Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi Trollking z miasteczka Poznań. Mam przejechane 250394.13 kilometrów w tym 4.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 27.44 km/h i się wcale nie chwalę.
Suma podjazdów to 814121 metrów.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl


Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Trollking.bikestats.pl

Archiwum bloga

  • DST 54.00km
  • Czas 01:46
  • VAVG 30.57km/h
  • VMAX 44.60km/h
  • Temperatura 25.0°C
  • Podjazdy 130m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Wolne. Czyli pada

Piątek, 25 lipca 2014 · dodano: 25.07.2014 | Komentarze 4

Wczoraj dostałem walkowera od deszczu, dziś dzień wolny i pierwotnie były plany na jakiś dłuższy wyjazd. No, to plany planami, a od rana opady. Udało mi się jednak - po niezwykle potrzebnej dawce lenistwa, czyli spania do dziewiątej - znaleźć jedną lukę i postanowiłem zrobić choćby pięć dych. Obiecałem sobie, choćbym miał się przemieszczać kanałami, nie fundować sobie kolejnej rundki przez miasto. Kanały zostały mi oszczędzone. za to wszelakie objazdy i mijanki - oczywiście nie. Dwa razy czekałem na postawionych na czas remontu światłach, miałem przyjemność na Głuszynie przypomnieć sobie przez 3 kilometry, że szosa i tarka na ulicy to zdecydowanie złe połączenie, dwukrotnie czekałem na przejazdach kolejowych, a na końcu dopadł mnie deszcz. Jak ja lubię jak wszystko jest na swoim miejscu i nie odbiega od codziennej normy :)

Zastanawiałem się czemu tak ciężko mi się jechało. Odkryłem przez przypadek już w domu - po ostatnim wypadku na DDR-e tylne koło mi się przestawiło i hamulec co obrót ocierał o obręcz. Jak jeszcze coś odkryję to pomyślę o wojnie sądowej z magistratem za zdezelowanie mi bicykla...

A propos napraw. Z ciekawości na chwilę przejechałem się swoim starym crossem. Po kilometrze miałem dość, wróciłem, szmatka w ruch, szybkie czyszczenie, żeby wiochy nie było i rower powędrował do pobliskiego serwisu. Przez nieużywanie i chyba zasolenie po zimie nie działa przednia przerzutka (pewnie do wymiany), linki hamulcowe jakby zwiotczały i zablokowały tył, a przodowi już niewiele brakuje. Chłopaki mają ogarnąć temat do wtorku, dowiem się wtedy więcej ile reaktywacja trupa będzie mnie kosztować...




  • DST 53.10km
  • Czas 01:45
  • VAVG 30.34km/h
  • VMAX 51.20km/h
  • Temperatura 26.0°C
  • Podjazdy 160m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Saper

Środa, 23 lipca 2014 · dodano: 23.07.2014 | Komentarze 0

Powoli zaczynam żałować, że zdecydowaliśmy się na zamieszkanie w południowej części Poznania. Kiedyś, gdy zdarzało mi się okupować inne rejony miasta (a na lewym brzegu Warty zaliczyłem w swym życiu kilka dłuższych miejscówek, od Grunwaldu i Centrum aż po Piątkowo) wydawało mi się, że wiatr praktycznie non stop wieje z południa. A teraz? Świnia robi tylko małe wyjątki od reguły, a tak wciąż północ, północ i północ, więc przy moim zamiłowaniu do powrotu z wiatrem w plecki ostatnimi czasy praktycznie 2/3 roku spędzam na przepychanie się przez zakorkowane ulice, ślęczę na światłach albo klnę na ścieżki. Bo jazda miastem, nawet latem, to aktualnie masakra. Żeby nie być gołosłownym: oto mapka z dnia dzisiejszego, pobrana z portalu epoznan.pl:

No i się rodzi zagadka: kropeczki to objazdy, utrudnienia i remonty. Bohater T. zamieszkuje w punkcie położonym poniżej Wildy. Chce jechać na północ, względnie zachód lub wschód. Kiedy popełni rytualne samobójstwo poprzez powieszenia się za pomocą szprychy na lewym pedale, jakiego koloru będzie posoka oraz ile wyniesie suma ubezpieczenia po odliczeniu podatku? :) Oj, jak widać miasto Poznań nie zapomina na czym polegała kultowa gra saper...

