Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi Trollking z miasteczka Poznań. Mam przejechane 242961.25 kilometrów w tym 4.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 27.47 km/h i się wcale nie chwalę.
Suma podjazdów to 791582 metrów.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl


Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Trollking.bikestats.pl

Archiwum bloga

  • DST 53.20km
  • Czas 01:46
  • VAVG 30.11km/h
  • VMAX 43.20km/h
  • Temperatura 3.0°C
  • Podjazdy 151m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

...przejdziem Wartę...

Czwartek, 15 stycznia 2015 · dodano: 15.01.2015 | Komentarze 4

...i to nawet cztery razy - dwa razy na Hetmańskiej i dwa razy między Rogalinem a Mosiną. Taką sobie sprytną trasę wymyśliłem. Poczułem się po fakcie prawdziwym Polakiem. Teraz powinienem tylko wypić z gwinta setę, zagryźć surową cebulą i pojechać samochodem 200 metrów dalej do kościoła. Będzie 100% :)

Graficznie znów mi wyszedł glut - ostatnio całkiem modne bydlę na BS. Ale dziś to już prawdziwe zdrowe glucisko, bo pięćdziesięciokilometrowe. W tę i wewte, bez specjalnie szokujących historii - najbardziej mrożąca w żyłach była ta, że na torowisku spadł mi licznik i - dziwne - nie przejechał go żaden samochód ani TIR jadący za mną. Ani jeden! Cieszy, że mimo wiatru, który w ogóle nie chciał pomagać średnia wyszła przyzwoita. No i cieszy specyficzna, choć chyba tylko zimowa chęć pozdrawiania przez bajkerów - dziś trzech wyszło z tym z własną inicjatywą i to machając już od horyzontu. Pięknie. 

Co jeszcze z newsów - wczoraj próbowałem chwilę pojeździć crossem po mieście i pozałatwiać klika pierdół, ale w momencie gdy na jednych światłach łańcuch przeskoczył mi osiem razy zawróciłem, obrałem kurs na serwis i rower tam został. Dziś już go odebrałem - hurtowo wymieniłem wszystko (korba, kaseta, łańcuch), lecąc po kosztach. I mam spokój, myślę, że na rok - bo mam nadzieję używać tego roweru tylko w co bardziej ekstremalnych sytuacjach. 




  • DST 55.20km
  • Czas 01:50
  • VAVG 30.11km/h
  • VMAX 44.60km/h
  • Temperatura 8.0°C
  • Podjazdy 98m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Alleluja!

Środa, 14 stycznia 2015 · dodano: 14.01.2015 | Komentarze 7

Odzyskałem wiarę! Konkretnie w to, że da się po prostu wsiąść na rower i bez usterek, spychania przez huragany i poślizgów na zamrożonej ziemi dojechać do celu i wrócić cało. Alleluja!

Pogoda jak na styczeń wprost nieziemska - 8 stopni na plusie, słoneczko malowniczo walczące o przewagę z płynącymi chmurami, zdarzył się też malutki, przyjemny deszczyk. Do tego wiatr wiejący "zaledwie" w okolicach 25-30 km/h, co przy jego ostatnich wyczynach wygląda jak akt łaski dla gatunku ludzkiego. Wszystko to powodowało, że jechałem z bananem na ryju nawet walcząc z podmuchami - taką zimę jak dziś to ja mogę mieć co rok, a nawet wolę ją od upałów, które latem zamieniają mnie w obleśne, zjełczałe masełko, co prawda z niewielką zawartością tłuszczu, ale jednak :)

Pokręciłem sobie dziś przez Mosinę do Żabna, tam stworzyłem na mapie zgrabną szubieniczkę skręcając na Grzybno i Pecnę oraz wracając swoimi śladami. Żeby klimat muzyczny był adekwatny do kształtu trasy to zapodałem sobie na mp3 album blackmetalowego zespołu Odraza o zgrabnym i wszystko mówiącym tytule "Esperalem tkane" :)

Dziś nie marudzę na nic, bo nie mam powodów (no dobra, był DDR w Mosinie, ale wyparłem ten fakt) i jestem na tak!




  • DST 32.20km
  • Czas 01:06
  • VAVG 29.27km/h
  • VMAX 51.20km/h
  • Temperatura 6.0°C
  • Podjazdy 55m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Pechoglut

Wtorek, 13 stycznia 2015 · dodano: 13.01.2015 | Komentarze 5

Ten dzień już na start zaczął się podejrzanie. Słoneczko, kilka stopni na plusie, wiatr jeszcze mocny, ale już nie tak jak ostatnio. Coś tu musiało nie zagrać.

