Dziś zamiast opisu trasy (bo jedyne co można o niej napisać to to, że była zimna, a średniej już raczej w tym roku crossem lepszej nie zrobię) smakowite zdjęcia ze ścieżek rowerowych w Łęczycy i Krośnie. Zrobione dziś. Takie miałem szczęście. Taka sytuacja...
Aż się komentować nie chce, a nawet gdyby mi się chciało to nie miałbym jak, bo obydwie ręce mi opadły.
Choć w sumie - może gdyby to tak wszędzie wyglądało to znikłby nakaz jeżdżenia ścieżkami... Eh, rozmarzyłem się za bardzo :) /2935873
Nadgodziny mają jedną dobrą cechę - można je odebrać. Co dziś zrobiłem, więc zamiast na 10 do pracy mogłem iść na 11. Oznaczało to konieczność wyjazdu na trening max o 7.30. Brrrr.... Jednak okazało się, że nie był to do końca dobry pomysł, gdyż opatentowałem figurową jazdę rowerem na lodzie, a właściwie resztkach przymarzniętego deszczu. Stąd wytłumaczenie średniej. Wytłumaczenie szersze znajduje się na załączonym zdjęciu. Poznań to podobno miasto know-how, ale dziś o korkach stworzonych z ciężarówek zdecydowanie nie mogłem powiedzieć, że I know how ominąć :)
Generalnie CTRL-C+CTRL-V z wczoraj, wiatr jedynie minimalnie słabszy. Podczas mojego powrotu zaczął słabnąć, więc niewiele skorzystałem z jego pomocy. Średnia - powód do wstydu, choć robiłem co mogłem :)
Jako smaczek aktualny stan pałacyku w Konarzewie, w którym kiedyś zatrzymał się chłopina o pseudonimie Napoleon Bonaparte. Aktualnie do wizyt zachęca jakoś tak średnio:
Teraz przede mną minimum trzy dni bez roweru, w pracy. Najgorszy miesiącu w roku przybywaj, trzeba wykuwać te cholerne PKB :/ /2935873
Od dziś proszę do mnie mówić Tomasz vel Zdulski herbu Kilof. Tak się bowiem mianowałem po powrocie. Niczym krasnolud w podziemiach Morii, pancerny kret destrukcji lub górnik miesiąca wyrabiający 300% normy, powoli, centymetr po centymetrze, mila po mili, szprycha za szprychą drążyłem w pancernej ścianie wiatru (powyżej 30 km/h) drogę przed siebie. Mijały mnie ogromne wielokołowe potwory z mrocznymi napisami w stylu „Zibi Transport”, „Zakłady Mięsne Sokołów” czy - najbardziej przerażające (nie tylko dla małej przedsiębiorczości) - „Biedronka” i spychały z pobocza lub nagłymi podmuchami zatykały płuca mieszaniną wiatru i spalin. Tak cierpiąc, walcząc i myśląc o spokojnym dniu przed kominkiem z grzańcem w ręku (tak kiczowate marzenie, że musiało być ze mną naprawdę niedobrze) dojechałem do miejscowości Drwęsa. Z zabójczą średnią 24,2 km/h... Na szczęście powrót był nieco przyjemniejszy, choć wiatr w międzyczasie zmienił się na północny (kogo to jeszcze dziwi niech pierwszy rzuci kamieniem. Ja nie mam zamiaru nawet piórkiem). Przy okazji zbadałem nową ścieżkę rowerową wzdłuż ulicy Grunwaldzkiej, która w sumie zła nie jest, prócz tego, że tak zwykle, przaśnie i po polsku kończy się z każdej strony nagle i bez żadnej informacji chodnikiem wyposażonym w stromy krawężnik.
Narzekał nie będę – średnia masakra, ale na wojnie nie ma lekko. Jak się dorobię pazia to będzie mi rower ciągnął pod wiatr, na razie honorowo muszę robić to sam :)
Wykres z Endomondo klasycznie przekłamany, ale chyba mimo to widać na nim ból, pot i łzy :) /2935873
Po dwóch dniach rowerowej posuchy w końcu wsiadłem na rower, był to też jednocześnie pierwszy w tej części roku trening w rękawiczkach długopalczastych. W związku z tym, że po prostu nie chciało mi się ich ściągać, załączony poniżej wykres z Endomondo zawiera wszelkie pauzy na przejazdach kolejowych (dziś standardowo dwa) i dłuższych światłach. Wynik realny z licznika - i tak będę robił zwykle - będzie w statystykach na górze.