Dziś oczywiście kursik przez wspomniane wcześniej atrakcje. Poza miastem, na trasie do Murowanej, dwa przymusowe zjazdy na położone po przeciwnej stronie ścieżki, każda z kostki i mająca 1-1,5 km max. Oczywiście żeby się do nich dostać trzeba przełajem pokonać ulicę, ryzykując życie. Dla mojego bezpieczeństwa oczywiście. Po co inaczej stawiano by zakaz jazdy rowerem? :)

Eh, pomarudziłem dziś sobie, sorry. Widocznie nastąpiło u mnie przemęczenie organizmu. Tego miejskiego.




  • DST 57.20km
  • Czas 01:52
  • VAVG 30.64km/h
  • VMAX 44.90km/h
  • Temperatura 25.0°C
  • Podjazdy 56m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Między koleinami

Wtorek, 22 lipca 2014 · dodano: 22.07.2014 | Komentarze 4

Przez ten gorąc za oknem średnio się wysypiam, a co za tym idzie ciężko mi się zwlec rano wcześnie przed pracą na rower. Podobny motyw mam zimą, z tym że z powodów zgoła przeciwnych. Cóż, bycie Polakiem zobowiązuje do marudzenia przy każdej pogodzie :)

Łatwo nie było, ale się zmotywowałem i ruszyłem jeszcze przed największą parówą, czyli po ósmej. Wiatr oczywiście północno-wschodni, co wiązało się z moim "ulubionym" kierunkiem, czyli kawałkiem między AWF-em a Maltą. Ostatnio słynnym negatywnie, bo na jednym ze skrzyżowań w tej okolicy zginął pod kołami samochodu młody rowerzysta. Mam pewien problem z tą sprawą, bo według pierwszych, jeszcze niepełnych relacji jechał ulicą, mimo że obok była ścieżka. Co poniekąd jest mi bliskie. Ale przez to automatycznie stał się na wszelakich forach winnym, bo przecież po to są DDR-y, żeby poruszać się tylko po nich, jezdnia zarazerwowana jest tylko dla pełnoprawnych władców asfaltu. Trzeba przyznać, że akurat tam, gdzie jechał ścieżka jest w miarę ok, więc nie do końca rozumiem zamiaru. W sprawę zaangażowały się już poznańskie organizacje rowerowe, ja z ciekawością będę śledził co tak naprawdę tam się stało.

Opisywanego kawałka nie miałem dziś zamiaru pokonywać dwukrotnie, nie mam na to nerwów, więc po dojechaniu pod silny wiatr do Kostrzyna skręciłem na Siekierki i do Poznania dotarłem przez Starołękę. W miarę przyjemna, sprawdzona trasa. Nie wiem czy przez upały czy z innego powodu odcinek między Poznaniem a Swarzędzem wydawał mi się dziś jeszcze bardziej pofałdowany niż zwykle. W pewnym momencie stanąłem na światłach w takiej koleinie, że doznałem fizycznego szoku gdy moja prawa noga, przyzwyczajona w takich momentach do nagłego obniżenia pozostała na tej samej wysokości, na poziomie lewej. Polskie drogi, temat rzeka... :)




  • DST 53.10km
  • Czas 01:45
  • VAVG 30.34km/h
  • VMAX 52.80km/h
  • Temperatura 28.0°C
  • Podjazdy 74m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Wiało - dziś bez narzekania

Poniedziałek, 21 lipca 2014 · dodano: 21.07.2014 | Komentarze 0

Po raz pierwszy od dawna nie byłem wściekły na wiatr, że tak mocno wieje. Czemu? Bo łagodził ten cholerny upał, który będzie nas jeszcze masakrował co najmniej do piątku. Byłem więc nawet tolerancyjny dla faktu, że wiało mi prościutko w twarz w jedną stronę, a podczas powrotu już jakoś niekoniecznie w plecki. Ważne, że dzięki temu udało mi się przeżyć te dwie godzinki w miarę dobrym zdrowiu. Trasa - klasyk do Jerzykowa i nawrót.