No i nie zagrało. Najpierw kwestia wyjechania z domu. Dębiec aktualnie wygląda jak poligon doświadczalny dla upośledzonych psychicznie bachorów nieogarniających na czym polega zabawa w piaskownicy. Budowa przejazdu podziemnego pod torami odbywa się jakby przy zupełnej ignorancji PKP, która wyznacza wahadła i objazdy jakby specjalnie tak, żeby było jak najmniej wygodnie mieszkańcom, budowlańcom zapewniając warunki cieplarniane. W związku z tym przejazd przez jedną ulicę, który do tej pory trwał u mnie minutę trwa przy dwóch wahadłach minut minimum dziesięć przez około kilometrowy objazd. To standard. Dziś dodatkowo zamknął mi się przed pyskiem jeden przejazd kolejowy, a za chwilę drugi z klasyczną atrakcją - stało się to, co zazwyczaj - ostatni wagon nagle się zatrzymał i blokował przejazd przez jakieś 5 minut.

Tak więc łącznie pokonanie (kiedyś) 300 metrów zajęło mi ponad 15 minut.

No dobra, to będzie z górki, pomyślałem. Naiwniak. W okolicach czwartego kilometra od domu, na DDR-ze na wysokości Szacht najechałem prawdopodobnie na krawężnik (bo na co) i poczułem, że dętka natychmiast udała się na łono Abrahama. No to co - wysepka pomiędzy światłami moja, ja rower do góry kołami i zabieramy się do wymiany w błocku. Sukces był połowiczny - gumę wymieniłem, ale już napompować jej za pomocą mojej pseudopompeczki jak się okazało się po prostu NIE DA. Po kilkunastu próbach rzuciłem to wszystko w diabły, zapakowałem rower na plecy i udałem się w kierunku domu. Po trzech kilometrach upojnego spacerku wpadłem na pomysł, że przecież mogę odwiedzić po drodze znajomy serwis - i tak zrobiłem. Po raz kolejny zostałem uratowany przez chłopaków - dzięki wielkie! Okazało się, że podczas moich walk z pompeczką wykrzywiłem wentyl, więc dobicie do powyżej 6 atmosfer spełzało na niczym, ale ważne, że dało się w ogóle jechać. Postanowiłem więc wykorzystać ten kawałek czasu, który mi pozostał i jeszcze się przejechać, co prawda z duszą na ramieniu, bo bałem się o stan i tak dogorywającej już opony. Zrobiłem kółeczko przez Luboń, Wiry, Komorniki do Szreniawy, pokręciłem się po Rosnowie i wróciłem. Na szczęście już bez przygód.

Wczoraj wykręciłem gluta z powodu pogody. Dziś objętościowo to samo, ale z powodu tego, co mi się wydarzyło - pechogluta. W sumie - jako że po powrocie i przed pracą zdążyłem jeszcze wziąć ekspresowy prysznic mogę uznać, że był to pierwszy mój triathlon w tym roku.




  • DST 33.60km
  • Czas 01:14
  • VAVG 27.24km/h
  • VMAX 41.50km/h
  • Temperatura 4.0°C
  • Podjazdy 119m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Krótki mosiński glut

Poniedziałek, 12 stycznia 2015 · dodano: 12.01.2015 | Komentarze 6

Dziwny dystans jak na mnie, ale już się tłumaczę. Od rano padało, a gdy już na chwilę przestało to godzina była taka, że ni w kij, ni w oko - na klasyczne pięćdziesiąt czasu by nie starczyło. Mogłem zostać w domu i smacznie pospać przed pracą, albo zaprząc na tę pozostałą godzinkę zdemolowanego crossa i ruszyć do walki z wciąż silnym wiatrem, chłodem (choć ten tragiczny nie był) i kałużami. Wybór był prosty :)

Chwilę później siedziałem już na siodełku i uważając, żeby napęd za często nie przeskakiwał ruszyłem w prostą trasę do Mosiny i z powrotem, nazwaną na tym forum kiedyś glutem i niech tak zostanie ;) Jako że dystans kompletnie nie mój to też zachowywałem się na trasie zupełnie jak nie ja - m.in. nie patrząc na średnią i ku swojemu zdziwieniu poruszając się DDR-ami! No cóż, czasem trzeba być hardkorem :)

Wróciłem akurat przed kolejną fazą deszczyku. Sumienie mam czyste. W przeciwieństwie do ciuchów.




  • DST 52.30km
  • Czas 02:00
  • VAVG 26.15km/h
  • VMAX 43.20km/h
  • Temperatura 3.0°C
  • Podjazdy 155m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

...a my na tej wojnie...

