Boczkiem, boczkiem...

Środa, 26 marca 2014 · Komentarze(2)
No! Po dwóch dniach deszczu znów zaczęło być tak, jak ma być, czyli sucho i (może jeszcze nie do końca) ciepło. Do pracy na popołudnie, więc po zwalczeniu porannego lenia ruszyłem jeszcze otoczony wczesnym chłodkiem, ubrany w zestaw "na długo".

Jak zwykle ostatnio co prognoza to inny kierunek wiatru. Podobno miał być wschodni, ale szczegółów brakło, postanowiłem więc ruszyć na czuja, który oczywiście mnie znów zawiódł. Miałem wrażenie, że non stop dmucha z boku, a z dwojga złego wolę wiatr w twarz, bo wtedy jest duża nadzieja, że powrót będzie komfortowy. Dziś mocowałem się praktycznie przez całą trasę, czyli: Dębiec - Starołękę - Krzesiny (obowiązkowo przeleciały nade mną dwie F-16-tki) - Tulce - Siekierki - Kostrzyn - Swarzędz i... No właśnie - Poznań. Z ciekawości sprawdziłem jaką mam prędkość średnią przy wjeździe w okolice Malty (około 30 km/h). Przez te 7-8 kilometrów, które dzieliły mnie do Dębca spadła o 0,3 km/h, co może tragedią nie jest, ale strasznie mnie wkurza, bo człowiek pedałuje przez 9/10 dystansu w miarę szybko, żeby stracić tę psychiczną przyjemność przez kilka świateł i korków. I ścieżek oczywiście ;)

Świetlisty (czerwony) szlak

Niedziela, 23 marca 2014 · Komentarze(2)
Gdybym sugerował się wczorajszymi prognozami to pewnie do 10 bym smacznie chrapał. Ale jako że i tak na 12 musiałem iść dziś do pracy to coś mnie podkusiło, żeby zwlec się po 7 z łóżka i spojrzeć za okno. A tam mokro po nocnych opadach, ale bez deszczu. Decyzja mogła być więc jedna - ku nieskrywanemu niezadowoleniu Żony: zbieram się! Z tym, że dziś już nie szosa, a stary, dobry, aktualnie jednohamulcowy cross.

Wiatr znów jakiś taki nieprzewidywalny, więc asekuracyjnie ruszyłem na zachód. Było jedno "ale" - jazda przez miasto. Myślałem, że z okazji niedzieli nic strasznego mnie nie spotka, ale... chyba nasi kochani włodarze nie przewidzieli, że istnieje coś takiego jak płynna jazda w weekend. I co z tego, że nie było samochodów skoro skakałem jak lekko ułomna żaba co chwilę według schematu: czerwone-czerwone-czerwone-czerwone... (aż do nieskończoności)?

W końcu jednak za Ławicą wyjechałem za miasto i poleciałem prosto przez Zakrzewo do Sadów, gdzie dogoniłem jakiegoś kolesia na szosie. Chwila gadki i nabrałem podejrzeń, że chyba sobie chłopak przed wyjazdem zaaplikował coś zielonego, taki miał radosny zaśpiew i specyficzny uśmiech :) ale jechaliśmy tylko kawałek razem, więc oceniał nie będę. Skręcił w bok, ja dojechałem do Kobylnik, gdzie zaczął za mną lecieć jakiś kundel-kurdupel, którego szybko zgasiłem nagłym zahamowaniem (przednim hamulcem). Wracałem tą sama droga, więc akcja powtórzyła się ponowie, z kilometr dalej pojawił się kolejny zawodnik podobnej postury, ale bardziej upierdliwy i musiałem lekko nogami pomachać, żeby się odczepił. Z ciekawostek: przed Sadami przeleciał mi prawie pod kołami wielgachny, upasiony zając.

Wracałem już z wiaterkiem, choć nie był taki, jaki sobie wymarzyłem. Muszę w miarę za to pochwalić ścieżkę koło Ławicy - jest asfalt, są osobne pasy, więc plusik. Minus za to, że jak to zwykle u nas ścieżka nagle zamienia się w jakąś hybrydę, gdzie leżą potykacze, jest kostka, potem znów pojawia się asfalt, który znika chwilę później. No ale kierunek rozwoju wydaje się słuszny.