Nie dość, że skwar jeszcze potrwa to kierunek podmuchów ma się utrzymywać przez ten okres taki sam, czyli północny wschód i sam wschód, co oznaczało będzie dla mnie tak jak dziś smażenie się na światłach podczas jazdy przez miasto. Samochodów na szczęście mało, ale wystarczyły dwie "L"-ki oraz dwa wyjeżdżające tyłem i tarasujące cały pas ruchu ciężarówki, żeby zabić marzenia o godnej średniej i moją chęć do walki. Wyszło jak wyszło, prędkości przyzwoite, takie jak wczoraj, jeśli w ogóle to pojawią się pewnie dopiero gdy będę miał okazję jechać na południe.

Ścieżki koło Polibudy po ostatnim kankanie po krawężniku konsekwentnie już nie zauważam :)




  • DST 52.00km
  • Czas 01:38
  • VAVG 31.84km/h
  • VMAX 52.20km/h
  • Temperatura 30.0°C
  • Podjazdy 54m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Czerwono mi

Niedziela, 20 lipca 2014 · dodano: 20.07.2014 | Komentarze 4

Ufff... Okazało się, że te trzy ostatnie dętki to "tylko" opona, żaden problem z taśmą czy jakaś zadra na feldze. Sprawdziłem to dziś na trasie, a wczoraj wieczorem zamontowałem nową gumę, z konieczności z czerwonym paskiem i powiem szczerze, że mi się spodobała, chyba nawet wygląda lepiej niż ta pierwotna, czarno-biała. Niby pierdoła, nigdy nie bylem jakimś rowerowym estetą, ale cóż... Gdy za jakiś czas padnie mi tylna opona to pójdę dalej w eksperymenty kolorystyczne. Vento aktualnie prezentuje się tak:

Czerwień to też główna kolorystyka mojego pyska po powrocie ;) Przygrzało nieźle, mimo że wyjechałem lekko przed dziewiątą to dało mi nieźle w kość, generalnie zdycham już przy temperaturze 25 stopni, jeśli tak jak dziś jest ponad 30 to zamieniam się w jakieś apatyczną istotę, którą celem jest przetrwanie, a nie jakieś godne zauważenia wyniki. Tym bardziej byłem zdziwiony, że dziś na trasie z Poznania do Sulejewa i z powrotem udało mi się wykręcić średnią prawie na poziomie 32 km/h. I tyle pewnie by było, gdyby nie wleczenie się na ostatnim półtorakilometrowym odcinku za autobusem oraz - jakże by inaczej - mijanka spowodowana remontem na wlocie do Poznania.




  • DST 52.20km
  • Czas 01:44
  • VAVG 30.12km/h
  • VMAX 43.20km/h
  • Temperatura 30.0°C
  • Podjazdy 138m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Fatum

