiłku. Generalnie emeryt marki STR dostał na moje życzenie wersję "po kosztach" wszystkiego, od korby przez łańcuch po kasetę, bo inwestować w STaRuszka już nie ma sensu.
Plusem serwisowania rowerów w Mosinie jest test najlepszy z możliwych, jak na wielkopolskie warunki oczywiście, czyli wjazd na Osową Górę. Poszedł zdecydowanie na tak. A widok czystego napędu zostawiam sobie na pamiątkę, bo już się z nim nie spotkam :)

Chwilę jeszcze sobie posiedziałem w sklepie, byłem świadkiem niemalże łezki w oku jego właściciela, który sprzedawał znajomemu (przyjechał poń aż z Oleśnicy) swój ukochany karbonowy sprzęt do MTB (po raz pierwszy widziałem w tej klasie korbę z jednym blatem) i ruszyłem do domu. Trasa była wyjątkowo prosta i przyznam, że nawet fragmentami wiało w plecki.
Oglądałem ostatnio kilka odcinków na jutiubie Trójmiejskiego Rowerzysty, który często narzeka na nie do końca wyprofilowane krawężniki w Gdańsku. No to... zapraszam do Lubonia :)

Przy okazji cyknąłem - jak zwykle w tym miasteczku intuicyjny oraz prorowerowy - łącznik między dwoma fragmentami śmieszki , który powstał niedawno przy okazji tworzenia wiaduktu nad torami.

A finalnie i tak wyjdzie, że to ja się czepiam tej wiosk... tego miasteczka :)