Nie powiem, żeby jechało się łatwo. Jakbym był miłośnikiem sado-maso to dzisiejszy zimny wiatr fundowałbym sobie codziennie. No ale nie jestem. Na mapce wyszedł kształt lekko zdezelowanego samochodziku, z częstymi zmianami kierunku, więc prócz kilku momentów nie było idealnej jazdy z wiatrem. Za to pod wiatr owszem :)
Z ciekawostek - w internecie wyczytałem, że zakończył się remont na Fabianowie. Ktokolwiek pisał tę bajkę musi zmienić dilera. Szosa plus zerwany asfalt połączony z dziurami ze sporą ilością zamarzniętej wody - no znam lepsze połączenie :)
Aha, po raz kolejny widzę, że pozostałości po tradycjach proletaryackich są u nas żywe. Troglodyci samochodowi wszystkich krajów wzięli sobie widocznie do serca hasło: łączcie się! Tylko czemu akurat w Poznaniu? Albo może to coś ze mną jest nie tak i jak wsiadam na rower oraz zmuszony jestem jechać ścieżką to staję się niewidzialny dla nieskalanych myśleniem facjat, które wyjeżdżają z podporządkowanej? Jeśli tak to przepraszam. /2935873
Patrząc na to, co aktualnie dzieje się za oknem, wydaje mi się, że poranny trening odbył się w jakiejś alternatywnej rzeczywistości - asfalt suchutki, wiatr silny, ale nie urywający niczego nikomu, temperatura zdecydowanie (jak na listopad) przystępna. Tak, były takie czasy, dawno dawno temu, dokładnie przed dziesięcioma godzinami :) Oto dowód:
Znów z powodu wiatru jechałem na północ, na szczęście dziś niedziela, więc z "atrakcji" odeszły mi korki, za to doszedłem do wniosku, że w Poznaniu dla sterujących światłami istot pojęcie "weekend" to jakaś abstrakcja. Ich ustawienie pozwoliło mi zdecydowanie się nie przemęczyć przez pierwsze 12 kilometrów - stałem na prawie (za wyjątkiem może trzech z około dwudziestu) radośnie zmieniających mi się przed nosem czerwonych. Nie muszę pisać jak wpłynęło to na początkową średnią. Za to ćwiczenie interwałów znakomite. Dziękuję! ;)
Potem już było ok - po minięciu Suchego Lasu, Jelonka, Złotnik, znalazłem się na etapie dziwnego (nie po raz pierwszy) projektu naszych drogowców, czyli zamknięcia dla rowerów części prostej trasy i zmuszenia do jazdy przez zupełnie nielogicznie położone Złotkowo. Jak już się zrobi kółko to wyjeżdża się na takim samym kawałku asfaltu jak ten ściśle zakazany, ale (logiko, przyjdź!) już dla cyklistów dostępnym. Którym da się dojechać do Obornik, z tym że ja dziś z powodu planowanego obiadku u teściowej musiałem zjechać na wysokości Chludowa. Udało mi się ciut uzupełnić średnią do poziomu 27,6, czyli bez rewelacji, ale z nadzieją na wynik w miarę przyzwoity. Oto minimalne minimum, które musiałem trzymać już po nadrobieniu różnicy:
Powrót już z wiaterkiem, wiedziałem, że muszę przycisnąć na etapie przedmiejskim, żeby uzyskać cel: średnią około 30 km/h. Szło w miarę ok, choć nie bez typowo polskich atrakcji. Np. przy wjeździe do Złotnik wyjechał mi z podporządkowanej - mimo że widział, że pędzę około 40-tki - jakiś niedzielny troglodyta - wyrobiłem z hamowaniem, a idiocie za kierownicą życzę, żeby też trafił na CHAMO-wanie w swoim stylu...
O dziwo plan udało mi się zrealizować, choć łatwe to nie było. Musiałem bardzo starać się nie zauważać istnienia ścieżek :)
Aha, a obiadek był pyszny gdyby ktoś pytał.
Teraz co najmniej dwa dni bez roweru - dyżury poranne w pracy wzywają. Ale, choć u mnie zakrawa to na herezję, słysząc jak wiatr za oknem chce wbić mi się do mieszkania oraz wiedząc co powstanie z połączenia deszczu z przymrozkiem to... no chyba dobrze się składa :)
PS. Załączam mapkę z Endomondo, ale moje zdanie co do tej aplikacji jest...no nie, nie będę klął :) wykres zawiera więc wszystkie "czekanki" na światłach, a zjedzone zostały dwa ukradzione tradycyjnie przez Endo kilometry. /2935873
Formalnie rzecz biorąc nie padało. Organoleptycznie rzecz biorąc – mżyło (i jest to delikatne określenie). Co pozwoliło mi – na razie w teorii – opatentować wynalazek pt. ruchome wycieraczki do okularów rowerowych. Jestem też w stanie zaproponować wszystkim chętnym zamiast rozmaitych wizyt w kosmicznych przybytkach typu spa, wellness czy oferujących (dziw nad dziwy) maseczki błotne, kursik ze mną przy takiej pogodzie – mikrodermabrazja (trudne słowo) to przy tym mały niewinny Pikuś. Tym bardziej, że zabieg otrzymało dziś dzięki standardowej uprzejmości kierowców całe moje ciało. No bo w końcu to takie fajne wjechać pełnym pędem w kałużę obok rowerzysty. Prawda?