Sobota, 19 lipca 2014 · dodano: 19.07.2014 | Komentarze 0

No to sobie wykrakałem. Dopadło mnie jakieś rowerowe fatum, codziennie coś. Najpierw banał, czyli dętka. Wczoraj drift po krawężniku, gleba na ścieżce i skrzywiona klamka przy kierownicy. A dziś? Raz, że rano gdy chciałem dopompować to same przednie koło, w którym wymieniałem przedwczoraj gumę to końcówka od wentyla została w pompce i dętka oczywiście out. Na szybko założyłem kolejną, bo staram się mieć w domu zapas i ruszyłem w trasę przez Krzesiny i Tulce do Siekierek. Gdzieś przed Tulcami stwierdziłem, że jakoś za ciężko mi się jedzie, zatrzymałem się i ku swojej irytacji stwierdziłem, że z przodu powietrza mam może jakoś z 1-1,5 bara. Co jest? Dopompowałem ile się dało, pomyślałem sobie, że to może niedokładnie dokręcony wentyl i pojechałem dalej. Do Siekierek jakoś dojechałem, ale znów na może nie kapciu, ale na bamboszu na pewno. Powrót to już zatrzymywanie i pompowanie co 5-6 kilometrów, stwierdziłem, że dętki wymieniać na trasie nie będę, jakoś dotrę, a w domu na spokojnie, nie w ponad trzydziestostopniowym upale obejrzę sobie felgę i oponę. Przy okazji starałem się jeszcze ambicjonalnie trzymać jakieś w miarę tempo, udało się wyrzygać tę trzydziestkę i sam jestem z siebie dumny.

W domu przed pracą szybka wiwisekcja sprzętu - i winny został znaleziony. Rysa od szkła na oponie, po tej samej stronie na dętce. Urok polskich dróg. Nawet nie wiem czy to od dziś, czy już jakiś czas jeździłem z defektem, dobrze się stało, że nie przy okazji jakiejś setki. Nie lubię bawić się w jakieś łatanie, sklejanie i tego typu rzeczy, więc poleciałem jeszcze szybko do chłopaków z Bike Inc., którzy niedawno przeprowadzili się na nowe miejsce przy Czechosłowackiej. Niestety nie mieli akurat opony z biało-czarnym designem, więc zakupiłem z musu podobną do tej dotychczasowej, tylko z paskiem czerwonym. Wieczorem zamontuję i zobaczę jak będzie się prezentowała taka biało-czerwona krowa. O ile to nie coś z kołem. Tfuuu, wypluć!




  • DST 52.00km
  • Czas 01:44
  • VAVG 30.00km/h
  • VMAX 50.00km/h
  • Temperatura 28.0°C
  • Podjazdy 85m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Gleba

Piątek, 18 lipca 2014 · dodano: 18.07.2014 | Komentarze 4

Od kiedy mam szosę zaliczyłem już tysiące zakrętów na asfalcie, kilka dobrych treningów w ostrym deszczu i przemknąłem przez niezliczoną ilość rond i niebezpiecznych skrzyżowań. No i nic mi się nie stało, do tej pory na tym sprzęcie zero upadków. Gdzie może jednak w Polsce nastąpić ten pierwszy bolesny raz? Oczywiście na tym cholernym, debilnym i zagrażającym w naszych warunkach życiu oraz zdrowiu wynalazku, czyli ścieżce rowerowej... A konkretnie na krawężniku będącym jej oczywistym i jakże swojskim elementem. Trafiło mi się to w momencie gdy analizowałem czy koło Polibudy zaufać rozsądkowi i dalej jechać po asfalcie czy może wybrać DDR-a, zgodnie z obowiązującymi u nas przepisami, które spychają rowerzystów do getta zbudowanego z kostki Bauma. Niestety dla siebie wybrałem tę drugą opcję, nie wiem czy źle podniosłem koło czy może żeby w tym miejscu wjechać bez ryzyka trzeba zwolnić do zera, fakt jest taki, że podczas pokonywania krawężnika (no bo po co robić ścieżki z wygodnym i bezpiecznym wjazdem) wylądowałem nawet nie wiem kiedy na ziemi, zyskując w gratisie rozorane kolano i łokieć. Rower na szczęście wytrzymał całą akcję, ale mam skrzywioną prawą klamkomanetkę (to że nie da jej się wyprostować świadczy o sile z jaką szosa spotkała się z nawierzchnią) oraz zryty kawałek siodełka. Początkowo bałem się, że skrzywiły się też obręcze, ale po wypięciu na chwilę kół i zamontowaniu ponownie wszystko wygląda raczej ok. Ocenię to przy kolejnym treningu.