A na koniec scenka rodzajowa. Piesi i ścieżki - temat rzeka. Ale dzień bez krwi tych pierwszych dniem straconym. Kadr pochodzi z okolic Ogrodów:



Relaksik

Sobota, 22 marca 2014 · Komentarze(0)
Dziś tylko relaksik po wczorajszej stówie. Czułem momentami ból w lewym kolanie, więc nie forsowałem się specjalnie, tym bardziej, że oczywiście nie sprawdziła się żadna prognoza i przez to miałem wybitne szczęście jechać z bocznym wiatrem w obydwie strony.

Czas do pracy, a za oknem pogoda zaczyna się kopać. Nic nowego - w końcu jest weekend :)

Seta+. Z delikatnymi kłopotami :)

Piątek, 21 marca 2014 · Komentarze(5)
W końcu! Wreszcie nastał dzień, w którym pogoda dopisała i nie musiałem z wywieszonym jęzorem lecieć do pracy, zaliczając ewentualnie rano jakiś szybki 50-cio kilometrowy trening. Jednak przyzwyczajenie drugą naturą, bo i tak wyruszyłem lekko po 8 rano, mając ogarniętą na mapie trasę, którą jeszcze nie jechałem, a byłem jej niezmiernie ciekawy.

Już na drugim kilometrze, zaraz za zjazdem z wiaduktu między Poznaniem a Luboniem czekał mnie korek i mały objazd spowodowany jakimś wypadkiem. Ładnie się zaczęło, pomyślałem, ale pewnie złe dobrego początki. Niestety. Druga niespodzianka (na własne życzenie) czekała mnie w Mosinie, gdzie zazwyczaj bardzo pogarsza mi się wzrok i nie dostrzegam położonej kilka centymetrów od drogi ścieżki rowerowej, która ma w sobie wszystko: kawałki asfaltu, dużo błota, kostkę, wyjazdy z monopolowego dla zmotoryzowanych, krawężniki, szkiełko i wszystko to, co uszczęśliwia Rycha spod 9-tki jak już wtelepie się na swoje Wigry-3, a niestety utrudnia życie ludziom chcącym cieszyć się z jazdy. No właśnie, radośnie sobie jechałem asfaltem, gdy usłyszałem klakson, potem drugi. Z natury reaguję na to dość brzydko, ale tym razem coś mnie powstrzymało. Na szczęście. Zatrzymało mnie dwóch strażników miejskich ("miejski" w przypadku Mosiny to dość radosne nadużycie, no ale niech mają) z krótką informacją: zjeżdżamy na ścieżkę i dowodzik poprosimy. Wiedziałem co się święci, więc grzecznie się zatrzymałem, ale nie waliłem głupa, tylko powiedziałem czemu nie decyduję się na jazdę ścieżką mimo świadomości tego obowiązku. Oświadczyłem, że dysponuję obszerną dokumentacją zdjęciową ukazującą "cudowność" istnienia czegoś takiego i jego wpływ na moją psychikę. Panów w dresach z mosińskim herbem chyba najbardziej przekonał ciężki do podważenia argument, że jeżdżę rowerem szosowym a nie kostkowym i w końcu skończyło się na pouczeniu. Jednak karny jeżyk zadziałał i dokręciłem już ścieżką do końca jej istnienia, zaledwie raz niemal wybijając sobie przednie koło i wpadając na szkło. No ale w końcu obiecałem panom strażnikom :)

Ścieżka się skończyła, dojechałem do Drużyny Poznańskiej, a tu... Cóż będę pisał, zdjęcie to lepiej ukaże:
Wyjścia miałem dwa: albo jechać jakimś objazdem przez miliardy wiosek, czyli de facto zrobić kółko naokoło, albo na piechotę przedrzeć się przez tę radosną twórczość drogowców. Wybrałem opcję drugą.

Potem już przeszkód większych nie napotkałem. Oprócz niezbędnego towarzysza, czyli dziś znów bardzo silnego wiatru, który momentami nieźle mną porzucał. Minąłem Iłówiec oraz Czempiń, aż dojechałem do wjazdu na DK5 w Kawczynie, gdzie zza rogu przywitał mnie taki oto (o dziwo) znakomicie utrzymany drewniany wiatrak:

Następnie zahaczyłem o Kościan. I co mnie tu przywitało? Piękna, rozłożysta ścieżka. Z kostki. Przemilczę swoją reakcję :)

Kościan minąłem szybko i trafiłem na całkiem dobrą pod względem asfaltu trasę na Grodzisk. Tylko ten wiatr. Raz w pysk, raz z boku, czułem się jak ofiara przemocy domowej :) Niedogodności rekompensowało mi obserwowanie nazw poszczególnych wiosek, poniżej przykład jednego ze smaczków:)

No i tak walcząc, słuchając muzy i kończąc audiobooka (Robin Cook - "Uprowadzenie" - szmira fantasy straszna, ale wciąga) dojechałem do Grodziska Wielkopolskiego, po którym postanowiłem chwilę pokrążyć. Ta decyzja - jak zły dotyk - boli moje dłonie do dziś. Elementu bez kostki brukowej w Rynku nie odnotowałem. Choć samo w sobie miasteczko niebrzydkie, z ładnymi kościołami i w miarę zadbane.