Wiatr był dziś północno-wschodni, co oznaczało dla mnie konieczność przejechania przez Poznań z południa na północ. Kto to przeżywał ten wie, że to prawdziwa szkoła przetrwania, dziś jedynie delikatnie ułagodzona sobotą. Trasę generalnie lubię, bo od momentu wyjechania z miasta pnie się ona praktycznie głównie pod górę na wschód, dumnym staropolskim szlakiem na Gniezno. Jako że czas miałem ograniczony (praca) klasycznie zaplanowałem zrobienie 50 kilometrów, więc powrót nastąpił w miejscowości (jak by inaczej biorąc pod uwagę trasę) Biskupice. Oczywiście w międzyczasie wiatr się zmienił na północny, więc powrót był generalnie przy bocznym podmuchu. Napisałem „oczywiście”, bo wszyscy przecież wiemy, że wiatr nas śledzi i wie kiedy zareagować swą naturalną wredotą :)
Podsumowując: średnia mogłaby być lepsza, choć biorąc pod uwagę to, że wróciłem do domu jako żywa reklama mleka łaciate to nie jest źle. Jednak boję się, że to już jedna z ostatnich wyciągniętych tras przy w miarę ciepłej temperaturze w tym roku...
...został dziś przeze mnie pioniersko odnaleziony. To ten zgrabny plemniczek widoczny na mapie.
Krzesiny, Tulce, Dachowa, a nade wszystko ulica Starołęcka, którą powinno się zaorać, zmielić i kazać zjeść bez musztardy człowiekowi, którą ją projektował - te oto miejsca polecam żądnym gorących wrażeń turystom oraz mieszkańcom. W sumie była szansa na średnią około 30 km/h, ale wiatr był zmienny, co jak dobrze wiemy oznacza, że zmienia się, owszem, ale tak żeby wiać ciągle w twarz. No i do tego na końcu czekała mnie ulica Starołęcka, którą powinno się... (kopiuj-wklej) :) /2935873
Nie mogłem. No kurde nie mogłem. Dzień wolny od pracy, a od rana lało, potem mżyło, nie mżyło, mżyło, nie mżyło.... dziś pogoda zdecydowanie była kobietą. Bijąc się z myślami (do tej pory siniaki nie zeszły) wymyśliłem coś z iście salomonową mądrością - wskrzeszę na chwilę moje górskie zombie, czyli Authora sprzed kilkunastu lat, którego używam tylko w naprawdę problematycznych sytuacjach, takich jak ta.
Stało się, ruszyłem, mżawka o dziwo ustała chwilowo, jechałem - żeby było hardkorowo - głównie po ścieżkach. To naprawdę ciężkie mtb - jak nie kostka to błoto, jak nie błoto to dziury, słowem: polski standard rowerzysty okraszony nieświęconą wodą. Dojechałem przez Puszczykowo do Rogalinka, gdzie zręcznie zawinąłem się na 15 kilometrze z powrotem, bo czasu miałem mało (popołudnie umówione). Jechało się fajnie z wiaterkiem, rower o dziwo dał radę, a ja chyba w szoku z tym związanym dojechałem do Poznania. Na deser zostawiłem sobie przejazd laskiem Dębińskim w deszczu, który zaczął znów padać. Ominę szczegóły, ale fajnie, że nie wróciłem w kawałkach - to nie był dobry pomysł - i dla zdrowia, i dla średniej:) Grunt, że trening zaliczony, a stare rowerowe zombie poczuło się dopieszczone :) /2935873
Jeśli tak ma wyglądać listopad to ja poproszę, żeby ktoś ustanowił ten miesiąc jako oficjalnie obowiązujący co najmniej do marca. Deszczu brak, wiatr niemęczący, temperatura mogłaby być ciut wyższa, no ale bez przesady, nie narzekajmy. No po prostu miód, cud, malina, a nawet dobry browar jeśli chodzi o warunki do jazdy :)
Tradycyjnie już dystans około 50 km przed pracą musiał więc odbyć się dziś na szosie. Jechało mi się na tyle dobrze, że nawet przyszła mi przez chwilę karkołomna myśl o jakimś rekordziku, ale została ona szybko spacyfikowana gdy spojrzałem, że wiaterek, mimo że słaby, robi fochy i przewidzieć jak będzie wiał się po prostu nie da. Przekonałem się o tym wracając, czyli były momenty, gdy w tym samym miejscu w jedną i drugą stronę jechałem z nim walcząc. No takie cuda.
Rekordu więc nie było, ale z wyniku jestem zadowolony. Ciągle uczę się szosy, jest coraz lepiej, choć na takim rowerze jeszcze bardziej niż na crossie irytują zwolnienia na rondach czy światłach. O polskich śmieszkach rowerowych, których niestety nie da się uniknąć już nie mówiąc. Bo musiałbym być wulgarny :)
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"