Cała sytuacja zdarzyła się na szczęście już podczas powrotu, zaledwie kilka kilometrów od domu, bo gdyby było na samym początku to chyba bym się nie zdecydował na dalszą jazdę, bo kapało ze mnie ostro na czerwono. A wcześniej zafundowałem sobie rundkę przez Puszczę Zielonka - dojechałem przez Koziegłowy i Wierzonkę do Karłowic, gdzie zawróciłem i pomknąłem swoimi śladami, zaliczając obowiązkowe stanie na wiecznie remontowanych kawałkach trasy. Średnia mogła być lepsza, ale wierzcie mi, że lekko mi się na końcu odechciało cisnąć.

Po raz kolejny ostrzegam: ścieżki rowerowe albo zdrowie - wybór należy do ciebie...




  • DST 52.40km
  • Czas 01:44
  • VAVG 30.23km/h
  • VMAX 50.60km/h
  • Temperatura 25.0°C
  • Podjazdy 43m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Pana (premiera) i PEKA (kontynuacja)

Czwartek, 17 lipca 2014 · dodano: 17.07.2014 | Komentarze 0

Po pierwsze - tak jak twierdził Księgowy smoła z opon powoli schodzi. Z tym że bardzo powoli, dziś przez połowę trasy jechałem jak na samochodowych zimówkach w środku lata, taka skorupa mi się zrobiła. Dźwięk jaki wydawały też był bardzo zbliżony :)

Po drugie (mam nadzieję, że nie jest to związane z punktem pierwszym) zasnęła dziś snem spokojnym i wiecznym przednia dętka, jeszcze pierwotna, ta sama od momentu zakupu szosy. Przejechałem na niej w sumie ponad 8 tysięcy kilometrów, więc nawet nie mam jej tego za złe, staruszka swoje zrobiła. Tym bardziej, że flak zauważyłem już w domu, po powrocie. I szczerze mówiąc miałem pewne obawy przy wymianie, bo w szosie jeszcze tego nie robiłem, wydawało mi się, że z wąską oponą będą problemy, a tu proszę, wszystko poszło zgrabnie w kilka minut, więc zdążyłem jeszcze przed pracą. Mam tylko nadzieję, że nie jest to grubsza sprawa, czyli np. opona przegrzana od smoły...

Dzisiejsza trasa z powodu nawrotu północno-wschodniego wiatru prowadziła przez miasto, więc standardowo postałem sobie na wszystkich możliwych światłach, powdychałem spaliny i powkurzałem się na korki. Dzień jak co dzień. Oddechu nabrałem dopiero po dziesiątym kilometrze, już poza granicami Poznania, choć dzięki zmiennym podmuchom sobie specjalnie nie poszalałem, co widać po średniej. Dojechałem do Biskupic, tam chciałem zażyć chwili relaksu nad Jeziorem Kowalskim, ale gdy skręciłem z głównej trasy to czekał na mnie za zakrętem... No co mogło czekać? Oczywiście remont. Poślizgałem się więc po piachu rozsypanym na całym asfalcie, zakopałem się w dwóch miejscach, dojechałem nad jeziorko, cyknąłem fotkę i wróciłem przez te same wertepy.