Odwiedziłem jeszcze oddział swojej firmy w Grodzisku i tylko mnie to utwierdziło, że... No zresztą nieważne :)

I w końcu "nadejszła wiekopomna chwila" i miałem z wiatrem... Odcinek od Grodziska przez Stęszew to poezja, choć czasem boczny podmuch nie odpuszczał. Naprawdę zmęczyły mnie te dzisiejsze warunki, ale cieszę, że mogę pochwalić się dość przyzwoitym wynikiem. Po minięciu stówki na liczniku miałem równe 30 km/h (mimo wiatru), a na końcu jeszcze dokręciłem, choć przez korki w Komornikach niestety niewiele.

Trasa zdecydowanie do powtórzenia przy lepszych warunkach. I bez żadnych strażników miejsko-wiejskich! :)

Replay

Czwartek, 20 marca 2014 · Komentarze(0)
Dokładna powtórka trasy z przedwczoraj - tyle, że dziś już szosą. Wiatr nie ustępuje, non stop co najmniej prędkość 20+ - nie ułatwiało to jazdy.

Od jakiegoś pół roku trwa remont Fabianowa, czyli mojej najkrótszej i najwygodniejszej drogi w tym kierunku. Muszę jeździć objazdem przez Komorniki i Plewiska (a kto jest stąd wie, że prócz centrum handlowego nie ma tam zupełnie nic), dzięki czemu jestem na bieżąco ze wszystkimi promocjami w Auchan, Agata Meble i innych świątyniach weekendowej rozpusty. Nie powiem, żeby to ubogacało moją psychikę :)

Po raz pierwszy w tym roku założyłem spodenki 3/4 i normalną koszulkę rowerową zamiast ocieplanej bluzy. I tak ma być!

Crossowe przebudzenie

Wtorek, 18 marca 2014 · Komentarze(0)
W końcu... po trzech dniach deszczowej Sodomy i wietrznej Gomory nastąpił moment, gdy warunki były na tyle sprzyjające, żeby wsiąść na ukochany rower. Jako że wiatrzysko lekko ustąpiło, ale wciąż było mocne, zrezygnowałem z szosy i zaprzęgłem crossa. Jednak jakoś pewniej czuję się gdy mam te 20 kilo pod sobą zamiast chybotliwego kurdupla :)

Chwilę po ruszeniu okazało się, że coś się stało z tylnym hamulcem, a jako że mechanik rowerowy ze mnie jak z papieża satanista to po szybkiej ocenie sytuacji po prostu go odłączyłem, licząc na to, że nie będę miał okazji za często hamować przednim, Co w sumie się potwierdziło. Wiatr też niespecjalnie mi pomagał w osiąganiu kosmicznych prędkości, więc o dziwo było bezpiecznie.

Kurs krótki, bo oczywiście jak przyszła pogoda to po dwóch dniach wolnego muszę iść do pracy, ale za to treściwy i jeden z moich ulubionych, czyli tzw. "rybka", względnie "samochodzik". Najważniejsze jest to, że jadąc kółeczko: Poznań Dębiec - Wiry - Komorniki - Trzcielin - Dopiewo - Skórzewo - Dębiec zahaczam o miasto tylko delikatnie. A to duuuuuży plus mentalny.

Podsumowując: fajnie, że znów na siodle, fajnie, że średnia mimo wiatru i crossa w miarę ok, fajnie, że chyba idzie jednak ta wiosna. Niefajnie, że muszę do pracy :)

Rumiankowy mały rekordzik

Piątek, 14 marca 2014 · Komentarze(0)
Rumiankowy, bo dziś celem była ta oto wieś o jakże uroczej nazwie, a rekordzik, bo chyba w warunkach "naturalnych", czyli ograniczanych przez światła, korki i szeroko rozumiane i przeklinane miasto lepszej średniej na pięć dych nie miałem.