Niedziela, 11 stycznia 2015 · dodano: 11.01.2015 | Komentarze 5

O tym, że wiatr sobie zrobił z Polski od wczoraj poligon nie muszę chyba nikomu tłumaczyć. Piszę więc o tym tylko z kronikarskiego obowiązku i dlatego, że jakoś muszę wytłumaczyć to coś, co na siłę można nazwać średnią prędkością :)

Wczoraj zostałem pokonany przez deszcz i dzionek w pracy, dziś już tak łatwych wymówek nie było - choć drzewa stykające się czubkami z ziemią specjalnie nie zachęcały do czegokolwiek prócz zamknięcia okna. Analizowałem czy ryzykować jazdę na szosie czy wybrać crossa, ale jak zwykle Głos Rozsądku Czytaj Żona podpowiedział jedyną słuszną odpowiedź. Na szczęście. Oj, działo się na trasie - sądzę, że jeszcze kilka dni doskonalenia sztuki: "jak nie dać się przewrócić przez wiatr" i w każdym cyrku przyjmą mnie z otwartą trąbą. Gdybym jechał szosą to angaż miałbym w kieszeni już dziś :) Jeśli dodamy jeszcze do tego stan napędu, przez który bałem się mocniej przycisnąć pedały - mamy całą dzisiejszą historię jazdy. Trasa "kondomikowa" w wersji od tyłu: Komorniki, Stęszew, Dymaczewo, Mosina i Poznań.

Rowerzyści - o dziwo byli. Ale grupami, co w sumie dziś było jedynym rozsądnym wyjściem. Za Krosinkiem mijałem się z większą (około 20 osób) ustawką (czyżby ze Starołęckiej?) i w tym samym czasie jakiś troglodyta w puszcze zaczął ich wyprzedzać i gdybym nie zwolnił byłaby czołówka. Tak więc moje pozdrowienia wymieszały się z pukaniem w kask i machaniem w kierunku kierowcy. Mam nadzieję, że nikt na dwóch kółkach nie wziął tego do siebie :) A 500 metrów dalej.... to samo. Tylko, że teraz wyprzedzanym był inny samochód. Tu już nie miałem hamulców w głośnym wyrażeniu swych gorących uczuć.




  • DST 53.60km
  • Czas 01:50
  • VAVG 29.24km/h
  • VMAX 51.40km/h
  • Temperatura 4.0°C
  • Podjazdy 85m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Chorągiewkowy

Piątek, 9 stycznia 2015 · dodano: 09.01.2015 | Komentarze 4

Dziś niby dzień wolny. Czyli nie mogłem znaleźć czasu na nic, tyle miałem zaległości. Plany jednak w 92,48% zostały zrealizowane, o dziwo też znalazł się kawałek czasu na rower. O dziwo, bo ani pogoda nie zachęcała, ani z rana ciepłe łóżeczko tak łatwo puścić nie chciało :)

Ruszyłem jednak trochę po dziesiątej na wojnę. Wrogowie już klasyczni: wiatr i deszcz. I jeśli ten drugi można było nazwać pieszczotliwie mało upierdliwym przelotniakiem, to w temacie pierwszego nie ma miejsca na eufemizmy. Wiało koszmarnie - z kierunku pod nazwą KAŻDY. Południowy czy zachodni - można było sobie losować, a że jego średnia oscylowała koło 30 km/h to z gracją byłem przesuwany z boku na bok. W sumie zacząłem się już do tego dzięki ostatnim dwóm miesiącom przyzwyczajać i nawet zaczynam to lubić. Powoli myślę o karierze chorągiewki, ale jeszcze zbieram doświadczenia.

Żeby nie przedłużać - swoje przejechałem, przeżyłem, nie zwyciężyłem. A jutro - jak zwykle - prognozy mówią, że nie pojeżdżę.




  • DST 53.00km
  • Czas 01:57
  • VAVG 27.18km/h
  • VMAX 43.30km/h
  • Temperatura 1.0°C
  • Podjazdy 57m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Bajka... taaaa

Czwartek, 8 stycznia 2015 · dodano: 08.01.2015 | Komentarze 4

No cóż. Bajki mamy i te dobre, i te złe. Dziś ta dobra (bo jednak wbrew wszystkiemu udało się ruszyć) zamieniła się w malutki horrorek, ale o tym później. Zacznijmy od tego, że wczorajsze opady śniegu w Poznaniu dziś rano już były pieśnią przeszłości i drogi wydawały się w miarę przejezdne, oczywiście na crossie i tylko na crossie. Niniejszym więc zainaugurowałem sezon czołgowy.