Obiecałem jeszcze słów kilka o wspominanej wczoraj karcie PEKA. W końcu mam już ją aktywną, ale to nie koniec przebojów. Wczoraj próbowałem zalogować się jeszcze do konta w internecie, naiwnie sądząc, że skoro podałem we wniosku o wydanie karty maila to uda mi się to raz-dwa na jego podstawie. Gdzie tam! Konto po adresie nie istniało. No to spróbowałem się zarejestrować. Przeszedłem kilka kroków, podając swoje dane, dodając też nie wiadomo po co zdjęcie, w końcu szczęśliwie dotarłem do etapu ostatniego, gdzie system zapytał mnie o to... gdzie chcę odebrać swoją kartę PEKA! Którą przecież mam juź od ponad roku... Ręce mi opadły, anulowałem całą operację i zacząłem się wgłebiać w dział "pytania i odpowiedzi". To był właściwy trop. Okazało się, że ci, którzy nie podali maila w formularzu (ja podałem, ale urzędasy wiedzą lepiej, więc nie podałem) mogą zalogować się przez podanie numeru karty oraz numeru PESEL. Jeeeeest! Byłem już w matrixie! Ale... tylko przez chwilę. W momencie bowiem, gdy dodawałem swój adres mailowy do danych wszystko się zawiesiło, zostałem wylogowany i już za cholerę zalogować się nie mogłem na podstawie żadnych parametrów. Odpuściłem więc sprawę, a wieczorem po kilku godzinach dostałem dwa maile z takim samym linkiem aktywacyjnym... I o dziwo zadziałało, udało mi się nawet, jako że jest to karta prepaid, wpłacić na nią próbne 10 PLN. Dotarło na kartę. Dzień później.

Mam nadzieję, że póki co to moje ostatnie przeboje z szumnie nazwaną Poznańską Elektroniczną Kartą Aglomeracyjną. Przy okazji wspomnę tylko, że bilet liniowy podrożał w moim przypadku o 10 złotych, a te jednorazowe, które do tej pory kosztowały 2,80 na 15 minut, teraz są za 3 złote... na minut 10. W ramach dodatkowych atrakcji - firmie, która wypuściła w/w system kilka dni temu przepaliły się serwery - raz. Dwa - PEKA miała służyć jako karta do parkomatów od 1 lipca. Do tej pory działa na terenie kawałka Jeżyc i koniec. Bo trzeba ręcznie wgrać oprogramowanie, a jakoś nikomu się do tego nie spieszy. Eh, tego Bareję można by jeszcze mnożyć i mnożyć... I to wszystko dzieje się na moich oczach - dziękuję :)




  • DST 56.35km
  • Czas 01:48
  • VAVG 31.31km/h
  • VMAX 45.50km/h
  • Temperatura 24.0°C
  • Podjazdy 99m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

PEKA, czyli komuno wróć

Środa, 16 lipca 2014 · dodano: 16.07.2014 | Komentarze 4

Pierwszy raz zaczynam pisanie wpisu do Bikeloga z... kolejki. I to nie byle jakiej, bo kolejki w oczekiwaniu na doładowanie słynnej karty PEKA. Kto jest spoza Poznania i jeszcze nie słyszał o tym megabublu, który zakorkował wszystkie dostępne w mieście punkty obsługi klienta ZTM ten niech wklepie sobie w góglu te słynne cztery litery i spośród steków całkowicie uzasadnionych bluzgów wybierze sobie pierwsze tysiąc punktów spod znaku "co zostało spieprzone". Ja napiszę tylko tyle: kartę do przejazdów komunikacją miejską wyrobiłem sobie ponad rok temu, świadomy, źe kiedy będzie to juź obowiązkiem to będę musiał pewnie sobie postać wśród tłumów rodaków oblegających punkty obsługi. Jeździłem więc sobie rok wedle starego systemu z czystym sumieniem, źeby teraz dowiedzieć się, że moja karta nie będzie od czasu wyłączenia starej KomKarty działać, bo ma... za starą wersję oprogramowania! Żeby doładować bilet miesięczny muszę czekać z ręką na zegarku ponad 1,5 godziny, przy okazji dostając nowy soft. O tym, że spóźniam się właśnie do pracy nic nie mówię, bo szkoda nerwów. Pani stojąca trochę przede mną i tyle samo czekająca po odbiór karty dowiedziała się, że jeszcze za wcześnie, a w związku z tym, że nie posiada maila i siłą rzeczy nie podała go we wniosku o wydanie PEKI to nie ma innej możliwości dowiedzenia się czy jest po co przychodzić, bo telefonicznie o tym nie poinformują. Masakra. Na plus można wymienić tylko panie w okienkach, które dwoją się i troją, żeby wszystkich obsłużyć, no i może pomysł na rozdawanie wody czekającym w kolejkach. Jeśli w wyborach samorządowych na jesień Poznaniacy nie wywalą w końcu Grobelnego i jego zastępcę odpowiedzialnego za wdrożenie PEKI na zbity pysk i czuprynę i nie wybiorą KOGOKOLWIEK innego to po raz kolejny upewnię się, że żyję w narodzie ślepych idiotów... Sorry za tę polityczną wstawkę, ale nerwy puszczają nie tylko mnie...