Jakby mi wykasować miasto (wciąż to postuluję, ale jakoś na razie nikt nie wspiera mojego projektu wśród wyższych sfer) to byłoby jeszcze lepiej - tak mi się dobrze jechało. Generalnie lubię tę trasę - w sumie objeżdża się Poznań rogatkami, czyli Grunwaldem i Ogrodami, a potem już prosta jak strzała trasa na Tarnowo Podgórne. Człowiek się pomęczy pierwszą połowę pod wiatr, a potem już sama przyjemność. No i to "wziuuuuuu" co sekundę - może jestem nienormalny, ale ja tam czuję się bezpieczny na poboczu gdy śmigają mi koło ucha Tir-y :)

Chyba koniec tego dobrego - po przeanalizowaniu pierwszych 165722254474124 stron w Google nie znalazłem ani jednej, która by mi dawała nadzieję na kolejne dni bez deszczu i wichur. No nic, swoje skorzystałem.

No i pięknie :)

Czwartek, 13 marca 2014 · Komentarze(2)
Krótko i treściwie: dziś było pięknie! Jak zwykle miałem tylko myśli samobójcze związane z tym, że nie mogę pokręcić dłużej, więcej i dalej... Po raz kolejny okazuje się, że praca zabija w człowieku twórcze podejście do życia, bo kto wie gdzie w tej chwili aktualnie bym był gdyby nie ona? :)

Trasa - klasyczny wężyk przez Mosinę do Sulejewa.

Kilka fotek. Poniżej hopka między Żabnem a Sulejewem:

Drewniany kościółek w Żabnie:

Screenik z autofilmiku. Zauważyć można nową, za dużą koszulkę w rozmiarze M z Lidla :)

Bardziej prosto się nie dało jechać:

No i zew lasu. Zabity przez kierunek "praca":


Moje miasto, a ja niestety w nim :)

Środa, 12 marca 2014 · Komentarze(0)
Po dzisiejszym kursie przez Poznań mam konkretny, jasno sprecyzowany plan zagospodarowania przestrzeni miejskiej, obejmujący trzy punkty: zaorać, zaorać i zaorać! Utworzyć dobre warunki do wypasania trzody chlewnej oraz wrócić do uprawy cieciorzycy, bukszpanu i fasolki po bretońsku. A zamiast miłościwie nam rządzącego Ryszarda O Stalowych Skroniach wykopać z katedry truchło Mieszka i gdzieś postawić na widoku, a i tak sobie chłopak lepiej poradzi.

Grrr!!! :)

A poza tym jechało się zacnie, szkoda że tylko połowa dystansu była poza miastem. Oj, podoba mi się ta pogoda. Rano marznę, wracając słoneczko mi plecki ogrzewa, poezja :)

Poborowy Trollking

Wtorek, 11 marca 2014 · Komentarze(2)
Zaczynam żałować, że ominęło mnie wojsko. Może dzięki temu miałbym większą tolerancję do jazdy po mieście. A tak to czułem się dziś jak szeregowiec-świeżak podczas pierwszej nocy od poboru. Pryszczaty, piegowaty szeregowiec. Aha, i do tego rudy, żeby bardziej oddać dramatyzm sytuacji. W sumie łącznie ponad 20 km to okrzyki od Wewnętrznego Generała: STÓJ! SIADAJ! RUSZAJ! UWAŻAJ! PADNIJ! UNIK! ZABIJ! (no dobra, tego ostatniego nie było w rozkazach, to moje osobiste pragnienie). Brakowało mi tylko fali. Tzn. tej zielonej, bo czerwona była non stop... 

Dopiero kawałek za miastem, na trasie do Murowanej Gośliny poczułem się w miarę ok, ale niestety psychika mówiła: wracasz też przez miasto... A wybrałem się w tym kierunku dziś raz, że z powodu wiatru, dwa - z powodu tego, że Żona zapomniała z domu komórki i podjąłem się trudnej misji dokonkowojowania go do jej pracy. Błąd :)

Aha, jakby ktoś miał jakiś pomysł co jeszcze mogło przeszkodzić mi w uniknięciu średniej w okolicach 30 km/h to proszę o propozycje. Nie liczą się: śmieciarka, wycinka drzew powiązana z objazdem, kot, babcia-kamikaze o kulach pędząca na ukos przez całą drogę, korki, wyjazdy z posesji, tiry wyprzedzające się centymetry od mojej kierownicy, połączenie telefoniczne z pracy, szeroko rozumiana dekadencja oraz ból istnienia. Bo to już dziś miałem :)