Ruszyłem jeszcze wcześniej niż wczoraj, bo w pracy dyżur na dwunastą, więc ja na siodełku po ósmej. Jechało się nawet sympatycznie - pięknie oblodzone DDR-y wyeliminowały mi jakiekolwiek możliwości ich użytkowania, co jak pewnie wiadomo niezmiernie cieszy mą duszę. Do końca Mosiny spokój, jeśli można nim nazwać walkę z przeskakującym napędem. I nagle... wjechałem w las. Tak jakbym znalazł się w zimowej mroźnej krainie, w zębiskach Królowej Śniegu. A właściwie to lodu. Zamrożony między drzewami asfalt początkowo był przejezdny, ale już przed Żabnem kilka razy dostałem w gratisie parę driftów, o dziwo opanowanych dość zgrabnie. Stwierdziłem, że nie ryzykuję, zawracam. Łatwo powiedzieć. Wszystko zwiało na drugą stronę - tę, którą się przemieszczałem. Ruszyłem więc tańcząc na lodzie pędem w okolicach 15-17 km/h, a fragmentami myślałem czy bezpieczniej nie będzie podreptać sobie na piechotę. Udało się jednak dotrzeć znów do Mosiny, gdzie - jak w tej lepszej wersji bajki - lodu ani kawałeczka. Dwa światy. Dopedałowałem sobie więc jeszcze w bok do Dymaczewa, gdzie zawróciłem i skierowałem się na Poznań. Na mapce jasno widać logikę mojej dzisiejszej trasy :)

Oj, miałem dziś stracha. W lodowym lesie miałem powidoki - śmignęli mi między drzewami Kaj i Gerda, a może Jaś i Małgosia uciekający przed Holocaustem przygotowanym przez Babę Jagę? Wilków jakichś nie widziałem. Za to zobaczyłem swoją średnią i to był już zdecydowanie zły sen :)




  • DST 53.10km
  • Czas 01:48
  • VAVG 29.50km/h
  • VMAX 43.30km/h
  • Temperatura -4.0°C
  • Podjazdy 78m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Mus to mus

Środa, 7 stycznia 2015 · dodano: 07.01.2015 | Komentarze 5

Patrząc na prognozy - a w przypadku tych złych nasi magicy od pogody o dziwo rzadko się mylą - zapowiada się, że był to mój ostatni trening w tym tygodniu. Nie ma co dziękować za ten mój dyżurny optymizm, w końcu jednak zima jest zimą i znając ją wiem, że menda tak łatwo nie odpuszcza i prędzej czy później zaatakuje tą swoją białą furią. Więc dziś tym bardziej nie mogłem odpuścić (nałóg zobowiązuje) i ruszyłem o 9-tej, jak zwykle przed pracą.

Zmarzłem cały, od góry do dołu, a moje stopy po jeszcze kilku takich akcjach w końcu zafundują mi strajk głodowy i będzie po ptokach - będę się poruszał na rzęsach. Zimny wiatr wedle teorii był południowo-wschodni, ale jak wiadomo od teorii do praktyki jest spory kawałek, więc głównie towarzyszył mi z naprzeciwka - na szczęście jakiś huraganowy to on nie był.

Po raz pierwszy w tym roku odwiedziłem Rogalin, pojechałem zgodnie z tradycją do Radzewic, gdzie zawróciłem i pokręciłem przez Wiórek i Czapury, w któych - nie wierzyłem własnym oczom - skończył się remont przejazdu nad jakąś tamtejsza kałużą i po zaledwie półroczu można już przejechać bez objazdów. Cuda, cuda ogłaszają :)

A na sam koniec Starołęcka. Po wymienieniu nazwy tej ulicy pozostaje mi tylko postawić trzy kropki na znak mentalnej żałoby... :)




  • DST 55.10km
  • Czas 01:52
  • VAVG 29.52km/h
  • VMAX 43.70km/h
  • Temperatura -1.0°C
  • Podjazdy 117m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Czar Teściowej

Wtorek, 6 stycznia 2015 · dodano: 06.01.2015 | Komentarze 7

Ja rozumiem, że święto, że ludzie chcą odpocząć itp. Ale do dziś nie jestem w stanie dojść do tego jakie ciemne moce zatrudniła i ile many piekielnej zużyła moja osobista Teściowa, żeby przelobbować sobie dzień wolny od pracy w swoje urodziny :) Skutkuje to co roku tym, że nie ma jak się wykręcić od obowiązkowej kurtuazyjnej wizyty z życzeniami, zazwyczaj ustawianej na delikatnie popołudniowe godziny, co - idąc dalej - powoduje, że żeby wyjść na rower muszę się zwlec w miarę wcześnie. I tyle mam z odpoczynku.