Aha, to blog rowerowy... sorry, zapomniałem się :) Dziś rundka do Rokietnicy i powrót przez Napachanie. Po przepchaniu się przez miasto jechało się całkiem spoko, szkoda tylko że ten pierwszy i ostatni etap zabrał mi tak dużo ze średniej, bo mógł być całkiem zacny wynik. Skończyło się w miarę spoko, jedyne co mi zaburzyło dobry nastrój do fakt, że chcąc ominąć korki spowodowane remontem wjechałem na część ulicy ze świeżo wylanym asfaltem, wpadłem w jeszcze ciepłą smołę i... aż do domu miałem zdecydowanie lepszą przyczepność :) Mam nadzieję, że te pozostałości smoły i żużlu na oponach, całkiem spore, szybko się zetrą. I że w ogóle się zetrą...




  • DST 52.20km
  • Czas 01:41
  • VAVG 31.01km/h
  • VMAX 43.40km/h
  • Temperatura 25.0°C
  • Podjazdy 51m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Po-pomorski powrót do żywych

Wtorek, 15 lipca 2014 · dodano: 15.07.2014 | Komentarze 2

Wróciłem z krótkiego wypadu do Trójmiasta, gdzie jedynym co łączyło mnie ze sportem to spacery, których w sumie mało nie było, bo wyszło mi przez trzy dni ponad 30 kilometrów. Żonie ciut mniej, ale i tak szacuneczek, że dała radę. Oprócz wybitnie turystycznego w negatywnym rozumieniu Sopotu, gdzie bydło przewalało się falami, a za wejście na kawałek drewna zwanego molo życzą sobie dobrych kilka złotych ogarnęliśmy też głównie atrakcje Gdańska, a także tamtejsze ZOO (to już tradycja każdego wyjazdu). Zboczenie zawodowe kazało mi obserwować i oceniać stan infrastruktury rowerowej, tak chwalonej przez wszystkich speców od tej tematyki. I powiem, że prócz zaniedbanego pod tym względem centrum to wszystkie dzielnice poboczne z tego co widziałem mają naprawdę genialne ścieżki, nie takie barachło jak u nas, tylko z gładziutkim asfaltem, wydzielone od pasa dla pieszych zielenią, są też kontrapasy, no miodzio... Nie wiem co prawda jak to się sprawdza w praktyce, tego jak zweryfikować nie miałem, może w przyszłości. 

Dziś już wróciłem do rowerowego życia, dwa dni pozwoliły na mały głodek, więc jechało mi się niezwykle przyjemnie, pomimo wiatru zmieniającego kierunek z pasją schizola oraz znów już dość wysokiej temperatury. Zrobiłem "samochodzika" przez Skórzewo, Dopiewo, Trzcielin i Luboń, cisnąłem tak sobie, bez specjalnej spinki, wyszło w miarę ok. Ciśnienie podniosło mi się tylko raz na końcu, gdzie na wiadukcie nad A-2 jacyś zapuszkowani nadgorliwcy uwiesili się na klaksonie, tak czysto po polsku, żeby pokazać mi moje getto na pasie pieszo-rowerowym... Na światłach zatrzymałem się przy nich i niezwykle kulturalnie (o dziwo) wytłumaczyłem, że mają spadać na drzewo i kolejny dźwięk klaksonu nad uchem może skończyć się moim nerwowym tikiem na wysokości lusterka. Eh, dobrze wrócić do normalności :)

Na koniec zdjęcie znad morza - opisująca w jakich warunkach czuję się jak ryba w wodzie: