Brr...
Niedziela, 4 maja 2014
· Komentarze(2)
Uprzejmie informuję, że jeśli dalej będzie tak wiało
to zamontuję sobie na plecach mały zgrabny wiatrak i w wolnych chwilach
podczas stania na światłach (tak jak dziś, non stop, w końcu niedziela)
będę zajmował się hobbistycznie wyrabianiem mąki pszennej luksusowej o
zawartości popiołu ponad 0,78%. I taka będzie moja zemsta!
Ten długi weekend to jakiś pogodowy koszmar, może wyparłem poprzednie ze świadomości, ale tak paskudnego nie pamiętam. Zapewne jednak jest nadzieja - od jutra do pracy, więc znając życie będzie pięknie, słonecznie i bezwietrznie. A dziś - wyjazd zrobiony, zaliczony i tyle. Dziękuję głosowi rozsądku, no dobra, Żonie, że w ostatniej chwili przed wyjazdem przebrałem się z krótkiego rękawka na bluzę, bo teraz pewnie by mnie ktoś odkuwał z lodu gdzieś na trasie :) Zmyliło mnie słoneczko, bo tak mniej więcej do godziny dziesiątej wszystko wyglądało tak:

Czyli słonecznie, miło i sympatycznie. Tylko ten wiatr, pędzący minimum 20 km/h z "kierunków zmiennych" (czyli wszyscy wiemy o co chodzi) oraz chłód - zdecydowanie nie jechało mi się dziś komfortowo. Z każdą kolejną minutą pogoda była mniej przyjemna, zrobiłem więc swoje klasyczne 50 km z nakładką do Rokietnicy, przy okazji testując alternatywną trasę dojazdu do okolic Rusałki - zawsze jeżdżę przez Przybyszewskiego, dziś spróbowałem naokoło, przez Grochowską i św. Wawrzyńca. Wniosków na razie nie mam, prócz jednego - zrobiłem sobie niepotrzebnie kawałek drogi powrotnej pod górkę i wiatr.
Rowerzystów całkiem sporo, a jako plus wspomnę, że mimo tragicznej średniej połknąłem w różnych miejsach na trasie łącznie trzech szosowców, całkiem ambitnie pedałujących. A organizm, mimo że do mięska nieprzyzwyczajony póki co przyjął to w miarę spokojnie :)
Ten długi weekend to jakiś pogodowy koszmar, może wyparłem poprzednie ze świadomości, ale tak paskudnego nie pamiętam. Zapewne jednak jest nadzieja - od jutra do pracy, więc znając życie będzie pięknie, słonecznie i bezwietrznie. A dziś - wyjazd zrobiony, zaliczony i tyle. Dziękuję głosowi rozsądku, no dobra, Żonie, że w ostatniej chwili przed wyjazdem przebrałem się z krótkiego rękawka na bluzę, bo teraz pewnie by mnie ktoś odkuwał z lodu gdzieś na trasie :) Zmyliło mnie słoneczko, bo tak mniej więcej do godziny dziesiątej wszystko wyglądało tak:

Czyli słonecznie, miło i sympatycznie. Tylko ten wiatr, pędzący minimum 20 km/h z "kierunków zmiennych" (czyli wszyscy wiemy o co chodzi) oraz chłód - zdecydowanie nie jechało mi się dziś komfortowo. Z każdą kolejną minutą pogoda była mniej przyjemna, zrobiłem więc swoje klasyczne 50 km z nakładką do Rokietnicy, przy okazji testując alternatywną trasę dojazdu do okolic Rusałki - zawsze jeżdżę przez Przybyszewskiego, dziś spróbowałem naokoło, przez Grochowską i św. Wawrzyńca. Wniosków na razie nie mam, prócz jednego - zrobiłem sobie niepotrzebnie kawałek drogi powrotnej pod górkę i wiatr.
Rowerzystów całkiem sporo, a jako plus wspomnę, że mimo tragicznej średniej połknąłem w różnych miejsach na trasie łącznie trzech szosowców, całkiem ambitnie pedałujących. A organizm, mimo że do mięska nieprzyzwyczajony póki co przyjął to w miarę spokojnie :)

