Wczoraj pogoda zaskoczyła wszystkich, a już na pewno synoptyków, którzy obiecywali słoneczko, a załatwili śnieżycę. Dziś było już lepiej, choć mokrawy asfalt w połączeniu z lekkim przymrozkiem nie zachęcał do szaleństw - tym bardziej rano. Początkowo nie byłem nawet pewien czy ruszać szosę czy uruchomić crossa, ale koszmarny stan napędu w tym drugim skutecznie mnie przekonał, że aż tak niebezpiecznie nie jest :)

Jechałem, bo obiecałem rozsądek, powolutku, bez przyspieszeń, zwalniając na każdym zakręcie i skrupulatnie omijając białe placki z kawałkami śniegu i lodu. Oczywiście najgorzej - co chyba nie dziwi - było na DDR-ach, więc omijałem je jak tylko mogłem. Sprawy nie ułatwiał też wiatr, już na szczęście nie tak koszmarny jak ostatnimi czasy, ale męczący o tyle, że przez 2/3 z gatunku "wmordewindów", do tego dujący non stop. Trasa - dawno nie odwiedzany wschód: Krzesiny, Tulce, kółeczko w Nagradowicach i powrót praktycznie swoimi śladami, z obowiązkowym stopem na torowisku na Starołęce.

Swoje zrobiłem, spokojnie, krok po kroczku. Albo bardziej pedał za pedałem. Lżejszy kawałek dnia za mną, czas na ten drugi.

A w sumie to Teściową mam fajną, żeby nie było :)




  • DST 55.00km
  • Czas 01:52
  • VAVG 29.46km/h
  • VMAX 55.30km/h
  • Temperatura 2.0°C
  • Podjazdy 88m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Kijem i marchewką mnie!

Niedziela, 4 stycznia 2015 · dodano: 04.01.2015 | Komentarze 7

Włączył mi się dziś na trasie filozof. Miał się kiedy aktywować, bo jazda w jedną stronę trwała z powodu warunków pogodowych zdecydowanie dłużej niż zazwyczaj. I tak sobie myślałem i myślałem: po jaką cholerę kręcę w taki wiatr, który niemal zatrzymuje mnie w miejscu, momentami cofa, a bywa, że przewraca na boki. Czemu wjeżdżam (no dobra, ostatnio rzadko) na jakieś wysokie góry, pokonując swoje słabości, nie widząc czasem nawet ich szczytu? Dla widoków - to jedno. Ale przede wszystkim dla nagrody, którą otrzymuję wracając - z dumną miną zdobywcy. Szczyt czy niesprzyjająca pogoda to kij, na który się dobrowolnie zgadzam, żeby otrzymać w końcu tę upragnioną marchewkę - powrót!

Kijem dla mnie był dziś wiatr. Natomiast marchewką - wiatr :) Ile to się nawściekałem, ile razy mnie przesunęło w bok i ile razy uderzyło podmuchem tak, że czułem się jak na ringu z Tysonem czającym się na moją małżowinę - nie jestem w stanie zliczyć. Ale ile miałem radochy w połowie trasy, gdy udało mi się wyrzygać równe 25 km/h, które postawiłem sobie za cel!

Tę połowę stanowił kawałek przez Skórzewo, Dąbrówkę i Lusowo do Tarnowa Podgórnego. Tam jak zwykle nie moglem sobie odmówić rundki po chyba najlepszym w okolicach Poznania DDR-ze i wreszcie... Marchewa, karotka kochana, czyli kilkunastokilometrowa rundka DK92 w wiatrem w plecki. Toż to była poezja - ponad cztery dychy na liczniku praktycznie bez żadnego wysiłku, a z lekkim - dochodziło do 55 km/h na płaskim (polecam spojrzeć na wykres z Endomondo). Gdyby na trasie były jakieś KOM-y to pewnie bym któryś pobił, ale - o smutku - akurat tam, gdzie mam na nie szanse nikt ich nie umieszcza :)

Szkoda, że końcówka to już miasto, bo pokusiłbym się na wyciśnięcie trzech dych, ale znałem realia - czyli światła i już boczno-męczący wiatr. I tak nieźle odrobiłem dzięki marchewce, która w sumie zamieniła się w sok, bo na ostatnich kilometrach jechałem już w deszczu ze śniegiem. A i tak najgorsze mnie ominęło, bo chwilę po zaparkowaniu w domu za oknem nastąpiły białe święta. Co prawda prawosławne, czyli te które przed nami, ale zawsze :)